Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Najgorszy człowiek na świecie

rbuciak

Najgorszy człowiek na świecie - okładka

Nigdy nie byłem uzależniony. Mimo kłopotów z osobowością nie piłem, nie paliłem, nie grałem nałogowo. Uciekałem w naukę i pracę. Wielu miało mniej hamulców i dali się ponieść destrukcyjnym ułudom. Tak jak bohaterka książki „Najgorszy człowiek na świecie” Małgorzaty Halber.

Książka opowiada historię kobiety, alter-ego autorki, od czasów szkoły podstawowej do około trzydziestego roku życia. Zachowana została chronologia wydarzeń, więc na początku dowiadujemy się jak zaczyna się uzależnienie od alkoholu i tytoniu. Następnie poznajemy obraz życia w wyniszczającym nałogu przeplatane krótkimi epizodami euforii. O tym jest pierwsza połowa książki. Znajduje się w niej również wiele ocen innych ludzi, co wywoływało we mnie dezaprobatę. Jednak potem czytamy jak wygląda terapia, by zakończyć lekturę na emocjonalnych rozterkach świadomego życia. W drugiej połowie „Najgorszy człowiek na świecie” mieści liczne cenne spostrzeżenia, ale też mnóstwo mitów ze środowiska autorki, np. że seksu nie uprawia się na trzeźwo.

Praktyczne wskazówki jak radzić sobie z emocjami, czym wypełnić czas lub jak spędzić sylwestra, aby nie pić, stanowią najbardziej wartościową część książki. To pomoc, którą trudno uzyskać inaczej, i jest cenna dla wielu ludzi. Małgorzata Halber pokazuje też, że jesteśmy niedoskonali i w zmaganiach z nałogami zdarza się ludziom upaść. Wracają oni do dawnych uzależnień lub znajdują sobie nowe. Mimo to zasługują na szacunek, pamięć i pomoc w chwilach potrzeby. Bolesne prawdy napisane wprost, często o sobie samym, stanowią ważne świadectwo o współczesności.

Małgorzata Halber odważnie odsłoniła własną historię. Co ciekawe, książka nie jest napisana ani z pozycji katolickiej ani feministycznej. To dobrze, ale niestety widać silne zanurzenie w merkantylnej kulturze masowej. Z jednej strony bohaterka czuje potrzebę spokoju, więzi z naturą i głębi kontaktów międzyludzkich, a z drugiej nadal docenia swoją pracę w telewizji – sztucznym świecie płytkiej eksploatacji emocji.

„Najgorszy człowiek na świecie” napisany jest metodą strumienia świadomości. Lekturę można przypisać do gatunku pamiętników. Nie przepadam za tak bezpośrednią relacją, ale wielu osobom może się spodobać. Wszystko jest tu krótkie i przystępne dla czytelnika – zdania, akapity i rozdziały. Czytanie można przerwać w niemal każdym momencie, po każdej ważnej dla siebie myśli. Język książki jest zbliżony do mówionego, miejscami wulgarny. Zawiera zdecydowanie za dużo drażniącego lokowania produktów, które kompletnie nie ma znaczenia. Zdarzają się też zdania gramatycznie niepoprawne. Najgorzej czytało mi się pierwsze dwie strony. Z trudem doszedłem do połowy, ale potem odczułem ulgę. Mam nadzieję, że irytujący mnie opis życia w nałogu był celowym zabiegiem autorki.

Książka zdecydowanie wzbogaciła moje spojrzenie na ludzi. Nabrałem empatii dla osób trudno radzących sobie z problemami emocjonalnymi, szczególnie uczestnikami mityngów uzależnień. Autorka przekonuje, że każdy zasługuje na wsparcie i dla tego pozytywnego przesłania warto przeczytać „Najgorszego człowieka na świecie”. Moja ocena: 4/5.

Kapitalizm. Historia krótkiego trwania

rbuciak

Kapitalizm - okładka

Od czasu kryzysu bankowego 10 lat temu znacznie wzrosła popularność książek objaśniających światową gospodarkę. Autorzy wielu z nich starają się pokazać ekonomię od nowej strony. W ten nurt wpisuje się „Kapitalizm” Kacpra Pobłockiego. Co wartościowego antropolog chce nam przekazać o działaniu rynku?

Główną tezą książki jest próba pokazania szerszego kontekstu na kapitalizm niż myślenie oparte na dominacji Europy i Ameryki. W tym celu autor barwnie opisuje, że powstanie państwa polskiego w X wieku wiązało się z peryferyjnością w relacji do świata arabskiego, a nie łacińskiego. Odrzuca też linearną koncepcję historii. Stara się wykazać, że myślenie o rozwoju od niewolnictwa przez feudalizm do kapitalizmu jest błędne. Wskazuje na niewolnictwo w koloniach jako jeden z filarów sukcesu Anglii w dobie rewolucji przemysłowej. Rzeczowo pisze o współczesnym Dubaju jako mieście przyszłości budowanym na wyzysku robotników kontraktowych. W końcu rysuje przekonujący obraz światowej klasy wyższej jako grupy ludzi oderwanych od konkretnego miejsca na ziemi. Do tego najciekawsza dla mnie część nie mieści się w powyższym wykazie. Jest nią dogłębny opis działania współczesnego globalnego rynku, który doprowadził do kryzysu w 2008 roku. O tym jest cała pierwsza połowa książki.

Dużo tego? Tak. Za dużo. Umieszczenie wszystkich tematów w jednej książce odbieram jako chaos. „Kapitalizm” lepiej by wyglądał jako kilka tomów a nie jeden.

W książce poraziło mnie kilka poważnych błędów merytorycznych. Na odwzorowaniu kartograficznym Merkatora całego globu Europa nie jest na środku jak twierdzi autor. W ogóle wielokrotnie używa on pojęć z nauk ścisłych w filtrze nauk społecznych, co brzmi komicznie i nierzeczowo. Ponadto z jednej strony stawia tezę, że koniec dominacji zachodu następuje od 1950 roku, a kilka rozdziałów dalej rysuje ekspansję stosowanego tam modelu gospodarczego w ostatniej dekadzie XX wieku. Co więcej, Kacper Pobłocki myli materialność przemysłu z przestrzennością. Zawarta zaś na końcu koncepcja przestrzeni relacyjnej jest tak mglista, że potraktowana brzytwą Ockhama znika całkowicie.

Na str. 63 autor zarzuca ekonomistom z sektora finansowego, że odcinają się od realnego świata „za pomocą wysoce wyspecjalizowanego języka, którym posługiwać się potrafią wyłącznie wtajemniczeni”. Dokładnie ten sam zarzut można postawić Kacprowi Pobłockiemu. „Kapitalizm” zawiera nadmiar fachowej terminologii, złożone zdania i omówienia abstrakcyjnych koncepcji. To powoduje, że dzieło jest czytelne dla 1% ludzi mających odpowiednie wykształcenie. Z tekstu wynika, jakby autor chciał pobudzić do refleksji masy z klasy średniej. Jednak złożoność wypowiedzi powoduje dużą barierę z dotarciem przekazu do tej grupy odbiorców.

„Kapitalizm” zawiera wkładkę z wykresami i mapami. Graficzny koszmar. Kolory jaskrawe jak dla niedowidzących, trzy różne kroje pisma, wielkość cyfr za mała, brak linii prowadzących na wykresach. Tak się nie robi w poważnych książkach.

Jeśli myślicie o przeczytaniu „Kapitalizmu”, to nastawcie się na spory wysiłek intelektualny. Wyciągnąłem z książki kilka przydatnych myśli, ale całość mnie rozczarowała. Pozycja zdecydowanie dla wybranych i zdeterminowanych. Moja ocena: 3/5.

1968. Czasy nadchodzą nowe

rbuciak

1968. Czasy nadchodzą nowe - okładka

Wiele razy pisałem, że trudno jest w jednej książce opisać całe państwo, wycinek przestrzeni. Równie ryzykowna wydaje się próba reportażu o konkretnym roku, fragmencie czasu. Jednak Wydawnictwo Agora zdecydowało się rozpocząć serię „lata”. Jej kolejną odsłoną jest „1968. Czasy nadchodzą nowe” cenionych autorów Ewy Winnickiej i Cezarego Łazarewicza. Czy posiada on podobne wady, co wiele książek o państwach?

W ciągu jednego roku na świecie dzieje się mnóstwo wydarzeń. Rok 1968 został zapamiętany jako szczególny przez masowe protesty młodzieży w różnych częściach świata. Nieuniknione było ich opisanie, co oddaje podtytuł książki. Autorzy opisują protesty w Londynie, Paryżu i Warszawie. Istotne jest, co znalazło się w pozostałych z 11 rozdziałów, wycinkach z prasy i kalendarium. Miejsce znalazło się dla pierwszych w Polsce hippisów, emigracji Żydów z Sosnowca, zwycięzcach konkursu „mistrz gospodarności” dla władz miast, polskiej okupacji Czechosłowacji, aż dwa reportaże o filmie, a także o ucieczkach Polaków przez Bałtyk do Danii. Spis pokazuje dużo spraw krajowych – od bardzo lokalnych do mających znaczenie dla kultury euroamerykańskiej.

O ile tematy lokalne są pokazane całkiem dobrze, to brakuje spojrzenia w twarz innego. Olimpiada i zamieszki w Meksyku wspomniane są w ledwie kilku słowach. O Afryce jest mowa raz. Najbardziej brakuje jednak wspomnień z wojny w Wietnamie. Reporterom byłoby je bardzo łatwo zdobyć. Wystarczyłby wyjazd do Wólki Kosowskiej i wypytanie o relacje z bicia Amerykanów.

Równie krytycznie patrzę na zakres tematyczny. Ogranicza się właściwie do polityki, spraw społecznych i kultury. O gospodarce ani słowa, o sporcie kilka wzmianek, o nauce akapit dotyczący wyścigu na Księżyc. Nic o pierwszych przeszczepach serca, ani eksploracji oceanów, ani budowaniu komputerów. Czuję się zawiedziony, bo pojemny podtytuł nie został wypełniony.

Znacznie lepiej myślę o stylu książki. Ewa Winnicka i Cezary Łazarewicz pokazali swoje znakomite zdolności pisarskie. „1968. Czasy nadchodzą nowe” czyta się z przyjemnością, w napięciu i oczekiwaniu na kolejne wciągające historie. Każdy z reportaży to ułożona mniej więcej chronologicznie zamknięta całość. Taka konstrukcja zapewnia łatwy odbiór treści. Napięcie budują krótkie oznajmujące zdania i częste zwroty akcji. W trakcie czytania czuć dynamikę wydarzeń i to bardzo dobrze świadczy o książce.

Obok treści między okładkami znalazło się miejsce na liczne zdjęcia. Właściwie można książkę nie tylko czytać, ale też oglądać, bo wybrano dużo fotografii pełnych znaczących szczegółów. Obrazy współgrają ze słowami. Znakomite ujęcia udało się znaleźć zarówno w Drezdenku i Jičinie, jak i Paryżu oraz Los Angeles. Dzięki fotografiom wartość książki jest dużo większa.

„1968. Czasy nadchodzą nowe” to dopracowana literacko i wizualnie pozycja. Jednak przełomowy dla świata rok pokazuje w mocno niepełnym kadrze. Warto książkę Ewy Winnickiej i Cezarego Łazarewicza przeczytać, ale pamiętając o tym, co się w niej nie zmieściło. Moja ocena: 4/5.

Mieć czy być?

rbuciak

mieć czy być? - okładka

„Mieć czy być?” to ostatnie wielkie dzieło Ericha Fromma. Napisał je w latach 70-tych XX wieku, po buncie młodzieży i kryzysie naftowym. Czy przesłanie książki pozostaje aktualne? Czy mówi jak żyć dzisiaj i jutro?

Tytuł idealnie i zwięźle oddaje zawartość książki. Filozof rozważa w niej dwa odmienne sposoby życia – nastawiony na konsumpcję i realizację w działaniu. Opisuje różnice pomiędzy nimi od strony psychologicznej, ekonomicznej, społecznej oraz politycznej. Pokazuje, jak te dwa nastawienia do świata uwidaczniają się w codziennym doświadczeniu ludzi. Prezentuje rozważania dawniejszych myślicieli na temat tej alternatywy. Omawia ją w tak wydawałoby się odległych od siebie tekstach jak Biblia, filozofia Buddy, kazania Mistrza Eckharta, myśli Karola Marksa i zapiski mocno zapomnianego Alberta Schweitzera. W wyniku przemyśleń jednoznacznie staje po stronie „bycia”, choć w kilku miejscach zaznacza brak ostrości podziału. W ostatniej części książki prezentuje swoją propozycję budowy nowego społeczeństwa opartego na „byciu” jednostek. Wieszczy nadciągającą katastrofę militarną i ekologiczną. Dzięki radom autora ludzie mieliby przetrwać kryzys.

Wielu czytelnikom porady Ericha Fromma wydają się radykalne i idealistyczne. Z drugiej strony, czy warto byłoby czytać porady, które nie są jednoznaczne? Autor badał jako lekarz postawy ludzi i dociekał ich problemów przez kilka dziesięcioleci. Miał czas, aby poukładać w swojej głowie obraz jednostek i zbudowanego z nich społeczeństwa. Warto głębiej zapoznać się z jego przemyśleniami, bo może akurat one pozwolą uporządkować sobie świat. Trzeba jednak pamiętać, że dzieło zawiera liczne skróty. Pełne wyjaśnienie rozważań spowodowałoby, że książka byłaby kilka razy dłuższa i mniej czytelna. Niemniej wygląda na to, że myśliciel przewidział narastanie kryzysu ekologicznego, postępującą zależność od korporacji i powrót do postaw autorytarnych. Na te kryzysy daje dość obszerną receptę. Warto ją poznać i zastanowić, czy może właśnie to nią powinniśmy realizować.

Książka nie jest napisana jednolitym językiem. Wiele fragmentów podanych jest prosto i zrozumiale. Obok nich występują akapity, którym brak lekkości obecnej kilka stron wcześniej oraz we wcześniejszych pozycjach autora. Erich Fromm używa przy tym sporo pojęć fachowych i neologizmów. Często po kilka w jednym krótkim zdaniu. Z najtrudniejszych przypadków tłumacz próbuje wybrnąć podając słowa użyte w wersjach angielskiej i niemieckiej książki. Jednocześnie trudno zarzucić, aby „Mieć czy być?” zawierało zbyt rozbudowane lub niepoprawnie zbudowane zdania. Pisarzowi zdarza się odsyłać do mało znanych dzieł i nawiązywać do korespondencji z kolegami po fachu. Niektóre fragmenty książki wydają się zbędne i przemieszane z lakonicznie podanym sednem koncepcji. To powoduje, że zrozumienie istoty książki wymaga skupienia się na tekście.

„Mieć czy być?” to moim zdaniem bardzo ważna książka, gdyż pokazuje kluczowe wady współczesnego społeczeństwa. Pomimo upływu ponad 40 lat od napisania większość zagadnień nie tylko jest aktualna, ale wręcz narosła. Warto przeczytać tą trudną i głęboką książkę. Erich Fromm daje gotowe ramy, które powinniśmy uzupełnić własną refleksją, aby dostosować się do wyzwań obecnych dzisiaj i jutro. Moja ocena: 4,5/5.

Skąd się biorą Holendrzy

rbuciak

Skąd się biorą Holendrzy - okładka

Powtórzmy to sobie – próba opisania całego kraju w jednym reportażu to zadanie karkołomne. Po raz kolejny spróbował to zrobić Ben Coates pisząc książkę „Skąd się biorą Holendrzy”. Wyszło jak zawsze czy nie?

Zacznijmy od tytułu. Literalne tłumaczenie z angielskiego powinno brzmieć „Dlaczego Holendrzy są inni?” i chyba lepiej oddaje zawartość niż pomysł wydawcy. Generalnie książka skupia się na pokazaniu odmienności mieszkańców Holandii od innych krajów Europy, a nie genezy ich narodu. Co prawda w pierwszej połowie dzieła autor opisuje warunki naturalne (walka z morzem) i historię kraju (złoty wiek XVII, Kompania Wschodnioindyjska, II wojna światowa), ale wplecione we własne małe przygody podróżnicze. Drugie pół książki to już sprawy współczesne. Większość tych zagadnień jest dość typowa, czyli imigranci, narkotyki, prostytucja, tolerancja i obecny odwrót od niej. Anglik ma rozeznanie w sprawach politycznych i te analizy są udane i wartościowe. Na tle spraw bieżących wyróżnia się cały rozdział o piłce nożnej i to on nadaje książce specyfikę. Szkoda, że Ben Coates nie poszedł szerzej w tą stronę.

W każdym z rozdziałów przeplatają się dwa wątki – podróżniczo-przygodowy i eseistyczny. Sam pomysł może nie jest zły, ale wykonanie mało pociągające. O ile wędrówka przez las, góry czy pustynię porusza wyobraźnię, to czytanie spaceru Anglika z piwem w ręku przebranego za tygrysa podczas karnawału nie wywołuje wypieków na twarzy. Fragmenty omawiające historię i współczesne wydarzenia też nie ekscytują. Autorowi wyraźnie brakuje zdolności ułożenia tekstu w sposób interesujący dla czytelnika. W efekcie książka jest po prostu nudna. Wielokrotnie zasypiałem podczas lektury. Nie miałem specjalnej ochoty jej kończyć, ale się przemęczyłem.

Strona językowa książki jest w porządku. Nie ma nadmiernie rozbudowanych zdań, ani niejasności w tekście, ani niewytłumaczonych trudnych słów. Opisy ludzi są całkiem udane. To jednak za mało, aby zachwalać książkę. Zwłaszcza, że z krajobrazem Ben Coates radzi sobie znacznie gorzej. Daje się wyczuć, że wzorem dla autora jest Patrick Leigh Fermor, ale daleko mu do plastycznych opisów nieżyjącego od kilku lat mistrza.

Książka „Skąd się biorą Holendrzy” nie zawiera zdjęć. To duża strata w powiązaniu z mało wnikliwymi opisami architektury i krajobrazu. Obrazy z pewnością dodałyby wartości. Na początku książki znajduje się bardzo schematyczny rysunek kraju i o dziwo jest on wystarczający. Zaznaczone są na nim wszystkie odwiedzone przez autora miejsca, więc nie trzeba sięgać specjalnie po atlas.

Dla osoby, która chce się wybrać na tydzień wakacji i zwiedzić holenderskie miasta, książka Bena Coatesa będzie dobrym wstępem. Jednak nie można oczekiwać od „Skąd się biorą Holendrzy” niczego więcej, a już na pewno nie wnikliwego spojrzenia na europejski kraj. Moja ocena: 3/5.

O sztuce miłości

rbuciak

O sztuce miłości - okładka

Pytanie „jak żyć?” egzystuje w polskiej debacie publicznej od kilku lat. Ponad 60 lat temu odpowiedział na nie Erich Fromm w książce „O sztuce miłości”.

Ta niewielka lektura z pogranicza filozofii i psychologii zawiera w sobie esencję projektu postawy pojedynczego człowieka wobec otaczającego świata. Co więcej, autor dostrzega u czytelników możliwość nauczenia się działania w ramach proponowanej idei. Dlatego miłość nazywa sztuką i zachęca do jej ćwiczenia tak jak szkolenie się w rysunku pozwala praktykować sztuki wizualne. Pisarz odmawia miłości bycie jedynie stanem emocjonalnym powstającym w określonych sytuacjach. Budując teorię postawy daje szansę na rozwój osobisty ku lepszemu współżyciu z innymi ludźmi.

Wiedzę o miłości Erich Fromm opisuje w trzech perspektywach. Po pierwsze – teoretycznej, w której przedstawia elementy tworzące postawę miłości. Rozważa w niej różne typy miłości od erotycznej przez rodzicielską i braterską do miłowania religijnego. Po drugie opisuje przyczyny, które powodują, że we współczesnym świecie trudno realizować miłość. Co ciekawe, pomimo upływu kilku dekad te rozważania pozostają niemal w całości aktualne. Po trzecie – praktycznej, czyli doradza, co robić, aby realizować się w miłości. Wydaje się to niemal niemożliwe, ale jednak autor daje reguły, które warto wdrażać w życiu.

Cała koncepcja miłości opisana przez Ericha Fromma głęboko do mnie przemawia. Na niemal każdej stronie znajdują się fragmenty tekstu, które trafnie określają moje własne życiowe doświadczenia. Ubrane we właściwe słowa nie tylko przydają się do poszerzenia wiedzy o ludziach, ale też pokazują wielkość samego autora.

„O sztuce miłości” to książka zawierająca mnóstwo abstrakcyjnych słów. Może się przez to wydawać, że powinna być trudna w czytaniu. Jednak jej poradnikowy charakter, tematyka bliska doświadczeniu każdego człowieka i bezpośredni przekaz sprawiają, że czyta się ją lekko. Sam autor pomaga w tym podkreślając kluczowe słowa. Niemniej są w książce fragmenty głębokich rozważań, w których pisarz pokazał swoją szeroką wiedzę lekarską i filozoficzną. Jednocześnie ujmuje to w proste zdania, odwołuje się do znanych wszystkich mitów, podaje trafne cytaty, a nawet wiersz napisany kilka wieków wcześniej.

Jasność tekstu sprawia, że chce się zapamiętać sens przekazu. Po raz pierwszy czytałem książkę kilkanaście lat temu i sporo mi w głowie zostało, czasami nieświadomie. Teraz czytając ponownie utrwalam sobie nabytą wiedzę i poszerzam o elementy, które wypadły. Dlatego „O sztuce miłości” polecam przeczytać nie raz, a kilka razy w odstępach, co kilka lat.

Erich Fromm pozostawił po sobie wymagający, ale możliwy do osiągnięcia przepis na życie. Znając go zarówno z perspektywy maturzysty i doświadczonego człowieka mogę z całą odpowiedzialnością napisać, że jego porady powinien przeczytać i przyswoić sobie każdy. Moja ocena: 5/5.

Lajki są nieludzkie

rbuciak

Polubiłem. Rzeczowy komentarz
Kumpla z pracy do nowego prawa;
Wspólne zdjęcie, bo o mnie pamiętasz;
Nową ścieżkę. Zachodzi poprawa!

Polubiłaś. Koty na dywanie;
Uśmiech dziecka koleżanki z klasy;
Listę spraw wniesionych na zebranie;
Kuchenne na blogu rarytasy.

Polubiono. Sto drzew posadzenie;
Obrazkowy żart ze słów premiera;
Na kolejny piknik zaproszenie
I recenzję książki, bo uwiera.

Nikt nie polubi - Zapachu skóry;
O trudach życia długiej rozmowy;
Pocałunku, gdy czas jest ponury;
Złych myśli przychodzących do głowy.

Łatwo, szybko, klik i jest przyjemnie.
Płytkie stały się więzi i tarcia.
Jednak tysiące ludzi codziennie
Potrzebują prawdziwego wsparcia.

Nie bądź obojętna na te głosy.
Nie pozwól wpaść w gąszcz osamotnienia.
Dziś siłą jest niesienie pomocy
W chwilach głębi ludzkiego cierpienia.

Wynajdywanie miejskości

rbuciak

Wynajdywanie miejskości - okładka

Jestem mieszczuchem. Za tym samookreśleniem kryje się cały bagaż stylu życia i pejzaż wartości. Jedną z nich jest poznawanie w celu budowania samoświadomości. Dlatego wnikliwie przeczytałem „Wynajdywanie miejskości” Pawła Kubickiego. Ta książka poszerza obraz polskich miast. W skrócie opiszę jak.

Rozprawa dotyczy miejskości, szczególnie w Polsce, od czasów średniowiecza aż po ostatnie lata. Pierwsza część książki to socjologiczne podstawy naukowe miejskości. Badacz zwraca w niej uwagę na wartości, którymi kierowano się zakładając miasta w zachodniej Europie niemal tysiąc lat temu i które nadal są podstawą aksjologiczną życia w nich. Pokazuje przeciwwagi w postaci nacjonalizmu, modernizmu i gentryfikacji. Przedstawia też trwające od pół wieku odrodzenie miast.

W kolejnych częściach autor szczegółowo opisuje Polskę. Maluje historię powstania miast, ich rolę w złotych czasach XV i XVI wieku, późniejszy upadek w czasach sarmackich i zaborów, nagły przyrost ludności w dobie industrializacji i współczesne wynajdywanie mieszczańskiej świadomości. Całość zamyka szczegółowym opisem trwających sporów w sprawach miejskich. Stara się wyjaśnić różnice w sile ruchów mieszczańskich na przykładzie Krakowa, Wrocławia i Szczecina. Zakres książki jest dobrze przemyślany, dobór wątków również. O kolejnych aspektach złożonego tematu czytałem z zaciekawieniem.

Warto wspomnieć o kilku szczegółach. Duży nacisk położony jest na kulturę i jej twórczy potencjał dla życia miast. Autor zauważa też imitacyjny charakter rozwoju prowadzony przez polskie władze samorządowe. Słabe rozumienie przez nie miejskości prowadzi do kupowania białych słoni i chaosu przestrzennego.

Dostrzegam również kilka wad merytorycznych „Wynajdywania miejskości”. Paweł Kubicki ucieka od definicji miasta, przez co nie do końca wiadomo, o czym pisze. Taki brak precyzji w tekście naukowym zaskakuje. Wyraźnie zabrakło mi dwóch wątków. Nie ma prawie nic o Żydach, którzy współtworzyli polskie miasta. Ze spraw współczesnych pominięte zostały ruchy rowerowe, które miały ogromne znaczenie w ostatnich 20 latach w walce o prawo do miasta poprzez obraną formę protestu. Myślę więc, że dalsze prace socjologiczne o miastach są potrzebne.

Jak na pracę naukową, to „Wynajdywanie miejskości” napisane jest przystępnym językiem. Paweł Kubicki nie przesadza z używaniem trudnych słów. Zdania są raczej krótkie i zrozumiałe. Dość często niestety zdarzają się powtórzenia myśli. Trochę zabrakło ostatecznej selekcji argumentów i treści. Książka nadaje się do czytania dla każdego wykształconego człowieka od studentów poczynając. Piszę to zastrzeżenie, to mam świadomość, że dotyczy spraw abstrakcyjnych. Konstrukcja całości nie budzi większych wątpliwości. Chciałoby się, aby więcej opracowań fachowych było napisanych w ten właśnie sposób. W tekście przeszkadzają za to niedoróbki składu. Kilkadziesiąt razy pomylone są litery, bądź całe końcówki słów. Trudno to wytłumaczyć inaczej niż niedopracowaniem.

Po przeczytaniu „Wynajdywania miejskości” mam poczucie, że dużo więcej wiem o historii i socjologii miast. Lepiej rozumiem znaczenie dobra wspólnego i prawa do miasta. Dlatego mimo uchybień merytorycznych i składu tekstu polecam ją przeczytać wszystkim. Moja ocena: 4/5.

Holandia. Presja depresji

rbuciak

Holandia. Presja depresji - okładka

Holandia niesie ze sobą wiele skojarzeń. Nie tylko wiatraki, kanały, tulipany i kolor pomarańczowy, ale też mnóstwo innych mniej powszechnie zauważanych. Marek Orzechowski opisuje nizinny kraj tropem wybranych przez siebie skojarzeń. Czy „Holandia. Presja depresji” zawiera strawny ich wybór?

Autor opisuje głównie kulturę niematerialną kraju – zwyczaje, poglądy, kluczowe wydarzenia historyczne. Z jednej stronie pisze o skąpstwie, zaś chwilę potem o przepychu materialnym. Dużo rozpisuje się o podziałach religijnych i kompleksach wobec Niemców, aby za chwilę doceniać tolerancję. Niemal pół książki dotyczy XVI i XVII wieku, ale głównie jako szerokie tło dla współczesnego obrazu kraju. Wspomina o kulturze mieszczańskiej, ale więcej rozpisuje się o rodzinie królewskiej. Książka zawiera znacznie mniej treści o materialnej stronie kraju. Co prawda są rozdziały o osuszaniu polderów, malarstwie i fragmenty o literaturze, ale praktycznie nieobecne są tematy architektury, urbanistyki i transportu.

Tu dochodzimy do największej sprzeczności książki. Na okładce są rowery, a w treści o rowerach jedynie to, że Niemcy je masowo kradli wycofując się w 1945 roku. W opowieści o kraju typowo miejskim tematy typowo miejskie znajdują się na uboczu jako oderwane od siebie historie.

Niniejszym ukazuje się podstawowy zarzut do „Holandii. Presji depresji”. Książka jest napisana z perspektywy zdziwionego szlachcica zagrodowego. Ważniejsze dla autora są podziały na katolików i kalwinistów, holendrów i obcych, rządzących i poddanych. Pociągają go burzące ład jednostkowe ekstrema, a nie jak uzgodniono, co jest najlepsze dla wszystkich. Dlatego styl i zakres książki oceniam jako nieodpowiadające tematowi i własnym potrzebom.

Na poziomie językowym najbardziej widoczna cecha to gadulstwo. Sporą część akapitów można by skrócić o połowę bez straty zawartości merytorycznej. Na szczęście to gadulstwo jest przynajmniej o czymś, napisane w miarę prostym językiem wraz z wyjaśnieniami mało znanych pojęć. Kilka razy podczas czytania byłem bliski zaśnięcia, ale dzięki lekkości jakoś dałem radę. Największe emocje obudził we mnie ostatnio rozdział. Nie swoją treścią, ale umiejscowieniem. O zgrozo, jest on o języku niderlandzkim.

Sporą zaletą książki są zdjęcia. Jest ich dużo, a większość została przypisana do odpowiedniego fragmentu tekstu. O osuszonych polderach, malarstwie sprzed wieków, rodzinie królewskiej, paradzie gejów i serach można nie tylko przeczytać, ale też je zobaczyć na swoim miejscu. Właściwie samo obejrzenie kilkudziesięciu fotografii i reprodukcji pozwala wejrzeć w większą część tekstu. Nieco gorzej jest z mapą, bo ta znajdujące się pod okładką to wersja administracyjna. Nie znajdziemy na niej Goudy i Edamu, więc warto jednak mieć przy sobie atlas podczas czytania.

Książkę Marka Orzechowskiego przeczytałem tuż przed wyjazdem na konferencję do Holandii. Nabyta wiedza przydała się w znikomym stopniu, bo nie dostrzegłem skąpstwa. „Holandia. Presja depresji” pomija wiele ważnych tematów, a te które są opisuje zbyt rozwlekle i przesadnie. Wolałbym inną książkę o tym kraju. Moja ocena: 2,5/5.

A co ja mam z tym wspólnego?

rbuciak

a co ja mam z tym wspólnego - okładka

Czy reportaż może być formą autoterapii? Jeszcze niedawno nikomu by to nie przyszło do głowy, ale literatura żywi się przekraczaniem swoich granic. Sacha Batthyany dowiedział się o udziale swoich przodków w nazistowskiej zbrodni. Napisanie książki „A co ja mam z tym wspólnego?” miało go wyleczyć z cierpień psychicznych.

Połowa książki jest o samym autorze, jego rozterkach, relacji z ojcem, wizytach u psychoanalityka, spotkaniach z prostytutką i wyobrażeniach na temat ludzi, którzy żyli 70 lat wcześniej. Jeśli ktoś lubi czytać o zmaganiach człowieka z jego własnymi trudnymi myślami, to z pewnością „A co ja mam z tym wspólnego?” może inspirować rozwiązania osobistych trudności. Z drugiej strony wielu czytelników uzna, że autor przesadza w grzebaniu w swoim duchowym wnętrzu. Liczne fragmenty mogą być odebrane jako nudne, a spotkania z prostytutką jako całkowicie zbędne. Osobiście zaliczam się do drugiej grupy odbiorców i mnie ekspiacje Sachy Batthyany’ego zwyczajnie męczyły.

Bardziej ciekawił mnie przebieg wydarzeń w czasie II wojny światowej. Reporter odtwarza kilka epizodów. Pierwszym wątkiem jest masakra 200 Żydów w Rechnitz w marcu 1945 roku, w której istotną rolę odegrała ciotka autora. Druga opowieść opiera się na dwóch postaciach – babce autora, córce ze szlacheckiego dworu i młodej Żydówce z tego samego miasteczka. Kobiety znały się, od czasu do czasu wspólnie bawiły jako dzieci. Obie napisały pamiętniki, w których o sobie wspominają. Trzecim tematem jest wywózka dziadka autora na 10 lat do łagru na Syberii. Sporo tego, a każdy z wątków składa się z licznych elementów, które dopiero po złożeniu mogą utworzyć obraz tragedii wojny. Tą całość trudno zbudować na podstawie tekstu książki. „A co ja mam z tym wspólnego?” zawiera raczej urywki. Brak tu systematyczności i zapełniania białych plam. Jestem rozczarowany płytkością relacji.

Sacha Batthyany prowadzi narrację w pierwszej osobie, co wydaje się oczywiste dla książki będącej autoterapią. W połączeniu z faktem, że autor używa języka bliskiego mówionemu, przyjemnego dla czytelnika, dostajemy wciągającą lekturę. Zdania są proste i zrozumiałe. Książkę czyta się jak opowiadanie z życia wzięte z nutką przygody i tajemnicy. Kilka razy pisarz oddaje prowadzenie narracji własnej babce i jej znajomej z dzieciństwa. Te przerywniki, dzienniki z czasów wojny, napisane zupełnie innym stylem dodają książce atrakcyjności. „A co ja mam z tym wspólnego?” składa się z krótkich rozdziałów, podzielonych na jeszcze mniejsze fragmenty, więc czytanie można przerwać niemal w każdym momencie. Widać tu duże doświadczenie autora z pracy w gazecie. Styl książki na pewno należy do jej mocnych stron.

Zupełnie inaczej myślę o konstrukcji całości. Najmroczniejszy rozdział, punkt kulminacyjny, znajduje się na początku. Potem są tylko uzupełnienia, dygresje, dywagacje, poszukiwanie prywatnego sensu życia. Po skończeniu książki miałem nieprzyjemne wrażenie opadania i przeciągania tego, co powinno zamknąć się w kilku mocnych zdaniach.

W książce nie ma zdjęć, ani mapy, więc wygląd krwawej hrabiny i położenie miejsc, w których rozgrywały się dramaty każdy czytelnik musi sobie poszukać na własną rękę.

Pomysł na reportaż autoterapeutyczny był dobry. Myślę jednak, że Sacha Batthyany nie najlepiej go wykorzystał. Choć dysponował dobrym tematem i znakomitym językiem, to zabrakło pomysłu na konstrukcję książki. Wywlekanie własnych przeżyć to nie wszystko. Muszą jeszcze do czegoś prowadzić. Moja ocena: 3,5/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci