Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

A co ja mam z tym wspólnego?

rbuciak

a co ja mam z tym wspólnego - okładka

Czy reportaż może być formą autoterapii? Jeszcze niedawno nikomu by to nie przyszło do głowy, ale literatura żywi się przekraczaniem swoich granic. Sacha Batthyany dowiedział się o udziale swoich przodków w nazistowskiej zbrodni. Napisanie książki „A co ja mam z tym wspólnego?” miało go wyleczyć z cierpień psychicznych.

Połowa książki jest o samym autorze, jego rozterkach, relacji z ojcem, wizytach u psychoanalityka, spotkaniach z prostytutką i wyobrażeniach na temat ludzi, którzy żyli 70 lat wcześniej. Jeśli ktoś lubi czytać o zmaganiach człowieka z jego własnymi trudnymi myślami, to z pewnością „A co ja mam z tym wspólnego?” może inspirować rozwiązania osobistych trudności. Z drugiej strony wielu czytelników uzna, że autor przesadza w grzebaniu w swoim duchowym wnętrzu. Liczne fragmenty mogą być odebrane jako nudne, a spotkania z prostytutką jako całkowicie zbędne. Osobiście zaliczam się do drugiej grupy odbiorców i mnie ekspiacje Sachy Batthyany’ego zwyczajnie męczyły.

Bardziej ciekawił mnie przebieg wydarzeń w czasie II wojny światowej. Reporter odtwarza kilka epizodów. Pierwszym wątkiem jest masakra 200 Żydów w Rechnitz w marcu 1945 roku, w której istotną rolę odegrała ciotka autora. Druga opowieść opiera się na dwóch postaciach – babce autora, córce ze szlacheckiego dworu i młodej Żydówce z tego samego miasteczka. Kobiety znały się, od czasu do czasu wspólnie bawiły jako dzieci. Obie napisały pamiętniki, w których o sobie wspominają. Trzecim tematem jest wywózka dziadka autora na 10 lat do łagru na Syberii. Sporo tego, a każdy z wątków składa się z licznych elementów, które dopiero po złożeniu mogą utworzyć obraz tragedii wojny. Tą całość trudno zbudować na podstawie tekstu książki. „A co ja mam z tym wspólnego?” zawiera raczej urywki. Brak tu systematyczności i zapełniania białych plam. Jestem rozczarowany płytkością relacji.

Sacha Batthyany prowadzi narrację w pierwszej osobie, co wydaje się oczywiste dla książki będącej autoterapią. W połączeniu z faktem, że autor używa języka bliskiego mówionemu, przyjemnego dla czytelnika, dostajemy wciągającą lekturę. Zdania są proste i zrozumiałe. Książkę czyta się jak opowiadanie z życia wzięte z nutką przygody i tajemnicy. Kilka razy pisarz oddaje prowadzenie narracji własnej babce i jej znajomej z dzieciństwa. Te przerywniki, dzienniki z czasów wojny, napisane zupełnie innym stylem dodają książce atrakcyjności. „A co ja mam z tym wspólnego?” składa się z krótkich rozdziałów, podzielonych na jeszcze mniejsze fragmenty, więc czytanie można przerwać niemal w każdym momencie. Widać tu duże doświadczenie autora z pracy w gazecie. Styl książki na pewno należy do jej mocnych stron.

Zupełnie inaczej myślę o konstrukcji całości. Najmroczniejszy rozdział, punkt kulminacyjny, znajduje się na początku. Potem są tylko uzupełnienia, dygresje, dywagacje, poszukiwanie prywatnego sensu życia. Po skończeniu książki miałem nieprzyjemne wrażenie opadania i przeciągania tego, co powinno zamknąć się w kilku mocnych zdaniach.

W książce nie ma zdjęć, ani mapy, więc wygląd krwawej hrabiny i położenie miejsc, w których rozgrywały się dramaty każdy czytelnik musi sobie poszukać na własną rękę.

Pomysł na reportaż autoterapeutyczny był dobry. Myślę jednak, że Sacha Batthyany nie najlepiej go wykorzystał. Choć dysponował dobrym tematem i znakomitym językiem, to zabrakło pomysłu na konstrukcję książki. Wywlekanie własnych przeżyć to nie wszystko. Muszą jeszcze do czegoś prowadzić. Moja ocena: 3,5/5.

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • jardian

    Ciekawa książka. Mnie tutaj najbardziej interesuje wątek Holocaustu, i spotkania z psychoanalitykiem. Miałem bowiem do czynienia z psychoanalizą. Pozdrawiam !

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci