Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Polska odwraca oczy

rbuciak

Polska odwraca oczy - okładkaCzujecie się w Polsce bezpieczni? Wierzycie w sprawiedliwe sądy? Macie nadzieję, że ludzie po wyjściu z więzienia przestaną łamać prawo? Z tych uspokajających przekonań wytrąca Justyna Kopińska swoją książką „Polska odwraca oczy”.

Na zbiór składa się 16 reportaży, które wcześniej ukazały się w dodatkach do Gazety Wyborczej. Geneza książki przekłada się na wiele jej cech. Lapidarny styl, brak jednego tematu ciągnącego się od początku do końca i obfitość bohaterów. Mimo to udało się autorce zachować wyraźne ramy tematyczne. Justyna Kopińska to dziennikarka śledcza. Rozgryza trudne sprawy policyjne, sądowe, penitencjarne i szkolno-wychowawcze. Pisze o mordercach, gwałcicielach, skorumpowanych politykach. Nawet w pozytywnym reportażu o niedosłyszącym pianiście pojawiają się zarzuty wobec szkół i lekarzy, którzy zamiast pomóc rozwijać talent dziecka, to szufladkowali go jako chorego lub ułomnego.

Tematyka wszystkich tekstów mocno oddziałuje na psychikę. Trudno przeczytać książkę na raz. Po każdym reportażu brałem głęboki oddech, a następnie robiłem przerwę, aby przemyśleć przeczytane słowa i zebrać rozpraszające się emocje. Autorka ukazuje nie tylko skrajne przypadki ludzi z zaburzeniami, ale też całe obszary, w których państwo zawodzi. „Polska odwraca oczy” skłania do myślenia, jak te błędy systemu zreperować. Ta zachęta do myślenia nad naprawianiem „państwa z tektury” to ogromna zaleta książki.

Bardzo ważną cechą reportaży Justyny Kopińskiej jest logiczne ułożenie tekstów. Dziennikarka przedstawia opowieści zbudowane niezwykle zrozumiale. Każda decyzja człowieka posiada swoje wyjaśnienie. Jeśli któraś wydaje się nietypowa, to zatrzymuje się na niej i przedstawia szerszy obraz motywacji, które kierowały postępowaniem. Pojedyncze wejrzenia łączą się z następnymi, aż w końcu ma się poczucie obejrzenia całości złożonej z drobnych elementów niczym obraz namalowany z wieloma detalami. Teksty zbudowane są znakomicie, co zachęca do dyskutowania o tematach zawartych w reportażach.

Autorka podchodzi do każdego człowieka z ogromną empatią. Każdego pragnie wysłuchać, każdemu da przedstawić swoją wersję wydarzeń, ale także każdemu zadaje trudne pytania. Każdy żywy ma szansę przyznać się do błędów lub przed mini uciec. Co ważne, Justyna Kopińska nie ma dla nikogo specjalnych względów. Taką samą uwagę poświęca mordercy, jak i ludziom na dyrektorskich stanowiskach. Reportaże zrównują w człowieczeństwie każdego. Tylko od słów i czynów opisanych osób zależy, czy sprawią na nas wrażenie ofiar bądź zbrodniarzy. Ten głęboki humanizm przenikający książkę jest kolejną zaleta, za którą warto docenić pisarkę.

Czy widzę jakąkolwiek wadę książki? Trudno odnieść wrażenie, że te reportaże są wielkimi dziełami artystycznymi. Justyna Kopińska należy do pisarskich rzemieślników. Suche, dokładne, logiczne teksty mogą niektórym czytelnikom wydać się nudne pomimo burzących krew tematów.

Myślę, że każdy, komu dobro Polski leży na sercu powinien ten zbiór dokładnie przeczytać. „Polska odwraca oczy” zawiera wyłożony na tacy zestaw mechanizmów państwa wymagających naprawy. Moja ocena: 4,5/5.

Wyprawa w głąb interioru

rbuciak

Wyprawa w głąb interioru - okładkaCzasami człowiek ma ochotę przenieść się w zupełnie inne czasy i w zupełnie inne miejsce. Jeśli ten czas to połowa XX wieku, a miejsce to środek Afryki, to wystarczy wziąć książkę „Wyprawa w głąb interioru” Laurensa van der Posta.

Historia podróży jest dość prosta. Rząd w Londynie wysłał podróżnika do Malawi, aby obszedł masywy górskie Mlandżi i Nyika, o których było niewiele pewnych informacji. Taka oferta brzmi jak niezwykła przygoda, ale książka o wędrówce po górach zaczyna się w 1/3 tekstu. Na początku autor prezentuje dwa rozdziały biograficzne, a potem szczegółowo opisuje swoją podróż samolotem z Heathrow do Blantyre. Pomieszanie opisów Wojen Burskich, widoków z okien hałaśliwej maszyny i wspinaczek na strome szczyty w bezludnych okolicach, sprawia wrażenie taniego pamiętnikarstwa bez wyraźnego celu.

Zapiski z podróży między kontynentami mają znaczenie jako dokument źródłowy swoich czasów. Gdy współcześnie trudno o przyzwoity posiłek podczas lotu, to ogromnie dziwi wystawność potraw podawanych w 1949 roku. Równie zaskakujące są bliskie relacje między pasażerami, które powstały podczas wspólnej jednodniowej podróży. Niezwykłe są także opisy miast w Afryce, bo w ciągu kilku dekad ten obraz zmienił się niemal całkowicie. Plastyczne przedstawianie otoczenia było wówczas dużo lepiej rozwiniętą sztuką. Warto docenić zdolności pisarza i zanurzyć się w scenografię.

Wyprawa z góry uderza z zupełnie innego powodu. Dzisiaj nikt nie wynajmuje kilkudziesięciu ludzi do noszenia setek kilogramów często zbędnego ekwipunku. Współczesnego czytelnika może porazić kultura safari w stylu karawany. Piękne górskie krajobrazy, zapach niezwykłych drzew i barwne widoki łąk zmiksowane zostały z dwuznacznym stosunkiem autora do czarnoskórych Afrykanów. Laurens van der Post miota się od zapominania o istnieniu rdzennych mieszkańców krainy, po której chodzi, do fascynacji ich obrzędami muzycznymi i tanecznymi. Niewprawna walka o równouprawnienie prowadzona z pozycji korzystającego na krzywdzie innych budzi litościwy uśmiech.

Dla wielu czytelników „Wyprawa w głąb interioru” będzie męczącą lekturą. Autor pisze wiele o sobie, własnych sukcesach i przemyśleniach. Ta typowo angielska lekka megalomania przelewająca się ze strony na stronę potrafi zanudzić. Często można odnieść wrażenie, że pisarz kreśli słowa dla samego kreślenia, a nie w celu przekazania czegoś ważnego czytelnikom. Formułuje długie zdania, choć zawierają one dość błahe myśli. Jedyna poważniejsza refleksja dotyczy śmierci młodego towarzysza wyprawy. Te rozważania są uniwersalne, warte przeczytania i przemyślenia.

Książka była pisana w czasach, gdy podróż z aparatem fotograficznym stanowiła spore wyzwanie logistyczne. Nie zawiera więc zdjęć. Za to na dużo wyższym poziomie stała kartografia i autor z dużą wprawą naszkicował oba odwiedzone masywy górskie wraz punktami orientacyjnymi i trasami wędrówek. Trudno się w nich pogubić.

Laurens van der Post nie jest też łatwym do czytania autorem. Zdaję sobie sprawę, że trzeba interesować się Afryką, aby sięgnąć po „Wyprawę w głąb interioru” i dlatego zalecam dobrze zastanowić się zanim sięgnie się po tą książkę. Moja ocena: 3/5.

Miasto Archipelag

rbuciak

Miasto Archipelag - okładkaZadanie opisania 31 byłych stolic województw w jednej książce brzmi karkołomnie. Filip Springer pisząc „Miasto Archipelag” porwał się z motyką na słońce. Sprawdźmy, co osiągnął.

Zacznijmy dla porządku od ustalenia, co reporter opisał. Książka zawiera rozdziały historyczne, wykłady o architekturze, rozmowy z młodzieżą i przedsiębiorcami, wizyty w upadłych zakładach przemysłowych, relacje ze spacerów po pustych ulicach, prezentacja twórczości lokalnych artystów i opisy szalonych pomysłów miejscowych aktywistów. Rozdziały poznawcze przetkane są głębszymi refleksjami, np. o wyjazdach do dużych miast i za granicę czy krytyką miejscowych władz. Drugim rodzajem przerywników są anegdoty z podróży. Dobór tematów uważam za udany, choć jednocześnie dość oczywisty i nastawiony na zainteresowanie jak największej grupy czytelników.

Degradacja na mapie administracyjnej prawie 20 lat temu, to jedyne, co wiąże wszystkie miasta archipelagu ze sobą. Opis zjawisk zachodzących na prowincji autor oparł na przykładach. Każda taka opowieść miała w zamierzeniu być na tyle uniwersalna, aby oddać klimat średniej wielkości miast. To założenie wymaga od czytelnika dużo dystansu do treści. Dla mieszkańców miast z archipelagu emocjonalnie związanych z miejscem zamieszkania to wysiłek ponad możliwości. Nie mogą więc dziwić negatywne reakcje na książkę mieszkańców Krosna, gdyż jedyną opisaną z ich miasta osobą jest były więzień. Jedyny fragment dotyczący Leszna to historia z XVII wieku. O tym, że obecnie miasto radzi sobie bardzo dobrze nie ma ani słowa. Takich uwag można napisać więcej niż zmieściło się w samej książce. Moim zdaniem „Miasto Archipelag” ujmuje temat w bardzo dużym nawiasie. Redukcja zaszła tak daleko, że książka bardziej wykrzywia obraz niż upraszcza.

Filip Springer bawi się stylem. Czasami wchodzi w ramy typowego reportażu opisującego ludzi i miejsca. W innych fragmentach snuje anegdoty czy przekracza granicę gatunku i pisze esej. Sporo jest rozmów i dłuższych cytatów. Ten miszmasz kontrastuje z koniecznością trzymania umysłu na wodzy założeń książki. W trakcie czytania łatwo jest popaść w zadumę lub ironiczny śmiech. Te emocje byłyby dobre dla książki o nieco lżejszej tematyce, ale gdy gra toczy się o zrozumienie zjawisk społecznych to wybór mieszanki stylów uważam za mało udany.

Reporter znany jest z pisania znakomitym pociągającym językiem i „Miasto Archipelag” nie odbiega od wcześniejszych dzieł. Filip Springer pisze zwięźle, informacje w tekście pojawiają się jedna za drugą. Wyraźnie zaznaczone są wstępy i puenty. Co ciekawe, mimo wielu bohaterów, dość dobrze zapadają oni w pamięć. Przeszkadza mi jedynie nadmiar wulgaryzmów. Rozumiem, że liczni bohaterowie mówili językiem dalekim od literackiego, ale czasami mocne słowa wcale nie są potrzebne.

Czego autor nie wyraził w słowach, to zachował w zdjęciach. Wiele z nich to portrety, część to nietuzinkowe widoki. Najbardziej zachwyciło mnie melancholijne spojrzenie na Wałbrzych. Z drugiej strony kilka ujęć zatrzymało mój wzrok jedynie na krótką chwilę. Graficznie cała książka to prawdziwe arcydzieło drukarskie i jeśli kupować, to tylko w papierze.

„Miasto Archipelag” mimo lekkiej treści, to wymagająca intelektualnie lektura. Nie każdy jest w stanie utrzymać na wodzy swoje skupienie w ramach założeń książki. Choć pięknie wydana, to jednak za bardzo upraszcza rzeczywistość. Moja ocena: 3,5/5.

 

Miasto Archipelag - spotkanie autorskie

rbuciak

Miasto_Archipelag - okładka

W czwartek ukazał się najgłośniejszy reportaż tej jesieni. Piszę to z pełnym przekonaniem. Na premierę w Warszawie przyszło około 200 osób. Lista kolejnych spotkań z Filipem Springerem obejmuje kilkadziesiąt miast. „Miasto Archipelag” opisuje 31 z nich i autor książki ma dużo do powiedzenia o byłych stolicach województw.

Spotkanie prowadził Kamil Bałuk i dobrze wywiązał się ze swojej roli. Zadawał pytania, które pozwoliły Filipowi Springerowi rozwinąć opowieści w zabawne i pouczające historie. Kilka z nich spróbuję krótko nakreślić.

Część pytań dotyczyła miejsca książki „Miasto Archipelag” w projekcie o tej samej nazwie. Publikacja jest jednym z elementów projektu. Zebrała się społeczność licząca około 50 osób, która zamierza przełamać schemat pisania o sprawach błahych przez lokalnych dziennikarzy. Niestety, jak na razie, twórczość grupy jest czytania głównie w dużych miastach. Jej członkowie założyli fundację, która ma promować dziennikarstwo o mieście. Nie wiedzą, co się wydarzy, ale chcą działać. Moim zdaniem książka na razie dominuje nad resztą projektu. Chciałbym, aby to się zmieniło poprzez tworzenie kolejnych elementów docierających do szerokiego grona odbiorców. Na razie widzę słabości koncepcyjne i organizacyjne.

Filip Springer wyraźnie zaznaczył „proszę czytać od początku do końca”. Historie opisane wcześniej na blogu otrzymały kontekst i tworzą całość. Wybrane opowieści z poszczególnych miast ilustrują zjawiska widoczne we wszystkich. Druga zmiana zaszła w formie. Autor książki nie zamykał się w jednej, ale szedł w taką, w której dobrze mu się pisało. Nie zmienił za to stylu fotografowania. Zdjęcia są jego spojrzeniami na rzeczywistość.

Sporo swój padło na temat pracy reportera. W poprzednich książkach Filip Springer umawiał wizyty u rozmówców. Tym razem jechał głównie w ciemno i szukał tematów z marszu. Aplikował sobie permanentny kontakt z żywym człowiekiem. Odszedł od siedzących w bąblu środowiska architektów, nie znających lokalnej Polski.

Ta lokalność też ma swoje słabości. Reformy administracyjne stały się usprawiedliwieniem wszystkich problemów nękających miasta, choć to dalekie od prawdy. Dominuje też myślenie, że można stawiać małe wymagania. Z drugiej strony zarówno reforma w 1975 roku, jak i w 1998 roku były przeprowadzane bezmyślnie. Argumentowano, że więcej władzy trafi do ludzi, a efektem w obu przypadkach była centralizacja. Przykrym skutkiem ubocznym ostatniej reformy było zamknięcie izb wytrzeźwień, co utrudniło otrzymanie pomocy kobietom bitym przez pijanych partnerów.

Filip Springer zauważył, że większość młodych ludzi chce wyjechać z „Miast Archipelagu”. Powrót po studiach postrzegany jest jako porażka, choć często to znakomity wybór pod względem finansowym i społecznym. W byłych miastach wojewódzkich można założyć firmę konkurującą na rynku globalnym. Mieszkając tam żyje się wolniej i notorycznie spotyka na ulicy znajomych, czego autor zazdrości obywatelom archipelagu. Znajomości sprawiają, że „trudniej być świnią”, ale trzeba znać klucze do wielu drzwi, aby szybko załatwić swoje sprawy.

Z widowni padło interesujące pytanie, o to, czego autor się nauczył podczas pisania książki. Filip Springer stwierdził, że lepiej rozumie dlaczego działa program 500+. Zobaczył też, że modernizacja przebiega punktowo, nie obejmuje całych obszarów miast.

Wychodzi mi, że ze spotkania wyłapałem same poważne tematy, a to nieprawda. Dlatego jeśli chcecie się pośmiać, to sami musicie pójść na spotkanie autorskie z Filipem Springerem.

Szkielet białego słonia

rbuciak

Szkielet białego słonia - okładkaMozambik to kraj, o którym mało kto z nas wie coś więcej niż to, że leży w Afryce. Jego historię i współczesne wyzwania postanowiła nam przybliżyć Iza Klementowska. Dobra książka ma pociągający temat, interesujących bohaterów, przemyślany układ treści, zweryfikowane fakty i wciągający język. W każdym z tych elementów „Szkielet białego słonia” wypada słabo.

O Mozambiku można opowiedzieć na różne sposoby. Przez rajską przyrodę, pociągającą kulturę muzyczną i graficzną, ludzi naznaczonych biedą i wojną albo krwawą i bezmyślną politykę. W książce o przyrodzie i miejscowej kulturze nie ma ani jednego całego akapitu. Ofiary, którym można by współczuć stoją gdzieś na drugim planie, zaś autorka mało z nimi rozmawia. Opisane wydarzenia polityczne nie łączą się w ciąg wydarzeń, ale są wyrywkami z kart historii. Iza Klementowska na pierwszym planie postawiła Portugalczyków, którzy w wyniku dekolonizacji stracili swój dobytek i po latach wracają do Maputo by zobaczyć domu, w których urodzili się ich rodzice. Byłym beneficjentom kolonizacji można współczuć przez pięć minut, ale nie czuję potrzeby, aby wzdychać dłużej.

Jako rozmówców autorka wybrała znacznie więcej białych, którzy szukają swojego szczęścia w Afryce niż czarnych lub mulatów, którzy mają dużo ciekawsze wspomnienia do opowiedzenia. O Niemcu, właścicielu baru nad oceanem, opowiada przez dziesięć stron. Natomiast pracownikowi parku narodowego, który jako nastolatek uciekł przed wojną w góry i przeżył tam pięć lat nie widząc żadnego człowieka oprócz jednego kolegi, poświęca ledwie dwie strony tekstu w środku rozdziału o białych gorszego sortu. Szkoda zmarnowanych opowieści.

Teoretycznie książka dzieli się na rozdziały. Większość z nich przez początkowe ¾ tekstu dotyczy jednego wątku. Po czym w końcówce autorka przeskakuje na zupełnie inne tory. Dlaczego do historii o końcówce XIX wieku autorka dokleiła swoją wizytę na zamkniętym cmentarzu? Wielokrotnie w trakcie czytania przeżywałem dezorientację. Układ treści jest chaotyczny i wymagałby zrobienia porządku przez dobrego redaktora.

Geografia jest bezlitosna. Jeśli Iza Klementowska napisała, że z Maputo do granicy z Zimbabwe jest 1100 km, to da się to sprawdzić. Sprawdziłem. Jest 500 km. W bibliografii nie ma „Chrystusa z karabinem na ramieniu” Ryszarda Kapuścińskiego, choć opisał tam powstanie mozambijskiej partyzantki. Ta luka skutkuje kilkoma błędami w opisie wojny wyzwoleńczej. Takich niedoróbek wyłapałem kilka. Ilu nie znalazłem?

„Szkielet białego słonia” byłby napisany całkiem przyjemnie i wciągająco, gdyby autorka nie próbowała silić się na literackość. W opowieści z narracją informacyjną wplotła komiczne porównania i niezrozumiałe zdania. Moje ulubione znajduje się na str. 35: „Na zewnątrz ponad 35 stopni Cesjusza, w środku o jakieś 10 mniej, jeśli nie więcej”. Koszmary przeżywałem w trakcie czytania rozdziałów o historii kraju. Za dużo w nich mało znaczących nazwisk i nazw miejsc, których nie wskazano na mapie. Dobitnie czuć problem z selekcją treści.

Jestem rozczarowany książką. Jeśli nie interesujecie się konkretnie Mozambikiem, to spokojnie możecie ją pominąć. Moja ocena: 2,5/5.

Safari mrocznej gwiazdy

rbuciak

Safari mrocznej gwiazdy - okładkaO przejechaniu Afryki z północy na południe marzy wiele osób na świecie. Paul Theroux zrealizował to marzenie w 2001 roku, gdy miał 59 lat. Efektem podróży jest pełna proroczych obserwacji książka „Safari mrocznej gwiazdy”.

Pisarz odwiedził w sumie 10 krajów: Egipt, Sudan, Etiopię, Kenię, Ugandę, Tanzanię, Malawi, Mozambik, Zimbabwe i RPA. Po drodze wyznaczył sobie kilka niezwykłych celów. Spotkał się z dwojgiem noblistów. Zahaczył o Harer, gdzie pół życia spędził Artur Rimbaud. Porozmawiał ze swoim kolegą, który w czasie podróży Amerykanina był premierem Ugandy. Znalazł czas na odwiedzenie szkół, w których uczył ponad 30 lat wcześniej. Pojechał na farmę w Zimbabwe zajmowaną przez Afrykanów. Płynął dłubanką, jechał ciężarówkami i busami, odpoczywał w luksusowych pociągach i statku na Nilu. To tylko wybrane przygody. Całość stanowi kopalnię przeżyć obfitujących w dające do myślenia wrażenia.

Podczas wyprawy Paul Theroux zwraca uwagę przede wszystkich na sytuację materialną mieszkańców. Porównuje ją do znanych sobie z młodości obrazów zachowanych w pamięci. Pisze wiele gorzkich słów na temat przemysłu pomocy humanitarnej. Jego odczucia i przemyślenia nie napawają optymizmem. Podejrzewam, że mimo upływu lat obserwacje pisarza pozostają okrutnie prawdziwe.

Autor sporo miejsca poświęca też kulturze osobistej. W książce przytacza wiele dialogów. Jego rozmówcami są urzędnicy, biali turyści, miejscowi intelektualiści, kierowcy, dzieci, prostytutki. Z rozmów wyłapuje zwroty grzecznościowe i analizuje ich zmianę w ciągu dekad. Dostrzega drobne gesty i przywiązuje uwagę do strojów. Sam stara się wtopić w tłum poprzez ubranie używanych ciuchów. Próba roztopienia się przestrzeni Afryki, niebycie dla pierwszego świata, przesyca tekst duchem równości wszystkich ludzi. Otwarta postawa sprawia, że widzi i opisuje sytuacje niedostępne dla typowego uczestnika safari. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Amerykanin napisał prostą prawdę o czarnym lądzie.

Język książki wywołał we mnie sprzeczne wrażenia. Paul Theroux pisze przystępnym językiem. Nie buduje skomplikowanych zdań, nie sili się na wyszukane słowa. Wyjaśnia znacznie słów wypowiedzianych w suahili, cziczewa i afrikaans. Opowiada najczęściej interesująco, choć zdarza się wątki przeciągnięte. Wyprawa statkiem po Nilu przeistacza się w niekończący się festiwal zwiedzania podobnych do siebie ruin. Równie nużące jest wspominanie o końcu w Kaapstadzie. Gdy pisarz już tam dociera, to jeszcze rozpisuje się na kilkadziesiąt stron o okolicach miasta.

Tak jak pozostałe książki Amerykanina, „Safari mrocznej gwiazdy” nie zawiera zdjęć. Muszą wystarczyć opisy. Na szczęście są na tyle barwne i budujące obraz rzeczywistości, że wcale nie czułem braku fotografii. Nie brakuje także map. Na początku książki są dwie, na których zaznaczono wszystkie wspomniane w Afryce miejsca.

Podróż Paula Theroux przez czarny ląd łączy w sobie sprzeczne cele. Nie czuć w niej ciężaru, choć poważne tematy pojawiają się w każdym rozdziale. „Safari mrocznej gwiazdy” to dobra lektura na wakacje lub jesienne wieczory. Moja ocena: 4/5.

Egipt: haram halal

rbuciak

Egipt: haram halal - okładkaW ostatnich latach dużo słyszeliśmy o Egipcie. Kraj ten przeszedł dwie rewolucje i liczne zamachy bombowe. Państwo w delcie Nilu fascynowało od wieków. Piotra Ibrahima Kalwasa tak bardzo, że zamieszkał w Aleksandrii i postanowił opisać miejsce, w którym mieszka w książce „Egipt: haram halal”.

Nie da się opisać w jednej książce całego kraju liczącego 90 milionów mieszkańców. Autor rozumie to doskonale i o piramidach, turystach czy pustyni jedynie wspomina. Zainteresowania pisarza są sprecyzowane i dobitnie wyrażone w tytule. Niemal cała książka obraca się wokół jednego tematu – tego, co zabronione i dozwolone przez religię i tradycję. Warto dopowiedzieć, że opisane zwyczaje i zjawiska różnią Egipt od Europy. Wydają się więc dziwne, głupie, prymitywne, ale też pociągające. Piotr Ibrahim Kalwas opisał głęboko wierzących muzułmanów, Koptów, ateistów oraz bahaitę. Wiele miejsca poświecił sprawom płci i seksu – od zakazu rozmowy kobiet z obcymi mężczyznami przez telefonujących onanistów po obrzęd wycinania łechtaczek. Osobne rozdziały poświęca też żyjącym w podziemiu muzykom metalowym i wegetarianom. Z tematów mniej związanych z tytułem opisuje konstrukcje budynków i ruch uliczny na bulwarze w Aleksandrii. Dużo? Wcale nie. Wszystkie tematy są opisane interesująco. Z każdego można dowiedzieć się wiele nowego i łatwo zawierzyć przekazowi autora. Jedynie poglądy na transport brzmią naiwnie i gdyby pisarz posiadał większą wiedzę w tym zakresie, to mógłby lepiej opisać życie bulwaru.

„Egipt: haram halal” utrzymana jest w dość lekkiej konwencji miejskiej włóczęgi. Autor opisuje własne przygody z chodzenia po ulicach, przesiadywania w kawiarniach i zaglądania do ukrytych wnętrz. Kontrastuje to z trudnymi tematami, co jednych może drażnić, a innych rozluźniać. Przyjęta forma ma też inne konsekwencje. Rozmowy często są bardzo bezpośrednie. Tekst nie stroni od zadawanych wprost pytań o sprawy intymne oraz wulgaryzmów. Ten aspekt również może wywoływać skrajnie różne emocje – od poczucia braku szacunku dla ludzi do wytrącania ich z błogostanu zamknięcia na odmienne myślenie. W końcu Piotr Ibrahim Kalwas czyni siebie samego bohaterem książki. Z jednej strony może budzić podziw zdolność zadawania trudnych pytań. Z drugiej zaś pojawia się wątpliwość czy autor nie kreuje własnej legendy. Jedno jest pewne. Sposób napisania książki w szerszym gronie osób wywoła dyskusję. Może właśnie o to chodzi w literaturze?

Książka nie zawiera ani zdjęć, ani planu Aleksandrii. Jednego i drugiego brakuje. Fotografie byłyby cenną pomocą, bo opisy osób i miejsc są na tyle krótkie, że trudno wyobrazić sobie ludzi i przestrzenie. Plan miasta przydałby się o tyle, że pisarz często posługuje się nazwami dzielnic i ich umiejscowienie bez obrazu nie jest możliwe.

„Egipt: haram halal” warto przeczytać, gdyż poszerza spojrzenie na ten kraj o obrazy niedostępne w innych źródłach. Sposób, w jaki książka jest napisana budzi sporo emocji, więc idealnie nadaje się na rozmowy z innymi czytelnikami. Moja ocena: 4/5.

Przez morze

rbuciak

Przez morze - okładkaWielu marzy, aby stać się kimś innym niż są. Dziennikarze stworzyli z tego pragnienia osobny typ pisania – reportaż wcieleniowy. Jego przykładem jest książka Wolfganga Bauera „Przez morze”, w której autor wraz z fotografem stali się migrantami próbującymi dostać się do zamkniętej Europy.

Niemiecki pisarz i czeski fotograf dołączyli do grupy Syryjczyków w Egipcie i wraz z nimi postanowili przepłynąć Morze Śródziemne. Książka od środka opisuje perypetie grupy młodych mężczyzn. „Przez morze” zawiera dramatyczne przygody uciekinierów z ogarniętego wojną kraju z handlarzami żywym towarem, służbami mundurowymi, chorobą morską, bezsennością i kłopotami technicznymi na łajbach. Precyzyjnie zostały podane ceny, drogi ucieczki i stojące na drogach przeszkody. W tej niewielkiej książce znalazły się opisy różnych furtek, przez które można dostać się do wymarzonego świata. Zaskakuje ich wielość, ale też drożyzna. Choć autorowi ostatecznie nie udało się popłynąć łodzią do Europy, to kontakty, które zdobył w Egipcie pozwoliły mu na odtworzenie przebiegu koszmarnych warunków podróży. Za ten skrótowy obraz uwierającego kawałka świata należą się reporterowi zasłużone pochwały.

Każdy z bohaterów został szczegółowo i realistycznie pokazany. Dowiadujemy się o ich wykształceniu, majątku, rodzinie, zniszczonych przez wojnę domach i miejscach pracy. Poznajemy ich dominujące cechy charakteru, typowe zachowania, styl ubioru, wrażenia, jakie wywołują na otoczeniu. Dziennikarz wypytał ich także o marzenia – miejsca, do których chcieliby dotrzeć i pracę, jaką zamierzają tam wykonywać. Bardzo podoba mi się ten plastyczny, szczegółowy obraz. Powoduje on we mnie pozytywny, przyjazny stosunek do tych ludzi, choć wiele ich wad też zostało podanych na tacy. Należy pochwalić autora książki za umiejętność uchwycenia ludzkiej psychiki i jej zwięzłego przekazania czytelnikom.

Treść książki przeraża i smuci. Przeraża skala ludzkiej podłości, jaką potrafią silniejsi i bogatsi używają wobec słabszych i biednych. Smuci, że wykształceni Syryjczycy muszą w odrażający sposób uciekać przed wojną z własnego kraju. Smuci, że gotowi są zgodzić się na pracę dużo poniżej własnych kwalifikacji w obcej im kulturowo, ale nadal bezpiecznej Europie. Jeśli Wolfgang Bauer liczył na wywołanie emocji u czytelników, to we mnie znalazł odbiorcę.

Te emocje podkreśla styl pisania. Przypomina on scenariusz filmu sensacyjnego. Wartka akcja, dramatyczne przygody, krótkie konkretne dialogi, ale też wyraźne, czasem wręcz teatralne zachowania i sporo znaczących szczegółów wrażeń zmysłowych. Znalazło się miejsce zarówno dla widoków poplamionych skarpet, zapachów morskiej zgnilizny i odgłosów kroków na schodach. Książka zawiera ledwie kilka zdjęć wykonanych przez Stanislava Krupara. Jednak ich treść jest tak bogata w znaczenia, że mogą być pretekstem do głębokich przemyśleń i długich rozmów.

Choć „Przez morze” przedstawia współczesny kryzys migracyjny z jednej, oddolnej strony, to warto książkę przeczytać, bo jest znakomicie skonstruowana. Moja ocena: 4,5/5.

Na południe od Lampedusy

rbuciak

Na południe od Lampedusy - okładkaLiczba książek o próbach dotarcia z Afryki do Europy wcale nie jest mała. Na ich tle „Na południe od Lampedusy” Stefano Libertiego wyróżnia się wieloletnim doświadczeniem autora i wielostronnym ujęciem tematu. Przyjrzyjmy się bliżej tym walorom.

Rzut oka na spis treści zapowiada już szerokie spojrzenie na temat. Dziennikarz poznał nie tylko oczywiste dla szlaku podróży Afrykanów miejsca, takie jak Niger, Algieria czy Maroko. Dotarł też do Senegalu, Mauretanii, ale nawet do Turcji i w końcu na Lampedusę. Tekst książki zdradza jeszcze więcej miejsc, w tym siedzibę Frontexu w Warszawie. Autor rozmawia z bardzo wieloma osobami o skrajnie różnych doświadczeniach. Od migrantów tkwiących na różnych punktach trasy przez, rybaków który pomagają przedostać się na Wyspy Kanaryjskie i ludzi walczących o poprawę bytu podróżników, aż po europejskich urzędników pozbawionych humanitarnych odruchów. Rozmówcy zostali dobrani bardzo dobrze. Nie jest ich ani za dużo, ani za mało. Książka pozwala na zbudowanie całościowego obrazu tematu.

Dla wielu czytelników może być zaskoczeniem, że Stefano Liberti rzadko towarzyszył w drodze opisywanym przez siebie podróżnikom. Spotyka ich na różnych przestankach i tam wyciska z nich wszelkie możliwe informacje. To nieco kontrastuje z dość schematycznym układem treści, czyli od domu w Afryce do raju na małej włoskiej wyspie. Jednak bogaty materiał sprawia, że osobiste doświadczenie podróży wcale nie stanowi sedna tematu. Książka nastawiona jest na pomoc czytelnikowi w zrozumieniu procesu migracji z jednego kontynentu na drugi i czyni to w sposób doskonały.

Choć „Na południe od Lampedusy” jest przede wszystkim reportażem, to autor nie ograniczył się do jednego stylu literackiego. Poza rozmowami i opisem przeżyć bohaterów zbacza też w eseistyczne wyjaśnienia i rozważania moralne. Dodaję one książce odcieni powagi i refleksji. Budują też głębszą warstwę znaczenia i rozumienia tematu.

Niezależnie od formy cała książka utrzymana została w jednym sposobie pisania. Zdania są najczęściej długie, oznajmujące i z wieloma przecinkami. Za to dialogi krótkie, szorstkie, skierowane na jasno zarysowany cel rozmowy. Autor zwięźle, ale z istotnymi szczegółami opisuje ludzi i miejsca. Dzięki tym zabiegom książkę czyta się z zainteresowaniem, a niektóre fragmenty przypominają film sensacyjny.

Szkoda tylko, że „Na południe od Lampedusy” nie zawiera zdjęć. Z pewnością jeszcze bardziej poszerzyłyby one obraz w strony, które trudno ująć słowami. Jest za to mapa z zaznaczonymi miejscami, które są w tytułach rozdziałów. Ta pomoc nie jest wystarczająca, gdyż w tekście pojawia się znacznie więcej nazw miast i regionów niż zawiera grafika.

Jeśli chcecie zrozumieć dlaczego Afrykańczycy uciekają do Europy i na jakie przeszkody trafiają po drodze, to „Na południe od Lampedusy” będzie najlepszym wyborem. Moja ocena: 4,5/5.

Afrykańska odyseja

rbuciak

Afrykańska odyseja - okładka

Temat migracji do Europy liczonej w setkach tysięcy osób nie pojawił się rok czy dwa lata temu. „Afrykańska odyseja” Klausa Brinkbäumera ilustruje sytuację sprzed dekady. Czy wobec gnającego do przodu świata warto sięgać tak daleko wstecz?

Niemiec miał bardzo dobry pomysł na reportaż. Odnalazł Afrykańczyka, który przebył Saharę i dotarł po trzech latach do Hiszpanii. Następnie namówił go do powtórzenia podróży, tym razem z europejskim paszportem w ręku. Postawili sobie za cel odwiedzić rodzinę pozostawioną w Ghanie, rodziny innych migrantów, którym udało się dostać do lepszego świata, porozmawiać z ludźmi odbywającymi podróż lub tkwiącymi w wielu punktach na trasie bez pieniędzy. Pomysł bardzo dobry, ale z realizacją nieco gorzej.

Przy okazji autor postanowił wyjaśnić wiele innych spraw – od działalności agendy ONZ zajmującej się pomocą humanitarną, przez historię Liberii, Algierii i kilku innych państw, po nakreślenie tła całego procesu w rozmowach ze znawcami tematu. Wciśnięcie wszystkich tych wątków do jednej książki powoduje chaos i regularne odrywanie się od głównego wątku. W konsekwencji opis samej podróży zajmuje na tyle mało miejsca, że można odnieść wrażenie jego pobieżnego opracowania. Z jednej strony opisy dworców autobusowych w Nigrze i koczowisk uchodźców w Maroku pociągają swoją niecodziennością. Z drugiej strony autor przyznaje się do zapisania pięciu zeszytów w trakcie wyprawy i można mieć poczucie, że wiele interesujących zdarzeń zostało pominiętych.

„Afrykańska odyseja” to nie do końca reportaż. Dziennikarz pomieszał go z esejem popularnonaukowym. Taka mieszanka opisywania Afryki z wyjaśnianiem rzeczywistości może budzić różne emocje – od zachwytu po irytację. Dla mnie było tego po prostu za dużo jak na jedną książkę.

Sam tekst czyta się szybko, bo nie zawiera skomplikowanych słów. Zdania są krótkie oznajmujące. Akapity i podrozdziały klarownie skonstruowane. Dziwi silne przywiązanie autora do danych statystycznych. W tekście pojawia się ich sporo i dzisiaj, po dekadzie, mają one najczęściej znaczenie jedynie historyczne. Za to zawarte w tekście analizy ludzkich postaw dotyczą spraw bardzo przyziemnych, więc łatwych do zrozumienia. Zaskakuje za to, jak te proste prawdy nie docierają do głów polityków. Jeszcze bardziej zaskakuje cytowany w książce Ryszard Kapuściński. Jego wypowiedzi zachowują aktualność pomimo upływu dekady.

Z autorem podróżował fotograf, który wykonał kilka tysięcy zdjęć. Poza okładką książka nie zawiera ani jednego. To wielka strata dla dzieła, bo opisy ludzi i miejsc nie obfitują w szczegóły pozwalające na ich wyobrażenie.

„Afrykańska odyseja” mimo licznych niedociągnięć ma wiele walorów poznawczych. Pozwala zrozumieć przyczyny, przebieg i konsekwencje migracji z Afryki do Europy. Mimo upływu lat pozostaje w znacznej części na czasie, dlatego warto ją przeczytać. Moja ocena: 4/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci