Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Fałszerze pieprzu

rbuciak

Fałszerze pieprzu - okładka

 

Większość z nas mało wie o swoich przodkach. Niektórzy rozgrzebują rodzinną przeszłość i najczęściej natrafiają na znakomite historie. Nie inaczej jest z Moniką Sznajderman. W książce „Fałszerze pieprzu” pokazała własnych polskich i żydowskich przodków od połowy XIX do połowy XX wieku.

To jest książka o ludziach. Osobach bliskich autorce z racji więzów krwi. Dzięki różnorodności przodków otrzymujemy obrazy żyjących obok siebie społeczności, które prawie nic o sobie nie wiedzą. Najpierw zamożna rodzina żydowskich asymilujących się lekarzy spod Warszawy. Z tekstu i zdjęć wyłania się obraz nowoczesnego mieszczaństwa. Potem biedni radomscy krawcy mocno osadzeni w sztetlu. Na koniec autentycznie bogate polskie ziemiaństwo – kapitaliści z koneksjami u każdej władzy od cara przez Piłsudzkiego, niemieckich okupantów, nacjonalistyczne polskie państwo podziemne aż po władze PRL. Ta rozmaitość to dobry obraz bogactwa społecznego i różnic ekonomicznych przedwojennej i wojennej Polski.

„Fałszerze pieprzu” to również książka o postawach ludzkich i pamięci. Szczególnie wobec zła, które dzieje się obok nas. Autorka rozlicza własnych polskich przodków z obojętności wobec wywózki żydowskich sąsiadów do obozów zagłady. Z drugiej strony zastanawia się, dlaczego jej dziadek poszedł wraz z synem na rampę śmierci. Lektura każe nam pamiętać, że totalne zło działo się tu, gdzie mieszkamy, że cały czas wybucha w różnych miejscach na świecie i kiełkuje także teraz w Polsce. Znamy mechanizmy powstawania zła, znamy jego konsekwencje, ale nadal nie potrafimy go powstrzymać. „Fałszerze pieprzu” są jak dzwonek, który przypomina o sprawach najważniejszych.

Można dyskutować czy Monika Sznajderman odpowiednio wyważyła tematy lub czy nie prześlizgnęła się zanadto po wstydliwych epizodach. Czas zacierający fakty, nadmiar dokumentów i osobiste przekonania spowodowały, że dokonała wyboru materiału. Na pewno wiele drzwi otworzyła, ale ich nie zamknęła. Książka pozostawia liczne niedopowiedzenia i to jest piękne, bo skłania do dodawania od siebie.

Język książki to interesująca mieszanina. Są w niej wspomnienia, opisy zdjęć, reportaż, esej, analiza dokumentów. Treść zawiera mnóstwo imion, nazwisk, dat, miejscowości, nazw potraw, a nawet imion psów i koni. Między nie są wplecione relacje z podróży, opisy z dawnego domowego życia oraz własne przemyślenia. Ta dowolność w sposobie przekazu powoduje, że trudno poczuć przesyt określonym sposobem patrzenia na historię. Jednocześnie zachowuje cały czas wysoki kunszt literacki. Trudno się „Fałszerzami pieprzu” znudzić w trakcie czytania.

Książka zawiera mnóstwo starych rodzinnych fotografii. To dobrze, bo łatwiej się czyta, gdy widzi się osoby opisane w tekście. Niestety nie wszystkie epizody dało się ująć w obrazy. Muszą więc wystarczyć zdjęcia, które się zachowały. Warto podkreślić, że w tym temacie autorka również napisała kilka ważnych zdań.

„Fałszerze pieprzu” bolą i to jest zdrowy ból pamięci. Polecam się z nim zmierzyć. Moja ocena: 4/5.

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • 5000lib

    Może i sięgnę. Pozdrawiam,

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci