Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Suburban nation

rbuciak

Suburban Nation - okładkaModernistyczna wizja planowania miast nie sprawdziła się. Okazała się kosztowna, społecznie destrukcyjna i szkodliwa dla środowiska. Dlatego pod koniec lat 70-tych XX wieku wśród architektów pojawiła się koncepcja powrotu do tradycyjnego planowania miast. Jej głównymi przedstawicielami w Ameryce są Andres Duany, Elisabeth Plater-Zyberk i Jeff Speck, a ich książka manifest nosi tytuł „Suburban nation”.

W dziele przystępnie opisano suburbanizację, jej przyczyny prawne i społeczne, cechy przestrzenne i skutki dla ludzi, finansów publicznych oraz środowiska. Przeczytać można między innymi o gigantycznym projekcie budowy autostrad, idei separacji sposobów użytkowania terenu, braku chodników na przedmieściach i rodzicach sprowadzonych do roli kierowców dla swoich dzieci. Autorzy jako architekci zwracają uwagę na formy budynków, które sprzyjają życiu społecznemu lub je utrudniają. Ubolewają nad domami, które zamieniły się w przybudówki do garaży. Rozlewaniu się miast zostało przeciwstawione tradycyjne planowanie z gęstą siatką ulic, mieszanym użytkowaniem i mieszaną tkanką społeczną. Ostatnie rozdziały zawierają przepis, jak zbudować sprawnie działające miasto. Nie są to czcze przechwałki, ale porady znawców. Autorzy bazują na doświadczeniach z miast, które zaplanowali i odnoszą sukcesy liczone liczbą mieszkańców i ceną domów. Swoje porady kierują do szerokiego grona czytelników – od władz krajowych przez samorządy lokalne do zwykłych mieszkańców i innych architektów. Trudno tu znaleźć słabe punkty książki. Temat jest bardzo ważny, struktura przejrzysta, argumentacja umiejętnie dobrana.

„Suburban nation” z racji tematu zawiera specjalistyczne słownictwo. Jednak autorzy nim nie epatują. Wręcz przeciwnie, odniosłem wrażenie, że starają się stosować jak najmniej wyszukanych terminów. Wielką zaletą książki jest także jasność prowadzonego wywodu. Główny ciąg tekstu posiada nadzwyczajny porządek. Na początku każdego rozdziału jest wstęp, który pokazuje strukturę całego omawianego tematu. Wszelkie dygresje zostały umieszczone w przypisach dolnych. Wszystkie odesłania literaturowe prowadzą do bibliografii umieszczonej na końcu książki. Dzieło amerykańskich architektów można pokazywać jako wzór perswazyjnego pisarstwa specjalistycznego.

Podczas czytania uwierał mnie tylko jeden, ale za to ważny element. Wszystkie zdjęcia, mapy i rysunki zostały umieszczone na marginesie. Pomysł sam w sobie słuszny, zwłaszcza gdy do wszystkich grafik prowadzą odsyłacze z tekstu. Nie ma zbędnych fotografii i planów. Niestety,  margines ma tylko kilka centymetrów szerokości. W efekcie ilustracje są małe i przez to często słabo czytelne. Ich opisy w tekście często wymagają przyjrzenia się im i przestudiowania struktury. W większości przypadków nie da się tego zrobić, na czym traci cała książka.

Jeśli chce się zrozumieć, na czym polega Nowy Urbanizm, to nie ma lepszej książki. Szkoda tylko nie do końca przemyślanej strony graficznej. „Suburban nation” polecam wszystkim, bo pokazuje jak bardzo nasze życie zależy od organizacji przestrzeni, w której żyjemy. Moja ocena: 4,5/5.

Milczący lama

rbuciak

milczący lama - okładkaCzłowiek ciekawy świata trafi kiedyś w swoich poszukiwaniach na buddyzm. Znajdzie też chwilę, gdy zafascynuje go Syberia. Okazuje się, że ta religia i ten region mają ze sobą obszar wspólny – Buriację. Albert Jawłowski napisał reportaż o Buriatach pod tytułem „Milczący lama”. Na ile jest on ważny dla poszerzenia wiedzy o świecie?

Autor porusza w książce liczne wątki związane z krajem, który wielokrotnie odwiedził w ciągu ostatnich kilku lat. Po pierwsze, przedstawia historię Buriacji. Niewiele pisze o czasach przedhistorycznych. Najwięcej miejsca poświęca na ostatnie dwa stulecia. Po drugie, pisarza w szczególności interesuje buddyzm i przywódcy religijni, w tym tytułowy „Milczący lama”, który stał się religijną atrakcją turystyczną regionu. Po trzecie, autor zagłębia się w związki przywódców religijnych i politycznych oraz budowanie tożsamości narodowej na bazie buddyzmu. Po czwarte, opisuje wydarzenia religijne, w których uczestniczy i opowiada swoje wrażenia ze spotkań z duchownymi i zwykłymi wyznawcami. Niby książka ma konkretny tytuł i konkretny temat, ale mam wrażenie, że jest wszystkiego po trochę. Wątek tytułowy gubi się w licznych i długich dygresjach pobocznych. W sumie nie wiadomo, jaką główną, ważną lub uniwersalną myśl Albert Jawłowski chce nam przekazać.

Próbuję zebrać strzępy narracji, które wyrażają coś ważnego. Takim urywkiem może być polityka narodowościowa Lenina, która pozwoliła utrwalić totalitarną władzę komunistyczną w ogarniętym chaosem państwie po upadku caratu. Przydatna może być wiedza o współczesnej polityce religijnej w Rosji na przykładzie odradzającego się buddyzmu w Buriacji. Pociągające mogą być zjawiska etnograficzne, sakralne i turystyczne, które uległy globalizacji dzięki produkowaniu wszelkiej bazarowej tandety w Chinach. Wartościowych fragmentów jest dla mnie za mało.

Przyznam więc szczerze, że z trudem przeczytałem książkę. Zasnąłem nad nią kilka razy. Wiele rozdziałów jest tak mało pociągających, że odliczałem strony do ich końca. Nie pociągały mnie opisy zawodów sportowych i wydarzeń religijnych pisane z kronikarskim dystansem. Nie popłynęła we mnie szybciej krew, gdy autor opowiadał swoje poszukiwania ludzi z niezwykłą wiedzą. Opisy miejsc z trudem kleiłem w wyobrażalne obrazy. Mało fascynujące były dla mnie życiorysy lamów i przymilanie się duchownych do poszczególnych władców. „Milczący lama” jest napisany poprawną polszczyzną, ale beznamiętnym stylem. Albert Jawłowski nie zastosował żadnych zabiegów przyciągających uwagę czytelnika. Nie sposób znaleźć porażających wstępów, doskonałych puent, czy dialogów zapadających na długo w pamięć.

Książka nie zawiera zdjęć. Szkoda, bo doskonałe obrazy można zapewne uchwycić w Ułan Ude, w klasztorach i na falującym stepie na granicy z tajgą. Wiele mogłyby powiedzieć także twarze rozmówców i wnętrza ich domów. Niestety. Za to „Milczący lama” zawiera mapę Buriacji i najbliższych okolic, dzięki czemu nie zaglądałem podczas czytania do atlasu.

Temat „buddyzm w Buriacji” jest dobry do tłumaczenia się kolegom, o czym się pisze, ale nie czytelnikom szukającym wiedzy. Brak konkretnych zagadnień dominuje w „Milczącym lamie” i dlatego polecam książkę wyłącznie mocno zainteresowanym Syberią lub buddyzmem. Moja ocena: 3/5.

Cztery zachodnie staruchy

rbuciak

Cztery_zachodnie_staruchy_okladka_front_internet

W racjonalnej i sceptycznej Europie trudno znaleźć ludzi przeświadczonych o wchodzeniu w kontakt z duchami. Zafascynowani szamanizmem Bartosz Jastrzębski i Jędrzej Morawiecki pojechali więc do Buriacji. Rezultatem ich wyprawy jest książka o enigmatycznym tytule „Cztery zachodnie staruchy”.

Od czasu gdy upadł ZSRR szamanizm nad Bajkałem odżył niczym Feniks z popiołów. Nagle znaleźli się ludzie, którzy pomagają w odszukaniu zagubionej krowy, załatwiają pozytywne rozpatrzenie sprawy w urzędzie lub leczą z chorób poprzez odwołanie się do duchów przodków. Mają widzenia, słyszą głosy, chodzą po wodzie, a nawet latają. W jednym są spójni – przebrani w specyficzne stroje odprawiają modły polegające na piciu wódki, waleniu w bęben i śpiewaniu po staroburiacku. Przywracają do życia przedwieczną religię. W autorytarnej Rosji musi się to wiązać z pieniędzmi, sformalizowaniem prawnym i romansem z władzami. Tematyka książki jest dobrze zakrojona, choć mało interesująca dla osób o innych zainteresowaniach niż etnografia i duchowość. Jej wpływ na nasze życie będzie najczęściej znikomy.

Autorzy zapisali obrazy, które wynieśli z kontaktu z ludźmi, miejscami i wydarzeniami. Są to bardzo często pierwotne wrażenia empiryczne. Brzydota starego linoleum, otwarty widok na stepie, zmęczona twarz bohatera. W nienachalnym opowiadaniu własnych przeżyć wrocławianie są przekonujący. Do tego dołączają jednak przemyślenia nad drogami dotarcia do kolejnych postaci w układance oraz historie osobiste szamanów i szamanek. Przemyślenia niestety nie prowadzą w żadnym konkretnym kierunku. Historie ludzi też są dość powtarzalne w schemacie – powiedzieli mi, że mam dar, więc zacząłem odprawiać ludowe obrzędy. „Cztery zachodnie staruchy” wymagają od czytelnika dużo własnej chęci podążania za fascynacjami autorów. Mnie ta gorączka nie dopadła i przez większość czasu spędzonego nad lekturą walczyłem z sennością. Wynika to zapewne z częstego używania przez Bartosza Jastrzębskiego i Jędrzeja Morawieckiego specjalistycznego słownictwa w połączeniu z obcymi terminami i językiem szamanów opartym o doświadczenia dla większości z nas nieznane.

Jak na opowieść o odległej części świata, to zaskakuje w książce brak mapy regionu. Autorzy jeżdżą po Buriacji i przez chwilę po Mongolii, ale nie dają wodzić za sobą palcem. „Cztery zachodnie staruchy” zawierają kilka specyficznych czarno-białych zdjęć. Przedstawiają pejzaże lub miejsca kultu. Na jednym są szamani stojący tyłem. Żadnych portretów bohaterów, żadnych obrazów obrzędów. Potencjał fotografii do przekazania wiedzy nie został wykorzystany.

Na świecie dzieje się wiele fascynujących zjawisk. Zapewne współczesny buriacki szamanizm również do nich należy. Niestety sposób, w jaki został pokazany w książce, pociągnie głównie już zainteresowanych. Dla innych może być przydatny w walce z bezsennością. Moja ocena: 2,5/5.

Nic nie zdarza się przypadkiem

rbuciak

Nic nie zdarza się przypadkiem - okładkaCiekawość świata skłania ludzi do podróżowania w przestrzeni. Zwrotne momenty w życiu sprawiają, że szukamy odpowiedzi wewnątrz siebie. Dla podróżnika Ticiano Terzaniego takim wydarzeniem była informacja o zachorowaniu na raka. Odbył wtedy swoją ostatnią wyprawę, którą opisał w „Nic nie zdarza się przypadkiem”.

Jak sam autor zaznacza pod koniec wstępu książka posiada dwa główne tematy. Najpierw jeździł po świecie, aby znaleźć lekarstwa na trapiącą go chorobę. Później szukał pogodzenia z nieuchronnym końcem życia materialnego. Oba cele łączą się ze sobą. Wątpię jednak w łączenie ich w jedną książkę. Z jednej strony Tiziano Terzani opisuje procedurę leczenia w szpitalu w Nowym Jorku, zielarzy z Chin i Indii oraz uzdrowicieli z Filipin. Z drugiej strony spędza tygodnie na terapii grupowej w Kalifornii, miesiące w klasztorze na południu Indii i lata w pustelni w Himalajach. Wolałbym otrzymać obie części osobno, gdyż różnią się wyraźnie gatunkiem literackim.

Rozdziały opisujące medycynę zachodnią i alternatywną to typowe reportaże. Autor udaje się na wizytę lekarską, poddaje badaniu, wypytuje medyków o stosowane metody i wykupuje środki uzdrawiające. Pomimo fizycznego i umysłowego zaangażowania cały czas zachowuje duchowy dystans. Dla miłośników klasycznego reportażu to świetny przegląd mniej i bardziej udanych pomysłów na reperowanie zdrowia.

Zupełnie inaczej napisane są rozdziały o poszukiwaniach duchowych. Tu dominuje forma autobiograficznego eseju. Dużo jest pytań o sens życia, anegdot z poradami mędrców i doświadczeń pracy duchowej, szczególnie medytacji. Suma tych przemyśleń złożyłaby się na dobrze zbudowaną książkę skierowaną raczej do poszukujących prawdy o sobie niż o świecie.

Włoch był nieprzeciętnym gadułą. Jego książki to grube tomiszcza. „Nic nie zdarza się przypadkiem” ma ponad 700 stron. Nawet wstęp, a jednocześnie streszczenie, ma 20 stron. Książka, choć lekko napisana, to nie pociąga od początku do końca. Jedne fragmenty czyta się z zainteresowaniem, zaś inne z trudem. Tiziano Terzani znakomicie wplótł do tekstu ludowe mądrości. Zadał świetne pytania lekarzom. Plastycznie opisał przyrodę, budowle i ludzi w odwiedzanych miejscach. Jednak całość jest ze sobą mocno wymieszana. Gdy w połowie książki doszedłem do wniosku, że wolę czytać o doświadczeniach wewnętrznych pisarza, to rozdział o uzdrowicielach z Filipin wydał mi się całkowicie zbędny. Przeskoki i zwroty w mało ważne kierunki budziły we mnie znużenie. Autor zachował kolejność chronologiczną, a w tym przypadku wolałbym jednostajną drogę od medycznej diagnozy do odpowiedzi w głębi siebie.

Książka nie zawiera zdjęć i to dobrze. Jej celem nie jest pokazywać materię, ale przeżycia wewnętrzne. Za to żałuję, że nie ma mapy. Znowu czytałem z atlasem na kolanach.

„Nic nie zdarza się przypadkiem” zawiera za dużo tematów, jak na jeden mało mówiący tytuł. Dlatego dzieło Tiziano Terzaniego polecam tylko tym, których interesuje zarówno różnorodność medycyny, jak i poszukiwania pogodzenia siebie ze śmiercią. Moja ocena: 3/5.

The high cost of free parking

rbuciak

The high cost of free parking - okładka„O czym można pisać przez 750 stron o parkingach?” Takie pytanie usłyszałem kilka razy w odpowiedzi na moje słowa, że czytam „The high cost of free parking”. Przetrawienie biblii parkingowej napisanej przez Donalda Shoupa zajęło mi dwa miesiące. Warto było poświęcić szmat czasu na zgłębienie jednego z największych problemów współczesnej cywilizacji.

Profesor Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles analizuje niemal od każdej strony potrzebę trzymania gdzieś samochodów w czasie, gdy się ich nie używa. Najwięcej miejsca poświęca badaniom naukowym nad zjawiskiem. W końcu to książka naukowa ze znakomicie opracowaną bibliografią. Ponadto, przytacza słowa zarówno znanych filozofów, cytuje prasę, przepisy prawne, jak i podrzędnych literatów. Szerokie spojrzenie zaskakuje czytelnika.

Pewnie wielu z was zastanawia się, co można w parkingach badać. Książka dzieli się na wyraźne trzy części. Pierwsza dotyczy parkowania poza drogami, czyli na placach, pod budynkami i w garażach wolnostojących. Donald Shoup pokazuje jak wymagania minimalnej liczby miejsc postojowych na posesji wykrzywiają gospodarowanie przestrzenią. W drugiej części analiza skupia się na parkowaniu przyulicznym. Między innymi przedstawia niesamowity model matematyczny pokazujący, jak długo opłaca się krążyć w poszukiwaniu miejsca. Trzecia część traktuje o ekonomii parkowania – od techniki parkometrów do wyznaczenia ceny przynoszącej największe korzyści. Zadziwiające jest, jak pomimo ogromnej wiedzy w tym zakresie, nie przekłada się ona na decyzje podejmowane w miastach.

Cały wywód naukowca kończą trzy propozycje zmian, które można zastosować wszędzie, gdzie jest dużo samochodów. „The high cost of free parking” zadziwia uwidocznieniem powtarzalności kłopotów w czasie i przestrzeni, jakie wywołują puste samochody. Udręki znane z dzisiejszej Warszawy miały miejsce zarówno 90 lat temu w Detroit, 40 lat temu we Frankfurcie, jak i 15 lat temu w San Francisco. Dlatego czuję ogromną potrzebę podzielenia się wiedzą z książki i zmiany polskich dróg w miastach na lepsze.

Książka nie jest łatwa w czytaniu w angielskim oryginale. Zawiera wiele słów na tyle rzadko używanych, że nie mieszczą się w jednotomowym słowniku. Zdania są najczęściej rozbudowane. W tekście jest dużo liczb, trochę równań, tabel, wykresów, rysunków i zdjęć. Ten repertuar metod przedstawiania faktów oceniam jako dość bogaty. Gdy zrozumie się prowadzony wywód, to bez trudu można odczuć radość i fascynację wiedzą. Tekst książki ma jedną ogromną wadę – liczne przypisy końcowe. Rozumiem takie rozwiązanie w przypadku cytowania wyników badań. Mam jednak wrażenie, że liczne uwagi, które napłynęły od recenzentów zostały ujęte w kolejne przypisy zamiast doprowadzić do poprawienia tekstu głównego.

Czy jest wątek, którego zabrakło mi w tak obszernym opracowaniu? Widzę jeden – wypadki. Dane policji pokazują, że z parkowaniem związanych jest ok. 5% wszystkich zdarzeń drogowych, w tym wypadki śmiertelne.

Mimo, że „The high cost of free parking” nie ma polskiego wydania, dotyczy tematu porywającego dopiero po zgłębieniu, to możliwie przystępne podanie wyników badań naukowych nad codziennym problemem miast powoduje, że zachęcam wszystkich do przeczytania dzieła Donalda Shoupa. Moja ocena: 4,5/5.

Ludowa historia Stanów Zjednoczonych

rbuciak

ludowa-historia-stanow-zjednoczonych-howard-zinn

Na lekcjach historii dowiadujemy się głównie o wojnach i władcach. Znacznie mniej mówi się o gospodarce i codziennym życiu ludzi. O protestach przeciwko władzy wspomina się wyjątkowo rzadko. Howard Zinn postanowił odwrócić proporcje przekazu. W ten sposób powstała fascynująca „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych”.

Historia Ameryki napisana przez naukowca i społecznego aktywistę zawiera wojny. Są to walki widziane od strony zwykłych żołnierzy, którzy ginęli od chorób i ran od wojny o niepodległość przez wojnę z Meksykiem, Hiszpanią, obie wojny światowe, do Korei, Wietnamu i Iraku. Ta narracja ma przemówić do młodych ludzi, którzy mogą dostać do ręki karabin, więc jej znaczenie jest ogromne. Historia oczami Howarda Zinna wspomina prezydentów, ale jako popleczników i marionetki milionerów. Pokazanie silnych dowodów na obraz Ameryki jako militarnej, rasistowskiej quasi-dyktatury zmienia w człowieku nieodwracalnie obraz ładu na Ziemi.

Główny nacisk książki położony jest na ruchy protestu rolników, robotników, kobiet, Afroamerykanów, rdzennych Amerykanów, imigrantów i tym podobnych mas społecznych. „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” daje bezpośredni dostęp do wiedzy o łamaniu traktatów przez rząd w Waszyngtonie i masowym mordowaniu Indian przez cały XIX wiek. Odtwarza też zapomniane protesty bezrolnych chłopów przeciw właścicielom ziemskim. Pokazuje, że zniesienie niewolnictwa nie było przyczyną wybuchu wojny secesyjnej, ale wyłącznie środkiem do zwycięstwa. Autor rekonstruuje chronologię głównych strajków robotniczych, które kończyły się częściej brutalnym dławieniem przez władze niż podwyżkami płac. Wyjaśnia znaczenie 1 maja, jako Święta Pracy i dzień walki o ośmiogodzinny dzień pracy. Pozwala zrozumieć, jak poprzez długoletnie więzienie liderów, rozbito działającą na początku XX wieku partię socjalistyczną. W końcu przedstawia poprzedni wiek jako czas pozornego wyboru między dwoma partiami mówiącymi prawie to samo i opanowanymi przez pieniądze milionerów. Howard Zinn stworzył dzieło niezmiernie ważne i objaśniające Amerykę z pozycji zwykłego człowieka.

Do zalet książki należy dopisać użyty styl języka. Jest ona napisana w możliwie najprostszy sposób, czasami przypominający kronikę wydarzeń. Nawet skomplikowane procesy polityczne zostały odtworzone zrozumiale dla przeciętnego człowieka. Nie ma w książce trudnych słów. Za to wszystkie wątki mają opisane przyczyny, przebieg i konsekwencje. Chciałbym, aby wszystkie książki były tak prosto i poukładanie napisane.

Mam jednak pewne zastrzeżenia do treści książki. W niektórych rozdziałach jest zbyt radykalna i jednostronna. Pomija np. decyzję Henry’ego Forda o płaceniu robotnikom 5 dolarów za dzień pracy, gdy inni fabrykanci dawali trzy razy mniej. Miało to ogromne konsekwencje we wszystkich aspektach życia, łącznie z upadkiem władzy baronów kolejowych i protestami przeciwko dominacji samochodów od lat 50-tych XX wieku. O nich autor też nic nie pisze, choć mają coraz większy wpływ na budowę miast.

Szkoda również, że książka nie zawiera zdjęć. Twarze przemawiających bohaterów ludowych, widoki strajków i starć z policją dawałyby dodatkową moc świadectwa wydarzeń.

Trudno przeczytać historię Ameryki Howarda Zinna w jeden tydzień. Książka ze względu na treść powinna moim zdaniem nosić tytuł „Historia ruchów ludowych Ameryki”. Mimo tych drobnych uchybień uważam, że powinni ją przeczytać wszyscy. Moja ocena: 4,5/5.

Ameksyka

rbuciak

Ameksyka - okładka

Pogranicza to obszary budzące ciekawość ze względu na przenikanie się kultur, specyficzne formy handlu, pustkowia w krajobrazie itd. Granica między Ameryką i Meksykiem (jeden i drugi kraj to stany zjednoczone) oprócz ciekawości budzi także grozę. Ed Vulliamy postanowił dociec szczegółów wojny narkotykowej toczącej się regionie, który nazwał „Ameksyką”.

O ile mafijne porachunki są głównym motywem książki, to jej treść nie ogranicza się do opisu przemytu narkotyków i broni oraz pomocy ludziom w przekraczaniu granicy drogami niekontrolowanymi przez władze państwowe. Brytyjski pisarz docieka przyczyn i konsekwencji rozpanoszenia się zbrojnych grup przestępczych. Omawia biedę w Meksyku, wyzysk w przygranicznych fabrykach, popyt na narkotyki i podaż broni w Ameryce. Z drugiej strony pokazuje gangsterską kulturę, mordowanie kobiet, ośrodki odwykowe i heroiczną pracę społeczną. Ponadto opisuje krajobrazy pustyń, gór, slumsów i miast na skrzyżowaniach autostrad. Całość została obleczona w formę podróży od Pacyfiku do Atlantyku. Tytuł, zakres tematyki i konstrukcja książki to prawdziwe mistrzostwo literatury.

„Ameksyka” dzieli się na rozdziały, z których każdy ma jasno sprecyzowany temat. Każdy dzieje się w kolejnych miejscach – przystankach. Każdy otwiera kolejny krąg piekielny, aż do ostatniego, w którym autor ujawnia mechanizmy finansowania wojny. Co więcej, opisane historie układają się logiczną całość. Warto docenić umiejętne i proste przedstawienie skomplikowanych procesów.

Również na poziomie szczegółu książka budzi zachwyt. Ed Vulliamy znakomicie opisał zarówno makabryczne miejsca zbrodni, jak i piękno rzeki Rio Grande. Konsekwentnie i wytrwale cytuje zebraną literaturę. Wyraźnie zaznacza, kiedy słowa pochodzą z licznych przeczytanych książek, a kiedy z własnych doświadczeń. Tych też zgromadził nie mało. „Ameksyka” zawiera dziesiątki rozmów z lokalnymi dziennikarzami, lekarzami, nauczycielami i prostymi członkami mafii. Wydobył z nich esencję, w której trudno doszukać się słów zbędnych z jednej strony, jak i brakujących z drugiej. Nawet gdy rozmówcy milczą, to autor objaśnia znaczenie zamkniętych ust.

W całej książce nie podobały mi się trzy rzeczy. Po pierwsze, brak zdjęć, gdyż wyobraźnią nie sposób oddać wszystkich pejzaży. Po drugie, wielość bohaterów. Już po pierwszych kilkudziesięciu stronach dałem sobie spokój z próbą zapamiętania kto jest kim. Często też przeskoki od jednego do kolejnego rozmówcy przebiegają niczym casting. Po trzecie, Ed Vulliamy zbudował sobie teorię, że meksykańska wojna narkotykowa to pierwszy konflikt nowoczesnego świata, gdzie stronami nie są państwa, grupy etniczne, społeczne czy religijne, ale korporacje zaangażowane w nielegalne interesy. Cóż, podobnie wyglądały porachunki mafijne w Ameryce w latach 20-tych XX wieku, zaś Aleppo wygląda dzisiaj jak Warszawa pod koniec 1944 roku, a nie Ciudad Juarez pięć lat temu.

Nie dziwię się, że „Ameksyka” otrzymała Nagrodę za reportaż literacki im. Ryszarda Kapuścińskiego. Ed Vulliamy w błyskotliwy sposób opisał nie tylko egzotyczny region wyniszczany przemocą, ale też smutne skutki pazernego globalnego kapitalizmu. Moja ocena: 4,5/5.

Czarny jak ja

rbuciak

Czarny jak ja - okładka

Co zrobić, aby dostrzec bariery, które napotykają osoby dyskryminowane? Najdobitniej można się o tym przekonać wcielając się poniżanych. John Howard Griffin ponad pół wieku temu dokonał odważnego reporterskiego przebrania. Jako biały Amerykanin dzięki lekom na bielactwo i solarium stał się Murzynem, a swoje doświadczenia opisał w książce „Czarny jak ja”.

Książka opisuje miesięczną podróż autora odbytą jesienią 1959 roku. Jedzie z Nowego Orleanu do Atlanty i z powrotem. Wtapia się w społeczeństwo i sytuacje, w których nigdy wcześniej nie miał szansy uczestniczyć. Pracuje jako pucybut na ulicy, szuka toalety, jada w tanich barach, śpi w podrzędnych hotelach, jeździ na tyłach autobusów i autostopem. Co ważniejsze, rozmawia zarówno z innymi Murzynami, jak i białymi. Odczuwa na sobie pełne wyższości i pogardy spojrzenia potomków właścicieli niewolników. Słyszy zakazy i niemoralne propozycje. Z trudem znosi poniżające traktowanie. Dostrzega też kolosalne różnice w warunkach życia, zarówno materialne, jak i bariery społeczne. Pomysł na książkę, jak i jego realizację uważam za znakomite. W gorących wówczas czasach debaty o braku równości między rasami dał silne argumenty przeciwko bezsensownym podziałom.

W drugiej części książki John Howard Griffin opisuje reakcje społeczne na swoją podróż, które miały miejsce po opublikowaniu pierwszych wrażeń w prasie, radiu i telewizji. Opisał skrajnie pozytywnych i równie skrajnie negatywnych odpowiedzi. Pokazał w ten sposób uniwersalność dzielenia się ludzi na dwie grupy jako skutek głośnych wydarzeń.

„Czarny jak ja” ujmuje prostotą przekazu. Autor nie udaje, że prowadzi głębokie badania socjologiczne. Po prostu zapisuje wydarzenia, swoje emocji i przemyślenia, które w ich wyniku powstały. Forma dziennika jest tu bardzo pomocna. Czytelnicy otrzymali napisane na gorąco fragmenty z codziennego życia. Sporo jest znaczących dialogów, opisów troski o znalezienie miejsca do spania, jedzenia czy toalety. Większość tekstu przypomina zwyczajne opowiadanie. Zapisane rozmowy i konwenanse porażają swoją siłą. Warto je czytać także dla nauki kultury osobistej. Ta prostota i dydaktyzm sprawiają, że książka idealnie nadaje się jako lektura szkolna. Jednak w nielicznych fragmentach autor opisuje życiorysy działaczy na rzecz równych praw dla wszystkich. Mogą być one interesujące dla historyków ruchu na rzecz praw obywatelskich, ale dla pozostałych nadmiar faktów sprawia, że szybko ta wiedza umyka z pamięci.

Każdy reportaż wcieleniowy musi się zmierzyć z krytyką wiarygodności. Dla podniesienia prawdomówności podał nazwiska kilku osób, którym niewiele mogło grozić w wyniku reakcji nieprzychylnych czytelników. Książka zawiera też kilka zdjęć. Można na nich porównać autora jako białoskórego i czarnoskórego człowieka. Część zdjęć jest jednak mało wyraźna, więc także dająca podstawy do wątpliwości. Szkoda, że dokumentacja fotograficzna nie jest pełniejsza.

Z pewnością warto, aby każdy przeczytał „Czarnego jak ja”. Szczególnie warto polecić ją młodzieży, która potrzebuje wskazówek postępowania w życiu. Cieszyłbym się, gdyby ta książka trafiła na listę lektur szkolnych. Moja ocena: 4/5.

Wielkość gmin i powiatów a sprawność ich funkcjonowania

rbuciak

Wielkość gmin i powiatów - okładkaZawodowo zajmuję się statystyką samorządu terytorialnego. Rzadko trafiają na rynek książki z tego tematu, które są powszechnie dostępne w księgarniach i nadają się do zrecenzowania na blogu literackim. Ostatnio ukazały się interesujące wyniki badania naukowego warte szerszego omówienia. Książka autorstwa Pawła Swianiewicza, Adama Gendźwiłła, Julity Łukomskiej i Anny Kurniewicz pt. „Wielkosć gmin i powiatów a sprawność ich funkcjonowania” podnosi ważny wątek czy lepsze są gminy małe czy duże.

Raport z badań składa się z pięciu rozdziałów. W pierwszym omówiono zmiany w podziale administracyjnym kraju, w drugim zdolność gmin i powiatów do wykonywania zadań publicznych w zależności od klas liczby ludności. Trzeci rozdział uszczegóławia drugi o stronę finansową. W czwartym przedstawiono zaangażowanie mieszkańców w sprawy lokalne w zależności od wielkości gmin. Ostatni rozdział dotyczy doświadczeń krajów europejskich w zakresie zmian w podziale administracyjnym na poziomie lokalnym.

Pierwszy rozdział może być interesujący dla osób słabo znających temat. Dla mnie okazał się zbyt pobieżny. Podobne odczucia mam względem drugiego rozdziału, który jest najważniejszy dla mojej pracy zawodowej. Zakres obowiązków, jakie mają gminy jest tak szeroki, że przydatna byłaby szersza analiza, czy gminy radzą sobie z wypełnianiem zadań, do których są zobowiązane.

Kolejne rozdziały odebrałem jako bardziej kompletne. Szczególnie interesujące wydało mi się sprawdzenie, jaki efekt miało podzielenie gmin i powiatów. W tej analizie zaskakuje jednak generalizacja komentarza w sprawie przyczyn podziałów. Szczególny jest tu przypadek gminy Jaśliska, która odłączyła się od gminy Dukla nie ze względu na lokalny konflikt, ale z przyczyn praktycznych. Zimą z położonych głęboko w górach Jaślisk trudno było dojechać do urzędu gminy położonego w odległości 20 kilometrów. Warto też odnotować, że analiza danych dla gminy Jaśliska nie będzie mogła być kontynuowana. Za miesiąc powiększy się ona o część gminy Komańcza, co rozpocznie nowy etap w jej historii.

Wielce pouczająca jest analiza zachowań wyborczych i postaw obywatelskich w gminach i powiatach. Modele wyjaśniające przyczyny aktywności mieszkańców to dobry kierunek do dalszych badań. Sporo wiedzy zawiera też rozdział o zmianach podziału administracyjnego w innych krajach, choć ostateczny wniosek pokazuje smutny realizm.

Książka napisana została językiem przystępnym jak na wyniki badań naukowych. Trudniejsze fragmenty dotyczą jedynie opisu zastosowanych metod. Zrozumiałość tekstu to duża zaleta książki. Niestety w Polsce naukowcy często silą się na wyszukane słownictwo, bo panuje przekonanie, że mądre rzeczy można zapisać wyłącznie przy użyciu rzadkich terminów. Analiza statystyczna danych została przeprowadzona przyzwoicie, choć zaskakuje zastosowany podział gmin na klasy wielkości. Brakuje podania liczebności poszczególnych klas. Dlatego trudno zrozumieć wydzielenie grupy gmin o liczbie ludności od 7 do 8 tys. osób.

Przeprowadzone badania z pewnością rozwiewają liczne wątpliwości i dają merytoryczną podstawę do dyskusji o podziale administracyjnym na poziomie lokalnym. Czuję jednak niedosyt i mam nadzieję, że będą kontynuowane. Z drugiej strony obawiam się małego przełożenia wyników na realne decyzje. Z pewnością jest to książka, którą warto aby przeczytało szerokie grono osób zainteresowanych funkcjonowaniem samorządu lokalnego. Moja ocena: 3,5/5.

Miasta wyśnione

rbuciak

Miasta wyśnione - okładka

Są na świecie ludzie, którzy marzą o zmianie sposobu funkcjonowania miast. Wizje części z nich stały się rzeczywistością. Wade Graham opisał siedem idei, które powstały w ciągu ostatnich 150 lat i powodują, że zamieszkujemy „Miasta wyśnione”.

W książce zostały przedstawione biografie architektów i urbanistów oraz generalne kształty ich koncepcji na zabudowę miast. Niektóre z pomysłów są dla Polaków oczywiste, bo widoczne na co dzień. Inne zaś znane jedynie fachowcom. Dzieje się tak dlatego, że autor opisuje świat z perspektywy Ameryki. Czasami jedynie sięga do Europy i na inne kontynenty. Siedem przedstawionych wizji buduje więc nie cały świat jak sugeruje podtytuł, ale głównie jeden kraj. Te wizje to zamki, monumenty, bloki, domostwa, koralowce, galerie handlowe i habitaty. Wade Graham przedstawia je jako wyraźnie wyodrębnione wyobrażenia, jakby każdy budynek dało się przypisać do jednego z nich. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana i choć zdaję sobie sprawę, że w celach dydaktycznych uproszczenia są konieczne, to moim zdaniem zaszły nieco za daleko.

Historię modernistycznych bloków zna wiele osób i rozdział o nich nie zaskakuje treścią. Sporo osób miało szansę zapoznać się też z koncepcją miasta samoorganizującego się. Pozostałe spojrzenia na miasta nie były dotąd opisane po polsku w sposób systematyczny. Dlatego warto poznać skąd wziął się monumentalizm. Dobrze dowiedzieć się, co sprawiło, że miliony ludzi wyprowadziło się na przedmieścia. Największym dla mnie odkryciem jest historia centrów handlowych. Te obiekty przyciągają codziennie monstrualne masy ludzi i warto poświęcić czas na poznanie sposobów osiągania tego celu. To zdecydowanie mocne punkty książki.

Wizje bywają piękne, ale ich skutki koszmarne. Niestety Wade Graham napisał mało o efektach społecznych zrealizowanych pomysłów. W tym widzę sporą wadę „Miast wyśnionych”.

Książka napisana jest bardzo dobrym stylem. Złożone zagadnienia tłumaczy stylem w miarę możliwości prostym. Wszystkie trudne pojęcia są wytłumaczone poprzez historię ich powstania. Dlatego w trakcie czytania ma się wrażenie wejścia w tajemniczy świat architektów. Ponadto autor użył licznych zabiegów literackich dla podniesienia zainteresowania czytelników. „Miasta wyśnione” zawierają znakomite otwarcia i puenty, szczegóły z życia prywatnego znanych osób, liczne przykłady i kwoty podane w milionach dolarów. Czasami warstwa informacyjna wybrzusza się do trudnych do strawienia rozmiarów, ale da się je przełknąć.

Książka zawiera liczne zdjęcia znakomicie ujmujące cechy charakterystyczne marzeń architektów. Przedstawiają one najważniejsze dla poszczególnych wizji zbudowane obiekty. Niestety fotografie są nie do końca właściwie dobrane do tekstu. Często opisywane są budynki bez ilustracji, zaś niektóre fotografie przedstawiają realizacje nie opisane. Jeszcze gorzej jest z mapami i planami, gdyż tych nie ma wcale, a często byłyby bardzo przydatne.

Warto poznać, co ukształtowało obecne struktury miast. Wade Graham napisał przewodnik historyczny po architekturze i urbanistyce, który znakomicie wprowadza w ten temat. Dlatego zachęcam do przeczytania „Miast wyśnionych”. Moja ocena: 4/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci