Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Jutro przypłynie królowa

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneCzekałam na książkę Macieja Wasielewskiego ponad pół roku. Nie zawiodłem się. "Jutro przypłynie królowa", reportaż o potomkach buntowników z Bounty, to potęga słowa pisanego.

Pitcairn to wulkaniczna wyspa na południowym Pacyfiku, która mierzy dwa kilometry z północy na południe i dwa ze wschodu na zachód. Nie ma na niej stałych źródeł wody, a jednak zamieszkali tam wyjęci spod prawa marynarze wraz z zabranymi z Tahiti kobietami i mężczyznami. Sielanka słabo wykształconych ludzi szybko przerodziła się w rzeź i jej skutki są od dwustu lat silniejsze niż romantyczny mit. To jeden z wielu wątków książki.

Łatwo wokół tej książki rozpętać medialną wrzawę, co zdążył przed premierą zrobić jeden z tygodników. Reportaż omawia kulturę, w której brutalne gwałty na jedenastoletnich dziewczynkach były jednym z przywilejów dorosłych mężczyzn. Brutalna sensacja mogłaby stać się kołem zamachowym sprzedaży, ale Maciej Wasielewski nie stawia procesu siedmiu mężczyzn oskarżonych o gwałty w 2004 roku w centralnym miejscu reportażu. To jeden z wielu wątków książki.

Pitcairneńczyków, których pozostało na rodzinnej wyspie niespełna 50, charakteryzują oryginalne stosunki społeczne wynikające z historii i izolacji. Nie da się tam ukryć przed całą wioską żadnego ruchu, zaś strategia ucieczki po prostu nie działa. Wszyscy wiedzą o brudzie pod dywanem, ale obcemu trudno tam zajrzeć. A jednak autorowi się to w znacznej części udało i to świadczy o potędze książki. Całość nazwałbym dramatem psychologicznym. "Jutro przypłynie królowa" to także studium lęku wynikającego z braku poszanowania podstawowych praw człowieka oraz zaburzenia lub braku znajomości najważniejszych wartości.

Książka zawiera także inne płaszczyzny i wątki. Na 160 stronach udało się Maciejowi Wasielewskiemu zawrzeć ich tak dużo, że trudno je ująć w krótką, uporządkowaną listę. Reportaż jest napisany lapidarnie, wiele spraw chowa się między wierszami i trzeba je sobie dopowiedzieć w myślach. Forma zdecydowanie zachęca do dyskusji nad kryjącymi się znaczeniami, ale dostęp do nich sprawia wysiłek intelektualny.

"Jutro przypłynie królowa" składa się z 15 rozdziałów dodatkowo podzielonych na sceny. To sprawia, że książka przypomina scenariusz filmowy. Napięcie cały czas rośnie i nawet jeśli wydaje się czytelnikowi, że właśnie powinno opaść, to autor otwiera kolejną puszkę Pandory. Nie do końca jestem zadowolony ze scenicznego układu treści. Narracja skacze pomiędzy osobami, miejscami, latami, aż do stanu, w którym trudno się w całości połapać. Nie przekonuje mnie ukrycie imion i nazwisk skazanych w słynnym procesie. Ich dane można bez problemu znaleźć na Wikipedii. Oczywiście żałuję też, że nie ma mapy wyspy Pitcairn, ale ma to małe znaczenie.

Pokładałem w książce wielkie nadzieje i nie zawiodłem się. "Jutro przypłynie królowa" to głęboka analiza sięgająca korzeni kultury i moralności, odsłaniająca na drastycznym, specyficznym przykładzie głębię psychiki ludzkiej. Moja ocena: 4,5/5.

Komentarze (5)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Czytelnik] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl

    Temat książki bardzo ciekawy, zwłaszcza w kontekście tego co w sprawie pedofilii dzieje się ostatnio w Europie. Niemniej styl w jakim została napisana książka budzi duże wątpliwości ile z tego jest prawdą, ile informacji pochodzi faktycznie od mieszkańców wyspy, a ile to zwykłe przytaczanie informacji zaczerpniętych z prasy. Wątpliwości wynikają z nadmiernej konspiracji zmieniono imiona, zmieniono niektóre z opisywanych sytuacji. Ale po co zmieniono, na ile zmieniono, a może lepiej zniekształcono. Czemu to m służyć? Czy naprawdę nikt z mieszkańców nie domyśli się który to naukowiec z Polski napisał tę książkę (o ile o niej w ogóle się do wie), u kogo on mieszkał, z kim przebywał. Jaki jest sens zmieniania nazwiska jedynej kobiecie, która była burmistrzem (drobny pominięty szczegół jedynie dwa miesiące). Czy naprawdę nikt się nie domyśli, że tu chodzi nie o Donnę, a o Brendę Verę Amelię Lupton-Christian? Czy to przypadkiem nie wyłącznie zamierzony zabieg stylistyczny ukierunkowany na robienie sensacji i zdobycie kolejnych czytelników? A może wszystko fakty związane z pobytem na wyspie autora zostały tak kompletnie pozmieniane, że nic prawdą nie jest. Tylko czy wtedy jest to jeszcze reportaż? I skąd wtedy ma być wiadomo, kiedy autor przestaje ukrywać fakty i pisze prawdę, a kiedy jeszcze to prawdą nie jest
    Ale to nie jedyna wada. Dużo miejsca poświęca autor kwestii przynależności wyspy do Wielkiej Brytanii: zeznania w procesie jednej osoby miały być kluczowe w ustaleniu czy ta sprawowała nad nią władzę. Czy tak było faktycznie? Bardzo wątpię. Już w 1838 r. mieszkańcy spisali konstytucję w której zapisano, że prawa ustanawiane na wyspie są weryfikowane przez Brytyjczyków (co ciekawe o pomoc w spisaniu tej konstytucji i jej formalne przyjęcie poproszony nie kto inny jak kapitan brytyjskiego okrętu). Następnie mamy formalne ustanowienie kolonii w. 1887 r., czy ustanowienie nowej konstytucji przez władze brytyjskie tuż przed opisaną w książce wizytą na wyspie księcia Filipa. Autor te istotne fakty przemilcza i przechodzi do porządku dziennego nad stwierdzeniami, że to przez jednego Judasza nie potwierdzono suwerenności Pitcairnu i wsadzono do więzienia biednych Chłopców. Uczciwość dziennikarska nakazywałaby jednak na zwrócenie uwagi na nielogiczność takiego postępowania. No chyba, że ten watek też został tak zmieniony, zagmatwany, że wiele wspólnego prawdą nie ma
    Autor rozpisując się dużo o historii wyspy pominął też taki szczegół z jej historii jak dobrowolne opuszczenie jej przez wszystkich mieszkańców. W 1856 wszyscy, czyli prawie 200, mieszkańcy wyspy przenieśli się na Norfolk na ich prośbę rząd brytyjski im to umożliwił, Norfolk wówczas był już niezamieszkany, wcześniej był zaś kolonią karną. Do tej pory mieszkańcy Norfolku to najliczniejsza grupa potomków buntowników z Bounty. Po półtora roku na Pitcairn wróciło ok. 40 osób (w dwóch turach). Może wato było zadać sobie pytanie, dlaczego ta 1/5 przesiedleńców na Norfolk wróciła? Dlaczego nie potrafili się zaadaptować w nowych warunkach? Jaki to był typ ludzi i czy może to miało istotny wpływ na późniejsze wydarzenia. Dlaczego autor w ogóle nie odniósł się do Norfolku, którego mieszkańcy mają te same geny buntowników?
    Książka pod tym względem mocno rozczarowuje. Pozorne wydaje się, że głęboko wchodzi w temat, a faktycznie omija wiele bardzo istotnych, dla kwestii w niej opisywanych, tematów.

  • rbuciak

    Drogi tajemniczy Czytelniku, oczywiście w warstwie faktograficznej można autorowi zarzuty stawiać, co skrótowo uczyniłem. Niemniej książka porusza między wierszami liczne zagadnienia natury etycznej. To one stanowią o sile dzieła Macieja Wasielewskiego. Doszukiwanie się środków stylistycznych ukierunkowanych na wywołanie popytu świadczy bardziej o piszącym niż o książce. Tajemniczy Czytelniku, nic nie stoi na przeszkodzie, abyś sam napisał książkę o Pitcairn, bez ukrywania czegokolwiek.

  • Gość: [Czytelnik] *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl

    Jeżeli ktoś podejmuje trud podróży na Pitcairn w celu napisania reportażu, to jednak można zastanawiać się czemu nie zadał sobie znacznie mniejszego trudu by zweryfikować niektóre fakty. A głównym problemem tej książki jest to, że nie wiadomo czy można ją nazwać reportażem, czy jednak literaturą opartą na faktach. W tym pierwszym przypadku (a należy pamiętać, że jako reportaż jest określana) będą jej stawiane zupełnie inne wymagania niż w drugim. Oceniam ją, być może jednak niewłaściwie, jako reportaż, stąd krytyczne uwagi dotyczące istotnych dla tematu pominięć i przeinaczeń. To, że autor wybrał taką, a nie inną stylistykę jednak świadczy o książce i jej autorze. Jaki był ku temu powód, skoro w wielu przypadkach nie była nim chęć ukrycia personaliów opisywany osób gdyż ich identyfikacja nie nastręcza problemów? Był zatem to powód inny, przez autora skryty. A jeżeli autor coś ukrywa, to pozwala czytelnikom snuć domysły. Tak jest w tym przypadku. A książka rozczarowuje w tym względzie, że liczyłem na coś o wiele lepszego, a nie tylko na coś dobrego czy nawet nieco więcej niż dobrego
    Uwagę w ostatnim zdaniu uważam za niezbyt elegancką. Czy tak przypadkiem nie można by skwitować każdej bardziej krytycznej recenzji zamieszczonej na tym blogu przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby zamiast krytykować samemu napisać książkę o Indiach, australijskich Aborygenach, czy wschodnich opłotkach Europy nie zawierających tych wszystkich braków i niedociągnięć co recenzowane pozycje.

  • rbuciak

    Maciej Wasielewski ukrywa mniej niż się Tobie, tajemniczy Czytelniku wydaje. Na spotkaniu w zeszłym tygodniu mówił, że pogróżki z Pitcairn już dostał. Siłą "Jutro przypłynie królowa" jest ukryta między wierszami warstwa moralno-kulturowa, a czy znajdzie się w tekście jeden fakt więcej czy mniej, to ma znaczenie drugorzędne. Przepełnione faktami są książki Wojciecha Góreckiego, a i tam uważny czytelnik znajdzie dyskusyjne fragmenty. Co do stylu, to odpowiedź jest prosta - książka kontynuuje tradycje polskiej szkoły reportażu i ocena "Jutro przypłynie królowa" nie może być oderwana od znajdujących się w tle dzieł Małgorzaty Szejnert, Lidii Ostałowskiej czy Wojciecha Tochmana.

  • kozmo1

    Dodam się ja jako głos w dyskusji: kozmo.blox.pl/2013/11/Maciej-Wasilewski-Jutro-przyplynie-krolowa-Czarne.html

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci