Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Przez morze

rbuciak

Przez morze - okładkaWielu marzy, aby stać się kimś innym niż są. Dziennikarze stworzyli z tego pragnienia osobny typ pisania – reportaż wcieleniowy. Jego przykładem jest książka Wolfganga Bauera „Przez morze”, w której autor wraz z fotografem stali się migrantami próbującymi dostać się do zamkniętej Europy.

Niemiecki pisarz i czeski fotograf dołączyli do grupy Syryjczyków w Egipcie i wraz z nimi postanowili przepłynąć Morze Śródziemne. Książka od środka opisuje perypetie grupy młodych mężczyzn. „Przez morze” zawiera dramatyczne przygody uciekinierów z ogarniętego wojną kraju z handlarzami żywym towarem, służbami mundurowymi, chorobą morską, bezsennością i kłopotami technicznymi na łajbach. Precyzyjnie zostały podane ceny, drogi ucieczki i stojące na drogach przeszkody. W tej niewielkiej książce znalazły się opisy różnych furtek, przez które można dostać się do wymarzonego świata. Zaskakuje ich wielość, ale też drożyzna. Choć autorowi ostatecznie nie udało się popłynąć łodzią do Europy, to kontakty, które zdobył w Egipcie pozwoliły mu na odtworzenie przebiegu koszmarnych warunków podróży. Za ten skrótowy obraz uwierającego kawałka świata należą się reporterowi zasłużone pochwały.

Każdy z bohaterów został szczegółowo i realistycznie pokazany. Dowiadujemy się o ich wykształceniu, majątku, rodzinie, zniszczonych przez wojnę domach i miejscach pracy. Poznajemy ich dominujące cechy charakteru, typowe zachowania, styl ubioru, wrażenia, jakie wywołują na otoczeniu. Dziennikarz wypytał ich także o marzenia – miejsca, do których chcieliby dotrzeć i pracę, jaką zamierzają tam wykonywać. Bardzo podoba mi się ten plastyczny, szczegółowy obraz. Powoduje on we mnie pozytywny, przyjazny stosunek do tych ludzi, choć wiele ich wad też zostało podanych na tacy. Należy pochwalić autora książki za umiejętność uchwycenia ludzkiej psychiki i jej zwięzłego przekazania czytelnikom.

Treść książki przeraża i smuci. Przeraża skala ludzkiej podłości, jaką potrafią silniejsi i bogatsi używają wobec słabszych i biednych. Smuci, że wykształceni Syryjczycy muszą w odrażający sposób uciekać przed wojną z własnego kraju. Smuci, że gotowi są zgodzić się na pracę dużo poniżej własnych kwalifikacji w obcej im kulturowo, ale nadal bezpiecznej Europie. Jeśli Wolfgang Bauer liczył na wywołanie emocji u czytelników, to we mnie znalazł odbiorcę.

Te emocje podkreśla styl pisania. Przypomina on scenariusz filmu sensacyjnego. Wartka akcja, dramatyczne przygody, krótkie konkretne dialogi, ale też wyraźne, czasem wręcz teatralne zachowania i sporo znaczących szczegółów wrażeń zmysłowych. Znalazło się miejsce zarówno dla widoków poplamionych skarpet, zapachów morskiej zgnilizny i odgłosów kroków na schodach. Książka zawiera ledwie kilka zdjęć wykonanych przez Stanislava Krupara. Jednak ich treść jest tak bogata w znaczenia, że mogą być pretekstem do głębokich przemyśleń i długich rozmów.

Choć „Przez morze” przedstawia współczesny kryzys migracyjny z jednej, oddolnej strony, to warto książkę przeczytać, bo jest znakomicie skonstruowana. Moja ocena: 4,5/5.

Na południe od Lampedusy

rbuciak

Na południe od Lampedusy - okładkaLiczba książek o próbach dotarcia z Afryki do Europy wcale nie jest mała. Na ich tle „Na południe od Lampedusy” Stefano Libertiego wyróżnia się wieloletnim doświadczeniem autora i wielostronnym ujęciem tematu. Przyjrzyjmy się bliżej tym walorom.

Rzut oka na spis treści zapowiada już szerokie spojrzenie na temat. Dziennikarz poznał nie tylko oczywiste dla szlaku podróży Afrykanów miejsca, takie jak Niger, Algieria czy Maroko. Dotarł też do Senegalu, Mauretanii, ale nawet do Turcji i w końcu na Lampedusę. Tekst książki zdradza jeszcze więcej miejsc, w tym siedzibę Frontexu w Warszawie. Autor rozmawia z bardzo wieloma osobami o skrajnie różnych doświadczeniach. Od migrantów tkwiących na różnych punktach trasy przez, rybaków który pomagają przedostać się na Wyspy Kanaryjskie i ludzi walczących o poprawę bytu podróżników, aż po europejskich urzędników pozbawionych humanitarnych odruchów. Rozmówcy zostali dobrani bardzo dobrze. Nie jest ich ani za dużo, ani za mało. Książka pozwala na zbudowanie całościowego obrazu tematu.

Dla wielu czytelników może być zaskoczeniem, że Stefano Liberti rzadko towarzyszył w drodze opisywanym przez siebie podróżnikom. Spotyka ich na różnych przestankach i tam wyciska z nich wszelkie możliwe informacje. To nieco kontrastuje z dość schematycznym układem treści, czyli od domu w Afryce do raju na małej włoskiej wyspie. Jednak bogaty materiał sprawia, że osobiste doświadczenie podróży wcale nie stanowi sedna tematu. Książka nastawiona jest na pomoc czytelnikowi w zrozumieniu procesu migracji z jednego kontynentu na drugi i czyni to w sposób doskonały.

Choć „Na południe od Lampedusy” jest przede wszystkim reportażem, to autor nie ograniczył się do jednego stylu literackiego. Poza rozmowami i opisem przeżyć bohaterów zbacza też w eseistyczne wyjaśnienia i rozważania moralne. Dodaję one książce odcieni powagi i refleksji. Budują też głębszą warstwę znaczenia i rozumienia tematu.

Niezależnie od formy cała książka utrzymana została w jednym sposobie pisania. Zdania są najczęściej długie, oznajmujące i z wieloma przecinkami. Za to dialogi krótkie, szorstkie, skierowane na jasno zarysowany cel rozmowy. Autor zwięźle, ale z istotnymi szczegółami opisuje ludzi i miejsca. Dzięki tym zabiegom książkę czyta się z zainteresowaniem, a niektóre fragmenty przypominają film sensacyjny.

Szkoda tylko, że „Na południe od Lampedusy” nie zawiera zdjęć. Z pewnością jeszcze bardziej poszerzyłyby one obraz w strony, które trudno ująć słowami. Jest za to mapa z zaznaczonymi miejscami, które są w tytułach rozdziałów. Ta pomoc nie jest wystarczająca, gdyż w tekście pojawia się znacznie więcej nazw miast i regionów niż zawiera grafika.

Jeśli chcecie zrozumieć dlaczego Afrykańczycy uciekają do Europy i na jakie przeszkody trafiają po drodze, to „Na południe od Lampedusy” będzie najlepszym wyborem. Moja ocena: 4,5/5.

Afrykańska odyseja

rbuciak

Afrykańska odyseja - okładka

Temat migracji do Europy liczonej w setkach tysięcy osób nie pojawił się rok czy dwa lata temu. „Afrykańska odyseja” Klausa Brinkbäumera ilustruje sytuację sprzed dekady. Czy wobec gnającego do przodu świata warto sięgać tak daleko wstecz?

Niemiec miał bardzo dobry pomysł na reportaż. Odnalazł Afrykańczyka, który przebył Saharę i dotarł po trzech latach do Hiszpanii. Następnie namówił go do powtórzenia podróży, tym razem z europejskim paszportem w ręku. Postawili sobie za cel odwiedzić rodzinę pozostawioną w Ghanie, rodziny innych migrantów, którym udało się dostać do lepszego świata, porozmawiać z ludźmi odbywającymi podróż lub tkwiącymi w wielu punktach na trasie bez pieniędzy. Pomysł bardzo dobry, ale z realizacją nieco gorzej.

Przy okazji autor postanowił wyjaśnić wiele innych spraw – od działalności agendy ONZ zajmującej się pomocą humanitarną, przez historię Liberii, Algierii i kilku innych państw, po nakreślenie tła całego procesu w rozmowach ze znawcami tematu. Wciśnięcie wszystkich tych wątków do jednej książki powoduje chaos i regularne odrywanie się od głównego wątku. W konsekwencji opis samej podróży zajmuje na tyle mało miejsca, że można odnieść wrażenie jego pobieżnego opracowania. Z jednej strony opisy dworców autobusowych w Nigrze i koczowisk uchodźców w Maroku pociągają swoją niecodziennością. Z drugiej strony autor przyznaje się do zapisania pięciu zeszytów w trakcie wyprawy i można mieć poczucie, że wiele interesujących zdarzeń zostało pominiętych.

„Afrykańska odyseja” to nie do końca reportaż. Dziennikarz pomieszał go z esejem popularnonaukowym. Taka mieszanka opisywania Afryki z wyjaśnianiem rzeczywistości może budzić różne emocje – od zachwytu po irytację. Dla mnie było tego po prostu za dużo jak na jedną książkę.

Sam tekst czyta się szybko, bo nie zawiera skomplikowanych słów. Zdania są krótkie oznajmujące. Akapity i podrozdziały klarownie skonstruowane. Dziwi silne przywiązanie autora do danych statystycznych. W tekście pojawia się ich sporo i dzisiaj, po dekadzie, mają one najczęściej znaczenie jedynie historyczne. Za to zawarte w tekście analizy ludzkich postaw dotyczą spraw bardzo przyziemnych, więc łatwych do zrozumienia. Zaskakuje za to, jak te proste prawdy nie docierają do głów polityków. Jeszcze bardziej zaskakuje cytowany w książce Ryszard Kapuściński. Jego wypowiedzi zachowują aktualność pomimo upływu dekady.

Z autorem podróżował fotograf, który wykonał kilka tysięcy zdjęć. Poza okładką książka nie zawiera ani jednego. To wielka strata dla dzieła, bo opisy ludzi i miejsc nie obfitują w szczegóły pozwalające na ich wyobrażenie.

„Afrykańska odyseja” mimo licznych niedociągnięć ma wiele walorów poznawczych. Pozwala zrozumieć przyczyny, przebieg i konsekwencje migracji z Afryki do Europy. Mimo upływu lat pozostaje w znacznej części na czasie, dlatego warto ją przeczytać. Moja ocena: 4/5.

Świat ludzkiej nadziei

rbuciak

Świat ludzkiej nadziei - okładka

Filozofia XX wieku to fascynujący okres w rozwoju ludzkich dróg myślenia. Z jednej strony zajmowano się porządkowaniem podstaw nauki. Z drugiej nastąpił powrót do rozważań nad miejscem człowieka w świecie. W tą drugą stronę poszli egzystencjaliści odkrywając brak sensu istnienia. Zupełnie inną odpowiedź wyraził Józef Tischner w książce „Świat ludzkiej nadziei”.

Publikacja ta stanowi uporządkowany zbiór tekstów księdza profesora z lat 1966-1975. Autor podzielił swoje rozważania na trzy obszary – o świecie, o człowieku i o religii chrześcijańskiej. Wartość poszczególnych części jest różna. Część tekstów o świecie to recenzje innych książek, do których niewielu już dzisiaj zagląda, więc szybko się zestarzały. Rozważania o pracy czy edukacji są w zasadzie wstępem do myśli wyrażonych w kolejnych dziełach profesora. Natomiast rozprawki z drugiej części książki, te dotyczące człowieka, po 40 latach od publikacji mają nadal wielką wartość. Józef Tischner przybliża, komentuje i porządkuje myśli filozofów z ostatnich kilku wieków m. in. na tematy wolności i świadomości. Ta część zawiera też autorską koncepcję „ja aksjologicznego”. Ostatnia część książki ma znaczenie głównie dla katolickich duchownych, ale mieści w sobie ważne dla wszystkich rozważania o śmierci.

Zdaję sobie sprawę, że książki filozoficzne nie należy do dzieł popularnych, bo dla ich zrozumienia potrzeba skupienia i dokładnego czytania. Przez tekst przechodzi się powoli i z wieloma przerwami na uporządkowanie myśli we własnej głowie. Nie inaczej jest ze „Światem ludzkiej nadziei”, choć należy ona do dzieł napisanych językiem klarownym. Dlatego może być dobrym wstępem do dalszych poszukiwań na poruszane tematy, choć znajomość podstaw filozofii XX wieku jest wielce przydatna.

Po przeczytaniu książki czuję niedosyt rozważań na temat wnętrza umysłowego i emocjonalnego człowieka. Rozumiem podział na świadomość skierowaną na obiekty zewnętrzne i samoświadomość. Jednak w obliczu istnienia stanów i postaw składających się z wielu kierunków doświadczenia, takich jak strach, szczęście czy miłość, chciałbym wiedzieć jak Józef Tischner uporządkował relacje pomiędzy poszczególnymi ich składowymi. Pisząc wprost – boję się (samoświadomość) czegoś (dostrzeganego zmysłami lub myślą). Powstaje więc pytanie, czy pierwotne, kluczowe oraz moralnie istotne jest „się” czy „czegoś”? Zastanawiam się, czy przez ostatnie 40 lat autor książki lub ktoś inny podążył drogą tej myśli. Mam przeczucie, że na tej bazie można oprzeć cały system filozoficzny.

Książki filozoficzne mają skłonić do przemyśleń. „Świat ludzkiej nadziei” poruszył głębokie pokłady moich myśli i mam ochotę lepiej zapoznać się ze współczesną filozofią. Mam nadzieję, że podobne wnioski staną się także udziałem czytelników bloga. W książce można odnaleźć wiele dróg którymi warto dalej podążyć i dlatego warto ją przeczytać. Moja ocena: 4/5.

Bloki w słońcu

rbuciak

Bloki w słońcu - okładkaZdecydowana większość opisów miast skupia się na ich starych centralnych dzielnicach. Tymczasem miliony ludzi żyją w wybudowanych kilka dekad temu osiedlach. Czy je także warto opisać? Lidia Pańków podjęła tą próbę w swojej książce „Bloki w słońcu” o Ursynowie Północnym.

Książka dookreśla w podtytule, że jest to mała historia osiedla. Myślę, że bardziej pasowałaby tu liczba mnoga. Na dzieło składają się liczne historie, powiązane ze sobą najczęściej jedynie miejscem akcji. Jak można się domyślać jest rozdział o prehistorii terenu, kilka rozdziałów dotyczy projektantów i urbanistów, nie mogło zabraknąć rozdziału o metrze. „Bloki w słońcu” zawierają sporo tematycznych niespodzianek. Okazuje się, że ciekawie można napisać o psychologach pracujących na osiedlu, o działalności jednego domu kultury oraz o młodzieżowych subkulturach związanych z miejscem.

Szeroki dobór zagadnień to z pewnością zaleta książki. Prowokuje on jednak do pytania, czy wszystkie są ważne lub czy czegoś zabrakło. Wydaje się, że niepotrzebnie dużo miejsca poświęcone zostało różnego rodzaju artystom. Za mało zaś zaletom i słabościom zwykłego życia na blokowisku. Szkoda, że Lidia Pańków nie zderzyła pomysłów urbanistów na piesze uliczki, plac przed kościołem i pasaż ursynowski z ich odbiorem przez mieszkańców. Mocno brakuje też pokazania współczesnych pomysłów na przemianę osiedla. Wystarczyło przejrzeć listę pomysłów do budżetu partycypacyjnego i skontaktować się z autorami projektów.

Dobór tematów spowodował, że część książki czytałem z wielkim zainteresowaniem, zaś inne mnie usypiały. Podejrzewam, że podobne odczucia może mieć wielu czytelników. „Blokom w słońcu” brakuje uniwersalności opowieści. Do czytania nie zachęca też styl książki. Kilka razy po pierwszej stronie rozdziału nadal nie wiedziałem, o czym on będzie. Autorka stosuje puenty jedynie w rozdziałach o urbanistach i one pozostawiają po sobie lepsze wrażenie. Niestety inne istotne myśli kryją się w potoku słów. Wywiady napisane są poprawnie, ale brakuje im kierunku. Opisy przestrzeni stoją językowo na wysokim poziomie, ale bez bycia na miejscu mogą wywołać dezorientację. Treści wewnątrz rozdziałów należałoby moim zdaniem poukładać w zupełnie innej kolejności. W efekcie książka nudzi monotonią i chaotycznością przekazu, z której wyrywają głównie zdjęcia i rysunki.

„Bloki w słońcu” mają pod okładkami plan osiedla. Uważam to za wzorcowe rozwiązanie. Gdy pojawia się w tekście nazwa ulicy, to bez trudu można przeskoczyć i znaleźć ją w przestrzeni. Podobnie pomagają zdjęcia. Gdy już słowa nie wystarczają, to obraz pomaga zrozumieć sytuację. Szkoda jednak, że zdjęć nie ma więcej, bo warte obrazu są nie tylko migawki z przeszłości, ale także dzisiejszy wygląd osiedla.

Bardzo się cieszę, że powstał reporterski opis Ursynowa Północnego. To dobre przetarcie ścieżki dla innych autorów, którzy chcieliby inne osiedla utrwalić w słowie pisanym. Lidia Pańków poruszyła sporo rzadkich w literaturze faktu tematów, ale do ich chwytliwego sprzedania zabrakło talentu. Moja ocena: 3,5/5.

Przestrzeń Warszawy

rbuciak

Przestrzeń Warszawy - okładka

Warszawa jest czasem nazywana miastem feniksem. Wstała z popiołu i teraz rosną jej nowe pióra. Jednym ze współtwórców obecnego wyglądu miasta jest profesor, urbanista Krzysztof Domaradzki, który swoje spojrzenie na stolicę pokazuje w książce „Przestrzeń Warszawy”.

Publikacja składa się z trzech rozdziałów. Pierwszy stanowi podstawę teoretyczną. Autor omawia idee tożsamości miasta, formy i postrzegania. Drugi rozdział to skrót historii urbanistycznej Warszawy. Trzeci zaś zawiera przegląd prac koncepcyjnych, planistycznych i realizacyjnych, w których profesor brał udział. Podzielone są one tematycznie na osiem części, m. in. przestrzeń śródmiejska, osiedla mieszkaniowe, tereny zielone. Układ książki jest czytelny i zrozumiały, już spis treści zachęca do czytania.

Sam pomysł opisania struktury urbanistycznej miasta jest godny uwagi szerokiego grona odbiorców. Bardzo dobrze, że zrealizowała go osoba z dużo wiedzą i doświadczeniem, przez co książka inspiruje różne pomysły. Osobiście za szczególnie cenny uważam dotychczas niezrealizowany pomysł otwarcia śródmiejskich kwartałów przez przecięcie ich pasażami dla pieszych. Zawodowo zainteresowały mnie przeprowadzone analizy wskaźników urbanistycznych, więc myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie.

„Przestrzeń Warszawy” zawiera kilka myśli autora, z którymi nie jestem w stanie się zgodzić. Pierwsza cechuje właściwie całe środowisko urbanistów i powoduje, że często uważa się ich za wyniosłych ignorantów. Na str. 17 jest zdanie „ocena i charakterystyka przestrzeni miasta są trudne, ponieważ dotyczą bardziej zjawisk z dziedziny sztuki niż zjawisk społecznych bądź technicznych”. Autor nie dość, że zdeprecjonował połowę nauk, to nie raczył zauważyć istnienia geografii, która patrzy na miasto od strony matematyczno-przyrodniczej. Ten fundamentalny błąd w myśleniu pokutuje następnymi.

W przeglądzie opracowań urbanistycznych Krzysztof Domaradzki nie zdobył się ani razu na odwagę przyznania do błędu. Jeśli coś nie wychodzi, to winni są zawsze inni. Jego pomysł na zastosowanie płyt granitowych na jezdni Krakowskiego Przedmieścia był szczytem nierozwagi, bo trzeba je wymieniać co dwa lata. Następnie, plan miejscowy Osiedla pod Skocznią pozbawia go możliwości obsługi transportem zbiorowym. Z kolei w przeprowadzonych rok temu konsultacjach społecznych dotyczących Pola Mokotowskiego mieszkańcy odrzucili pomysł profesora na budowę muszli koncertowej. Dlatego książkę należy czytać uważnie i krytycznie, co będzie trudne dla osób mających w temacie urbanistyki Warszawy małe doświadczenie.

Do zalet książki trzeba zaliczyć liczne zdjęcia, mapy, schematy i rysunki, które są bardzo dobrze powiązane z tekstem. Niestety często są pomniejszone i trudno z nich odczytać istotne szczegóły. Ostatnia uwaga ma charakter techniczny. Książka jest wydrukowana na niskiej jakości papierze, a okładka się odkleja. Zamiast skupiać się na treści, to często trzeba uważać, aby nie zniszczyć słabej konstrukcji.

„Przestrzeń Warszawy” jest silnym głosem w sprawie wyglądu miasta, ale równie ważne jest w nim to, co przemilczane. Dlatego polecam książkę wyłącznie czytelnikom z doświadczeniem. Moja ocena: 3,5/5.

Wykluczeni

rbuciak

wykluczeni - okładka

Rzadko zdajemy sobie z tego sprawę, ale mimo różnych wad Polski, zdecydowana większość z nas żyje w dobrobycie. Na całym świecie żyją ludzie, którzy mają znacznie gorzej. O „Wykluczonych” napisał Artur Domosławski.

Lista przyczyn pozbawiania praw i możliwości rozwoju jest długa, więc i książka należy do tych grubszych. Dziennikarz opisuje biednych ze slumsów, niewolników pracujących na plantacjach, dzieci migrujące za chlebem, narody przegrywające wojnę, narody – kozły ofiarne, ale też czarnoskórych, kobiety i homoseksualistów. Autor oddaje głos wielu osobom, które doświadczyły pogardy ze względu na to, jakimi są lub gdzie się urodziły. To ważne, abyśmy zobaczyli szeroki i uporządkowany obraz niesprawiedliwości oplatający świat. Artur Domosławski podjął to wyzwanie i zrealizował je bardzo dobrze.

Książka nie składa się z samych reportaży z odległych miejsc, gdzie dzieją się tragedie. Na przemian z nimi autor zamieścił własne komentarze w formie esejów i wyjaśnienia ekspertów. Naświetlają one skomplikowany świat z kolejnych stron. Pokazują to, czego nie powie w rozmowie człowiek dotknięty przemocą, często słabo wykształcony. W swoim komentarzach Artur Domosławski pokazuje procesy. Wyjaśnia także, dlaczego sami biedni nie działają wspólnie, ale często przeciwko sobie nawzajem. Wnioski z przeczytanych lektur objaśniają związki przyczynowo-skutkowe prowadzące często od chęci zysku i dominacji bogatych przedstawicieli północy do „Wykluczenia” z dobrobytu mieszkańców południa. Autor jasno pisze także o upadku neoliberalnej polityki.

Pomysł z dodaniem komentarzy uważam za trafny, a ich przeplatanie z reportażami za doskonałą konstrukcję książki. W jednej i drugiej formie autor pokazuje swoje zdolności literackie. Wywiady napisane są prostym językiem i zawierają jasny przekaz od pojedynczych ludzi. Mniejszą uwagę pisarz przypisuje do opisów miejsc. Nie do końca byłem w stanie wyobrazić sobie przestrzenie, w których żyją bohaterowie książki. Język esejów jest nieco bardziej złożony, ale też nie przytłacza rzadkim słownictwem lub skomplikowanymi wyjaśnieniami. Zastosowane formy sprawiają, że trudno się znudzić, bo każdy rozdział przynosi coś nowego, innego, aż do kulminacji z przepowiednią przyszłości.

Czuć w książce wieloletnie doświadczenie w krążeniu po świecie za ważnymi tematami. Czuć pokorę pisarza i czuć szczerość z czytelnikiem. Czuć niezgodę na krzywdę miliardów bezbronnych ludzi. Artur Domosławski widzi receptę na światowe nierówności, choć nie podaje szczegółów rozwiązań. Nie taka jest chyba rola pisarza. W książce nie ma też mapy odwiedzonych miejsc, przez co lepiej czyta się z atlasem pod ręką. Nie ma też zdjęć, co sprawia, że „Wykluczeni” to bardziej przygoda intelektualna niż spotkanie z innym.

Książka porządkuje wiele tematów, z którymi trudno zmierzyć się mieszkając w wygodnej części świata. Czyta się ją z zainteresowaniem potrzebnym bohaterom. Mam nadzieję, że Artura Domosławskiego będziemy długo i często cytować. Dlatego zachęcam wszystkich do przeczytania „Wykluczonych”. Moja ocena: 4,5/5.

Życie na miarę

rbuciak

Życie na miarę - okładka

Wiele osób marzy, aby przenieść się w czasie, np. do XIX-wiecznej Łodzi. To w sumie nie jest trudne. Wystarczy tak jak Marek Rabij polecieć do Bangladeszu i zobaczyć odzieżowe niewolnictwo, jak brzmi podtytuł książki „Życie na miarę”.

Traktuje ona o współczesnym przemyśle odzieżowym, który ulokował się w delcie Gangesu i Brahmaputry. Pretekstem do jej napisania była katastrofa budowlana fabryki, w której zginęło ponad tysiąc osób. Szyto w niej ubrania także dla największej polskiej firmy odzieżowej LPP. Marek Rabij pojechał do Dhaki najpierw interwencyjnie, a rok później planowo, aby opisać działalność przemysłu odzieżowego. „Życie na miarę” składa się relacji z obu podróży. Zaczyna się od opisu katastrofy, następnie skupia się na życiu zwykłych pracowników, dalej opisuje drogę koszulki od fabryki do sklepu w Europie, na koniec pokazuje szanse na wyrwanie się z kołowrotka ubóstwa. Książka jest uporządkowana i dobrze przemyślana. Nie ma w niej zbędnych historii, każda z nich wskazuje na element większej układanki. Zbudowany obraz jest pozbawiony szczegółów, ale dobrze zarysowuje generalia.

Podstawową formą literacką książki są wywiady ze szwaczkami, właścicielem małego zakładu, handlowcem, który dogaduje kontrakty między firmami i fabrykami. Rozmowy odbywały się najczęściej z ludźmi słabo wykształconymi i przez tłumacza, więc trudno od nich oczekiwać głębi. Cieszy, że niezależnie od majętności autor szanuje wszystkich swoich rozmówców. Przez to bohaterowie rozmawiali z nim otwarcie i otrzymaliśmy zgrabne historie zwykłych Bengalczyków bez epatowania skrajnościami.

Niedobór głębi rozmów Marek Rabij rekompensuje własnymi wyjaśnieniami. Zawierają one też dane statystyczne, czyli coś, czego od szwaczki ze slumsów nie da się usłyszeć. Komentarze dziennikarza są rzeczowe i krytyczne. Próbuje w nich także znaleźć rozwiązanie dla żyjących w biedzie zwykłych pracowników fabryk. Nie oszczędza ani miejscowych polityków i przemysłowców, ani koncernów międzynarodowych, ani konsumentów, ani organizacji pozarządowych.

Dodatkową formą są opisy. Marek Rabij bardzo obrazowo opisuje ulice i toczące się na nich życie, osiedle bud z blachy falistej postawione na śmieciach zrzucanych do jeziora czy gotującą się zupę. Nieco mniej atencji wykazuje przy opisywaniu ludzi. Niekompletność opisów uzupełniają liczne zdjęcia, w tym portrety bohaterów. Takie rozwiązanie sprawia, że książka wygląda na skierowaną do szerokiego grona odbiorców. Każdy z nas kupuje ubrania, więc dostosowanie formy uważam za właściwe posunięcie. Przy tym nie miałem wrażenia banalności i upraszczania słownictwa. Moim zdaniem autorowi udała się rzecz trudna, czyli napisanie książki, która zadowoli zarówno osoby rzadko sięgające po dłuższe druki, jak i nałogowych czytelników. W sumie reportaż ma styl dość bliski szwedzkiemu.

„Życie na miarę” to lektura obowiązkowa dla blogerek modowych. Dla każdego kupującego ubrania także, bo warto świadomie patrzeć na metki w sklepach. Moja ocena: 4,5/5.

Głód

rbuciak

Głód - okładka

Co siódmy człowiek głoduje. Tą smutną prawdą postanowił zająć się argentyński pisarz Martin Caparrós. Jego książka nosząca tytuł „Głód” wielokrotnie wprawia z zakłopotanie.

Tytułowy „Głód” autor bada i opisuje na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, opisuje dramaty pojedynczych głodujących z różnych części świata. W tym celu odwiedza pustynny Niger, rolnicze Indie, slumsy Bangladeszu, wojujący Sudan Południowy, wysprzedawany Madagaskar, otyłych Amerykanów i grzebiących w śmieciach Argentyńczyków. W ten sposób ukazuje różnorodność cierpień w biednych krajach. W każdym z odwiedzonych państw rozmawia z kilkoma osobami różnej płci i wieku, każdemu poświęci kilka lub kilkanaście stron. Mam poczucie, że gdyby tych historii było pięć razy mniej, to przekaz byłby równie wymowny.

Po drugie, Martin Caparrós szuka przyczyn głodu. Stara się wyjaśnić dlaczego przy globalnej nadprodukcji żywności aż miliard ludzi nie stać na zakup lub wyprodukowanie sobie wystarczającej do życia ilości jedzenia. Bardzo pouczającą lekcją na ten temat jest wizyta na giełdzie rolnej w Chicago. Te 30 stron książki uważam na najważniejsze.

Po trzecie, autor stawia mnóstwo pytań etyczno-egzystencjalnych o naturę nierówności, chciwości, metod pracy organizacji humanitarnych itd. Gdyby te rozważania zajmowały kilka stron wstępu i kilkanaście zakończenia, to przekaz byłby silny. Niestety rozważania pisarza zajmują kilkaset stron, co mnie okropnie nudziło.

Dawno nie czytałem książki, która działałaby na mnie tak usypiająco. Gdyby „Głód” zawierał 200 stron konkretnych informacji, to byłby napisany jasno i klarownie. Niestety oprócz konkretu jest 500 stron powtarzających się historii, rozmyślań o nie wiadomo do końca czym, a co najgorsze także dialogów autora z samym sobą. Rozmowy z głodującymi z całego świata są sztampowe i poza detalami niewiele się od siebie różnią. Dobrze chociaż, że te detale są. Opisy osób, miejsc, domów, poletek itd. Pozwalają wyobrazić sobie te odległe miejsca. Mnóstwo zbędnych słów pokazuje jednak, że wyraźnie autorowi brakuje doświadczenia z pracy w gazecie.

Teoretycznie książka jest o „Głodzie”, ale przy okazji poznajemy bóle dziesiątek osób, które z tematem mają tyle wspólnego, że współwystępują. W książce zostały opisane chyba wszystkie możliwe formy przemocy domowej. Wszystko jest ze sobą wymieszane, więc gdyby nie tytuł, który jest osią rozważań, to można by się poważnie zastanawiać, o czym jest książka.

Martin Caparrós nie ukrywa swoich poglądów. Cytuje wielu lewicowych myślicieli z ostatnich 200 lat. Z tekstu pobrzmiewa pragnienie rewolucji społecznej, która nie ma szans się ziścić. Miłośnicy książek katastroficznych powinni być czuć satysfakcję, bo pisarz przewiduje czarną przyszłość.

Wielka szkoda, że „Głód” nie zawiera mapy świata z zaznaczonymi miejscami opisanymi w książce. O ile Buenos Aires nie trudno umiejscowić, to nazwy wiosek w Afryce stanowią dużo większe wyzwanie.

Nie polecam czytać całej książki. Z każdej części warto wybrać jeden lub dwa podrozdziały. Moja ocena: 2,5/5.

100/XX+50. Cześć 4

rbuciak

100/XX+50 - okładka

Niemcy w latach 30-tych XX wieku popadły w zbiorową histerię faszyzmu. Skończyło się to źle dla całej Europy. Ciekawe, że Polscy reporterzy byli w stanie opisać pierwsze symptomy tragedii.

Pierwszy niemiecki obóz koncentracyjny powstał w Dachau w 1933 roku. Po trzech latach od jego powstania odwiedził go Jerzy Rogowicz. W relacji gościa w strefie zamkniętej pojawiają się liczne interesujące spostrzeżenia. Reporter przygląda się relacjom między więźniami i strażnikami, wypytuje aresztantów o ich status prawny, zagląda do garnków i misek, a także analizuje budowę baraków. Dużo konkretnych informacji, które dla wielu czytelników mogły być później niestety bardzo przydatne.

Podróż Józefa Kisielewskiego po Niemczech miała zupełnie inny charakter. Rodzinna wycieczka po Połabiu i Pomorzu miała na celu odszukanie pozostałości po Słowianach. Relacja z podróży pełna jest Niemieckiej propagandy, a którą autor rzetelnie odpowiada. Jednocześnie podziwia perfekcjonizm wystaw, z drugiej wyśmiewa się z niskiego poziomu kabaretów. Cała książka autora z pewnością jest niezwykle interesującą pozycją, ale głównie dla specjalistów.

Roman Fajans przyjrzał się eksportowi faszyzmu do Hiszpanii. W antologii znalazły się dwa fragmenty z jego podróży po rodzącym się państwie generała Franco. Pierwszy to rozmowa z rektorem Uniwersytetu w Salamance, który zwykł mocno różnić się z każdą władzą państwową. Drugi fragment to opis Sewilli, gdzie wojenne szlify zdobywało kilkadziesiąt tysięcy hitlerowców. Te dwa fragmenty świetnie pokazują, że autor potrafił zdystansować się od zaangażowania politycznego. Dlatego cała książka z podróży z pewnością jest cennym dokumentem historycznym.

Relację więźnia z przedwojennego obozu koncentracyjnego przedstawił tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej Stanisław Nogaj. Zatrważa absurdalność zarzutów stawianych aresztantom, brutalność strażników i system pracy przymusowej. Wybrana relacja znakomicie zapowiadała całą literaturę obozową. Przypomnienie, że jej początki sięgają czasów tuż przed wojną jest ważnym sygnałem wysłanym przez twórców antologii.

Warto przyjrzeć się wydarzeniom sprzed 80 lat, bo niestety wiele z nich powtarza się dziś.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci