Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Walka o ulice

rbuciak

Walka o ulice - okładka

Zarządzanie wielkim miastem to trudna umiejętność. Zarządzanie transportem w pełnym schematów Nowym Jorku to szczyt wyznań. Komisarz do spraw transportu Janette Sadik-Khan i jej rzecznik prasowy Seth Solomonow opisali w „Walce o ulice” udaną rewolucję, którą przeprowadzili kilka lat temu w metropolii.

Autorzy zaczęli od opisania powojennej historii walki o ulice Nowego Jorku. Przedstawili wady założeń, jakimi kierowano się przez pół wieku i własny system wartości. Bardzo interesujący jest rozdział, w którym mówią, na co zwracać uwagę patrząc na drogi. Następnie rozłożyli tętnice miasta na czynniki pierwsze. Co ważne, najpierw umieścili rozdziały o chodnikach i wyznaczaniu nowych placów na zbyt szerokich jezdniach. Kolejne dotyczą rowerów, bezpieczeństwa na drogach, autobusów, mostów, promów i wymiany asfaltu. Na koniec komentują wydarzenia, które miały miejsce po ich odejściu z urzędu. Co ciekawe, żaden rozdział nie traktuje o parkach, metrze i kolei miejskiej. Tak samo jak o tramwajach, ale tych w Nowym Jorku nie ma. O parkowaniu, choć to konfliktowy temat wspomniano na zaledwie czterech stronach. Autorzy chwalą się, co zrobili. Pominęli wątki, których nie zdążyli ruszyć.

Dla wszystkich zainteresowanych miastami książka posiada niezwykłą wartość, gdyż pokazuje zmiany od strony osób, które je wprowadzały. Przedstawia konkretne reguły, którymi kierowały się władze, ułomność dyskusji w mediach i sposoby na łagodzenie konfliktów. Z zaskoczeniem co kilka stron odkrywałem, jak wydarzenia z Nowego Jorku są podobne do polskich doświadczeń. Dlatego chciałbym, aby nasi włodarze przeczytali „Walkę o ulice” i wzięli sobie do serca zawarte w niej nauki.

Język książki jest prosty. Nie ma piętrowych zdań i nawet wielość liczb nie poraża. Choć poruszone tematy fascynują nielicznych, to jasność przekazu sprawia, że po „Walkę o ulice” mogą sięgnąć szerokie grupy czytelników. Trudnych słów jest niewiele, za to dużo anegdot. Nie można odmówić autorom poczucia humoru. Ekstremalne stanowiska ludzi, którym wydaje się, że wypowiadają głos większości, wywołują co najmniej uśmiech na twarzy. Każdy rozdział kończy się dziesiątkami odnośników do wyników badań, raportów i literatury. To ważne, bo książka popularnonaukowa musi mieć mocno ugruntowane podstawy.

Zasmucił mnie wstęp napisany przez Martę Żakowską. Użyła specyficznie polskiego nadmiernie złożonego pseudonaukowego żargonu. Powoduje on wysoki próg wejścia i odstrasza od dalszego czytania. Zderzenie wstępu z pracą Amerykanów pokazuje, jak dużo pracy przed nami, aby jasno komunikować myśli.

Ponieważ posiadam zarówno wydanie polskie, jak i angielskie, to mogę odnieść się do pracy tłumaczki. W większości sprawdzonych przeze mnie fragmentów poradziła sobie bardzo dobrze. Niestety kilka pojęć ją przerosło, np. carpool lane. Największy błąd tłumaczenia to frywolne potraktowanie liczb. Notorycznie mila angielska ma półtora kilometra a nie ponad 1600 metrów. Powoduje to wiele przeinaczeń, z których kilka ma duże znaczenie. Mam nadzieję, że w drugim wydaniu zostaną one poprawione.

Dużą wartość posiadają liczne zdjęcia i rysunki. Wyraźnie pokazują sens zmian i ich pozytywne efekty. Chciałbym tak klarowny przekaz zobaczyć we wszystkich lekturach. Polskie wydanie posiada dodatkowo plan Nowego Jorku. Choć nie pokazuje całego miasta, to pozwala zorientować się, gdzie zaszły najważniejsze zmiany.

„Walka o ulice” należy do najlepszych pozycji o miastach, jakie ostatnio zapełniają półki księgarń. Autorom udało się przedstawić ważny dla świata proces zmian w przejrzysty sposób rzadko spotykaną narracją od środka. Mimo pewnych braków i błędów tłumaczeń zdecydowanie warto przeczytać dzieło Janette Sadik-Khan i Setha Solomonowa. Moja ocena: 4,5/5.

Tu mówi Polska

rbuciak

Tu mówi Polska - okładka

Z perspektywy większości mieszkańców Polski, Pomorze to biedna kraina, przez którą jedzie się nad Bałtyk. Za sprawą kilu polityków interesowano się nią więcej jedynie w latach 90-tych XX wieku. Reportaże Cezarego Łazarewicza z Pomorza pochodzą głównie z tego okresu. Zostały zebrane i opublikowane w tym roku w zbiorze „Tu mówi Polska”.

Tytuł książki to także tytuł pierwszego tekstu. Traktuje on o audycji radiowej, w której słuchacze mogą powiedzieć wszystko, co chcą. Sugeruje to, że cała książka kręci się wokół wyświechtanego sloganu „oddajmy głos pokrzywdzonym”. Nie do końca tak jest. Pozostałe reportaże zostały pogrupowane w cztery części o wyraźnej tematyce. Pierwsza dotyczy spraw społecznych – bezdusznych eksmisji, akwizytorów wciskających kołdry, fałszywych małżeństw z Wietnamczykami, samowoli budowlanych nad morzem itp. Druga traktuje o obcych – niemieckiej przeszłości, dzisiejszych zagranicznych kuracjuszach i inwestorach. Trzecia obejmuje sprawy kryminalne – poszukiwanie gwałciciela, podpalacze z OSP, walki pseudokibiców, nastolatek zabity przez policjanta na ulicy, ksiądz pedofil, rodzina kazirodcza itd. Czwarta opisuje polityków – Aleksander Kwaśniewski, Andrzej Lepper, byli działacze Solidarności itp. Typowym problemem zbiorów opartych na przedrukach z gazet jest brak spójności i logiki całego zbioru. Tutaj ta wada przejawia się w nikłym stopniu.

Pokrzywdzonych bohaterów nie jest wcale wielu. Dominuje raczej duch zwycięstwa i porażki w zderzeniu z brutalnym kapitalizmem końca XX wieku. Choć o eksmisjach pisze się teraz z większą wrażliwością, a zagraniczni turyści to nic szczególnego, to z wyjątkiem ostatniej części reportaże aż tak bardzo się nie zestarzały. Stwierdzam to zarówno ze zdziwieniem, jak i pochwałą dla autora.

Reportaże zawarte w „Tu mówi Polska” były pierwotnie opublikowane w gazetach. To czuć w gęstości przekazu. Nie ma miejsca na opisy krajobrazów. Sylwetki ludzi zamykają się w kilku słowach. Teksty składają się z wywiadów i wydarzeń. Rzemiosło, a nie sztuka poetycka. Ważnym elementem tego fachu są tytuły. Niestety te są słabe. Po przeczytaniu książki nie potrafiłem dopasował większości tytułów do tematów.

Styl, w jakim pisze Cezary Łazarewicz, jest bardzo dobry. Autor potrafi zainteresować tematyką. Znakomicie konstruuje wstępy i zakończenia. Nie stosuje skomplikowanego języka, ale daleki jestem od stwierdzenia, że pisze banalnie. Wypowiedzi bohaterów niosą ze sobą dużo znaczeń. Oznacza to, że autor potrafi wyłapać istotne zdania z wywiadów lub włożyć w usta ludzi odpowiednie słowa do zajmowanych stanowisk.

Największą wadą książki są niedokończone opowieści. Szczególnie widać to w reportażach kryminalnych. Część z nich została napisana po zdarzeniach, ale przed procesem. Przygotowując książkę kilkanaście lat później należało sprawdzić, jak wymiar sprawiedliwości potraktował bohaterów. „Tu była Polska” nie zawiera także zdjęć, ani mapy Pomorza. Te także dało się wyłowić z oryginalnych tekstów i dołączyć. Bez tych trzech elementów książka wydaje się mocno niedopracowana, a jako czytelnik czuję się potraktowany niepoważnie.

Rozumiem potrzebę przypomnienia reportaży sprzed lat autora, który był w tym roku nominowany do wielu nagród literackich. Jednak pośpiech wydawniczy nie służy dobremu przygotowaniu książki. Szkoda, że znakomite historyczne już teksty Cezarego Łazarewicza nie doczekały się lepszego opracowania. Moja ocena: 3,5/5.

Żeby nie było śladów

rbuciak

Żeby nie było śladów - okładka

W tym roku po raz pierwszy Nagrodę Literacką „Nike” otrzymał reportaż. Historia zabójstwa Grzegorza Przemyka, którą opisał Cezary Łazarewicz w „Żeby nie było śladów” zasługuje na krytyczne spojrzenie. Czy przekaz książki jest tak cenny, że zasługuje na szczególne wyróżnienie?

Sięgnąłem po ten reportaż dopiero półtora roku po wydaniu, bo temat ani trochę mnie nie pociągał. Komunizm był zły, rządzący wówczas mieli obciążone sumienia, zomowcy byli głupi i brutalni. Było minęło, historii nie odwrócimy, po co rozpamiętywać? Dla dzisiejszej młodzieży oraz trzydziestolatków to prehistoria bez kontynuacji. Kto nadal siedzi myślami w latach 80-tych, ten ma coś nie tak z głową. Tylko, że uczymy się historii, aby zrozumieć procesy dziejowe i przygotować się, gdyby miały się powtórzyć. Ile możemy się nauczyć z życia i śmierci Grzegorza Przemyka?

Zabity maturzysta żył w otwartym domu pełnym znanych osób. Ludzie kontestujący struktury społeczne częściej wchodzą w konflikt z władzami. Warto zastanowić się, czy zachowanie nastolatka warto naśladować. Po drugiej stronie stali zomowcy. Ich brutalna reakcja szokuje. Metody szkolenia służb mundurowych też wymagają przemyśleń. Pozornie drobne zdarzenie wywołało lawinę wagi państwowej i zostawiło swój ślad w historii. Samo rozkręcanie się spirali zdarzeń również zasługuje na uwagę. Interesujące są metody walki stosowane przez opozycję. Można analizować elementy, które odpowiadają za niewątpliwy sukces medialny tego, a nie innego morderstwa. W końcu duża część książki odkrywa kulisy działania machiny państwowej, która miała na celu ukrycie prawdy. „Żeby nie było śladów” pozwala rozpatrywać sposoby uciekania przed walcem. W sumie jest wiele powodów do przemyśleń, a sama historia to tylko pretekst do nich.

Język reportażu zachwyca swoją czystością. Zdania są krótkie i zawierają wyłącznie fakty. Tekst jest gęsty od treści. Nie ma miejsca na długie opisy krajobrazu. Nie ma miejsca na emocje. Te mogą powstać w czytelniku w zależności od jego własnej wrażliwości. Książka ich nie narzuca. Bardzo mi się podoba taki styl. Rzetelna surowa robota dziennikarska działa uspokajająco w zderzeniu z silnie pobudzającymi emocje przedstawionymi wydarzeniami. Szkoda, że nie wszystkie fakty zostały sumiennie sprawdzone w redakcji. Wyłapałem dwa błędy i zdaję sobie sprawę, że może ich być więcej.

Surowość to także sztywne trzymanie się chronologii. Tutaj autor pozwolił sobie na przeskoki w przód i w tył. To mi się nie podoba. Książka zawiera retrospekcje sięgające czasów przedwojennych, co jeszcze można zrozumieć. Za to za błąd uważam przedstawienie śmierci matki Grzegorza Przemyka, która nastąpiła w 1986 roku przed opisem procesu dwa lata wcześniej. W efekcie treść zawiera słowa zdradzające punkt kulminacyjny książki.

Treść „Żeby nie było śladów” uzupełnia kilka zdjęć i wycinków prasowych. Jest ich dokładnie tyle, ile trzeba. Za to książka nie mieści planu Warszawy. Dla zrozumienia przebiegu wydarzeń jest on konieczny. Zaszczyt pełni orientacji doświadczyć mogą jedynie osoby znakomicie znające topografię stolicy.

Cezary Łazarewicz napisał bardzo dobrą książkę. Warto ją przeczytać, nawet jeśli wydarzenia sprzed kilku dekad mało nas pociągają. „Żeby nie było śladów” zawiera historię, z której można wyciągnąć wiele nauki. Użycie formy czystej faktografii ma dodatkowy walor literacki. Gdyby nie kilka niedociągnięć, to mógłbym się zgodzić z werdyktem jury nagrody Nike. Moja ocena: 4,5/5.

Co się komu śni i inne historie

rbuciak

Co się komu śni i inne historie - okładka

Ważne wydarzenia odciskają się w ludzkiej pamięci. Andrzej Mularczyk napisał wiele reportaży o ludziach, których los odmienił się w czasie wojny. Zostały one zebrane i ponownie opublikowane w zbiorze „Co się komu śni i inne historie”. Czy po kilku dekadach od napisania ich przekaz jest jeszcze świeży?

Autora interesuje pojedynczy człowiek i jego życiowe wybory. Ciekawią go silne ludzkie namiętności, szczególnie miłość, i konsekwencje decyzji na całe życie. Bohaterami reportaży są między innymi mąż poszukujący przez kilkadziesiąt lat żony, córka wojskowego szukająca zgubionej papierośnicy po niewinnie straconym ojcu, włoski wojak osiedlony na Pomorskiej wsi, małżeństwo zawiązane w przez ścianę w więziennych celach. Wszystkich bohaterów łączy determinacja w odgrywaniu roli, jaką narzuciła bolesna przeszłość. Ta specyfika powoduje, że prezentują się raczej jako poddani losu niż kierujący życiem. Książkę można odebrać jako próbę ukazania smutnej natury ludzkiego życia, wyraz potęgi miłości lub zbiór nietypowych przypadków. Wszystkie te interpretacje wydają mi się drugorzędne wobec dzisiejszych problemów ludzkości.

Przedstawione historie to prawdziwe wyciskacze łez, choć nie wszystkie życiorysy są smutne. Andrzej Mularczyk opowiada długo, namiętnie i ze szczegółami liczne epizody z życia bohaterów. Skupia uwagę na drobnych, ale znaczących detalach. Posługuje się bogatym słownictwem, które powoli wychodzi z codziennego użycia. Stosuje liczne powtórzenia, zmiany narracji i osobiste doświadczenia ze spotkań. Barwnie opisuje elementy ubiorów, wygląd dróg, wnętrza domów. W każdym z tekstów powiada kilkadziesiąt lat, które nie daje się zamknąć w kilkunastu stronach. Rozwlekłość treści znacznie odbiega od dzisiejszych reportaży. W dobie kondensacji nikt już nie może sobie pozwolić na pisanie tak wielu słów budujących plan. Ciągłe bieganie wzdłuż i wszerz życia sprawiało, że poziom napięcia był dość niski i często przysypiałem nad książką.

Znacznie ciekawsze są użyte formy reportażu. Każdy reportaż zawiera motyw przewodni – wydarzenie, przedmiot, miejsce. Całe teksty są stałym odnoszeniem się do tego kluczowego elementu. Autor lubuje się w scenach spotkań i często stosuje zabieg retrospekcji. W ten sposób przekazuje pierwszeństwo narracji bohaterom tekstów. Proste, choć skuteczne pomysły sprawiają, że treść przestaje być dowolna. To nadanie kształtów wywołuje poczucie obcowania ze sztuką literatury.

Warto wyjaśnić tytuł książki. Otóż zbiór reportaży „Co się komu śni i inne historie” nie jest zwykłym przedrukiem tekstów sprzed pół wieku. Andrzej Mularczyk wybrał z dwóch swoich tomów, które dzieli kilkanaście lat, teksty pasujące do idei zbioru. Ponadto zostały one ponownie zredagowane, co może oznaczać zarówno poprawienie literówek, usunięcie cenzorskich wtrąceń, jak i skróty. Tego nie wiemy, ale skrojenie zbioru na potrzeby współczesnych czytelników wyszło bez rewelacji.

Andrzej Mularczyk jest bez wątpienia autorem, którego powinni znać miłośnicy polskiej literatury faktu. Dobrze, że wydana została książka przypominająca jego reportaże. Jednak mają one znaczenie bardziej historyczne niż pomagają dzisiejszym ludziom odnaleźć się w świecie. Moja ocena: 3,5/5.

Każdy został człowiekiem

rbuciak

Każdy został człowiekiem - okładka

Budowę silnej władzy państwowej można oprzeć na masie młodzieży gotowej do poświęceń. Nastolatki są w stanie propagować dowolną ideologię w zamian za szansę na rozwój osobisty. Działo się tak w Polsce w latach 50-tych XX wieku. Wydarzenia te odtworzył Piotr Nesterowicz w książce „Każdy został człowiekiem”.

Autor opisuje losy młodzieży wiejskiej, która dostała szansę, jakiej nie mieli ich przodkowie. Awans zawdzięczają nie tylko własnej sile woli i inteligencji, ale też właściwemu pochodzeniu i zaangażowaniu partyjnemu. Książka przedstawia bardzo obrazowo realia powojennej Polski. Bohaterowie dostają pierwsze w życiu buty, lekcje w szkole średniej, wyjazdy do Warszawy, wymarzoną pracę i w końcu pralkę. Jednocześnie pną się po szczeblach kariery w stalinowskiej organizacji młodzieżowej, zmagają z nieprzychylnością sąsiadów i księży, alkoholem i zwykłą ludzką podłością. Reportaż odtwarza przemiany w myśleniu młodych ludzi od czasów szkolnych do założenia rodziny. Są one dość uniwersalne. Z drugiej strony książka prezentuje szok odejścia od kultu jednostki i związanych z nim zabobonów. Bardzo podoba mi się tematyka książki. Jest konkretna, wiele mówiąca o zapomnianym fragmencie historii Polski, ale także zawiera ponadczasowe przesłania.

Piotr Nesterowicz zastosował interesującą formę. Książka składa się z krótkich opowiadań. W ten sposób reportaż powraca do swojego rodowodu, czyli noweli. Uzupełnieniem często są listy, które stanowią materiał źródłowy dla całego dzieła. Opowieści tworzą chronologiczny przeplataniec czterech cykli. Dobrze, że nie jest ich więcej, bo już ta liczba sprawia problemy z zapamiętaniem, o kim aktualnie się czyta. Autor wzbudził kontrowersje decyzją zespolenia życiorysów kilku osób. Główni bohaterowie żyli naprawdę, ale do ich losów pisarz dołączył inne, aby pełniej opisać dekadę lat 50-tych. Rozumiem decyzję autora i jestem pełen podziwu, że napisał otwarcie na końcu książki, co zrobił. Każdy czytelnik powinien sam ocenić, czy akceptuje taki zabieg, czy należy raczej ściśle trzymać się prawdy historycznej. Osobiście nie znajduję argumentów na tyle ciężkich, aby przechyliły szalę na którąkolwiek ze stron. Forma jest znakomita, ale jednak bazuje na naciągnięciu rzeczywistości do zamierzonego celu.

„Każdy został człowiekiem” czytało mi się płynnie i szybko. To moja typowa reakcja na książki opowiadające o codziennym życiu. W tekście występuje trochę trudnych słów. Są to przede wszystkim archaizmy. To pokazuje dynamikę przemian języka w ciągu ostatniego półwiecza. Nie wiadomo, ile jest w tekście inwencji autora, a jaką część stanowią oryginalne zapiski bohaterów. Wydaje się, że Piotr Nesterowicz zaingerował znacząco w pierwotny materiał. Poszczególne cykle nowel nie różnią się od siebie stylem. Przez to można odnieść wrażenie bezimienności postaci i znużenia jednorodnością tekstu.

W książce nie ma ani zdjęć, ani mapy kraju. To pierwsze jeszcze mogę zrozumieć. Bohaterowie nie koniecznie muszą posiadać interesujące dla czytelników fotografie z czasów swojej młodości, a dawanie przypadkowych obrazków miałoby niewielki sens. Trudno mi za to wybaczyć braku mapy. Nazwy miast i wsi są w tekście tak częste, że bez ich zobrazowania książka traci kompletność.

Piotr Nesterowicz postanowił przypomnieć jak wyglądała Polska w trudnych czasach końca stalinizmu z perspektywy potencjalnych beneficjentów systemu. Znalazł do tego znakomitą treść i formę, ale bazuje na fałszerstwie. „Każdy został człowiekiem” posiada uniwersalny przekaz skierowany do młodych ludzi i dlatego moim zdaniem warto książkę przeczytać. Moja ocena: 4/5.

Zakonnice odchodzą po cichu

rbuciak

Zakonnice odchodzą po cichu - okładka

Złożoność świata sprawia, że wiele młodych osób ma ochotę zamknąć się z grupą podobnych sobie ludzi za grubym murem. Jeśli do tego słyszą, że dzięki temu będą bliżej doskonałości, to nie dziwi istnienie klasztorów. Po latach wiele zakonnic rezygnuje z życia w izolacji. Milczą o swoich doświadczeniach. To zjawisko postanowiła opisać Marta Abramowicz w książce „Zakonnice odchodzą po cichu”.

Wyjściowe pytanie rozwija się w kilka wątków. Autorka dotarła do 20 byłych sióstr. Ich relacje o życiu w klasztorze i po nim są na tyle podobne, że książka zawiera jedynie wybrane. Byłe mniszki opowiadają głównie o udrękach psychicznych i fizycznych w klasztorach. Życie po klasztorze też okazuje się trudne przez brak przyjaciół, wykształcenia, pieniędzy i umiejętności, ale za to z wolnością myśli i czynów. Tym sprawom poświęcone jest pierwsze reporterskie pół książki. Druga połowa, bardziej eseistyczna, jest poszukiwaniem przyczyn istniejącego stanu. Marta Abramowicz opisuje odmienność klasztorów męskich i żeńskich zgromadzeń zagranicznych. Przedstawia też historię zakonów kobiecych i próby reformy kościoła. Niewątpliwą zaletą książki jest konkretny temat. Podoba mi się także zakres poszukiwań odpowiedzi na postawione pytania.

Struktura książki budzi jednak moje wątpliwości. Każda historia bohaterek jest rozbita na dwie części. Czytając drugą słabo pamięta się, co było w pierwszej. Po ich przeczytaniu miałem poczucie niedosytu. Mogłoby ich być więcej. Kolejność tekstów w drugiej części wydaje się przypadkowa. Domyślam się, że zamiarem było zgłębianie poszukiwań odpowiedzi, ale ostatnia rozmowa jest bliźniaczo podobna do pierwszej. W tym całym zamęcie jest dużo zalet. Wszystkie teksty są krótkie, nieprzegadane, konkretne. Nie ma zbędnych myśli, przez co te 200 stron wydaje się nawet zbyt syntetyczne.

Język książki uważam za jej bardzo mocną stronę. Marta Abramowicz używa prostych krótkich zdań. Niektóre mają po dwa lub trzy słowa. Tekst jest przystępny dla szerokiego grona czytelników. Ludzie, budynki klasztorne i wydarzenia są opisane bardzo plastycznie. Trudność książki polega na odmienności tematów rozmów od życia codziennego większości z nas. Harmonogram dnia klasztoru to suma dziwacznych zwyczajów o staroświeckich nazwach. Dyskusje teologiczne o relacji człowieka z Bogiem to nie jest stały motyw rozmów w domach, kawiarniach i na ulicach. Dla własnego samorozwoju warto poznać ten inny sposób uczestnictwa w świecie. „Zakonnice odchodzą po cichu” znakomicie to umożliwiają.

Książka składa się z samego tekstu. Nie ma w niej ani zdjęć, ani żadnych innych materiałów graficznych. To dobrze, bo nie rozpraszają uwagi. Zawarte w książce opisy pobudzają wyobraźnię. Współgra to z intelektualną przygodą, jaką jest próba odpowiedzi na postawione przez autorkę pytania.

Koszarowe życie zakonów spowija odgórnie nakazana zmowa milczenia. Warto ją przełamać, a „Zakonnice odchodzą po cichu” to świetna literacka droga do tego celu. Książka jest wybornym dyskursem nawet mimo nienajlepszej konstrukcji. Moja ocena: 4/5.

Handlowałem kobietami

rbuciak

Handlowałem kobietami - okładka

Zorganizowane grupy przestępcze to trudny temat dla reporterów. Antonio Salas podjął wyzwanie i wcielił się sutenera. Opisał prostytucję w książce wydanej w Polsce pod wymownym tytułem „Handlowałem kobietami”.

Lektura przedstawia wydarzenia, które działy się w Hiszpanii na początku XXI wieku. Wówczas kraj ten był europejskim centrum prostytucji z siedzibą w Barcelonie. Autor opisuje nie tylko nocne życie stolicy Katalonii, ale wielu regionów kraju od Galicji do Murcji. Dziennikarz przekazuje zdobytą wiedzę o różnych formach sprzedawania ciała przez kobiety – od podwójnego życia gwiazd ekranu przez dorabiające studentki po mieszkanki nocnych klubów i przydrożne prostytutki. Nie wybrzydza. Poznaje między innymi Rumunki, Latynoski i Nigeryjki. Reporter za cel postawił sobie udowodnić, że w Europie odbywa się handel żywym towarem. Wybór tematu i całkiem udana próba jego realizacji warte są licznych pochwał.

Warto bliżej przyjrzeć się metodzie pracy Antonio Salasa. Autor zdradza wiele szczegółów, które pozwoliły mu zbliżyć się do ofiar i sprawców. Rozmowy z policjantami są tylko strumykami wiodącymi do głównego nurtu. Większość dialogów dziennikarz odbył z prostytutkami, ich klientami i sutenerami. Znaczną ich część nagrał ukrytą kamerą, dzięki czemu zgromadził twardy materiał dowodowy przestępstw. Na uwagę zasługuje nie tylko niebywała odwaga stosowanej metody pracy. Reporter, aby wcielić się w handlarza kobietami, musiał nauczyć się zachowywać jak szef mafii. Dzięki książce mamy szansę poznać nawyki, styl ubierania się i słownictwo używane przez przestępców i właścicieli burdeli. Nie ma wielu pozycji, które to opisują.

Mój entuzjazm dla książki kończy się w momencie przejścia do stylu, jakim jest napisana. Kluczowy element, jakim są dialogi, zostały przepisane z taśm. Resztę, czyli opisy ludzi i miejsc oraz opowiadanie o własnych przeżyciach, trudno uznać za pierwszorzędną literaturę. Opisy są lakoniczne i nie pozwalają na wyobrażenie sobie wyglądu postaci ani wnętrz przybytków wątpliwej rozkoszy. Za to autor bardzo dużo opowiada o sobie. Co chwila dowiadujemy się, co myśli i przeżywa. Dobrze, że pokazuje powiązania skrajnej prawicy ze światem przestępczym i wskazuje męskie rządze jako przyczynę nieszczęść. Jednak nieustanne skupienie na sobie powoduje, że cel książki schodzi na drugi plan. Strumień świadomości pełen strachu, pogardy i improwizacji kładzie zbyt mocny cień nad tematem.

Antonio Salas wymienia liczne programy telewizyjne, tytuły prasowe i nazwiska celebrytek znanych w Hiszpanii na przełomie wieków. Kilkanaście lat później i kilka krajów dalej stały się one pustymi nazwami pozbawionymi znaczeń. Podobnie jest z miastami. O ile wiemy, gdzie leży Madryt, to wiele wspomnianych przez autora miejsc są tylko nazwami, bo „Handlowałem kobietami” nie zawiera mapy kraju. Można odnieść wrażenie, że akcja książki dzieje się poza realną czasoprzestrzenią, co nienajlepiej świadczy o reportażu.

Książka zawiera wkładkę z licznymi zdjęciami sprawców i ofiar przestępstw. Pokazane są także talizmany, którymi sutenerzy utrzymują kontrolę psychiczną nad kobietami. To dobrze, bo zdjęcia dodają wiarygodności i uzupełniają braki zdolności literackich autora.

„Handlowałem kobietami” to książka na ważny społecznie temat, gdyż można przypuszczać, że problem niż znika. Szkoda tylko, że zbyt dużo w niej samego autora, a za mało uniwersalnego przekazu. Mimo interwencyjnego charakteru oraz osadzenia w odległym czasie i kraju, warto książkę przeczytać. Moja ocena: 4/5.

Ludzie z Placu Słońca

rbuciak

Ludzie z Placu Słońca - okładka

Hiszpania fascynuje wielu ludzi na całym świecie. Niegdyś potęga, a obecnie duży kraj europejski, który przechodzi burzliwe przemiany. Czy można zarysować najważniejsze jego cechy w jednym zbiorze reportaży? Tą próbę podjęła Aleksandra Lipczak, a efekt jej pracy nosi tytuł „Ludzie z Placu Słońca”.

Autorka wybrała tematy według czytelnego klucza. Reportaże dotyczą spraw polityki historycznej i społecznej. Wojnę domową i dyktaturę generała Franco opowiada przez pryzmat roli kobiet, ukrywającego się przez 30 lat przedwojennego socjalistycznego burmistrza oraz grupy archeologów szukających nieoznaczonych grobów. Z bardziej współczesnych zagadnień Aleksandra Lipczak wybrała wyzwolenie obyczajowe końca lat 70-tych, wieś, która zasłynęła z udzielania ślubów parom tej samej płci, wzlot i upadek dewelopera, powstanie i zwycięstwo ruchu miejskiego w Barcelonie oraz kryzys migracyjny w Melilli. Teksty skupiają się na ludzkich wyborach. Koncentrację uwagi potęgują lakoniczne opisy przestrzeni. Barwy, zapachy, czy faktury pojawiają się sporadycznie i trudno zbudować w głowie obrazy miejsc.

Wybrane temat nie są lekkie, ale swobodnie napisane. Kto szuka opisów słonecznych plaż, ten musi poszukać innej książki. Reportaż ma za zadanie przybliżyć ludzkie problemy i to się autorce udało. Dobór tematów uważam jednak za dość banalny. Jest tu niewiele historii, o których człowiek zainteresowany światem wcześniej nie słyszał. „Ludzie z Placu Słońca” nadają się więc na przewodnik po Hiszpanii dla młodych czytelników. Osoby szukające czegoś nowego i świeżego, wyciągną niewiele przydatnych dla siebie wiadomości.

Może to wrażenie wynika też ze stylu, w jakim napisana jest książka. Od strony językowej napisana została bardzo dobrze. Zdania są poprawnie zbudowane. Nie ma wielokrotnie złożonych sentencji, które trudno zrozumieć. Niestety, zdania postawione obok siebie często dotyczą różnych aspektów. W wielu momentach czułem zagubienie, utratę narracji. Ważnym elementem każdego reportażu jest początek. W „Ludziach z Placu Słońca” z pierwszych zdań wynika niewiele, bo drugi akapit potrafi być o czymś zupełnie innym niż wyjściowy. Przeskoki z jednego wątku do innego i z powrotem występują po kilka razy w jednym tekście. Przez to trudno mi było wyłapać myśli, które są sednem reportaży.

Aleksandra Lipczak użyła kilku różnych form budowy reportażu. Pokusiła się nawet o opowiadanie przez liczby. Wygląda to na wyuczone w niedzielnej szkółce motywy. Odnoszę wrażenie dobrej rzemieślniczej pracy literackiej, ale przy niedostatku własnej pomysłowości autorki.

W książce nie ma zdjęć ani mapy Hiszpanii. Jedno i drugie uważam za błąd. Portrety archeologów czekających na odnalezienie kości czy obraz kuchni przed obozem dla uchodźców w Melilli byłyby doskonałym uzupełnieniem słów. Brak mapy powoduje zaś ukrycie wielu miejsc w mgle Półwyspu Iberyjskiego, a chyba nie o to chodzi.

Napisanie książki o dużym kraju jest trudne. Z tym zadaniem Aleksandra Lipczak poradziła sobie nieźle, bo wybrała kilka znanych tematów. Niestety od strony literackiej „Ludziom z Placu Słońca” brak polotu. Jest to książka dobra na początek zainteresowania Hiszpanią, ale nie do zgłębiania miłości do kraju. Moja ocena: 3,5/5.

Ekonomia. Instrukcja obsługi

rbuciak

ekonomia instrukcja obsługi - okładka

Przeczytałem podręcznik do ekonomii w dwa dni. Połowa z was pewnie pomyślała właśnie, że jestem nienormalny. Cóż, pracuję w branży, więc nie było to dla mnie takie trudne. Część z was mogło zastanowić, co to za podręcznik, że można go z ochotą przeczytać tak szybko. To niezwykłe dzieło to „Ekonomia. Instrukcja obsługi” Ha Joon Changa.

To nie pierwsza książka koreańskiego profesora popularyzująca wiedzę o gospodarce. Tym razem, zamiast zajmować się ciekawostkami, postanowił systematycznie przedstawić podstawy ekonomii. Zaczyna od refleksji, po co w ogóle uczyć się o gospodarce. Następnie wyjaśnia, czym jest ekonomia, jej historię i różne podejścia do zagadnień. Opisuje też instytucje, które tworzą gospodarkę. Po rozważaniach natury ogólnej przechodzi do konkretnych tematów – produkcja, dochód, bankowość, nierówności, bezrobocie, rola państwa, handel. Jak na instrukcję obsługi, to jest ona dość pokaźna, ale właściwie skrojona. Ha Joon Chang przedstawia niemal wszystkie najważniejsze podejścia i zagadnienia.

Popularność książek wykładowcy nie wzięła się znikąd. Ma ona dwie ważne przyczyny. Autor objaśnia zawiłe zagadnienia w sposób możliwie najprostszy. Wyjaśnia trudne słowa, na które czytelnik zapewne natrafił przysłuchując się rozmowom specjalistów w telewizji. Ha Joon Chang napisał swoje książki prostymi słowami, bo chce trafić do jak największej liczby odbiorców. Jest w pełni świadomy, że wywód była trudny i wymaga przedstawienia oraz porównania wielu liczb. Robi to jednak po mistrzowsku. Drugi trik autora polega na śmiechu. Regularnie w tekście pojawiają się anegdoty, dowcipy, cytaty znanych osób i nawiązania do kultury popularnej z Latającym Cyrkiem Monty Pythona włącznie. Podczas czytania „Ekonomii. Instrukcji obsługi” nie można się nudzić.

Profesor ekonomii sam zachęca, aby się z nim nie zgadzać. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak wypisać kilka uwag do książki. Po pierwsze, traktuje on Europę Środkową bardzo protekcjonalnie. Nie zauważa, że kraje tej części świata należą do OECD. Myli Czechy z Chorwacją i Słowację ze Słowenią. Po drugie, w rozdziale o rozwoju napisał o PKB i o szczęściu. Bardzo dobrze, że przy okazji skrytykował bezmyślne nadużywanie wskaźników. Jednak pominął w rozważaniach Human Development Index oraz współczesne odpowiedzi na kryzys znaczenia PKB, czyli np. wielkość dochodów do dyspozycji gospodarstw domowych. Po trzecie, o ekonomii ekologicznej jedynie wspomina. Bardzo szkoda, że zabrakło w książce miejsca na wyjaśnienie zjawiska ograniczenia zasobów, efektu przełowienia, kosztów zewnętrznych działalności czy sprawiedliwego handlu. Po czwarte, często trudno w książce odróżnić, kiedy autor pisze słowa, na które zgadzają się niemal wszyscy, a kiery przedstawia osobiste poglądy na daną sprawę. Po piąte, część z dowcipów i anegdot pochodzi z poprzednich książek Ha Joon Changa. Jeśli ktoś zamierza przeczytać jedną po drugiej, to ma spore szanse poczuć deja vu.

Bardzo dobrze, że wydawane są książki, które objaśniają ważne i zawiłe kwestie w sposób przejrzysty i dowcipny. Znakomicie, że o ekonomii napisał w ten sposób człowiek, który doskonale zna temat. Wszystkim polecam przeczytać „Ekonomię. Instrukcji obsługi”, choć warto podejść do niej z odrobiną ostrożności. Moja ocena: 4/5.

Walkable city

rbuciak

Walkable city - okładka

Jak zbudować miasto, aby ludzie po nim chodzili? To pytanie, które jest wynikiem refleksji nad naturą człowieka (zwierze, które chodzi) i współczesnego rozwoju (większość ludzi żyje w miastach). Istnieje dość bogata wiedza na ten temat. Zebrał ją Jeff Speck w książce „Walkable city”.

To kolejna pozycja o miastach, którą przeczytałem po angielsku, bo nie ma polskiego wydania. Krajowy rynek literatury urbanistycznej nadal posiada liczne braki. Na ile ważny jest brak akurat „Walkable city”? Trudno jednoznacznie ocenić jakość polskich miast pod względem możliwości chodzenia. Nie ma jednego zestawu kryteriów, ale Jeff Speck prezentuje własny zbiór 10 kroków.

Książka składa się ze wstępu i omówienia tych 10 kroków, które zdaniem autora mają uczynić miasta „chodliwymi” (ang. walkable, może ktoś ma pomysł na dobre tłumaczenie tego słowa?). Kroki zgrupowane są w cztery warunki dobrego spaceru – użyteczny, bezpieczny, wygodny, interesujący. O ile warunki raczej nie budzą dyskusji, to dobór kroków może dziwić. Amerykanin omawia konieczność ograniczenia ruchu samochodowego, wspieranie transportu publicznego i rowerów, sadzenie drzew, aktywizację parterów budynków, itp. O samym ruchu pieszym jest zaledwie jeden rozdział. Dotyczy on bezpieczeństwa. Jeff Speck świadomie pomija jakość chodników i ich otoczenia. Rozważania autora skupiają się na poziomie zarządzania całym miastem, a nie konkretnymi ulicami. Wymownie oddaje to tytuł książki. To zawężenie do jednego poziomu spojrzenia uważam za błąd. Zmiany są potrzebne i w zarządzaniu całymi miastami i w projektowaniu ulic. Książka dotyczy więc czynników, które powodują, że chce się po mieście chodzić, a nie jak mają wyglądać ulice.

„Walkable city” jest napisana bardzo dobrym stylem. Autor używa codziennego języka. Nie stosuje rozbudowanych zdań. Język książki nie jest najprostszy. Tekst zawiera sporo słów, których nie ma w jednotomowych słownikach. Nie chodzi tu wyłącznie o specjalistyczną terminologię, np. markiza, ale o rzadziej używane zamienniki powszechnie stosowanych czasowników czy przymiotników. Ponadto książka jest mocno osadzona w kulturze amerykańskiej. Jeff Speck odnosi się do innych dzieł, np. seriali telewizyjnych. Najczęściej są one obce osobom spoza tego kręgu kulturowego. Czyni to książkę mniej dostępna dla ludzi z innych krajów. Uważam to za wadę, gdyż problem budowy miast dla potrzeb pieszych jest bardzo podobny na całym świecie. Ameryka nie jest tu żadnym wyjątkiem.

Aż trudno w to uwierzyć, ale w książce nie ma żadnych zdjęć ani map. Zawiera tylko goły tekst. Nawet przytaczane dane statystyczne nie zostały ujęte w tabele ani wykresy. Ta surowość powoduje, że trudniej zrozumieć fragmenty, gdzie autor opisuje konkretne rozwiązania z omawianych miast.

Zaletą książki jest uporządkowanie tematów, na które trzeba zwrócić uwagę przy zarządzaniu miastem, aby stało się przyjazne dla pieszych. Jeff Speck z poczuciem humoru i ogromnym znawstwem stara się je przybliżyć. Robi to dobrze, ale styl ogranicza krąg odbiorców do zatroskanych wykształconych Amerykanów. Dlatego jestem nieco rozczarowany. Moja ocena: 3,5/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci