Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

O sztuce miłości

rbuciak

O sztuce miłości - okładka

Pytanie „jak żyć?” egzystuje w polskiej debacie publicznej od kilku lat. Ponad 60 lat temu odpowiedział na nie Erich Fromm w książce „O sztuce miłości”.

Ta niewielka lektura z pogranicza filozofii i psychologii zawiera w sobie esencję projektu postawy pojedynczego człowieka wobec otaczającego świata. Co więcej, autor dostrzega u czytelników możliwość nauczenia się działania w ramach proponowanej idei. Dlatego miłość nazywa sztuką i zachęca do jej ćwiczenia tak jak szkolenie się w rysunku pozwala praktykować sztuki wizualne. Pisarz odmawia miłości bycie jedynie stanem emocjonalnym powstającym w określonych sytuacjach. Budując teorię postawy daje szansę na rozwój osobisty ku lepszemu współżyciu z innymi ludźmi.

Wiedzę o miłości Erich Fromm opisuje w trzech perspektywach. Po pierwsze – teoretycznej, w której przedstawia elementy tworzące postawę miłości. Rozważa w niej różne typy miłości od erotycznej przez rodzicielską i braterską do miłowania religijnego. Po drugie opisuje przyczyny, które powodują, że we współczesnym świecie trudno realizować miłość. Co ciekawe, pomimo upływu kilku dekad te rozważania pozostają niemal w całości aktualne. Po trzecie – praktycznej, czyli doradza, co robić, aby realizować się w miłości. Wydaje się to niemal niemożliwe, ale jednak autor daje reguły, które warto wdrażać w życiu.

Cała koncepcja miłości opisana przez Ericha Fromma głęboko do mnie przemawia. Na niemal każdej stronie znajdują się fragmenty tekstu, które trafnie określają moje własne życiowe doświadczenia. Ubrane we właściwe słowa nie tylko przydają się do poszerzenia wiedzy o ludziach, ale też pokazują wielkość samego autora.

„O sztuce miłości” to książka zawierająca mnóstwo abstrakcyjnych słów. Może się przez to wydawać, że powinna być trudna w czytaniu. Jednak jej poradnikowy charakter, tematyka bliska doświadczeniu każdego człowieka i bezpośredni przekaz sprawiają, że czyta się ją lekko. Sam autor pomaga w tym podkreślając kluczowe słowa. Niemniej są w książce fragmenty głębokich rozważań, w których pisarz pokazał swoją szeroką wiedzę lekarską i filozoficzną. Jednocześnie ujmuje to w proste zdania, odwołuje się do znanych wszystkich mitów, podaje trafne cytaty, a nawet wiersz napisany kilka wieków wcześniej.

Jasność tekstu sprawia, że chce się zapamiętać sens przekazu. Po raz pierwszy czytałem książkę kilkanaście lat temu i sporo mi w głowie zostało, czasami nieświadomie. Teraz czytając ponownie utrwalam sobie nabytą wiedzę i poszerzam o elementy, które wypadły. Dlatego „O sztuce miłości” polecam przeczytać nie raz, a kilka razy w odstępach, co kilka lat.

Erich Fromm pozostawił po sobie wymagający, ale możliwy do osiągnięcia przepis na życie. Znając go zarówno z perspektywy maturzysty i doświadczonego człowieka mogę z całą odpowiedzialnością napisać, że jego porady powinien przeczytać i przyswoić sobie każdy. Moja ocena: 5/5.

Lajki są nieludzkie

rbuciak

Polubiłem. Rzeczowy komentarz
Kumpla z pracy do nowego prawa;
Wspólne zdjęcie, bo o mnie pamiętasz;
Nową ścieżkę. Zachodzi poprawa!

Polubiłaś. Koty na dywanie;
Uśmiech dziecka koleżanki z klasy;
Listę spraw wniesionych na zebranie;
Kuchenne na blogu rarytasy.

Polubiono. Sto drzew posadzenie;
Obrazkowy żart ze słów premiera;
Na kolejny piknik zaproszenie
I recenzję książki, bo uwiera.

Nikt nie polubi - Zapachu skóry;
O trudach życia długiej rozmowy;
Pocałunku, gdy czas jest ponury;
Złych myśli przychodzących do głowy.

Łatwo, szybko, klik i jest przyjemnie.
Płytkie stały się więzi i tarcia.
Jednak tysiące ludzi codziennie
Potrzebują prawdziwego wsparcia.

Nie bądź obojętna na te głosy.
Nie pozwól wpaść w gąszcz osamotnienia.
Dziś siłą jest niesienie pomocy
W chwilach głębi ludzkiego cierpienia.

Wynajdywanie miejskości

rbuciak

Wynajdywanie miejskości - okładka

Jestem mieszczuchem. Za tym samookreśleniem kryje się cały bagaż stylu życia i pejzaż wartości. Jedną z nich jest poznawanie w celu budowania samoświadomości. Dlatego wnikliwie przeczytałem „Wynajdywanie miejskości” Pawła Kubickiego. Ta książka poszerza obraz polskich miast. W skrócie opiszę jak.

Rozprawa dotyczy miejskości, szczególnie w Polsce, od czasów średniowiecza aż po ostatnie lata. Pierwsza część książki to socjologiczne podstawy naukowe miejskości. Badacz zwraca w niej uwagę na wartości, którymi kierowano się zakładając miasta w zachodniej Europie niemal tysiąc lat temu i które nadal są podstawą aksjologiczną życia w nich. Pokazuje przeciwwagi w postaci nacjonalizmu, modernizmu i gentryfikacji. Przedstawia też trwające od pół wieku odrodzenie miast.

W kolejnych częściach autor szczegółowo opisuje Polskę. Maluje historię powstania miast, ich rolę w złotych czasach XV i XVI wieku, późniejszy upadek w czasach sarmackich i zaborów, nagły przyrost ludności w dobie industrializacji i współczesne wynajdywanie mieszczańskiej świadomości. Całość zamyka szczegółowym opisem trwających sporów w sprawach miejskich. Stara się wyjaśnić różnice w sile ruchów mieszczańskich na przykładzie Krakowa, Wrocławia i Szczecina. Zakres książki jest dobrze przemyślany, dobór wątków również. O kolejnych aspektach złożonego tematu czytałem z zaciekawieniem.

Warto wspomnieć o kilku szczegółach. Duży nacisk położony jest na kulturę i jej twórczy potencjał dla życia miast. Autor zauważa też imitacyjny charakter rozwoju prowadzony przez polskie władze samorządowe. Słabe rozumienie przez nie miejskości prowadzi do kupowania białych słoni i chaosu przestrzennego.

Dostrzegam również kilka wad merytorycznych „Wynajdywania miejskości”. Paweł Kubicki ucieka od definicji miasta, przez co nie do końca wiadomo, o czym pisze. Taki brak precyzji w tekście naukowym zaskakuje. Wyraźnie zabrakło mi dwóch wątków. Nie ma prawie nic o Żydach, którzy współtworzyli polskie miasta. Ze spraw współczesnych pominięte zostały ruchy rowerowe, które miały ogromne znaczenie w ostatnich 20 latach w walce o prawo do miasta poprzez obraną formę protestu. Myślę więc, że dalsze prace socjologiczne o miastach są potrzebne.

Jak na pracę naukową, to „Wynajdywanie miejskości” napisane jest przystępnym językiem. Paweł Kubicki nie przesadza z używaniem trudnych słów. Zdania są raczej krótkie i zrozumiałe. Dość często niestety zdarzają się powtórzenia myśli. Trochę zabrakło ostatecznej selekcji argumentów i treści. Książka nadaje się do czytania dla każdego wykształconego człowieka od studentów poczynając. Piszę to zastrzeżenie, to mam świadomość, że dotyczy spraw abstrakcyjnych. Konstrukcja całości nie budzi większych wątpliwości. Chciałoby się, aby więcej opracowań fachowych było napisanych w ten właśnie sposób. W tekście przeszkadzają za to niedoróbki składu. Kilkadziesiąt razy pomylone są litery, bądź całe końcówki słów. Trudno to wytłumaczyć inaczej niż niedopracowaniem.

Po przeczytaniu „Wynajdywania miejskości” mam poczucie, że dużo więcej wiem o historii i socjologii miast. Lepiej rozumiem znaczenie dobra wspólnego i prawa do miasta. Dlatego mimo uchybień merytorycznych i składu tekstu polecam ją przeczytać wszystkim. Moja ocena: 4/5.

Holandia. Presja depresji

rbuciak

Holandia. Presja depresji - okładka

Holandia niesie ze sobą wiele skojarzeń. Nie tylko wiatraki, kanały, tulipany i kolor pomarańczowy, ale też mnóstwo innych mniej powszechnie zauważanych. Marek Orzechowski opisuje nizinny kraj tropem wybranych przez siebie skojarzeń. Czy „Holandia. Presja depresji” zawiera strawny ich wybór?

Autor opisuje głównie kulturę niematerialną kraju – zwyczaje, poglądy, kluczowe wydarzenia historyczne. Z jednej stronie pisze o skąpstwie, zaś chwilę potem o przepychu materialnym. Dużo rozpisuje się o podziałach religijnych i kompleksach wobec Niemców, aby za chwilę doceniać tolerancję. Niemal pół książki dotyczy XVI i XVII wieku, ale głównie jako szerokie tło dla współczesnego obrazu kraju. Wspomina o kulturze mieszczańskiej, ale więcej rozpisuje się o rodzinie królewskiej. Książka zawiera znacznie mniej treści o materialnej stronie kraju. Co prawda są rozdziały o osuszaniu polderów, malarstwie i fragmenty o literaturze, ale praktycznie nieobecne są tematy architektury, urbanistyki i transportu.

Tu dochodzimy do największej sprzeczności książki. Na okładce są rowery, a w treści o rowerach jedynie to, że Niemcy je masowo kradli wycofując się w 1945 roku. W opowieści o kraju typowo miejskim tematy typowo miejskie znajdują się na uboczu jako oderwane od siebie historie.

Niniejszym ukazuje się podstawowy zarzut do „Holandii. Presji depresji”. Książka jest napisana z perspektywy zdziwionego szlachcica zagrodowego. Ważniejsze dla autora są podziały na katolików i kalwinistów, holendrów i obcych, rządzących i poddanych. Pociągają go burzące ład jednostkowe ekstrema, a nie jak uzgodniono, co jest najlepsze dla wszystkich. Dlatego styl i zakres książki oceniam jako nieodpowiadające tematowi i własnym potrzebom.

Na poziomie językowym najbardziej widoczna cecha to gadulstwo. Sporą część akapitów można by skrócić o połowę bez straty zawartości merytorycznej. Na szczęście to gadulstwo jest przynajmniej o czymś, napisane w miarę prostym językiem wraz z wyjaśnieniami mało znanych pojęć. Kilka razy podczas czytania byłem bliski zaśnięcia, ale dzięki lekkości jakoś dałem radę. Największe emocje obudził we mnie ostatnio rozdział. Nie swoją treścią, ale umiejscowieniem. O zgrozo, jest on o języku niderlandzkim.

Sporą zaletą książki są zdjęcia. Jest ich dużo, a większość została przypisana do odpowiedniego fragmentu tekstu. O osuszonych polderach, malarstwie sprzed wieków, rodzinie królewskiej, paradzie gejów i serach można nie tylko przeczytać, ale też je zobaczyć na swoim miejscu. Właściwie samo obejrzenie kilkudziesięciu fotografii i reprodukcji pozwala wejrzeć w większą część tekstu. Nieco gorzej jest z mapą, bo ta znajdujące się pod okładką to wersja administracyjna. Nie znajdziemy na niej Goudy i Edamu, więc warto jednak mieć przy sobie atlas podczas czytania.

Książkę Marka Orzechowskiego przeczytałem tuż przed wyjazdem na konferencję do Holandii. Nabyta wiedza przydała się w znikomym stopniu, bo nie dostrzegłem skąpstwa. „Holandia. Presja depresji” pomija wiele ważnych tematów, a te które są opisuje zbyt rozwlekle i przesadnie. Wolałbym inną książkę o tym kraju. Moja ocena: 2,5/5.

A co ja mam z tym wspólnego?

rbuciak

a co ja mam z tym wspólnego - okładka

Czy reportaż może być formą autoterapii? Jeszcze niedawno nikomu by to nie przyszło do głowy, ale literatura żywi się przekraczaniem swoich granic. Sacha Batthyany dowiedział się o udziale swoich przodków w nazistowskiej zbrodni. Napisanie książki „A co ja mam z tym wspólnego?” miało go wyleczyć z cierpień psychicznych.

Połowa książki jest o samym autorze, jego rozterkach, relacji z ojcem, wizytach u psychoanalityka, spotkaniach z prostytutką i wyobrażeniach na temat ludzi, którzy żyli 70 lat wcześniej. Jeśli ktoś lubi czytać o zmaganiach człowieka z jego własnymi trudnymi myślami, to z pewnością „A co ja mam z tym wspólnego?” może inspirować rozwiązania osobistych trudności. Z drugiej strony wielu czytelników uzna, że autor przesadza w grzebaniu w swoim duchowym wnętrzu. Liczne fragmenty mogą być odebrane jako nudne, a spotkania z prostytutką jako całkowicie zbędne. Osobiście zaliczam się do drugiej grupy odbiorców i mnie ekspiacje Sachy Batthyany’ego zwyczajnie męczyły.

Bardziej ciekawił mnie przebieg wydarzeń w czasie II wojny światowej. Reporter odtwarza kilka epizodów. Pierwszym wątkiem jest masakra 200 Żydów w Rechnitz w marcu 1945 roku, w której istotną rolę odegrała ciotka autora. Druga opowieść opiera się na dwóch postaciach – babce autora, córce ze szlacheckiego dworu i młodej Żydówce z tego samego miasteczka. Kobiety znały się, od czasu do czasu wspólnie bawiły jako dzieci. Obie napisały pamiętniki, w których o sobie wspominają. Trzecim tematem jest wywózka dziadka autora na 10 lat do łagru na Syberii. Sporo tego, a każdy z wątków składa się z licznych elementów, które dopiero po złożeniu mogą utworzyć obraz tragedii wojny. Tą całość trudno zbudować na podstawie tekstu książki. „A co ja mam z tym wspólnego?” zawiera raczej urywki. Brak tu systematyczności i zapełniania białych plam. Jestem rozczarowany płytkością relacji.

Sacha Batthyany prowadzi narrację w pierwszej osobie, co wydaje się oczywiste dla książki będącej autoterapią. W połączeniu z faktem, że autor używa języka bliskiego mówionemu, przyjemnego dla czytelnika, dostajemy wciągającą lekturę. Zdania są proste i zrozumiałe. Książkę czyta się jak opowiadanie z życia wzięte z nutką przygody i tajemnicy. Kilka razy pisarz oddaje prowadzenie narracji własnej babce i jej znajomej z dzieciństwa. Te przerywniki, dzienniki z czasów wojny, napisane zupełnie innym stylem dodają książce atrakcyjności. „A co ja mam z tym wspólnego?” składa się z krótkich rozdziałów, podzielonych na jeszcze mniejsze fragmenty, więc czytanie można przerwać niemal w każdym momencie. Widać tu duże doświadczenie autora z pracy w gazecie. Styl książki na pewno należy do jej mocnych stron.

Zupełnie inaczej myślę o konstrukcji całości. Najmroczniejszy rozdział, punkt kulminacyjny, znajduje się na początku. Potem są tylko uzupełnienia, dygresje, dywagacje, poszukiwanie prywatnego sensu życia. Po skończeniu książki miałem nieprzyjemne wrażenie opadania i przeciągania tego, co powinno zamknąć się w kilku mocnych zdaniach.

W książce nie ma zdjęć, ani mapy, więc wygląd krwawej hrabiny i położenie miejsc, w których rozgrywały się dramaty każdy czytelnik musi sobie poszukać na własną rękę.

Pomysł na reportaż autoterapeutyczny był dobry. Myślę jednak, że Sacha Batthyany nie najlepiej go wykorzystał. Choć dysponował dobrym tematem i znakomitym językiem, to zabrakło pomysłu na konstrukcję książki. Wywlekanie własnych przeżyć to nie wszystko. Muszą jeszcze do czegoś prowadzić. Moja ocena: 3,5/5.

Miasto na plus

rbuciak

Miasto na plus - okładka

Ta recenzja jest nietypowa, bo ponad połowa autorów i wydawca to moi znajomi. Rodzi to pokusę wybielania książki oraz dokładnie przeciwną nadmiernej szczerości. Omawiając „Miasto na plus” postaram się nie ulec żadnej z nich.

Jak głosi podtytuł książka zawiera eseje o przestrzeni polskich miast. Co do pierwszego słowa nie mam zastrzeżeń. Zbiór zawiera 12 bardzo różnych językowo i tematycznie esejów. Przestrzeń opisana jest w wielu różnych aspektach – społecznym, architektonicznym, środowiskowym, estetycznym, ale w największej części transportowym. Autorzy przyglądają się takim zagadnieniom jak np. rewitalizacja, rozwój ruchu rowerowego, tworzenie nowych parków i planowanie ulic. W całej książce pojedyncze słowa nie odnoszą się do miast. Jednak połowa książki dotyczy Krakowa. Obok tego są rozdziały napisane z perspektywy Warszawy, Łodzi i Zakopanego, zaś pozostałym ośrodkom poświęcono pojedyncze akapity. Co ciekawe autorzy wspominają trzy razy o Lublinie, przy czym dwukrotnie błędnie. I wreszcie – nie cała książka jest o Polsce. Dwa z esejów w połowie omawiają doświadczenia francuskie. Można by się zżymać, że książka ponawia tematy szeroko opisywane od kilku lat. Z drugiej strony podane przykłady w większości nigdy wcześniej nie trafiły do łamy książki. Są nadal świeże. Stąd bierze się znaczna wartość merytoryczna zbioru.

We wstępie do „Miasto na plus” Hubert Mazur napisał, że zabroniono autorom narzekać. Mają dawać dobre przykłady jak zmieniać miasta ku ich sprawniejszemu działaniu. Nastawiłem się na serię opowieści ze szczęśliwym zakończeniem. Większość z nich taka właśnie jest, co uważam za wartościowe i inspirujące. Większość, bo brak narzekania nie do końca się udał. Część autorów opisuje sporo złych przykładów. Inni piszą tylko pozytywnie, ale za to przemilczają niewygodne fakty. Na przykład Otwarta Ząbkowska w Warszawie rodzi się w bólach. Bój o park na Zakrzówku w Krakowie wspomniała autorka spoza stolicy Małopolski.

W książce znajduje się stwierdzenie, że ton dyskusji o miastach zaczęli nadawać społeczni aktywiści. Język „Miasta na plus” wyjaśnia dlaczego tak się stało. Połowa esejów jest napisana przez społeczników, zaś druga przez urzędników i naukowców. Te pierwsze zawierają prostsze słowa, mniej rozbudowane zdania, bardziej interesujące przykłady, narrację z początkiem, rozwinięciem i końcem. Taki przekaz ma szanse dotrzeć do znacznie szerszego grona odbiorców niż ścisłe fachowe słownictwo. Książka jest językowo bardzo nierówna.

Warto zwrócić uwagę na kolejność tekstów. Wydawnictwo zastosowało porządek alfabetyczny autorów. To nietypowe rozwiązanie, ale w tym przypadku lepsze niż inne, bo łatwe do zastosowania i wyjaśnienia. Podoba mi się ten prosty trik. Jednocześnie zamyka on niepotrzebne dyskusje o ustawianiu plejady tekstów i nie wywołuje wrażenia generalnej zmiany jakości.

Obok treści znajduje się w książce dużo czarno-białych zdjęć i schematów. Podnoszą one wartość przekazu i dobrze uzupełniają słowa. Szkoda, że fotografie nie są kolorowe, ale wówczas zapewne książka byłaby znacznie droższa, przez co mniej dostępna.

Polskie miasta cały czas stoją przed wyzwaniem zapewnienia swoim mieszkańcom jakości życia na wysokim europejskim poziomie. Warto wiedzieć, jakimi drogami kroczyć do tego celu. „Miasto na plus” zawiera polifonię odpowiedzi. Są one w większości przydatne zarówno dla władz, aktywistów, jak i zwykłych mieszkańców. Moja ocena: 3,5/5.

Atlas lądów niebyłych

rbuciak

Atlas lądów niebyłych - okładka

Wyciągnąłem spod regału wielki atlas świata i otworzyłem na mapie Pacyfiku. Pokazałem żonie palcem na oczko między Australią i Nową Kaledonią mówiąc – Zobacz, ta wyspa nie istnieje. – Tak destruktywnie na moje zaufanie do dzieł kartograficznych wpłynął „Atlas lądów niebyłych” autorstwa Edwarda Brooke-Hitchinga.

Temat książki precyzyjnie wyjaśnia podtytuł „Największe mity, zmyślenia i pomyłki kartografów”. Dzieło angielskiego antykwariusza przemierza w poszukiwaniu błędów na mapach nie tylko lądy i oceany, ale też stulecia. Najstarsze projekcie nieznanych krain pochodzą ze starożytności i średniowiecza. Najnowsze przekręty powstały w XX wieku. Większość imaginacji dotyczy wysp – małych i dużych rozsianych do wszystkich oceanach. Taki wybór dziwi tylko do czasu, gdy uświadomimy sobie, że do odkryć geograficznych służyły głównie statki, a na pełnym morzu nie trudno o miraże i fałszerstwa. Wśród tych lądów są zarówno znane wyobrażenia jak Atlantyda, stare mity jak Wineta, pomyłki jak Wyspa Kalifornia i liczne drobne oszustwa znane tylko starym morskim wygom. Pomiędzy opisami wysp znajdują się legendy w stylu Królestwo Księdza Jana, pragnienia takie jak El Dorado czy typowe falsyfikaty jak ruiny na Pustyni Kalahari. Pomiędzy odległe lądy wmieszane są dwa tematy z innej bajki – potwory morskie i dziwne postacie ludzkie.

Temat książki i krótki opis jej zawartości brzmią niezwykle frapująco nie tylko dla fascynatów map, do których się zaliczam. Po lekturze i namyśle dostrzegam jednak niedoskonałości książki. Autor ograniczył się do dzieł kartografii zachodnioeuropejskiej. Wspomina, że Chińczycy też błądzili na mapach. Szkoda, że brakuje ichnich przykładów o naszej części globu. Najbardziej brakuje mi całego działu o kartografii radzieckiej, która z przyczyn ideologicznych tworzyła masowo kłamstwa na temat własnego terytorium.

„Atlas lądów niebyłych” zaczął mnie nudzić w ¼ treści. Pierwsza dziwna wyspa budzi emocje, piąta i dziesiąta podobna już nie. Notka o każdym miejscu zajmuje dwie lub cztery strony. Czasami wygląda to jakby nie dało się więcej napisać, ale niektóre legendy mogły zostać dużo szerzej omówione. Ich skrótowe, encyklopedyczne potraktowanie rozczarowuje. Zupełnie zaskakującą decyzją jest dla mnie alfabetyczne uporządkowanie wpisów. Czytelnik skacze od wysp na Atlantyku z początków epoki wielkich odkryć geograficznych przez arktyczne miraże sto lat temu do eksploracji głębi kontynentów w XIX wieku i tak w kółko. Zdecydowanie wolałbym trudniejszy do przeprowadzenia, ale zrozumiały dla odbiorcy porządek historyczno-geograficzny.

Ogromną zaletą książki są dziesiątki reprodukcji starych map. Edward Brooke-Hitching dodał je do każdego opisu, czasami nawet po kilka. Dzięki temu książka jest nie tylko bogata w dzieła sztuki, ale też pozwala prześledzić rozwój kartografii od średniowiecza do czasów współczesnych. Możemy porównać portolany i przesadnie zdobione mapy epoki renesansu z coraz bardziej powściągliwymi zmaganiami twórców z rysunkami gór aż po zupełnie schematyczne, minimalistyczne szkice tras wypraw na bieguny i porządne stuletnie wydruki.

„Atlas lądów niebyłych” przedstawia niesamowity temat z użyciem przepięknych ilustracji. Jednak te dwa elementy nie wystarczą, aby dzieło uznać za wybitne. Kluczowy jest dobór treści i jego forma, a w tym przypadku to mocno kuleje. Dlatego polecam książkę z ostrożnością na jaką zasługują niewykorzystane szanse. Moja ocena: 4/5.

Kto odzyska Plac Defilad?

rbuciak

Kto odzyska Plac Defilad? - okładka

Pusta przestrzeń w środku miasta to jednocześnie ciężar, wyzwanie, jak i szansa. Warszawa od prawie 30 lat próbuje trwale zagospodarować Plac Defilad. Historię miejsca i pomysły na przyszłość obejmuje książka „Kto odzyska Plac Defilad?” pod redakcją Tomasza Fudali wydana przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

Publikacja podsumowuje wydarzenia związane z festiwalem Warszawa w Budowie 9, który odbył się na jesieni 2017 roku. Zawiera więc opisy wystaw, wywiady z ważnymi partnerami i analizy przygotowane z okazji wydarzeń. Omówione badania były prowadzone z perspektywy architektonicznej, historycznej, antropologicznej i socjologicznej.

Niestety zawartość książki odebrałem jako nierówną. Obok ważnych i inspirujących tekstów znajdują się też przypadkowe i nieistotne. Olbrzymim niedociągnięciem jest dla mnie lakoniczne potraktowanie wystaw. Chętnie poznałbym szczegóły analizy placów stolicy, więc skrót na pół strony pozostawia mnie w dużym niedosycie. Analiza historyczna ma sporą wartość poznawczą, bo została porządnie przygotowana. Zobrazowane przykładów partnerstw lokalnych i propozycja takowego dla Placu Defilad to przydatne działanie, także dla innych miejsc w Warszawie, a nawet całym kraju. Jednak postawione obok nich rozważania nad znaczeniem słowem „kompleks” wypadają blado i nieciekawie. Kończące książkę wywiady zawierają wiele wartościowych myśli. Dowiadujemy się, jakie są najważniejsze wyzwania dotyczące administrowania planowaniem przestrzeni w mieście, jakie mieszkańcy mają marzenia związane z wyglądem i życiem placu oraz jak działa wspólne zarządzanie publicznym zasobem przez urząd i biznes.

Zbiory tekstów różnych autorów z natury cechują się zróżnicowaniem stylów i poziomów trudności. Jednak „Kto odzyska plac defilad?” może uchodzić za wyjątek. Wszystkie analizy i wywiady zawierają sporo rzadko używanych słów, fachową terminologią, a nawet neologizmy. Podobnie jest na poziomie semantycznym – licznie występują nowe znaczenia słów i powiązania miedzy nimi. To sprawia, że książka należy to literatury specjalistycznej. Jej odczytanie jest możliwe tylko dzięki znajomości dość szerokiego zasobu wiedzy urbanistycznej i z dziedzin pokrewnych.

Warto bliżej przyjrzeć się stronie graficznej książki, gdyż zawiera wiele fotografii, planów i schematów. Zdjęcia z dawnych lat pokazują cały plac z lotu ptaka, oficjalne uroczystości PRL-u i pamiątkowe sceny prywatne. Ich wybór dość dobrze i skrótowo przedstawia historię omawianego obszaru. Z kolei ujęcia wykonane w ostatnim czasie zaskakują skupieniem na detalach, które nie oddają współczesnego życia miejsca. Plany urbanistyczne zarówno Placu Defilad, jak i innych miejsc są przedstawione w formacie miniatur. Mocno utrudnia to czytanie zawartych w nich koncepcji, co ogranicza możliwość czerpania z nich wiedzy. W takich książkach warto poświęcić stronie graficznej dużo uwagi, czego w tym przypadku częściowo zabrakło.

Czy książka pomoże skierować zmiany dokonujące się na placu na lepsze tory? Obawiam się, że w niewielkim stopniu ze względu na hermetyczność treści. Dlatego polecam „Kto odzyska Plac Defilad?” jedynie osobom zaangażowanym w procesy zmian w przestrzeni. Moja ocena: 3/5.

Reprywatyzując Polskę

rbuciak

Reprywatyzując Polskę - okładka

Reprywatyzacja to słowo od kilku lat odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Kryją się za nim wielkie pieniądze, skomplikowane prawo, przekręty i ludzkie dramaty. Czy można to zjawisko jasno opisać? Taką próbę podjęła Beata Siemieniako pisząc książkę „Reprywatyzując Polskę”.

Autorka już we wstępie czytelnie wskazuje zakres książki. Każdy z głównych wątków to jeden rozdział. Zaczyna od opisania procedur odzyskiwania majątku – drogami legalnymi i za pomocą oszustw. Następnie szuka odpowiedzialnych za istniejący bałagan. Potem przedstawia historię powstania obecnego zawiłego stanu prawnego. W kolejnych rozdziałach przedstawia lokatorów, czyli osoby, które mają do stracenia dach nad głową oraz ich oddolne organizacje społeczne, które powstały w celu obrony praw. W końcu stara się odpowiedzieć na pytanie, jak to wszystko posprzątać.

Najwięcej miejsca zajmują kwestie dotyczące Warszawy. Trudno, aby było inaczej, jeśli najgłośniejsza afera dotyczy działki obok Pałacu Kultury i Nauki, w Lesie Kabackim spłonęła działaczka lokatorska, a stołeczni miejscy aktywiści sporządzili schemat powiązań między politykami, urzędnikami i handlarzami roszczeniami. Jednak autorka nie ogranicza się do spraw jednego miasta. Opisuje zwroty kamienic w Krakowie i Poznaniu, oddawanie dworków na prowincji, rekompensaty za mienie zabużańskie oraz działania komisji kościelnych.

W „Reprywatyzując Polskę” omówione zostały wszystkie najważniejsze wątki w odpowiednich proporcjach. Książka zawiera wiele odpowiedzi, na pytania jakie zadają sobie zarówno osoby do tej pory unikające tematy, jak i przypatrujące się zjawisku od lat. Jestem pełen podziwu dla autorki za umiejętne uporządkowanie trudnego zagadnienia.

Jeśli spodziewacie się ciężkiej, mało śmiesznej lektury z dużą liczbą trudnych słów, to książka miło zaskakuje. Jest napisana względnie prostym językiem i z dużym dystansem. Beata Siemieniako nie tylko tłumaczy zawiłe pojęcia prawne, ale też pozwala sobie na żarty. Wywody są jasne, choć wymagają skupienia i odrobiny wysiłku dla zrozumienia liczb oraz treści paragrafów. Z drugiej strony książka nie jest arcydziełem literackim, bo nie za bardzo pozwala na to ani cel jej powstania, ani obrana forma traktatu. Autorka analizuje zjawiska generalnie i podpiera się przykładami, a nie zgłębia się w życiorysy poszczególnych osób. Trudno też natrafić na piękne zdania, gdyż na niemal każdej stronie wątek wymaga użycia precyzyjnej terminologii. Dla osób lubiących poznawać złożone tematy „Reprywatyzując Polskę” będzie znakomitą, pobudzającą podróżą po zakamarkach świata. Zaskoczenie, a nawet szok może wywołać fakt, że te ukryte wydarzenia dzieją się tuż obok nas i wpływają na nasze życie.

Książka nie zawiera żadnych ilustracji, ani rysunków. Niby nie powinno to mieć znaczenia dla wywodu myślowego, ale jednak niektóre trudne powiązania byłyby bardziej czytelne, gdyby przedstawić je na schematach lub w tabelach. Dowodzi tego… mapa reprywatyzacji.

Beata Siemieniako porwała się na trudne zadanie prostego wytłumaczenia reprywatyzacji i udało jej się to bardzo dobrze. Dla osób szukających raczej całościowego obrazu niż losów pojedynczych ludzi to znakomite kompendium. Moja ocena: 4,5/5.

Kolej podziemna

rbuciak

Kolej podziemna - okładka

Artykuł 4 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka zabrania niewolnictwa. Mimo to warto przypominać okrucieństwo tej praktyki. Oryginalny obraz zniewolenia Afrykanów w Ameryce i ich ucieczek ku wolności przedstawił Colson Whitehead w książce „Kolej podziemna”.

Dzieło opowiada historię młodej czarnoskórej dziewczyny, która decyduje się na ucieczkę z plantacji bawełny w Georgii na północ Stanów Zjednoczonych. Najpierw poznajemy życie niewolników na farmie. Obraz ten zawiera wiele szczegółów – relacje społeczne, obowiązki pracy, wygląd ubrań, prostotę jedzenia aż po odgłosy drewnianych domów. Dalsze przygody pokazują trudy ucieczki, bestialstwo ścigających i system pomocy uciekinierom. To właśnie tajna sieć abolicjonistów wywożących ludzi do stanów, gdzie niewolnictwo nie obowiązywało, nazywała się „Koleją podziemną”. Książka pokazuje różnice w podejściu do walki o wolność nie tylko poszczególnych ludzi, ale także odmienne prawa występujące w konkretnych dawnych koloniach. I tak bohaterka przedziera się przez obie Karoliny, Tennessee i trafia na końcu do Indiany. Po drodze zmienia tożsamość, kryje się wiele miesięcy na strychu i jest wleczona w kajdanach przez łowcę niewolników. Zakres książki dobrze oddaje wątki, które interesują ludzi po 200 latach od wydarzeń. Nie jest ich ani za mało, ani za dużo. Mało znane tematy przedstawia w prosty i atrakcyjny sposób.

„Kolej podziemna” to przede wszystkim powieść historyczna, ale nie do końca. Podejrzewam, że przygody głównej bohaterki składają się z prawdziwych relacji wielu osób. Może nawet autor w znane ze źródeł tło wtłoczył jednostkową postać. Część fragmentów łatwo ocenić jako fikcję lub opis faktów historycznych, ale większość wymyka się temu wyzwaniu. Co więcej, sam przewóz ludzi pomiędzy poszczególnymi stanami barwnie oddaje tytułową metaforę jazdy metrem. Wkracza tu XIX-wieczna fikcja naukowa, co uważam za zabieg mało udany, bo jaskrawo kontrastujący z resztą książki. „Kolej podziemna” to zatem nietypowa mieszanka gatunków literackich, co utrudnia zrozumienie sensu przekazu.

Ogromną zaletą dzieła Colsona Whiteheada jest jego strona literacka. Opisy przestrzeni są niezwykle barwne i plastyczne. Zawierają liczne przydatne szczegóły kolorów, dźwięków, faktur czy zapachów. Książka przesycona jest wrażeniami zmysłowymi, co pozwala z łatwością wyobrazić sobie sceny wydarzeń. Równie wyraziście zostały oddane myśli i pragnienia głównej bohaterki – pęd ku wolności, pragnienie nauki czytania i pisania, miłość i nienawiść. Język „Kolei podziemnej” jest dość prosty. Zdania nie są specjalnie nadmiernie złożone, zaś słownictwo raczej proste niż wyszukane. To sprawia, że potencjalne grono czytelników może być dość szerokie i chyba o to autorowi chodziło.

Z pewnością warto sięgnąć po „kolej podziemną” ze względu na ważny temat pokazany w przystępny i zachwycający sposób. Szkoda tylko, że oddzielenie prawdy od fikcji jest całkowicie niemożliwe. Moja ocena: 4/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci