Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Wojna umarła, niech żyje wojna

rbuciak

Wojna umarła, niech żyje wojna - okładka

O wojnie w Bośni i Hercegowinie powstało mnóstwo książek. Narracja większości z nich kończy się w 1995 roku, ale nie dla bohaterów „Wojna umarła, niech żyje wojna” Eda Vulliamy’ego.

Ocaleni z masakr i więźniowie obozów koncentracyjnych żyją jednak dalej. Rozjeżdżają się po świecie, odbudowują rodziny, znajdują pracę, ale traumatyczne przeżycia tkwią w nich na zawsze. Jedni chcą wrócić w rodzinne strony, inni wolą uciec jak najdalej. Jedni przepracowują ból od razu, inni skrywają go latami. Jedni walczą o pomniki, inni o odszukanie szczątków bliskich, a jeszcze inni zajmują się edukacją. Ed Vulliamy opisał więc nie tylko wojnę, ale też wielotonie zmagania o prawdę o torturach i ukojenie bólu po stracie bliskich. Pokazał batalie sądowe w trybunale w Hadze, obojętność światowych przywódców i wypieranie się zbrodni przez Serbów. Dlatego tytuł „Wojna umarła, niech żyje wojna” znakomicie oddaje jej zawartość.

To zdecydowanie nie jest łatwa książka. Więcej, dawno nie czytałem książki opisującej tak okrutne wydarzenia. Po każdej bolesnej opowieści o torturach, zacieraniu śladów po obozach koncentracyjnych, czy wypieraniu się udziału w zbrodni na sąsiadach, musiałem oderwać się od czytania przynajmniej na minutę. Nie każdy będzie w stanie ją przeczytać.

Ed Vulliamy pisze wprost o swoim udziale w wydarzeniach. Jako pierwszy dziennikarz dostał się na teren obozu koncentracyjnego w Omarskiej. Nie ukrywa, że zaprzyjaźnił się z więźniami, którzy są bohaterami książki. Szczerze wyznaje, że nie jest neutralny w konflikcie, bo zna prawdę i wie, kto ją mówi, a kto celowo jej zaprzecza. Mimo to moim zdaniem mieści się w granicach obiektywizmu. O byłych więźniach mówi dobrze, ale ich przywary też wypisuje. Z uśmiechem można przeczytać, że każda dolina w Bośni jest piękna, ale krajobraz Gór Dynarskich ma swój urok. Pod względem roli pisarza w tekście „Wojna umarła, niech żyje wojna” to książka interesująca i warta dyskusji. W konstrukcji dzieła nie podoba mi się jedna rzecz. Bohaterów jest za dużo i trudno ich zapamiętać. Próba oddania każdemu należytego miejsca nigdy nie będzie doskonała. Autor chyba nie był w stanie wielu z nich odmówić.

Od strony językowej trudno autorowi postawić jakikolwiek zarzut. Książka jest napisana doskonałym stylem. Można ją otworzyć w dowolnym miejscu i zostać pochłoniętym przez wydarzenia. Autor znakomicie opowiada – tok myślowy jest klarowny i zrozumiały, styl zaś bliski językowi naturalnemu. W trakcie czytania miałem poczucie, jakbym siedział obok autora przy ognisku i słuchał jego niezwykłych przygód.

„Wojna umarła, niech żyje wojna” zawiera tylko jedno zdjęcie. Jest ono na okładce i to rozwiązanie ma swój cel. Okładkowa fotografia odegrała kluczowe znaczenie dla dalszego życia uwiecznionego na nim mężczyzny i ta historia jest w książce warta. Dlaczego nie ma innych obrazów, innych portretów? Moim zdaniem nie ma sensu epatować cierpieniem. Tekst jest wystarczająco mocny. Za to są mapy Bośni i Hercegowiny z zaznaczonymi miejscami, które zostały opisane w książce. Każdy, kto chciałby je odwiedzić, otrzymuje wskazówki do podróży.

W czasach, gdy życie toczy się dniem dzisiejszym, książka o ciągnącej się traumie wydarzeń sprzed ćwierć wieku, wybija z rytmu. Nakazuje pamiętać o bólu i niesprawiedliwości. Jest ważna dla zrozumienia, dlaczego tlą się konflikty etniczne i dlatego warto ją przeczytać. Moja ocena: 4,5/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci