Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Mieć czy być?

rbuciak

mieć czy być? - okładka

„Mieć czy być?” to ostatnie wielkie dzieło Ericha Fromma. Napisał je w latach 70-tych XX wieku, po buncie młodzieży i kryzysie naftowym. Czy przesłanie książki pozostaje aktualne? Czy mówi jak żyć dzisiaj i jutro?

Tytuł idealnie i zwięźle oddaje zawartość książki. Filozof rozważa w niej dwa odmienne sposoby życia – nastawiony na konsumpcję i realizację w działaniu. Opisuje różnice pomiędzy nimi od strony psychologicznej, ekonomicznej, społecznej oraz politycznej. Pokazuje, jak te dwa nastawienia do świata uwidaczniają się w codziennym doświadczeniu ludzi. Prezentuje rozważania dawniejszych myślicieli na temat tej alternatywy. Omawia ją w tak wydawałoby się odległych od siebie tekstach jak Biblia, filozofia Buddy, kazania Mistrza Eckharta, myśli Karola Marksa i zapiski mocno zapomnianego Alberta Schweitzera. W wyniku przemyśleń jednoznacznie staje po stronie „bycia”, choć w kilku miejscach zaznacza brak ostrości podziału. W ostatniej części książki prezentuje swoją propozycję budowy nowego społeczeństwa opartego na „byciu” jednostek. Wieszczy nadciągającą katastrofę militarną i ekologiczną. Dzięki radom autora ludzie mieliby przetrwać kryzys.

Wielu czytelnikom porady Ericha Fromma wydają się radykalne i idealistyczne. Z drugiej strony, czy warto byłoby czytać porady, które nie są jednoznaczne? Autor badał jako lekarz postawy ludzi i dociekał ich problemów przez kilka dziesięcioleci. Miał czas, aby poukładać w swojej głowie obraz jednostek i zbudowanego z nich społeczeństwa. Warto głębiej zapoznać się z jego przemyśleniami, bo może akurat one pozwolą uporządkować sobie świat. Trzeba jednak pamiętać, że dzieło zawiera liczne skróty. Pełne wyjaśnienie rozważań spowodowałoby, że książka byłaby kilka razy dłuższa i mniej czytelna. Niemniej wygląda na to, że myśliciel przewidział narastanie kryzysu ekologicznego, postępującą zależność od korporacji i powrót do postaw autorytarnych. Na te kryzysy daje dość obszerną receptę. Warto ją poznać i zastanowić, czy może właśnie to nią powinniśmy realizować.

Książka nie jest napisana jednolitym językiem. Wiele fragmentów podanych jest prosto i zrozumiale. Obok nich występują akapity, którym brak lekkości obecnej kilka stron wcześniej oraz we wcześniejszych pozycjach autora. Erich Fromm używa przy tym sporo pojęć fachowych i neologizmów. Często po kilka w jednym krótkim zdaniu. Z najtrudniejszych przypadków tłumacz próbuje wybrnąć podając słowa użyte w wersjach angielskiej i niemieckiej książki. Jednocześnie trudno zarzucić, aby „Mieć czy być?” zawierało zbyt rozbudowane lub niepoprawnie zbudowane zdania. Pisarzowi zdarza się odsyłać do mało znanych dzieł i nawiązywać do korespondencji z kolegami po fachu. Niektóre fragmenty książki wydają się zbędne i przemieszane z lakonicznie podanym sednem koncepcji. To powoduje, że zrozumienie istoty książki wymaga skupienia się na tekście.

„Mieć czy być?” to moim zdaniem bardzo ważna książka, gdyż pokazuje kluczowe wady współczesnego społeczeństwa. Pomimo upływu ponad 40 lat od napisania większość zagadnień nie tylko jest aktualna, ale wręcz narosła. Warto przeczytać tą trudną i głęboką książkę. Erich Fromm daje gotowe ramy, które powinniśmy uzupełnić własną refleksją, aby dostosować się do wyzwań obecnych dzisiaj i jutro. Moja ocena: 4,5/5.

Skąd się biorą Holendrzy

rbuciak

Skąd się biorą Holendrzy - okładka

Powtórzmy to sobie – próba opisania całego kraju w jednym reportażu to zadanie karkołomne. Po raz kolejny spróbował to zrobić Ben Coates pisząc książkę „Skąd się biorą Holendrzy”. Wyszło jak zawsze czy nie?

Zacznijmy od tytułu. Literalne tłumaczenie z angielskiego powinno brzmieć „Dlaczego Holendrzy są inni?” i chyba lepiej oddaje zawartość niż pomysł wydawcy. Generalnie książka skupia się na pokazaniu odmienności mieszkańców Holandii od innych krajów Europy, a nie genezy ich narodu. Co prawda w pierwszej połowie dzieła autor opisuje warunki naturalne (walka z morzem) i historię kraju (złoty wiek XVII, Kompania Wschodnioindyjska, II wojna światowa), ale wplecione we własne małe przygody podróżnicze. Drugie pół książki to już sprawy współczesne. Większość tych zagadnień jest dość typowa, czyli imigranci, narkotyki, prostytucja, tolerancja i obecny odwrót od niej. Anglik ma rozeznanie w sprawach politycznych i te analizy są udane i wartościowe. Na tle spraw bieżących wyróżnia się cały rozdział o piłce nożnej i to on nadaje książce specyfikę. Szkoda, że Ben Coates nie poszedł szerzej w tą stronę.

W każdym z rozdziałów przeplatają się dwa wątki – podróżniczo-przygodowy i eseistyczny. Sam pomysł może nie jest zły, ale wykonanie mało pociągające. O ile wędrówka przez las, góry czy pustynię porusza wyobraźnię, to czytanie spaceru Anglika z piwem w ręku przebranego za tygrysa podczas karnawału nie wywołuje wypieków na twarzy. Fragmenty omawiające historię i współczesne wydarzenia też nie ekscytują. Autorowi wyraźnie brakuje zdolności ułożenia tekstu w sposób interesujący dla czytelnika. W efekcie książka jest po prostu nudna. Wielokrotnie zasypiałem podczas lektury. Nie miałem specjalnej ochoty jej kończyć, ale się przemęczyłem.

Strona językowa książki jest w porządku. Nie ma nadmiernie rozbudowanych zdań, ani niejasności w tekście, ani niewytłumaczonych trudnych słów. Opisy ludzi są całkiem udane. To jednak za mało, aby zachwalać książkę. Zwłaszcza, że z krajobrazem Ben Coates radzi sobie znacznie gorzej. Daje się wyczuć, że wzorem dla autora jest Patrick Leigh Fermor, ale daleko mu do plastycznych opisów nieżyjącego od kilku lat mistrza.

Książka „Skąd się biorą Holendrzy” nie zawiera zdjęć. To duża strata w powiązaniu z mało wnikliwymi opisami architektury i krajobrazu. Obrazy z pewnością dodałyby wartości. Na początku książki znajduje się bardzo schematyczny rysunek kraju i o dziwo jest on wystarczający. Zaznaczone są na nim wszystkie odwiedzone przez autora miejsca, więc nie trzeba sięgać specjalnie po atlas.

Dla osoby, która chce się wybrać na tydzień wakacji i zwiedzić holenderskie miasta, książka Bena Coatesa będzie dobrym wstępem. Jednak nie można oczekiwać od „Skąd się biorą Holendrzy” niczego więcej, a już na pewno nie wnikliwego spojrzenia na europejski kraj. Moja ocena: 3/5.

O sztuce miłości

rbuciak

O sztuce miłości - okładka

Pytanie „jak żyć?” egzystuje w polskiej debacie publicznej od kilku lat. Ponad 60 lat temu odpowiedział na nie Erich Fromm w książce „O sztuce miłości”.

Ta niewielka lektura z pogranicza filozofii i psychologii zawiera w sobie esencję projektu postawy pojedynczego człowieka wobec otaczającego świata. Co więcej, autor dostrzega u czytelników możliwość nauczenia się działania w ramach proponowanej idei. Dlatego miłość nazywa sztuką i zachęca do jej ćwiczenia tak jak szkolenie się w rysunku pozwala praktykować sztuki wizualne. Pisarz odmawia miłości bycie jedynie stanem emocjonalnym powstającym w określonych sytuacjach. Budując teorię postawy daje szansę na rozwój osobisty ku lepszemu współżyciu z innymi ludźmi.

Wiedzę o miłości Erich Fromm opisuje w trzech perspektywach. Po pierwsze – teoretycznej, w której przedstawia elementy tworzące postawę miłości. Rozważa w niej różne typy miłości od erotycznej przez rodzicielską i braterską do miłowania religijnego. Po drugie opisuje przyczyny, które powodują, że we współczesnym świecie trudno realizować miłość. Co ciekawe, pomimo upływu kilku dekad te rozważania pozostają niemal w całości aktualne. Po trzecie – praktycznej, czyli doradza, co robić, aby realizować się w miłości. Wydaje się to niemal niemożliwe, ale jednak autor daje reguły, które warto wdrażać w życiu.

Cała koncepcja miłości opisana przez Ericha Fromma głęboko do mnie przemawia. Na niemal każdej stronie znajdują się fragmenty tekstu, które trafnie określają moje własne życiowe doświadczenia. Ubrane we właściwe słowa nie tylko przydają się do poszerzenia wiedzy o ludziach, ale też pokazują wielkość samego autora.

„O sztuce miłości” to książka zawierająca mnóstwo abstrakcyjnych słów. Może się przez to wydawać, że powinna być trudna w czytaniu. Jednak jej poradnikowy charakter, tematyka bliska doświadczeniu każdego człowieka i bezpośredni przekaz sprawiają, że czyta się ją lekko. Sam autor pomaga w tym podkreślając kluczowe słowa. Niemniej są w książce fragmenty głębokich rozważań, w których pisarz pokazał swoją szeroką wiedzę lekarską i filozoficzną. Jednocześnie ujmuje to w proste zdania, odwołuje się do znanych wszystkich mitów, podaje trafne cytaty, a nawet wiersz napisany kilka wieków wcześniej.

Jasność tekstu sprawia, że chce się zapamiętać sens przekazu. Po raz pierwszy czytałem książkę kilkanaście lat temu i sporo mi w głowie zostało, czasami nieświadomie. Teraz czytając ponownie utrwalam sobie nabytą wiedzę i poszerzam o elementy, które wypadły. Dlatego „O sztuce miłości” polecam przeczytać nie raz, a kilka razy w odstępach, co kilka lat.

Erich Fromm pozostawił po sobie wymagający, ale możliwy do osiągnięcia przepis na życie. Znając go zarówno z perspektywy maturzysty i doświadczonego człowieka mogę z całą odpowiedzialnością napisać, że jego porady powinien przeczytać i przyswoić sobie każdy. Moja ocena: 5/5.

Lajki są nieludzkie

rbuciak

Polubiłem. Rzeczowy komentarz
Kumpla z pracy do nowego prawa;
Wspólne zdjęcie, bo o mnie pamiętasz;
Nową ścieżkę. Zachodzi poprawa!

Polubiłaś. Koty na dywanie;
Uśmiech dziecka koleżanki z klasy;
Listę spraw wniesionych na zebranie;
Kuchenne na blogu rarytasy.

Polubiono. Sto drzew posadzenie;
Obrazkowy żart ze słów premiera;
Na kolejny piknik zaproszenie
I recenzję książki, bo uwiera.

Nikt nie polubi - Zapachu skóry;
O trudach życia długiej rozmowy;
Pocałunku, gdy czas jest ponury;
Złych myśli przychodzących do głowy.

Łatwo, szybko, klik i jest przyjemnie.
Płytkie stały się więzi i tarcia.
Jednak tysiące ludzi codziennie
Potrzebują prawdziwego wsparcia.

Nie bądź obojętna na te głosy.
Nie pozwól wpaść w gąszcz osamotnienia.
Dziś siłą jest niesienie pomocy
W chwilach głębi ludzkiego cierpienia.

Wynajdywanie miejskości

rbuciak

Wynajdywanie miejskości - okładka

Jestem mieszczuchem. Za tym samookreśleniem kryje się cały bagaż stylu życia i pejzaż wartości. Jedną z nich jest poznawanie w celu budowania samoświadomości. Dlatego wnikliwie przeczytałem „Wynajdywanie miejskości” Pawła Kubickiego. Ta książka poszerza obraz polskich miast. W skrócie opiszę jak.

Rozprawa dotyczy miejskości, szczególnie w Polsce, od czasów średniowiecza aż po ostatnie lata. Pierwsza część książki to socjologiczne podstawy naukowe miejskości. Badacz zwraca w niej uwagę na wartości, którymi kierowano się zakładając miasta w zachodniej Europie niemal tysiąc lat temu i które nadal są podstawą aksjologiczną życia w nich. Pokazuje przeciwwagi w postaci nacjonalizmu, modernizmu i gentryfikacji. Przedstawia też trwające od pół wieku odrodzenie miast.

W kolejnych częściach autor szczegółowo opisuje Polskę. Maluje historię powstania miast, ich rolę w złotych czasach XV i XVI wieku, późniejszy upadek w czasach sarmackich i zaborów, nagły przyrost ludności w dobie industrializacji i współczesne wynajdywanie mieszczańskiej świadomości. Całość zamyka szczegółowym opisem trwających sporów w sprawach miejskich. Stara się wyjaśnić różnice w sile ruchów mieszczańskich na przykładzie Krakowa, Wrocławia i Szczecina. Zakres książki jest dobrze przemyślany, dobór wątków również. O kolejnych aspektach złożonego tematu czytałem z zaciekawieniem.

Warto wspomnieć o kilku szczegółach. Duży nacisk położony jest na kulturę i jej twórczy potencjał dla życia miast. Autor zauważa też imitacyjny charakter rozwoju prowadzony przez polskie władze samorządowe. Słabe rozumienie przez nie miejskości prowadzi do kupowania białych słoni i chaosu przestrzennego.

Dostrzegam również kilka wad merytorycznych „Wynajdywania miejskości”. Paweł Kubicki ucieka od definicji miasta, przez co nie do końca wiadomo, o czym pisze. Taki brak precyzji w tekście naukowym zaskakuje. Wyraźnie zabrakło mi dwóch wątków. Nie ma prawie nic o Żydach, którzy współtworzyli polskie miasta. Ze spraw współczesnych pominięte zostały ruchy rowerowe, które miały ogromne znaczenie w ostatnich 20 latach w walce o prawo do miasta poprzez obraną formę protestu. Myślę więc, że dalsze prace socjologiczne o miastach są potrzebne.

Jak na pracę naukową, to „Wynajdywanie miejskości” napisane jest przystępnym językiem. Paweł Kubicki nie przesadza z używaniem trudnych słów. Zdania są raczej krótkie i zrozumiałe. Dość często niestety zdarzają się powtórzenia myśli. Trochę zabrakło ostatecznej selekcji argumentów i treści. Książka nadaje się do czytania dla każdego wykształconego człowieka od studentów poczynając. Piszę to zastrzeżenie, to mam świadomość, że dotyczy spraw abstrakcyjnych. Konstrukcja całości nie budzi większych wątpliwości. Chciałoby się, aby więcej opracowań fachowych było napisanych w ten właśnie sposób. W tekście przeszkadzają za to niedoróbki składu. Kilkadziesiąt razy pomylone są litery, bądź całe końcówki słów. Trudno to wytłumaczyć inaczej niż niedopracowaniem.

Po przeczytaniu „Wynajdywania miejskości” mam poczucie, że dużo więcej wiem o historii i socjologii miast. Lepiej rozumiem znaczenie dobra wspólnego i prawa do miasta. Dlatego mimo uchybień merytorycznych i składu tekstu polecam ją przeczytać wszystkim. Moja ocena: 4/5.

Holandia. Presja depresji

rbuciak

Holandia. Presja depresji - okładka

Holandia niesie ze sobą wiele skojarzeń. Nie tylko wiatraki, kanały, tulipany i kolor pomarańczowy, ale też mnóstwo innych mniej powszechnie zauważanych. Marek Orzechowski opisuje nizinny kraj tropem wybranych przez siebie skojarzeń. Czy „Holandia. Presja depresji” zawiera strawny ich wybór?

Autor opisuje głównie kulturę niematerialną kraju – zwyczaje, poglądy, kluczowe wydarzenia historyczne. Z jednej stronie pisze o skąpstwie, zaś chwilę potem o przepychu materialnym. Dużo rozpisuje się o podziałach religijnych i kompleksach wobec Niemców, aby za chwilę doceniać tolerancję. Niemal pół książki dotyczy XVI i XVII wieku, ale głównie jako szerokie tło dla współczesnego obrazu kraju. Wspomina o kulturze mieszczańskiej, ale więcej rozpisuje się o rodzinie królewskiej. Książka zawiera znacznie mniej treści o materialnej stronie kraju. Co prawda są rozdziały o osuszaniu polderów, malarstwie i fragmenty o literaturze, ale praktycznie nieobecne są tematy architektury, urbanistyki i transportu.

Tu dochodzimy do największej sprzeczności książki. Na okładce są rowery, a w treści o rowerach jedynie to, że Niemcy je masowo kradli wycofując się w 1945 roku. W opowieści o kraju typowo miejskim tematy typowo miejskie znajdują się na uboczu jako oderwane od siebie historie.

Niniejszym ukazuje się podstawowy zarzut do „Holandii. Presji depresji”. Książka jest napisana z perspektywy zdziwionego szlachcica zagrodowego. Ważniejsze dla autora są podziały na katolików i kalwinistów, holendrów i obcych, rządzących i poddanych. Pociągają go burzące ład jednostkowe ekstrema, a nie jak uzgodniono, co jest najlepsze dla wszystkich. Dlatego styl i zakres książki oceniam jako nieodpowiadające tematowi i własnym potrzebom.

Na poziomie językowym najbardziej widoczna cecha to gadulstwo. Sporą część akapitów można by skrócić o połowę bez straty zawartości merytorycznej. Na szczęście to gadulstwo jest przynajmniej o czymś, napisane w miarę prostym językiem wraz z wyjaśnieniami mało znanych pojęć. Kilka razy podczas czytania byłem bliski zaśnięcia, ale dzięki lekkości jakoś dałem radę. Największe emocje obudził we mnie ostatnio rozdział. Nie swoją treścią, ale umiejscowieniem. O zgrozo, jest on o języku niderlandzkim.

Sporą zaletą książki są zdjęcia. Jest ich dużo, a większość została przypisana do odpowiedniego fragmentu tekstu. O osuszonych polderach, malarstwie sprzed wieków, rodzinie królewskiej, paradzie gejów i serach można nie tylko przeczytać, ale też je zobaczyć na swoim miejscu. Właściwie samo obejrzenie kilkudziesięciu fotografii i reprodukcji pozwala wejrzeć w większą część tekstu. Nieco gorzej jest z mapą, bo ta znajdujące się pod okładką to wersja administracyjna. Nie znajdziemy na niej Goudy i Edamu, więc warto jednak mieć przy sobie atlas podczas czytania.

Książkę Marka Orzechowskiego przeczytałem tuż przed wyjazdem na konferencję do Holandii. Nabyta wiedza przydała się w znikomym stopniu, bo nie dostrzegłem skąpstwa. „Holandia. Presja depresji” pomija wiele ważnych tematów, a te które są opisuje zbyt rozwlekle i przesadnie. Wolałbym inną książkę o tym kraju. Moja ocena: 2,5/5.

A co ja mam z tym wspólnego?

rbuciak

a co ja mam z tym wspólnego - okładka

Czy reportaż może być formą autoterapii? Jeszcze niedawno nikomu by to nie przyszło do głowy, ale literatura żywi się przekraczaniem swoich granic. Sacha Batthyany dowiedział się o udziale swoich przodków w nazistowskiej zbrodni. Napisanie książki „A co ja mam z tym wspólnego?” miało go wyleczyć z cierpień psychicznych.

Połowa książki jest o samym autorze, jego rozterkach, relacji z ojcem, wizytach u psychoanalityka, spotkaniach z prostytutką i wyobrażeniach na temat ludzi, którzy żyli 70 lat wcześniej. Jeśli ktoś lubi czytać o zmaganiach człowieka z jego własnymi trudnymi myślami, to z pewnością „A co ja mam z tym wspólnego?” może inspirować rozwiązania osobistych trudności. Z drugiej strony wielu czytelników uzna, że autor przesadza w grzebaniu w swoim duchowym wnętrzu. Liczne fragmenty mogą być odebrane jako nudne, a spotkania z prostytutką jako całkowicie zbędne. Osobiście zaliczam się do drugiej grupy odbiorców i mnie ekspiacje Sachy Batthyany’ego zwyczajnie męczyły.

Bardziej ciekawił mnie przebieg wydarzeń w czasie II wojny światowej. Reporter odtwarza kilka epizodów. Pierwszym wątkiem jest masakra 200 Żydów w Rechnitz w marcu 1945 roku, w której istotną rolę odegrała ciotka autora. Druga opowieść opiera się na dwóch postaciach – babce autora, córce ze szlacheckiego dworu i młodej Żydówce z tego samego miasteczka. Kobiety znały się, od czasu do czasu wspólnie bawiły jako dzieci. Obie napisały pamiętniki, w których o sobie wspominają. Trzecim tematem jest wywózka dziadka autora na 10 lat do łagru na Syberii. Sporo tego, a każdy z wątków składa się z licznych elementów, które dopiero po złożeniu mogą utworzyć obraz tragedii wojny. Tą całość trudno zbudować na podstawie tekstu książki. „A co ja mam z tym wspólnego?” zawiera raczej urywki. Brak tu systematyczności i zapełniania białych plam. Jestem rozczarowany płytkością relacji.

Sacha Batthyany prowadzi narrację w pierwszej osobie, co wydaje się oczywiste dla książki będącej autoterapią. W połączeniu z faktem, że autor używa języka bliskiego mówionemu, przyjemnego dla czytelnika, dostajemy wciągającą lekturę. Zdania są proste i zrozumiałe. Książkę czyta się jak opowiadanie z życia wzięte z nutką przygody i tajemnicy. Kilka razy pisarz oddaje prowadzenie narracji własnej babce i jej znajomej z dzieciństwa. Te przerywniki, dzienniki z czasów wojny, napisane zupełnie innym stylem dodają książce atrakcyjności. „A co ja mam z tym wspólnego?” składa się z krótkich rozdziałów, podzielonych na jeszcze mniejsze fragmenty, więc czytanie można przerwać niemal w każdym momencie. Widać tu duże doświadczenie autora z pracy w gazecie. Styl książki na pewno należy do jej mocnych stron.

Zupełnie inaczej myślę o konstrukcji całości. Najmroczniejszy rozdział, punkt kulminacyjny, znajduje się na początku. Potem są tylko uzupełnienia, dygresje, dywagacje, poszukiwanie prywatnego sensu życia. Po skończeniu książki miałem nieprzyjemne wrażenie opadania i przeciągania tego, co powinno zamknąć się w kilku mocnych zdaniach.

W książce nie ma zdjęć, ani mapy, więc wygląd krwawej hrabiny i położenie miejsc, w których rozgrywały się dramaty każdy czytelnik musi sobie poszukać na własną rękę.

Pomysł na reportaż autoterapeutyczny był dobry. Myślę jednak, że Sacha Batthyany nie najlepiej go wykorzystał. Choć dysponował dobrym tematem i znakomitym językiem, to zabrakło pomysłu na konstrukcję książki. Wywlekanie własnych przeżyć to nie wszystko. Muszą jeszcze do czegoś prowadzić. Moja ocena: 3,5/5.

Miasto na plus

rbuciak

Miasto na plus - okładka

Ta recenzja jest nietypowa, bo ponad połowa autorów i wydawca to moi znajomi. Rodzi to pokusę wybielania książki oraz dokładnie przeciwną nadmiernej szczerości. Omawiając „Miasto na plus” postaram się nie ulec żadnej z nich.

Jak głosi podtytuł książka zawiera eseje o przestrzeni polskich miast. Co do pierwszego słowa nie mam zastrzeżeń. Zbiór zawiera 12 bardzo różnych językowo i tematycznie esejów. Przestrzeń opisana jest w wielu różnych aspektach – społecznym, architektonicznym, środowiskowym, estetycznym, ale w największej części transportowym. Autorzy przyglądają się takim zagadnieniom jak np. rewitalizacja, rozwój ruchu rowerowego, tworzenie nowych parków i planowanie ulic. W całej książce pojedyncze słowa nie odnoszą się do miast. Jednak połowa książki dotyczy Krakowa. Obok tego są rozdziały napisane z perspektywy Warszawy, Łodzi i Zakopanego, zaś pozostałym ośrodkom poświęcono pojedyncze akapity. Co ciekawe autorzy wspominają trzy razy o Lublinie, przy czym dwukrotnie błędnie. I wreszcie – nie cała książka jest o Polsce. Dwa z esejów w połowie omawiają doświadczenia francuskie. Można by się zżymać, że książka ponawia tematy szeroko opisywane od kilku lat. Z drugiej strony podane przykłady w większości nigdy wcześniej nie trafiły do łamy książki. Są nadal świeże. Stąd bierze się znaczna wartość merytoryczna zbioru.

We wstępie do „Miasto na plus” Hubert Mazur napisał, że zabroniono autorom narzekać. Mają dawać dobre przykłady jak zmieniać miasta ku ich sprawniejszemu działaniu. Nastawiłem się na serię opowieści ze szczęśliwym zakończeniem. Większość z nich taka właśnie jest, co uważam za wartościowe i inspirujące. Większość, bo brak narzekania nie do końca się udał. Część autorów opisuje sporo złych przykładów. Inni piszą tylko pozytywnie, ale za to przemilczają niewygodne fakty. Na przykład Otwarta Ząbkowska w Warszawie rodzi się w bólach. Bój o park na Zakrzówku w Krakowie wspomniała autorka spoza stolicy Małopolski.

W książce znajduje się stwierdzenie, że ton dyskusji o miastach zaczęli nadawać społeczni aktywiści. Język „Miasta na plus” wyjaśnia dlaczego tak się stało. Połowa esejów jest napisana przez społeczników, zaś druga przez urzędników i naukowców. Te pierwsze zawierają prostsze słowa, mniej rozbudowane zdania, bardziej interesujące przykłady, narrację z początkiem, rozwinięciem i końcem. Taki przekaz ma szanse dotrzeć do znacznie szerszego grona odbiorców niż ścisłe fachowe słownictwo. Książka jest językowo bardzo nierówna.

Warto zwrócić uwagę na kolejność tekstów. Wydawnictwo zastosowało porządek alfabetyczny autorów. To nietypowe rozwiązanie, ale w tym przypadku lepsze niż inne, bo łatwe do zastosowania i wyjaśnienia. Podoba mi się ten prosty trik. Jednocześnie zamyka on niepotrzebne dyskusje o ustawianiu plejady tekstów i nie wywołuje wrażenia generalnej zmiany jakości.

Obok treści znajduje się w książce dużo czarno-białych zdjęć i schematów. Podnoszą one wartość przekazu i dobrze uzupełniają słowa. Szkoda, że fotografie nie są kolorowe, ale wówczas zapewne książka byłaby znacznie droższa, przez co mniej dostępna.

Polskie miasta cały czas stoją przed wyzwaniem zapewnienia swoim mieszkańcom jakości życia na wysokim europejskim poziomie. Warto wiedzieć, jakimi drogami kroczyć do tego celu. „Miasto na plus” zawiera polifonię odpowiedzi. Są one w większości przydatne zarówno dla władz, aktywistów, jak i zwykłych mieszkańców. Moja ocena: 3,5/5.

Atlas lądów niebyłych

rbuciak

Atlas lądów niebyłych - okładka

Wyciągnąłem spod regału wielki atlas świata i otworzyłem na mapie Pacyfiku. Pokazałem żonie palcem na oczko między Australią i Nową Kaledonią mówiąc – Zobacz, ta wyspa nie istnieje. – Tak destruktywnie na moje zaufanie do dzieł kartograficznych wpłynął „Atlas lądów niebyłych” autorstwa Edwarda Brooke-Hitchinga.

Temat książki precyzyjnie wyjaśnia podtytuł „Największe mity, zmyślenia i pomyłki kartografów”. Dzieło angielskiego antykwariusza przemierza w poszukiwaniu błędów na mapach nie tylko lądy i oceany, ale też stulecia. Najstarsze projekcie nieznanych krain pochodzą ze starożytności i średniowiecza. Najnowsze przekręty powstały w XX wieku. Większość imaginacji dotyczy wysp – małych i dużych rozsianych do wszystkich oceanach. Taki wybór dziwi tylko do czasu, gdy uświadomimy sobie, że do odkryć geograficznych służyły głównie statki, a na pełnym morzu nie trudno o miraże i fałszerstwa. Wśród tych lądów są zarówno znane wyobrażenia jak Atlantyda, stare mity jak Wineta, pomyłki jak Wyspa Kalifornia i liczne drobne oszustwa znane tylko starym morskim wygom. Pomiędzy opisami wysp znajdują się legendy w stylu Królestwo Księdza Jana, pragnienia takie jak El Dorado czy typowe falsyfikaty jak ruiny na Pustyni Kalahari. Pomiędzy odległe lądy wmieszane są dwa tematy z innej bajki – potwory morskie i dziwne postacie ludzkie.

Temat książki i krótki opis jej zawartości brzmią niezwykle frapująco nie tylko dla fascynatów map, do których się zaliczam. Po lekturze i namyśle dostrzegam jednak niedoskonałości książki. Autor ograniczył się do dzieł kartografii zachodnioeuropejskiej. Wspomina, że Chińczycy też błądzili na mapach. Szkoda, że brakuje ichnich przykładów o naszej części globu. Najbardziej brakuje mi całego działu o kartografii radzieckiej, która z przyczyn ideologicznych tworzyła masowo kłamstwa na temat własnego terytorium.

„Atlas lądów niebyłych” zaczął mnie nudzić w ¼ treści. Pierwsza dziwna wyspa budzi emocje, piąta i dziesiąta podobna już nie. Notka o każdym miejscu zajmuje dwie lub cztery strony. Czasami wygląda to jakby nie dało się więcej napisać, ale niektóre legendy mogły zostać dużo szerzej omówione. Ich skrótowe, encyklopedyczne potraktowanie rozczarowuje. Zupełnie zaskakującą decyzją jest dla mnie alfabetyczne uporządkowanie wpisów. Czytelnik skacze od wysp na Atlantyku z początków epoki wielkich odkryć geograficznych przez arktyczne miraże sto lat temu do eksploracji głębi kontynentów w XIX wieku i tak w kółko. Zdecydowanie wolałbym trudniejszy do przeprowadzenia, ale zrozumiały dla odbiorcy porządek historyczno-geograficzny.

Ogromną zaletą książki są dziesiątki reprodukcji starych map. Edward Brooke-Hitching dodał je do każdego opisu, czasami nawet po kilka. Dzięki temu książka jest nie tylko bogata w dzieła sztuki, ale też pozwala prześledzić rozwój kartografii od średniowiecza do czasów współczesnych. Możemy porównać portolany i przesadnie zdobione mapy epoki renesansu z coraz bardziej powściągliwymi zmaganiami twórców z rysunkami gór aż po zupełnie schematyczne, minimalistyczne szkice tras wypraw na bieguny i porządne stuletnie wydruki.

„Atlas lądów niebyłych” przedstawia niesamowity temat z użyciem przepięknych ilustracji. Jednak te dwa elementy nie wystarczą, aby dzieło uznać za wybitne. Kluczowy jest dobór treści i jego forma, a w tym przypadku to mocno kuleje. Dlatego polecam książkę z ostrożnością na jaką zasługują niewykorzystane szanse. Moja ocena: 4/5.

Kto odzyska Plac Defilad?

rbuciak

Kto odzyska Plac Defilad? - okładka

Pusta przestrzeń w środku miasta to jednocześnie ciężar, wyzwanie, jak i szansa. Warszawa od prawie 30 lat próbuje trwale zagospodarować Plac Defilad. Historię miejsca i pomysły na przyszłość obejmuje książka „Kto odzyska Plac Defilad?” pod redakcją Tomasza Fudali wydana przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

Publikacja podsumowuje wydarzenia związane z festiwalem Warszawa w Budowie 9, który odbył się na jesieni 2017 roku. Zawiera więc opisy wystaw, wywiady z ważnymi partnerami i analizy przygotowane z okazji wydarzeń. Omówione badania były prowadzone z perspektywy architektonicznej, historycznej, antropologicznej i socjologicznej.

Niestety zawartość książki odebrałem jako nierówną. Obok ważnych i inspirujących tekstów znajdują się też przypadkowe i nieistotne. Olbrzymim niedociągnięciem jest dla mnie lakoniczne potraktowanie wystaw. Chętnie poznałbym szczegóły analizy placów stolicy, więc skrót na pół strony pozostawia mnie w dużym niedosycie. Analiza historyczna ma sporą wartość poznawczą, bo została porządnie przygotowana. Zobrazowane przykładów partnerstw lokalnych i propozycja takowego dla Placu Defilad to przydatne działanie, także dla innych miejsc w Warszawie, a nawet całym kraju. Jednak postawione obok nich rozważania nad znaczeniem słowem „kompleks” wypadają blado i nieciekawie. Kończące książkę wywiady zawierają wiele wartościowych myśli. Dowiadujemy się, jakie są najważniejsze wyzwania dotyczące administrowania planowaniem przestrzeni w mieście, jakie mieszkańcy mają marzenia związane z wyglądem i życiem placu oraz jak działa wspólne zarządzanie publicznym zasobem przez urząd i biznes.

Zbiory tekstów różnych autorów z natury cechują się zróżnicowaniem stylów i poziomów trudności. Jednak „Kto odzyska plac defilad?” może uchodzić za wyjątek. Wszystkie analizy i wywiady zawierają sporo rzadko używanych słów, fachową terminologią, a nawet neologizmy. Podobnie jest na poziomie semantycznym – licznie występują nowe znaczenia słów i powiązania miedzy nimi. To sprawia, że książka należy to literatury specjalistycznej. Jej odczytanie jest możliwe tylko dzięki znajomości dość szerokiego zasobu wiedzy urbanistycznej i z dziedzin pokrewnych.

Warto bliżej przyjrzeć się stronie graficznej książki, gdyż zawiera wiele fotografii, planów i schematów. Zdjęcia z dawnych lat pokazują cały plac z lotu ptaka, oficjalne uroczystości PRL-u i pamiątkowe sceny prywatne. Ich wybór dość dobrze i skrótowo przedstawia historię omawianego obszaru. Z kolei ujęcia wykonane w ostatnim czasie zaskakują skupieniem na detalach, które nie oddają współczesnego życia miejsca. Plany urbanistyczne zarówno Placu Defilad, jak i innych miejsc są przedstawione w formacie miniatur. Mocno utrudnia to czytanie zawartych w nich koncepcji, co ogranicza możliwość czerpania z nich wiedzy. W takich książkach warto poświęcić stronie graficznej dużo uwagi, czego w tym przypadku częściowo zabrakło.

Czy książka pomoże skierować zmiany dokonujące się na placu na lepsze tory? Obawiam się, że w niewielkim stopniu ze względu na hermetyczność treści. Dlatego polecam „Kto odzyska Plac Defilad?” jedynie osobom zaangażowanym w procesy zmian w przestrzeni. Moja ocena: 3/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci