Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Święte prawo

rbuciak

Święte prawo - okładka

Posiadanie domu jest najbardziej podstawową potrzebą człowieka. Niestety w Warszawie jej zaspokojenie napotyka na liczne trudności od dziesiątków lat. Najnowszym problemem jest reprywatyzacja, którą od lat opisują Iwona Szpala i Małgorzata Zubik. Historie współczesnych walk o stołeczne mieszkania zostały zebrane w książkę „Święte prawo”.

Reportaż składa się z 11 rozdziałów. Każdy z nich zaczyna się podobnie spokojnie. Trwa II Rzeczypospolita i ktoś posiada kamienicę lub grunt w Warszawie. Potem przychodzi wojna. Część właścicieli ginie, większość domów zamienia się w ruiny. Aby odbudować miasto i zapewnić ludziom dach nad głową zostaje wydany dekret o nacjonalizacji. Można upomnieć się o swoje, ale bezskutecznie. Reprywatyzacja miała naprawić tą ostatnią krzywdę. Jednak na każdym etapie pojawiali się oszuści i wątpliwej moralności biznesmeni, którzy chcieli zarobić bez oglądania się potrzebę ludzi do mieszkania. Każdy rozdział pokazuje inny schemat wykrzywienia historii zwrotu dawnego majątku. To uporządkowanie konfliktów narosłych wokół reprywatyzacji jest mocną stroną książki.

Jednak zakres ujęcia tematu budzi moją wątpliwość. Działalność mafii reprywatyzacyjnej jest szeroko opisana. Za to o organizacjach pomagających lokatorom znacznie mniej. W świadomości społecznej kluczowymi wydarzeniami były blokady eksmisji i publikacja mapy reprywatyzacji. O blokadach czytelnicy dowiedzą się z książki jedynie, że były. O mapie autorki nie wspominają ani słowem.

„Święte prawo” nie należy do książek, które rzucają na kolana swoją stroną literacką. Forma reportażu jest surowa, informacyjna, nastawiona na przekazanie faktów. Dotyczy złożonego prawa własności. Ponadto temat książki opisuje dodatkowe trudności wynikające z wykorzystywania kruczków w ustawach i rozporządzeniach. Iwona Szpala i Małgorzata Zubik podjęły wysiłek prostego wytłumaczenia skomplikowanych pojęć np. indemnizacji. W końcu celem jest dotarcie do szerokiego grona czytelników zainteresowanych zrozumieniem głośnego tematu. Z tym kłopotem autorki poradziły sobie całkiem dobrze, choć czasami razi uproszczony, gazetowy styl wypowiedzi. Tu dochodzimy do największej wady dzieła. Książka powstała na podstawie artykułów pisanych przez autorki do Gazety Wyborczej. Niestety w spisie literatury nie ma ich zestawienia. Przez to strona dokumentacyjna razi poważną luką.

Książka zawiera liczne zdjęcia domów i innych miejsc, o które toczą się spory prawne, a także dawnych właścicieli, obecnych mieszkańców i polityków. Zdjęć jest za dużo. Kolejne fotografie kamienic nic nie wnoszą do narracji. Za to ogromnym ułatwieniem byłyby opracowania tabelaryczne i kartograficzne pokazujące skalę zjawiska. Niestety ich nie ma. Dlatego „Święte prawo” sprawia wrażenie książki przyczynkarskiej, odcinania kuponów od szumu medialnego, a nie porządnej roboty dokumentacyjnej, jakiej mogą czytelnicy oczekiwać.

Bardzo dobrze, że książka o reprywatyzacji powstała. Realizuje cel przybliżenia ludziom trudnego, ważnego tematu. Jednak od reportażu można oczekiwać większego porządku w materiałach źródłowych. Moja ocena: 3,5/5.

Sprawiedliwi zdrajcy

rbuciak

Sprawiedliwi zdrajcy - okładka

Trudno znaleźć bardziej bolesny temat na książkę niż ludobójstwo. Wśród pozycji o mordowaniu się sąsiadów wyróżniają się „Sprawiedliwi zdrajcy” Witolda Szabłowskiego. Z brudnych od nienawiści czasów na Wołyniu wyciąga przez nasze oblicza ludzi, którzy pozostali czyści.

Reportaż nie traktuje tylko o samej wojnie. Bohaterskie czyny ratowania sąsiadów przed zagładą są pretekstem do opowieści o dalszych losach ludzi. Autor pojechał na Wołyń, aby odnaleźć sprawiedliwych i ich potomków. Postanowił dowiedzieć się, co nimi kierowało, i czy pamięć o nich przetrwała. Rozmawiał z wieloma najstarszymi we wsiach osobami. Przeczytał liczne relacje z wojny. Spotkał się z historykami i archeologami szukającymi prawdy o tragicznym 1943 roku. W końcu, zebrany materiał ujął w strawne dla czytelników ramy. Wykonał ogromną pracę nad ratowaniem pamięci o dobrych ludziach.

Książka nie skupia się na konflikcie polsko-ukraińskim. W treści pojawiają się Żydzi, Czesi, Niemcy i Rosjanie. Przedstawiciele każdego z narodów są w innej pozycji. W każdym znajdują się dobrzy ludzie, choć wielu ich krewnych pochłonął wojenny amok. To szersze spojrzenie wytrąca argumenty z rąk osób lubiących uproszczenia. Dlatego trzeba pochwalić Witolda Szabłowskiego za wybór i ujęcie tematu.

Nie ma lekkich książek opisujących okrucieństwa wojny, ale „Sprawiedliwi zdrajcy”, na tle pozycji o podobnym temacie, mało drażnią nerwy. Dominuje ton spokojnej rozmowy przy kuchennym stole. Relacja prowadzona jest głównie w pierwszej osobie. Z jednej strony ułatwia to odbiór tekstu, z drugiej można postawić zarzut zbyt dużego udziału samego autora. Dla mnie styl książki byłby jak najbardziej do przyjęcia, gdyby Witold Szabłowski konsekwentnie stosował formy literackie.

Przez większą część książki treść podzielona jest wyłącznie na numerowa rozdziały i podrozdziały. Jednak kilka rozdziałów posiada wyraźne ramy – dialogu, relacji z tygodnia życia. Te wyjątki odbiera się dużo lepiej, bo treść została zakotwiczona w znane nam formy wydarzeń. Możemy jedynie żałować, że cały reportaż nie został obudowany w struktury bardziej pociągające dla czytelników.

„Sprawiedliwi zdrajcy” zawierają sporo zdjęć. Poznajemy twarze ratujących i ratowanych. Widzimy miejsca zbrodni, które dziś porasta las lub zboże. Przejmujący obraz pamiątek po utraconym życiu przełamują zupełnie nieistotne zdjęcia… kotów.

Za to na najwyższe uznanie zasługuje mapa Wołynia. Nie tylko zaznaczono na niej opisane w tekście wsie i miasta, ale z boku znajduje się jedno zdanie informujące, co się tam zdarzyło. To genialne rozwiązanie bardzo pomaga w trakcie czytania.

Witold Szabłowski postanowił przełamać jednolicie negatywny obraz ludobójstwa na Wołyniu. Skupił się na bohaterach, którzy uratowali życie innym narażając przy tym własne. „Sprawiedliwi zdrajcy” to bardzo potrzebna książka, dzięki której dążymy do pojednania z sąsiadami. Choć posiada mankamenty konstrukcyjne, to warto, aby ją przeczytało jak najwięcej osób. Moja ocena: 4/5.

Refleksje po Warszawskich Targach Książki

rbuciak

logo nagrody im. Ryszarda Kapiścińskiego

W ostatnią niedzielę zakończyły się Warszawskie Targi Książki, podczas których poznaliśmy zwycięzcę VIII edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki. Ku zaskoczeniu wielu czytelników wygrała książka Rana Dasgupty „Dehli”. Książkę mam i przeczytam ją w lipcu. Tymczasem chciałbym się podzielić kilkoma celnymi uwagami i spostrzeżeniami, które nabyłem podczas targów.

Największą publiczność podczas spotkań autorskich w ramach dnia reportażu zgromadził Ed Vulliamy. Może to przez godzinę spotkania w trakcie największego oblężenia stadionu narodowego czytelnikami? Może jednak przez proste wyrażanie ważnych myśli. Jako kluczowe w wypowiedzi pisarza zapamiętałem, że obecnie największym problemem Europy jest powstrzymanie rozlewającej się mowy nienawiści. Z historii wiemy, że wzbierająca fala prowadzi do wojen, ale w czasach Internetu potrzebujemy nowych narzędzi do stawiania tam.

Ten wątek poruszyłem w kuluarach w rozmowie z Maciejem Zarembą Bielawskim. Mieszkający w Szwecji reporter zgodził się z diagnozą. Doszliśmy do wniosku, że nadszedł czas, aby reporterzy zajęli się tematem budowania struktur państwa. Ta propozycja stoi bardzo daleko od reportażu podróżniczego. Dużo bliżej jej do interwencyjnego reportażu społecznego, choć jest jej drugą stroną medalu. Wiemy bardzo dużo o tym, jak państwo może nie działać. Za to bardzo mało wiemy, jak i dlaczego państwo działa dobrze. Wiemy, że państwo można zniszczyć mową nienawiści w 5 lat, ale budowa państwa zajmuje sto albo dwieście.

W tym miejscu możemy wrócić do Rany Dasgupty, który woli rozmawiać z bogatymi niż biednymi. To bogaci tworzą struktury państw i może to właśnie w bogatych państwach oraz klasie wyższej i średniej trzeba teraz szukać tematów na reportaże.

Wojna umarła, niech żyje wojna

rbuciak

Wojna umarła, niech żyje wojna - okładka

O wojnie w Bośni i Hercegowinie powstało mnóstwo książek. Narracja większości z nich kończy się w 1995 roku, ale nie dla bohaterów „Wojna umarła, niech żyje wojna” Eda Vulliamy’ego.

Ocaleni z masakr i więźniowie obozów koncentracyjnych żyją jednak dalej. Rozjeżdżają się po świecie, odbudowują rodziny, znajdują pracę, ale traumatyczne przeżycia tkwią w nich na zawsze. Jedni chcą wrócić w rodzinne strony, inni wolą uciec jak najdalej. Jedni przepracowują ból od razu, inni skrywają go latami. Jedni walczą o pomniki, inni o odszukanie szczątków bliskich, a jeszcze inni zajmują się edukacją. Ed Vulliamy opisał więc nie tylko wojnę, ale też wielotonie zmagania o prawdę o torturach i ukojenie bólu po stracie bliskich. Pokazał batalie sądowe w trybunale w Hadze, obojętność światowych przywódców i wypieranie się zbrodni przez Serbów. Dlatego tytuł „Wojna umarła, niech żyje wojna” znakomicie oddaje jej zawartość.

To zdecydowanie nie jest łatwa książka. Więcej, dawno nie czytałem książki opisującej tak okrutne wydarzenia. Po każdej bolesnej opowieści o torturach, zacieraniu śladów po obozach koncentracyjnych, czy wypieraniu się udziału w zbrodni na sąsiadach, musiałem oderwać się od czytania przynajmniej na minutę. Nie każdy będzie w stanie ją przeczytać.

Ed Vulliamy pisze wprost o swoim udziale w wydarzeniach. Jako pierwszy dziennikarz dostał się na teren obozu koncentracyjnego w Omarskiej. Nie ukrywa, że zaprzyjaźnił się z więźniami, którzy są bohaterami książki. Szczerze wyznaje, że nie jest neutralny w konflikcie, bo zna prawdę i wie, kto ją mówi, a kto celowo jej zaprzecza. Mimo to moim zdaniem mieści się w granicach obiektywizmu. O byłych więźniach mówi dobrze, ale ich przywary też wypisuje. Z uśmiechem można przeczytać, że każda dolina w Bośni jest piękna, ale krajobraz Gór Dynarskich ma swój urok. Pod względem roli pisarza w tekście „Wojna umarła, niech żyje wojna” to książka interesująca i warta dyskusji. W konstrukcji dzieła nie podoba mi się jedna rzecz. Bohaterów jest za dużo i trudno ich zapamiętać. Próba oddania każdemu należytego miejsca nigdy nie będzie doskonała. Autor chyba nie był w stanie wielu z nich odmówić.

Od strony językowej trudno autorowi postawić jakikolwiek zarzut. Książka jest napisana doskonałym stylem. Można ją otworzyć w dowolnym miejscu i zostać pochłoniętym przez wydarzenia. Autor znakomicie opowiada – tok myślowy jest klarowny i zrozumiały, styl zaś bliski językowi naturalnemu. W trakcie czytania miałem poczucie, jakbym siedział obok autora przy ognisku i słuchał jego niezwykłych przygód.

„Wojna umarła, niech żyje wojna” zawiera tylko jedno zdjęcie. Jest ono na okładce i to rozwiązanie ma swój cel. Okładkowa fotografia odegrała kluczowe znaczenie dla dalszego życia uwiecznionego na nim mężczyzny i ta historia jest w książce warta. Dlaczego nie ma innych obrazów, innych portretów? Moim zdaniem nie ma sensu epatować cierpieniem. Tekst jest wystarczająco mocny. Za to są mapy Bośni i Hercegowiny z zaznaczonymi miejscami, które zostały opisane w książce. Każdy, kto chciałby je odwiedzić, otrzymuje wskazówki do podróży.

W czasach, gdy życie toczy się dniem dzisiejszym, książka o ciągnącej się traumie wydarzeń sprzed ćwierć wieku, wybija z rytmu. Nakazuje pamiętać o bólu i niesprawiedliwości. Jest ważna dla zrozumienia, dlaczego tlą się konflikty etniczne i dlatego warto ją przeczytać. Moja ocena: 4,5/5.

Bałkańskie upiory

rbuciak

Bałkańskie upiory - okładka

Historia państw bałkańskich pełna jest wzlotów i upadków. Emocjonalne podejście ludzi do życia sprawia, że brutalnie traktowano przeciwników. Dlatego pod koniec XX wieku, gdy upadał porządek ustalony w Jałcie, to wyszły na wierzch „Bałkańskie upiory”. Opisał je Robert Kaplan.

Książka powstała głównie w latach 1990 i 1991, czyli w chwili pomiędzy upadkiem reżimów komunistycznych, a wojną w Jugosławii. Autor swobodnie przemierza poszczególne kraje, nocuje w hotelach z przebrzmiałą świetnością i odwiedza zabytki sakralne. Bez przeszkód rozmawia z duchownymi, dziennikarzami i politykami. Odwiedza odradzającą się Chorwację, pogrążoną w nienawiści do sąsiadów Serbię, traumatyczne Kosowo, zagubioną Macedonię, upokarzająco biedną Rumunię, frywolną Bułgarię i komiczno-tragiczną Grecję. W każdym z odwiedzanych krajów zagłębia się w historię średniowiecza oraz XIX i XX wieku. Ponadto w rozmowach stara się rozpoznać odczucia społeczne, które pokażą dokąd zmierzają poszczególne kraje. Zakres książki jest niezwykle szeroki. Autor przekazuje ogrom wiedzy o regionie. Starczyłoby go na cztery różne dzieła. W efekcie „Bałkańskie upiory” są ekstrakcją najważniejszych elementów, co prowadzi do uproszczeń.

W książce mieszają się dwa gatunki literackie. Robert Kaplan na zmianę opowiada własne przygody z podróży i wdaje się w tworzenie podręcznika do historii. Zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu ten pierwszy sposób pisania. Dzięki niemu można przeżywać wraz z autorem głód na rumuńskiej prowincji i radość w sofijskich restauracjach. W trakcie wyprawy Amerykanin rozmawia z wieloma interesującymi osobami, dzięki czemu odkrywa dla nas różne punkty widzenia kierujące zmianami społecznymi. Ponadto, jego opisy ludzi, budynków i przyrody są na tyle plastyczne, że bez trudu można wyobrazić sobie otaczający reportera świat. Te części napisane są z globtroterskim polotem.

Natomiast wchodzenie w okrutną przeszłość pogrąża narrację w ciężkie sfery waśni z sąsiadami. Anegdoty o przywódcach pokazują ich głównie jako tyranów i lubieżnych lekkoduchów. Robert Kaplan przytacza też spostrzeżenia reporterów sprzed II wojny światowej, które obecnie niewiele mówią. Autor zmusza czytelników do intelektualnego wysiłku polityczną i wysoce abstrakcyjną narracją. Przez to większą część książki czyta się z trudem. „Bałkańskie upiory” zawierają też błędy merytoryczne, które wynikają z upraszczającego kapitalistycznego amerykańskiego spojrzenia.

W książce nie ma ani jednego zdjęcia i sporo na tym traci. Już same portrety władców sprzed wielu mogłyby dużo powiedzieć. Tak samo fotografie zniszczonych monastyrów, odrapanych budynków i lichych furmanki pod koniec XX wieku zrobiłyby wrażenie na czytelnikach. Tego nie ma. Za to jest mapa, która bardzo dobrze prowadzi od rozdziału do rozdziału.

Reporter starał się przekazać, że pod zostawionym na uboczu kotłem buzuje i za chwilę wykipi brutalnymi konfliktami etnicznymi. Przewidział wydarzenia, ale mam poczucie, że nie do końca umiał wyrazić swoje spostrzeżenia. Z trudem udaje się z książki wydobyć uniwersalny przekaz o związku między biedą i wojną. Dlatego „Bałkańskie upiory” polecam jedynie poszukującym tła do zrozumienia wydarzeń w regionie. Moja ocena: 3/5.

VIII edycja Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki

rbuciak

koszulki nagrody KapuścińskiegoW tym roku jeszcze nie pisałem o przebiegu Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki. Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale od kilku lat działam jako wolontariusz podczas gali wręczania nagrody oraz dnia reportażu na Warszawskich Targach Książki. Zachęcam do dołączenia do ekipy pomocników, bo to doświadczenie dające wiele przyjemności materialnych i duchowych. Jedyne czarne ubranie w mojej szafie to koszulka nagrody i z dumą ją noszę przez ten jeden dzień w roku. Z przyjemności duchowych jest bliski kontakt z niezwykłymi ludźmi. Pisarze to w większości osoby bardzo serdecznie, z którymi można porozmawiać na proste i trudne tematy. Po całej imprezie zostają znakomite pamiątki. Nie tylko koszulki, ale też miłe osobiste dedykacje w książkach. Dlatego zachęcam.

W tym roku w finale znalazły się trzy książki zagranicznych autorów oraz dwie napisane przez Polaków. Nadal na krajowym rynku dominuje Wydawnictwo Czarne, którego cztery książki powalczą o nagrodę. Finałowa piątki w kolejności alfabetycznej autorów prezentuje się następująco:
1. Martin Caparrós, Głód, Wydawnictwo Literackie,
2. Rana Dasgupta, Dehli. Stolica ze złota i snu, Wydawnictwo Czarne,
3. Cezary Łazarewicz, Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka, Wydawnictwo Czarne,
4. Aneta Prymaka-Oniszk, Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, Wydawnictwo Czarne,
5. Ed Vulliamy, Wojna umarła, niech żyje wojna, Bośniackie rozrachunki, Wydawnictwo Czarne.

Z tych książek do tej pory przeczytałem dwie, ale na maj mam zaplanowaną kolejną. Podobnie sytuacja wygląda z książkami nominowanymi, które nie znalazły się w finale. Z nich też przeczytałem dwie i następną przeczytam w maju. Warto zauważyć, że wszystkie nominowane książki, które nie są w finale, zostały napisane przez Polaków. Są to:
6. Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania, Wydawnictwo Agora,
7. Justyna Kopińska, Polska odwraca oczy, Wydawnictwo Świat Książki,
8. Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje, Wydawnictwo Czarne,
9. Witold Szabłowski, Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia, Wydawnictwo Znak,
10. Monika Sznajderman, Fałszerze pieprzu. Historie rodzinne, Wydawnictwo Czarne.

Cieszę się, że Polacy piszą bardzo dobre reportaże. Mam nadzieję, że będą one doceniane także za granicą.

W oblężeniu

rbuciak

W oblężeniu - okładka

Nigdy nie byłem na wojnie i nie życzę nikomu, aby zawitała do jego domu. Tego uśmiechu losu nie mieli mieszkańcy Sarajewa. Barbara Demick opisała „W oblężeniu” dzieje mieszkańców jednej ulicy w trakcie wojny w Bośni. Co wnosi spojrzenie na konflikt zbrojny od strony mikroświata?

Z krótkiego opisu książki czytelnik może się spodziewać, że pozna codzienny trud egzystencji grupy sąsiadów. Może mieć nadzieję przeczytać o punktach zwrotnych w ich życiu, o chwilach cierpienia, o sposobach radzenia sobie pod obstrzałem. Te oczekiwania książka zaspokaja. Słuchamy nastolatków, gdy opowiadają o śmierci rodziców i wyjeździe za granicę. Poznajemy przepisy na dania gotowane z sucharów i cebuli. Przyglądamy się paleniu mebli i ubrań dziecięcych. Cieszymy się wraz z bohaterami, że znów jest gaz w kuchence. Dziwimy ryzykowaniu utraty życia, aby pójść do kawiarni. Opisy funkcjonowania zwykłych ludzi w nienormalnych warunkach są najmocniejszą stroną dzieła Amerykanki.

Konstrukcja „W oblężeniu” byłaby znakomita, gdyby bohaterów można było policzyć na palcach. Niestety jest ich kilkunastu głównych i jeszcze więcej drugoplanowych. Ich długa wyliczanka tuż po wstępie sprawiła, że nie zadałem sobie trudu, aby ich zapamiętać. Każdej postaci poświęcony jest średnio jeden akapit w każdym rozdziale. Książka nie zawiera dłuższych wywiadów, a jedynie pojedyncze wypowiedzi. Dlatego nie poczułem emocjonalnej więzi z żadnym z bohaterów, w niczyją rolę nie potrafiłem się wcielić. Zapis kilku lat wojny jest skrótowy i pobieżny, co kłóci się z zamiarem spojrzenia z perspektywy ulicy. Wrażenie dystansu do ludzi i wyrywkowość czasu sprawia, że trudno mi docenić strukturę książki.

„W oblężeniu” jest napisane mocnym, rzeczowym i pociągającym językiem. Zdania są krótkie i zawierają dużo treści. Książkę czyta się szybko, choć trudno nie odłożyć jej przynajmniej kilka razy w czasie czytania. Makabryczne sceny ciał rozrywanych w wybuchach pocisków oddane są z naturalistyczną surowością. Barbara Demick zwraca uwagę na szczegóły. Przy każdej okazji nazywa uszkodzone części ciała, pomieszczenia, w których ukrywają się ludzie, rodzaje drzew czy postaci na obrazach. To czyni treść bardzo plastyczną, a przestrzeń ulicy łatwą do wyobrażenia. W ten sposób autorka zastępuje brak zdjęć. Nie wydają się one potrzebne, bo dodawałyby tylko wrażenie taniej sensacji.

Książka zawiera za to mapę Bośni i Hercegowiny oraz plany Sarajewa i samej starówki, gdzie leży opisywana ulica. Są na nich zaznaczone wszystkie najważniejsze miejsca wspomniane w treści. To rozwiązanie należy uznać za wzorowe.

Barbara Demick starała się przekazać światu, że życie ludzi w trakcie wojny to olbrzymia tragedia. Traci się bliskich, głód niszczy ciało, pali się własny dobytek. Choć wolę walki ma tylko grupa ekstremistów, a decydenci na wysokich stanowiskach dostrzegają tragedię tylko po masakrach liczonych w tysiącach ofiar, to skutki dotykają wszystkich. Z wojny zwykły człowiek wychodzi pokiereszowany psychicznie. Ma się ochotę powiedzieć „nigdy więcej”. To mocne przesłanie sprawia, że warto przeczytać „W oblężeniu”, choć realizacja nie do końca zgadza się pomysłem na książkę. Moja ocena: 3,5/5.

Nowe życie

rbuciak

Nowe życie - okładkaPolska po II wojnie światowej była biednym i zniszczonym krajem. Mimo to komunistyczny reżim w geście chrześcijańskiej solidarności przyjął 14 tys. uchodźców z Grecji. Ich zapomnianą dramatyczną historię odtwarza Dionisios Sturis w książce „Nowe życie”.

„Nowe życie” daje ogrom wiedzy o najnowszej historii Grecji, ale też o powojennej Polsce. Dziennikarz w poszukiwaniu rozmówców odwiedza między innymi Dziwnów nad Bałtykiem, gdzie mieścił się szpital dla rannych rewolucjonistów, Zgorzelec u podnóża Sudetów, gdzie mieszkała najliczniejsza społeczność uchodźców i Krościenko przy obecnej granicy z Ukrainą, gdzie powstała grecka spółdzielnia rolnicza.

Temat ma wyraźnie zakrojone ramy – walczyli, uciekli, tęsknili, wrócili do ojczyzny lub zostali. Można go jednak nakreślić z tłem lub bez tła. Autor zdecydował się na wariant z tłem. Dzięki temu dowiadujemy się, jak greccy i macedońscy komuniści walczyli z faszystowskimi okupantami i nacjonalistyczną juntą, zwiedzamy wyspę, na której torturowano tych, co nie zdążyli wyjechać, idziemy na pole bitwy wraz z jej uczestnikami 60 lat po zakończeniu wojny domowej. Z jednej strony książka zawiera szeroki krąg informacji, ale z drugiej można mieć żal, że wątki nie zostały zgłębione.

Warto zwrócić uwagę na język książki. Dionisios Sturis konsekwentnie mówi o Grekach i Macedończykach. Nie ucieka przed trudnym tematem hellenizacji. Mimo, że sam nigdzie nie wyraża własnego stanowiska, to użyte pojęcia oddają postawę szacunku dla samookreślania się ludzi. Drugą wyraźną cechą tekstu jest sposób opisu wojny. Tu dominuje klasyczne męskie spojrzenie na walkę – opisuje poczucie żołnierskiej dumy, wylicza uzbrojenie, liczy spalone domy i zabitych ludzi, podaje trasy ewakuacji rannych. Nie wnika w emocje ani relacje osobiste, nie opisuje kolorów codziennego trudu wojny. Mam poczucie, że za mało jest w książce wrażliwości.

To już trzecia książka pochodzącego z Chojnowa dziennikarza i przyzwyczaił czytelników do określonego stylu pisania. Autor jest bezpośredni, prowadzi prostą narrację w pierwszej osobie. Zapisuje wiele rozmów z bohaterami, odsłania prywatne i rodzinne tajemnice. Pisze prostym językiem, krótkimi zdaniami, przez co książkę czyta się dość szybko. „Nowe życie” jest nastawione na szeroki krąg czytelników. Wybór grupy docelowej i użyta forma przekazu współgrają ze sobą. Za jedno i drugie warto pisarza pochwalić.

Książka zawiera wiele unikalnych zdjęć wykonanych w Polsce i w Grecji. Przedstawiają niemal wyłącznie portrety grupowe uchodźców z lat 50-tych i 60-tych. Nie do końca pasują one do tekstu. Brakuje ważnej rodzinnej fotografii, o której jest cały akapit tekstu, nie ma współczesnych portretów rozmówców, ani zdjęcia ruin po obozie koncentracyjnym. Choć autor nadrabia zaległości opisami, to nie są one w stanie zastąpić obrazu. Szkoda też, że w książce nie znalazły się mapy Polski i Grecji, aby lepiej pokazać odległości, na jakie rozproszyli się uchodźcy.

„Nowe życie” warto przeczytać, bo książka poszerza spojrzenie na temat uchodźców i powojennej historii Polski. Ponadto jest napisana dobrym stylem. Jednak zbytnia familiarność pozbawiona odpowiednio wysokiej dozy wrażliwości sprawiają, że warto zachować umiar. Moja ocena: 3,5/5.

Bieżeństwo 1915

rbuciak

 Bieżeństwo 1915 - okładkaHistorię piszą zwycięzcy, mężczyźni, bogaci, wykształceni. Obraz tragedii wojny widziany oczami przepędzanych, ubogich, wiejskich kobiet rzadko zostaje utrwalony. Aneta Prymaka-Oniszk postanowiła zrekonstruować najważniejsze wydarzenie dla swoich dziadków i pradziadków - „Bieżeństwo 1915”.

Lekcje historii w polskiej szkole nie wspominają, że w czasie I wojny światowej przed niemieckim i austro-węgierskim wojskiem uciekło na wschód kilka milionów ludzi. Rosjanie wolą nie pamiętać o bolesnej porażce. Dla nich ważniejsza jest Rewolucja Październikowa. Tymczasem dla milionów przesiedleńców to właśnie w 1915 roku świat wywrócił się do góry nogami. Z utrwalonego porządku wiejskiej egzystencji Podlasia, Chełmszczyzny czy Mazowsza przerzucono ich o kilka tysięcy kilometrów w daleki świat, gdzie żyją ludzie innych kultur i języków. Aneta Prymaka-Oniszk ze strzępów odzyskuje ciąg wydarzeń i przeżyć. Omawia wszystko od wygnania z domu przez morderczą tułaczkę i osiedlenie w nieznanym miejscu do trudnych powrotów na spaloną ziemię i niechcianą pamięć. Wybór trudnego tematu, jak i jego szerokie ujęcie zasługują na pełen podziw.

Autorka stara się opisać wydarzenia od strony ludzi, którzy uczestniczyli w bieżeństwie. Ich wrażenia, emocje, najsilniej wryte w pamięć zdarzenia, takie jak rozłąka z rodziną, głód, choroby i śmierć. W tym celu odszukuje najstarszych mieszkańców Podlasia, którzy mogą jeszcze cokolwiek odtworzyć z dzieciństwa oraz zapiski nielicznych piśmiennych chłopów. Nie na każdym etapie historii jej się to udaje, dlatego często bazuje na generalnym przekazie historycznym. Z połączenia tych dwóch ujęć powstało dzieło na tyle kompletne, na ile może być stworzone w sto lat po opisywanych wydarzeniach. Ta próba ratowania znikającej pamięci czyni książkę godną najwyższego uznania.

Aneta Prymaka-Oniszk z pokorą przyjmuje napotkane białe plamy. Stawia mnóstwo pytań o ludzkie losy, na które nie można dzisiaj udzielić odpowiedzi. Nie stroni od tematów trudnych, takich jak różnice etniczne, językowe i religijne. Stara się przedstawić argumenty różnych stron bez stawania twardo po którejkolwiek z nich. Klarownie uzasadnia wybory językowe, które musi podjąć.

„Bieżeństwo 1915” jest generalnie napisanie prostym słownictwem i krótkimi zdaniami. Bose nogi, piaszczyste drogi, słodka kapusta, ból utraty dziecka – te zwyczajne obrazy dominują w treści. Dlatego książkę czyta się szybko i z pełnym zaangażowaniem. Tuż za połową treści zacząłem żałować, że jestem bliżej końca niż początku. Gdyby dało się napisać trzy razy więcej, to z chęcią bym to przeczytał.

Oprócz słowa pisanego książka zawiera także liczne zdjęcia, które poruszająco pokazują dramat uchodźców. Bieda, strach przed nieznanym, wyczekiwanie, porzucanie dobytku. Fotogafie dodają kolejny istotny dla pamięci wymiar. Szkoda tylko, że nie ma w książce map, gdyż liczne zawarte w treści toponimy nie zostały osadzone w przestrzeni.

Aneta Prymaka-Oniszk dokonała niecodziennego wyczynu. Jednocześnie opowiedziała mało znaną historię własnej małej ojczyzny, a zarazem odniosła się do bardzo ważnego obecnie tematu uchodźców. „Bieżeństwo 1915” jest wykonane na medal i dlatego zdecydowanie polecam przeczytać wszystkim. Moja ocena: 4,5/5.

 

 

Szczęśliwy jak Duńczyk

rbuciak

Szczęśliwy jak Duńczyk - okładka

Czy z miłości do ojczyzny można napisać dobrą książkę? To wyzwanie podjęła Malene Rydahl w swoim dziele „Szczęśliwy jak Duńczyk”. Sprawdźmy rezultaty.

Istotną rolę odgrywa w książce sama autorka. Nie jest zawodową pisarką. Przez kilkanaście lat zawodowego życia pracuje w korporacjach. Nie mieszka w Danii. Połowę życia spędziła we Francji. To dla znajomych z kraju nad Loarą napisała długie wyjaśnienie, dlaczego jej rodacy są uznawani za najszczęśliwszych ludzi na Ziemi. Ten kontekst jest o tyle ważny, że zastosowane kryteria oceny mają wyraźną optykę europejską.

W „Szczęśliwym jak Duńczyk” zawarte jest 10 powodów, dla których życie w tym kraju sprawia zadowolenie mieszkańców. Warto zauważyć, że wszystkie mają charakter społeczny. Mowa jest między innymi o edukacji, zaufaniu, wolności osobistej, wzajemnej pomocy czy nie uleganiu pogoni za pieniędzmi. We wszystkich czynnikach Dania okazuje się przodować w światowych rankingach. Jednak argumentacji można zarzucić wiele uwag. Skupienie się władz państwa na zwykłym obywatelu powoduje, że z trudem znajdują w nim swoje miejsce osoby wybitne i szukające ekspresji twórczej. Te emigrują. Malene Rydahl nie zajmuje się ani historią, która obeszła się z Danią łagodnie, ani z gospodarką opartą na rolnictwie, handlu i wydobyciu ropy naftowej, ani niedogodnym klimacie. Mam wrażenie, że książka jest napisana pod z góry założoną tezę bez zgłębienia przyczyn i z uniknięciem niewygodnych informacji.

Niedostatek warsztatu literackiego autorki dobitnie ujawnia się w stylu książki. W treści mieszają się wątki autobiograficzne z cytowaniem danych z raportów instytucji międzynarodowych. Ani jedno, ani drugie nie jest specjalnie pociągające. W życiu prywatnym i zawodowym Malene Rydahl nie zadziało się nic szczególnie pouczającego, co by miało znaczenie dla większości czytelników. Z kolei wyciągi z publikacji dostępnych w internecie polegają głównie na zarzuceniu liczbami i dość przypadkowych porównaniach z innymi państwami. Natłok suchych informacji, za którymi nie idzie głębsza refleksja wygląda bardzo nieprofesjonalnie. W efekcie „Szczęśliwy jak Duńczyk” to nudny esej hagiograficzny.

Książka sprawia wrażenie obszernego wypracowania maturalnego. Autorka używa prostego języka, pełnego banalnych frazesów. Rozdziały mają wyraźne wstępy i zakończenia oraz uporządkowaną i jednakową strukturę. Nie ma w niej nic, co mogłoby zaskoczyć czytelników. Nawet rozdział podsumowania zamiast swobody literackiej zawiera ponowne udowadnianie tego samego, co przez wszystkie poprzednie części z jeszcze większym natężeniem oczywistych prawd o życiu.

Jeśli chcecie poznać Danię, to Malene Rydahl nie poprowadzi was zbyt daleko w tym celu. Jeśli szukacie dobrego przykładu książki o miłości do ojczyzny, to „Szczęśliwy jak Duńczyk” razi banałami. Moja ocena: 2,5/5.

 

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci