Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Atlas lądów niebyłych

rbuciak

Atlas lądów niebyłych - okładka

Wyciągnąłem spod regału wielki atlas świata i otworzyłem na mapie Pacyfiku. Pokazałem żonie palcem na oczko między Australią i Nową Kaledonią mówiąc – Zobacz, ta wyspa nie istnieje. – Tak destruktywnie na moje zaufanie do dzieł kartograficznych wpłynął „Atlas lądów niebyłych” autorstwa Edwarda Brooke-Hitchinga.

Temat książki precyzyjnie wyjaśnia podtytuł „Największe mity, zmyślenia i pomyłki kartografów”. Dzieło angielskiego antykwariusza przemierza w poszukiwaniu błędów na mapach nie tylko lądy i oceany, ale też stulecia. Najstarsze projekcie nieznanych krain pochodzą ze starożytności i średniowiecza. Najnowsze przekręty powstały w XX wieku. Większość imaginacji dotyczy wysp – małych i dużych rozsianych do wszystkich oceanach. Taki wybór dziwi tylko do czasu, gdy uświadomimy sobie, że do odkryć geograficznych służyły głównie statki, a na pełnym morzu nie trudno o miraże i fałszerstwa. Wśród tych lądów są zarówno znane wyobrażenia jak Atlantyda, stare mity jak Wineta, pomyłki jak Wyspa Kalifornia i liczne drobne oszustwa znane tylko starym morskim wygom. Pomiędzy opisami wysp znajdują się legendy w stylu Królestwo Księdza Jana, pragnienia takie jak El Dorado czy typowe falsyfikaty jak ruiny na Pustyni Kalahari. Pomiędzy odległe lądy wmieszane są dwa tematy z innej bajki – potwory morskie i dziwne postacie ludzkie.

Temat książki i krótki opis jej zawartości brzmią niezwykle frapująco nie tylko dla fascynatów map, do których się zaliczam. Po lekturze i namyśle dostrzegam jednak niedoskonałości książki. Autor ograniczył się do dzieł kartografii zachodnioeuropejskiej. Wspomina, że Chińczycy też błądzili na mapach. Szkoda, że brakuje ichnich przykładów o naszej części globu. Najbardziej brakuje mi całego działu o kartografii radzieckiej, która z przyczyn ideologicznych tworzyła masowo kłamstwa na temat własnego terytorium.

„Atlas lądów niebyłych” zaczął mnie nudzić w ¼ treści. Pierwsza dziwna wyspa budzi emocje, piąta i dziesiąta podobna już nie. Notka o każdym miejscu zajmuje dwie lub cztery strony. Czasami wygląda to jakby nie dało się więcej napisać, ale niektóre legendy mogły zostać dużo szerzej omówione. Ich skrótowe, encyklopedyczne potraktowanie rozczarowuje. Zupełnie zaskakującą decyzją jest dla mnie alfabetyczne uporządkowanie wpisów. Czytelnik skacze od wysp na Atlantyku z początków epoki wielkich odkryć geograficznych przez arktyczne miraże sto lat temu do eksploracji głębi kontynentów w XIX wieku i tak w kółko. Zdecydowanie wolałbym trudniejszy do przeprowadzenia, ale zrozumiały dla odbiorcy porządek historyczno-geograficzny.

Ogromną zaletą książki są dziesiątki reprodukcji starych map. Edward Brooke-Hitching dodał je do każdego opisu, czasami nawet po kilka. Dzięki temu książka jest nie tylko bogata w dzieła sztuki, ale też pozwala prześledzić rozwój kartografii od średniowiecza do czasów współczesnych. Możemy porównać portolany i przesadnie zdobione mapy epoki renesansu z coraz bardziej powściągliwymi zmaganiami twórców z rysunkami gór aż po zupełnie schematyczne, minimalistyczne szkice tras wypraw na bieguny i porządne stuletnie wydruki.

„Atlas lądów niebyłych” przedstawia niesamowity temat z użyciem przepięknych ilustracji. Jednak te dwa elementy nie wystarczą, aby dzieło uznać za wybitne. Kluczowy jest dobór treści i jego forma, a w tym przypadku to mocno kuleje. Dlatego polecam książkę z ostrożnością na jaką zasługują niewykorzystane szanse. Moja ocena: 4/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci