Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Delhi

rbuciak

Delhi - okładka

W ostatnich dekadach świat szybko się zmienia. Rewolucje w rolnictwie, medycynie i gospodarce spowodowały, że Ziemię oplotła sieć metropolii. Jedną z ważniejszych jest „Delhi”, o której opowiada nam Rana Dasgupta.

Książka jest najczęściej przedstawiana jako wywiady z bogatymi mieszkańcami stolicy Indii. Nie dajcie się zwieść. „Delhi” zawiera więcej form literackich. Obok rozmów są także opisy – ulic, mieszkań, dzielnic biedy i bogactwa, szpitala, posterunku policji, parków, rzeki, a także samych rozmówców. To one tworzą scenerię, w której toczy się akcja. Otoczenie jest ważne jako wyraz ludzkiej działalności, więc nie należy o nim zapominać podczas czytania. Książka zawiera także szeroki rys historyczny miasta i kraju. Czwartą zaś formą są rozważania autora. Dzięki nim „Delhi” wykracza poza ramy reportażu i staje się po części esejem. Rana Dasgupta zawarł liczne wnioski z obserwacji i przeprowadzonych rozmów. Są one moim zdaniem najważniejszą częścią dzieła.

Spróbowałem wypisać rozmówców i myśli. Autor przeprowadził rozmowy z szeroką reprezentacją mieszkańców – od bogaczy do biedoty, od arystokracji do nuworyszy, od urzędników do aktywistów społecznych, od handlarzy narkotyków do naukowców. Szczególnie liczni są przedsiębiorcy, w wśród nich agenci nieruchomości, magnaci stalowi, ale też właściciel biura podróży, pomysłodawca outsourcingu biznesowego i pracownik biura obsługi klienta. Poznanie rosnącego miasta od tak licznych stron to nie lada gratka dla czytelnika.

„Delhi” zawiera bardzo dużo różnych myśli, które mogą stać się mottem życia. Niektóre są banalne jak „liczą się znajomości’ czy „ucz się i pracuj” albo „trzeba zachować własną kulturę”. Te bardziej doniosłe dotyczą nierówności społecznych i gospodarczych, roli pieniędzy, przyczyn i konsekwencji korupcji, przyszłości świata oraz dewastacji środowiska. Warto je śledzić podczas czytania. Nad wieloma z nich warto się dłużej zastanowić.

Książka dostarczyła mi wielu doznać intelektualnych, ale do wybitnych dzieł literackich nie mogę jej zaliczyć. Podczas czytania kilka razy zasnąłem. Tekst mi się dłużył i nie trzymał mnie w napięciu. W treści jest za dużo fragmentów mało istotnych dla całego obrazu. Ponadto autor płynnie przechodzi od jednej formy do innej bez żadnego sygnału dla odbiorcy. Rozdziały czasami nie zawierają żadnych wywiadów, zaś inne dwa lub trzy. Nie przepadam za takim brakiem porządku, ale zdaję sobie sprawę, że wielu czytelników może to uznać za wyraz kunsztu literackiego.

Poza zdjęciem na okładce „Delhi” nie zawiera zdjęć. Szkoda, bo słowa nie do końca obrazują opisywaną przestrzeń. Kontrast między pięknymi ogrodami wokół biur i willi a szarzyzną ulic i slumsów znakomicie mógłby zostać oddany właśnie za pomocą fotografii. Cieszę się, że książka zawiera mapę Indii i samego miasta, ale zabrakło etapu pośredniego. W treści pojawiają się liczne nazwy okolicznych miast, rzek i wzgórz, do których nie prowadzi żaden obraz. Aby zrozumieć znaczenie położenia stolicy Indii czytałem książkę z atlasem pod ręką.

Rana Dasgupta za „Delhi” otrzymał w tym roku Nagrodą im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki. To ważna książka, która pokazuje współczesny świat i zasługuje na wyróżnienie. Jednak jej przeciętna literackość sprawia, że nagroda to moim zdaniem za wiele. Moja ocena: 4/5.

Wszystkie dzieci Louisa

rbuciak

Wszystkie dzieci Louisa - okładka

Posiadanie dzieci jest naturalną potrzebą popychającą do ryzykownych zachowań. Wiele osób z różnych przyczyn nie może mieć potomstwa. Rozwój medycyny w drugiej połowie XX wieku pozwolił na ominięcie wielu barier stojących na drodze do przekazania genów. Kamil Bałuk w książce „Wszystkie dzieci Louisa” opisał ekstremalny przykład działania lekarzy w służbie pożądających dzieci.

Rzecz dzieje się w Holandii i zaczyna banalnie – dzieci poczęte drogą inseminacji poszukują swojego biologicznego ojca i przyrodniego rodzeństwa. Mężczyzna się odnajduje, ale wcale nie jest przystojnym bankierem, ale w połowie Surinamczykiem z zespołem Aspergera. Pikanterii dodaje fakt, że może mieć nawet 200 dzieci. Jakim cudem lekarze na to pozwolili? Odpowiedź na to sensacyjne pytanie to tylko część książki.

Kamil Bałuk rozmawiał ze wszystkimi aktorami dramatu, aby zrozumieć ich postawy. Autora interesują motywacje, przebieg konsekwencje działań ojca, matek, dzieci i lekarzy. Na tym poziomie „Wszystkie dzieci Louisa” stają się ogromnie ważne. Łatwych odpowiedzi nie ma, a jednoznaczne deklaracje kończą się konstruktywnymi kontrprzykładami. Można powiedzieć, że książka oddaje sedno życia, gdzie nic nie jest całkiem czarne lub całkiem białe, gdzie sukces powstaje ze współpracy ludzi o wykluczających się spojrzeniach na świat. Książka daje wspaniałe możliwości do licznych dyskusji na ważne tematy i to jest ogromna jej zaleta.

Konstrukcja dzieła to następny majstersztyk. Nazwałbym ją szkatułkową. Na początku czytelnik stoi przed niewiadomą. Każdy rozdział to kolejna warstwa tajemnicy, za którą stoją dalsze równie trudne do rozwikłania. Na końcu czeka niespodzianka, ale zupełnie inna niż mamy ochotę przeczytać. Co więcej, zakończenie jest otwarte! Puenta zapowiada kolejne rozdziały, których treści możemy się jedynie domyślać. Jestem pod wrażeniem.

Pod piękną konstrukcją mieści się intrygująca i pociągająca treść. Trudno się oderwać od „Wszystkich dzieci Louisa”, choć mi pozostał pewien niesmak. Kamil Bałuk przyznaje się w książce do bałaganiarstwa i to widać w treści. Poszczególne sceny pojawiają się bez wyraźnej zapowiedzi. Przytoczone fragmenty z filmów sprawiają wrażenie wyrwanych z kontekstu. Co chwila czytelnik jest zaskakiwany nowymi wątkami. Dla wielu osób może to być irytujące lub nudne.

Za największy mankament uważam opisywanie ponumerowanej listy pytań, które autor przygotował do rozmowy z biologicznym ojcem dwustu dzieci, i nie podanie ich treści wraz z odpowiedziami w sposób uporządkowany. Autor pozostał w kokonie własnej niestaranności i nie uszanował odmienności bohatera. To debiutancka książka Kamila Bałuka i mam nadzieje, że kolejne będą napisane zupełnie innym stylem.

„Wszystkie dzieci Louisa” nie zawierają zdjęć ani mapy. Rozumiem tą decyzję. Bohaterowie są żyjącymi ludźmi i nie szukają rozgłosu za wszelką cenę. Należy im się od nas zachowanie prywatności poprzez niepokazanie twarzy i punktów zamieszkania na mapie.

Życie bywa bardzo poplątane, piękne i radosne. Warto dać możliwość wypowiedzi różnym osobom i nie osądzać przedwcześnie. To zrobił Kamil Bałuk i dlatego wszystkim polecam przeczytać jego książkę. Moja ocena: 4,5/5.

Brunatna kołysanka

rbuciak

Brunatna kołysanka - okładka

Wojny okrutnie obchodzą się z bezbronnymi dziećmi. Cierpią one z powodu głodu, ran, chorób, strachu, rozłąki z rodzicami, itd. W czasie II wojny światowej miał miejsce jeszcze jeden niemoralny proceder – wynarodowienie. O uprowadzaniu polskich dzieci w celu zniemczenia traktuje książka Anny Malinowskiej „Brunatna kołysanka”.

Publikacja składa się z licznych historii dzieci z mozaiką zakończeń. Jedne dzieci wróciły do rodziców, inne trafiły w Polsce do sierocińców lub rodzin zastępczych, zaś część pozostała w Niemczech. Niektóre cały czas znały swoją tożsamość, inne odzyskały po latach, a niektóre nigdy nie dowiedziały się kim są. Różne finały miały też spotkania z najbliższymi po latach. Od odbudowy więzi do całkowitego niezrozumienia. Jedna cecha łączy wszystkie dzieci – wygląd fizyczny, co dodaje wydarzeniom potworności.

Autorka nie ograniczyła się do historii dzieci, ale pokazała też szerszy obraz Lebensborn – organizacji, która prowadziła zbrodniczy proceder. Dziennikarka przywróciła także zbiorowej pamięci postać Romana Hrabara, prawnika, który w imieniu Polski zajmował się sprawą wynaradawiania dzieci i ich powrotem do ojczyzny. „Brunatna kołysanka” pozwala czytelnikowi nie tylko zrozumieć wojenne i powojenne wydarzenia. Prowokuje też pytaniem o to, czy nie lepiej było dzieciom pozostać w Niemczech lub Austrii. Za ten bogaty w smaki tort i wisienkę na nim należą się Annie Malinowskiej głębokie ukłony.

Książka jest napisana bardzo dobrą poprawną polszczyzną. Zdania są krótkie i treściwe. Historie pełne są niecodziennych zdarzeń i nagłych zwrotów akcji. Rozdziały kończą się głębszymi refleksjami o relacjach z najbliższymi w życiu ludźmi. „Brunatna kołysanka” zawiera mnóstwo gotowych scenariuszy na filmy sensacyjne. Niestety, pomiędzy odcinki kina akcji włożone są bezbarwne opowieści o mecenasie i ośrodku Lebensbornu w Połczynie-Zdroju. Przez zmianę napięcia książka traci swój jednoznaczny charakter. Szkoda, że autorce zabrakło konsekwencji.

Ważne miejsce w książce zajmują zdjęcia. Sama okładka robi ogromne wrażenie, a wewnątrz jest więcej fotografii o podobnej sile treści. Kadry zawierają niemal wyłącznie portrety ludzi. Patrzmy na bohaterów wydarzeń w czasach młodości i obecnie, prawdziwych i przybranych rodziców sprzed 70 lat, a także uczestników procesu zbrodniarzy wojennych w Norymberdze. Dobór materiału zdjęciowego jest bardzo udany. Za to ogromnie brakuje w książce map. Właściwie do każdego rozdziału potrzebny byłby osobny załącznik kartograficzny. W treści książki pojawia się mnóstwo toponimów i czasami trudno zrozumieć tekst bez ukazania w przestrzeni miejsc, w których toczy się akcja wydarzeń.

„Brunatna kołysanka” to pozycja wyjątkowa. W polskiej literaturze faktu widoczna jest ogromna luka w opisywaniu zachodniej Europy, a w szczególności Niemiec. Zapomniana jest historia Polaków wywiezionych na roboty przymusowe. Anna Kalinowska zapełniła wolną przestrzeń pozycją ważną i prowokującą. Książkę warto przeczytać, aby móc zrozumieć wiele faktów kulturowych i międzyludzkich. Moja ocena: 4/5.

Święte prawo

rbuciak

Święte prawo - okładka

Posiadanie domu jest najbardziej podstawową potrzebą człowieka. Niestety w Warszawie jej zaspokojenie napotyka na liczne trudności od dziesiątków lat. Najnowszym problemem jest reprywatyzacja, którą od lat opisują Iwona Szpala i Małgorzata Zubik. Historie współczesnych walk o stołeczne mieszkania zostały zebrane w książkę „Święte prawo”.

Reportaż składa się z 11 rozdziałów. Każdy z nich zaczyna się podobnie spokojnie. Trwa II Rzeczypospolita i ktoś posiada kamienicę lub grunt w Warszawie. Potem przychodzi wojna. Część właścicieli ginie, większość domów zamienia się w ruiny. Aby odbudować miasto i zapewnić ludziom dach nad głową zostaje wydany dekret o nacjonalizacji. Można upomnieć się o swoje, ale bezskutecznie. Reprywatyzacja miała naprawić tą ostatnią krzywdę. Jednak na każdym etapie pojawiali się oszuści i wątpliwej moralności biznesmeni, którzy chcieli zarobić bez oglądania się potrzebę ludzi do mieszkania. Każdy rozdział pokazuje inny schemat wykrzywienia historii zwrotu dawnego majątku. To uporządkowanie konfliktów narosłych wokół reprywatyzacji jest mocną stroną książki.

Jednak zakres ujęcia tematu budzi moją wątpliwość. Działalność mafii reprywatyzacyjnej jest szeroko opisana. Za to o organizacjach pomagających lokatorom znacznie mniej. W świadomości społecznej kluczowymi wydarzeniami były blokady eksmisji i publikacja mapy reprywatyzacji. O blokadach czytelnicy dowiedzą się z książki jedynie, że były. O mapie autorki nie wspominają ani słowem.

„Święte prawo” nie należy do książek, które rzucają na kolana swoją stroną literacką. Forma reportażu jest surowa, informacyjna, nastawiona na przekazanie faktów. Dotyczy złożonego prawa własności. Ponadto temat książki opisuje dodatkowe trudności wynikające z wykorzystywania kruczków w ustawach i rozporządzeniach. Iwona Szpala i Małgorzata Zubik podjęły wysiłek prostego wytłumaczenia skomplikowanych pojęć np. indemnizacji. W końcu celem jest dotarcie do szerokiego grona czytelników zainteresowanych zrozumieniem głośnego tematu. Z tym kłopotem autorki poradziły sobie całkiem dobrze, choć czasami razi uproszczony, gazetowy styl wypowiedzi. Tu dochodzimy do największej wady dzieła. Książka powstała na podstawie artykułów pisanych przez autorki do Gazety Wyborczej. Niestety w spisie literatury nie ma ich zestawienia. Przez to strona dokumentacyjna razi poważną luką.

Książka zawiera liczne zdjęcia domów i innych miejsc, o które toczą się spory prawne, a także dawnych właścicieli, obecnych mieszkańców i polityków. Zdjęć jest za dużo. Kolejne fotografie kamienic nic nie wnoszą do narracji. Za to ogromnym ułatwieniem byłyby opracowania tabelaryczne i kartograficzne pokazujące skalę zjawiska. Niestety ich nie ma. Dlatego „Święte prawo” sprawia wrażenie książki przyczynkarskiej, odcinania kuponów od szumu medialnego, a nie porządnej roboty dokumentacyjnej, jakiej mogą czytelnicy oczekiwać.

Bardzo dobrze, że książka o reprywatyzacji powstała. Realizuje cel przybliżenia ludziom trudnego, ważnego tematu. Jednak od reportażu można oczekiwać większego porządku w materiałach źródłowych. Moja ocena: 3,5/5.

Sprawiedliwi zdrajcy

rbuciak

Sprawiedliwi zdrajcy - okładka

Trudno znaleźć bardziej bolesny temat na książkę niż ludobójstwo. Wśród pozycji o mordowaniu się sąsiadów wyróżniają się „Sprawiedliwi zdrajcy” Witolda Szabłowskiego. Z brudnych od nienawiści czasów na Wołyniu wyciąga przez nasze oblicza ludzi, którzy pozostali czyści.

Reportaż nie traktuje tylko o samej wojnie. Bohaterskie czyny ratowania sąsiadów przed zagładą są pretekstem do opowieści o dalszych losach ludzi. Autor pojechał na Wołyń, aby odnaleźć sprawiedliwych i ich potomków. Postanowił dowiedzieć się, co nimi kierowało, i czy pamięć o nich przetrwała. Rozmawiał z wieloma najstarszymi we wsiach osobami. Przeczytał liczne relacje z wojny. Spotkał się z historykami i archeologami szukającymi prawdy o tragicznym 1943 roku. W końcu, zebrany materiał ujął w strawne dla czytelników ramy. Wykonał ogromną pracę nad ratowaniem pamięci o dobrych ludziach.

Książka nie skupia się na konflikcie polsko-ukraińskim. W treści pojawiają się Żydzi, Czesi, Niemcy i Rosjanie. Przedstawiciele każdego z narodów są w innej pozycji. W każdym znajdują się dobrzy ludzie, choć wielu ich krewnych pochłonął wojenny amok. To szersze spojrzenie wytrąca argumenty z rąk osób lubiących uproszczenia. Dlatego trzeba pochwalić Witolda Szabłowskiego za wybór i ujęcie tematu.

Nie ma lekkich książek opisujących okrucieństwa wojny, ale „Sprawiedliwi zdrajcy”, na tle pozycji o podobnym temacie, mało drażnią nerwy. Dominuje ton spokojnej rozmowy przy kuchennym stole. Relacja prowadzona jest głównie w pierwszej osobie. Z jednej strony ułatwia to odbiór tekstu, z drugiej można postawić zarzut zbyt dużego udziału samego autora. Dla mnie styl książki byłby jak najbardziej do przyjęcia, gdyby Witold Szabłowski konsekwentnie stosował formy literackie.

Przez większą część książki treść podzielona jest wyłącznie na numerowa rozdziały i podrozdziały. Jednak kilka rozdziałów posiada wyraźne ramy – dialogu, relacji z tygodnia życia. Te wyjątki odbiera się dużo lepiej, bo treść została zakotwiczona w znane nam formy wydarzeń. Możemy jedynie żałować, że cały reportaż nie został obudowany w struktury bardziej pociągające dla czytelników.

„Sprawiedliwi zdrajcy” zawierają sporo zdjęć. Poznajemy twarze ratujących i ratowanych. Widzimy miejsca zbrodni, które dziś porasta las lub zboże. Przejmujący obraz pamiątek po utraconym życiu przełamują zupełnie nieistotne zdjęcia… kotów.

Za to na najwyższe uznanie zasługuje mapa Wołynia. Nie tylko zaznaczono na niej opisane w tekście wsie i miasta, ale z boku znajduje się jedno zdanie informujące, co się tam zdarzyło. To genialne rozwiązanie bardzo pomaga w trakcie czytania.

Witold Szabłowski postanowił przełamać jednolicie negatywny obraz ludobójstwa na Wołyniu. Skupił się na bohaterach, którzy uratowali życie innym narażając przy tym własne. „Sprawiedliwi zdrajcy” to bardzo potrzebna książka, dzięki której dążymy do pojednania z sąsiadami. Choć posiada mankamenty konstrukcyjne, to warto, aby ją przeczytało jak najwięcej osób. Moja ocena: 4/5.

Refleksje po Warszawskich Targach Książki

rbuciak

logo nagrody im. Ryszarda Kapiścińskiego

W ostatnią niedzielę zakończyły się Warszawskie Targi Książki, podczas których poznaliśmy zwycięzcę VIII edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki. Ku zaskoczeniu wielu czytelników wygrała książka Rana Dasgupty „Dehli”. Książkę mam i przeczytam ją w lipcu. Tymczasem chciałbym się podzielić kilkoma celnymi uwagami i spostrzeżeniami, które nabyłem podczas targów.

Największą publiczność podczas spotkań autorskich w ramach dnia reportażu zgromadził Ed Vulliamy. Może to przez godzinę spotkania w trakcie największego oblężenia stadionu narodowego czytelnikami? Może jednak przez proste wyrażanie ważnych myśli. Jako kluczowe w wypowiedzi pisarza zapamiętałem, że obecnie największym problemem Europy jest powstrzymanie rozlewającej się mowy nienawiści. Z historii wiemy, że wzbierająca fala prowadzi do wojen, ale w czasach Internetu potrzebujemy nowych narzędzi do stawiania tam.

Ten wątek poruszyłem w kuluarach w rozmowie z Maciejem Zarembą Bielawskim. Mieszkający w Szwecji reporter zgodził się z diagnozą. Doszliśmy do wniosku, że nadszedł czas, aby reporterzy zajęli się tematem budowania struktur państwa. Ta propozycja stoi bardzo daleko od reportażu podróżniczego. Dużo bliżej jej do interwencyjnego reportażu społecznego, choć jest jej drugą stroną medalu. Wiemy bardzo dużo o tym, jak państwo może nie działać. Za to bardzo mało wiemy, jak i dlaczego państwo działa dobrze. Wiemy, że państwo można zniszczyć mową nienawiści w 5 lat, ale budowa państwa zajmuje sto albo dwieście.

W tym miejscu możemy wrócić do Rany Dasgupty, który woli rozmawiać z bogatymi niż biednymi. To bogaci tworzą struktury państw i może to właśnie w bogatych państwach oraz klasie wyższej i średniej trzeba teraz szukać tematów na reportaże.

Wojna umarła, niech żyje wojna

rbuciak

Wojna umarła, niech żyje wojna - okładka

O wojnie w Bośni i Hercegowinie powstało mnóstwo książek. Narracja większości z nich kończy się w 1995 roku, ale nie dla bohaterów „Wojna umarła, niech żyje wojna” Eda Vulliamy’ego.

Ocaleni z masakr i więźniowie obozów koncentracyjnych żyją jednak dalej. Rozjeżdżają się po świecie, odbudowują rodziny, znajdują pracę, ale traumatyczne przeżycia tkwią w nich na zawsze. Jedni chcą wrócić w rodzinne strony, inni wolą uciec jak najdalej. Jedni przepracowują ból od razu, inni skrywają go latami. Jedni walczą o pomniki, inni o odszukanie szczątków bliskich, a jeszcze inni zajmują się edukacją. Ed Vulliamy opisał więc nie tylko wojnę, ale też wielotonie zmagania o prawdę o torturach i ukojenie bólu po stracie bliskich. Pokazał batalie sądowe w trybunale w Hadze, obojętność światowych przywódców i wypieranie się zbrodni przez Serbów. Dlatego tytuł „Wojna umarła, niech żyje wojna” znakomicie oddaje jej zawartość.

To zdecydowanie nie jest łatwa książka. Więcej, dawno nie czytałem książki opisującej tak okrutne wydarzenia. Po każdej bolesnej opowieści o torturach, zacieraniu śladów po obozach koncentracyjnych, czy wypieraniu się udziału w zbrodni na sąsiadach, musiałem oderwać się od czytania przynajmniej na minutę. Nie każdy będzie w stanie ją przeczytać.

Ed Vulliamy pisze wprost o swoim udziale w wydarzeniach. Jako pierwszy dziennikarz dostał się na teren obozu koncentracyjnego w Omarskiej. Nie ukrywa, że zaprzyjaźnił się z więźniami, którzy są bohaterami książki. Szczerze wyznaje, że nie jest neutralny w konflikcie, bo zna prawdę i wie, kto ją mówi, a kto celowo jej zaprzecza. Mimo to moim zdaniem mieści się w granicach obiektywizmu. O byłych więźniach mówi dobrze, ale ich przywary też wypisuje. Z uśmiechem można przeczytać, że każda dolina w Bośni jest piękna, ale krajobraz Gór Dynarskich ma swój urok. Pod względem roli pisarza w tekście „Wojna umarła, niech żyje wojna” to książka interesująca i warta dyskusji. W konstrukcji dzieła nie podoba mi się jedna rzecz. Bohaterów jest za dużo i trudno ich zapamiętać. Próba oddania każdemu należytego miejsca nigdy nie będzie doskonała. Autor chyba nie był w stanie wielu z nich odmówić.

Od strony językowej trudno autorowi postawić jakikolwiek zarzut. Książka jest napisana doskonałym stylem. Można ją otworzyć w dowolnym miejscu i zostać pochłoniętym przez wydarzenia. Autor znakomicie opowiada – tok myślowy jest klarowny i zrozumiały, styl zaś bliski językowi naturalnemu. W trakcie czytania miałem poczucie, jakbym siedział obok autora przy ognisku i słuchał jego niezwykłych przygód.

„Wojna umarła, niech żyje wojna” zawiera tylko jedno zdjęcie. Jest ono na okładce i to rozwiązanie ma swój cel. Okładkowa fotografia odegrała kluczowe znaczenie dla dalszego życia uwiecznionego na nim mężczyzny i ta historia jest w książce warta. Dlaczego nie ma innych obrazów, innych portretów? Moim zdaniem nie ma sensu epatować cierpieniem. Tekst jest wystarczająco mocny. Za to są mapy Bośni i Hercegowiny z zaznaczonymi miejscami, które zostały opisane w książce. Każdy, kto chciałby je odwiedzić, otrzymuje wskazówki do podróży.

W czasach, gdy życie toczy się dniem dzisiejszym, książka o ciągnącej się traumie wydarzeń sprzed ćwierć wieku, wybija z rytmu. Nakazuje pamiętać o bólu i niesprawiedliwości. Jest ważna dla zrozumienia, dlaczego tlą się konflikty etniczne i dlatego warto ją przeczytać. Moja ocena: 4,5/5.

Bałkańskie upiory

rbuciak

Bałkańskie upiory - okładka

Historia państw bałkańskich pełna jest wzlotów i upadków. Emocjonalne podejście ludzi do życia sprawia, że brutalnie traktowano przeciwników. Dlatego pod koniec XX wieku, gdy upadał porządek ustalony w Jałcie, to wyszły na wierzch „Bałkańskie upiory”. Opisał je Robert Kaplan.

Książka powstała głównie w latach 1990 i 1991, czyli w chwili pomiędzy upadkiem reżimów komunistycznych, a wojną w Jugosławii. Autor swobodnie przemierza poszczególne kraje, nocuje w hotelach z przebrzmiałą świetnością i odwiedza zabytki sakralne. Bez przeszkód rozmawia z duchownymi, dziennikarzami i politykami. Odwiedza odradzającą się Chorwację, pogrążoną w nienawiści do sąsiadów Serbię, traumatyczne Kosowo, zagubioną Macedonię, upokarzająco biedną Rumunię, frywolną Bułgarię i komiczno-tragiczną Grecję. W każdym z odwiedzanych krajów zagłębia się w historię średniowiecza oraz XIX i XX wieku. Ponadto w rozmowach stara się rozpoznać odczucia społeczne, które pokażą dokąd zmierzają poszczególne kraje. Zakres książki jest niezwykle szeroki. Autor przekazuje ogrom wiedzy o regionie. Starczyłoby go na cztery różne dzieła. W efekcie „Bałkańskie upiory” są ekstrakcją najważniejszych elementów, co prowadzi do uproszczeń.

W książce mieszają się dwa gatunki literackie. Robert Kaplan na zmianę opowiada własne przygody z podróży i wdaje się w tworzenie podręcznika do historii. Zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu ten pierwszy sposób pisania. Dzięki niemu można przeżywać wraz z autorem głód na rumuńskiej prowincji i radość w sofijskich restauracjach. W trakcie wyprawy Amerykanin rozmawia z wieloma interesującymi osobami, dzięki czemu odkrywa dla nas różne punkty widzenia kierujące zmianami społecznymi. Ponadto, jego opisy ludzi, budynków i przyrody są na tyle plastyczne, że bez trudu można wyobrazić sobie otaczający reportera świat. Te części napisane są z globtroterskim polotem.

Natomiast wchodzenie w okrutną przeszłość pogrąża narrację w ciężkie sfery waśni z sąsiadami. Anegdoty o przywódcach pokazują ich głównie jako tyranów i lubieżnych lekkoduchów. Robert Kaplan przytacza też spostrzeżenia reporterów sprzed II wojny światowej, które obecnie niewiele mówią. Autor zmusza czytelników do intelektualnego wysiłku polityczną i wysoce abstrakcyjną narracją. Przez to większą część książki czyta się z trudem. „Bałkańskie upiory” zawierają też błędy merytoryczne, które wynikają z upraszczającego kapitalistycznego amerykańskiego spojrzenia.

W książce nie ma ani jednego zdjęcia i sporo na tym traci. Już same portrety władców sprzed wielu mogłyby dużo powiedzieć. Tak samo fotografie zniszczonych monastyrów, odrapanych budynków i lichych furmanki pod koniec XX wieku zrobiłyby wrażenie na czytelnikach. Tego nie ma. Za to jest mapa, która bardzo dobrze prowadzi od rozdziału do rozdziału.

Reporter starał się przekazać, że pod zostawionym na uboczu kotłem buzuje i za chwilę wykipi brutalnymi konfliktami etnicznymi. Przewidział wydarzenia, ale mam poczucie, że nie do końca umiał wyrazić swoje spostrzeżenia. Z trudem udaje się z książki wydobyć uniwersalny przekaz o związku między biedą i wojną. Dlatego „Bałkańskie upiory” polecam jedynie poszukującym tła do zrozumienia wydarzeń w regionie. Moja ocena: 3/5.

VIII edycja Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki

rbuciak

koszulki nagrody KapuścińskiegoW tym roku jeszcze nie pisałem o przebiegu Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki. Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale od kilku lat działam jako wolontariusz podczas gali wręczania nagrody oraz dnia reportażu na Warszawskich Targach Książki. Zachęcam do dołączenia do ekipy pomocników, bo to doświadczenie dające wiele przyjemności materialnych i duchowych. Jedyne czarne ubranie w mojej szafie to koszulka nagrody i z dumą ją noszę przez ten jeden dzień w roku. Z przyjemności duchowych jest bliski kontakt z niezwykłymi ludźmi. Pisarze to w większości osoby bardzo serdecznie, z którymi można porozmawiać na proste i trudne tematy. Po całej imprezie zostają znakomite pamiątki. Nie tylko koszulki, ale też miłe osobiste dedykacje w książkach. Dlatego zachęcam.

W tym roku w finale znalazły się trzy książki zagranicznych autorów oraz dwie napisane przez Polaków. Nadal na krajowym rynku dominuje Wydawnictwo Czarne, którego cztery książki powalczą o nagrodę. Finałowa piątki w kolejności alfabetycznej autorów prezentuje się następująco:
1. Martin Caparrós, Głód, Wydawnictwo Literackie,
2. Rana Dasgupta, Dehli. Stolica ze złota i snu, Wydawnictwo Czarne,
3. Cezary Łazarewicz, Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka, Wydawnictwo Czarne,
4. Aneta Prymaka-Oniszk, Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy, Wydawnictwo Czarne,
5. Ed Vulliamy, Wojna umarła, niech żyje wojna, Bośniackie rozrachunki, Wydawnictwo Czarne.

Z tych książek do tej pory przeczytałem dwie, ale na maj mam zaplanowaną kolejną. Podobnie sytuacja wygląda z książkami nominowanymi, które nie znalazły się w finale. Z nich też przeczytałem dwie i następną przeczytam w maju. Warto zauważyć, że wszystkie nominowane książki, które nie są w finale, zostały napisane przez Polaków. Są to:
6. Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania, Wydawnictwo Agora,
7. Justyna Kopińska, Polska odwraca oczy, Wydawnictwo Świat Książki,
8. Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz, Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje, Wydawnictwo Czarne,
9. Witold Szabłowski, Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia, Wydawnictwo Znak,
10. Monika Sznajderman, Fałszerze pieprzu. Historie rodzinne, Wydawnictwo Czarne.

Cieszę się, że Polacy piszą bardzo dobre reportaże. Mam nadzieję, że będą one doceniane także za granicą.

W oblężeniu

rbuciak

W oblężeniu - okładka

Nigdy nie byłem na wojnie i nie życzę nikomu, aby zawitała do jego domu. Tego uśmiechu losu nie mieli mieszkańcy Sarajewa. Barbara Demick opisała „W oblężeniu” dzieje mieszkańców jednej ulicy w trakcie wojny w Bośni. Co wnosi spojrzenie na konflikt zbrojny od strony mikroświata?

Z krótkiego opisu książki czytelnik może się spodziewać, że pozna codzienny trud egzystencji grupy sąsiadów. Może mieć nadzieję przeczytać o punktach zwrotnych w ich życiu, o chwilach cierpienia, o sposobach radzenia sobie pod obstrzałem. Te oczekiwania książka zaspokaja. Słuchamy nastolatków, gdy opowiadają o śmierci rodziców i wyjeździe za granicę. Poznajemy przepisy na dania gotowane z sucharów i cebuli. Przyglądamy się paleniu mebli i ubrań dziecięcych. Cieszymy się wraz z bohaterami, że znów jest gaz w kuchence. Dziwimy ryzykowaniu utraty życia, aby pójść do kawiarni. Opisy funkcjonowania zwykłych ludzi w nienormalnych warunkach są najmocniejszą stroną dzieła Amerykanki.

Konstrukcja „W oblężeniu” byłaby znakomita, gdyby bohaterów można było policzyć na palcach. Niestety jest ich kilkunastu głównych i jeszcze więcej drugoplanowych. Ich długa wyliczanka tuż po wstępie sprawiła, że nie zadałem sobie trudu, aby ich zapamiętać. Każdej postaci poświęcony jest średnio jeden akapit w każdym rozdziale. Książka nie zawiera dłuższych wywiadów, a jedynie pojedyncze wypowiedzi. Dlatego nie poczułem emocjonalnej więzi z żadnym z bohaterów, w niczyją rolę nie potrafiłem się wcielić. Zapis kilku lat wojny jest skrótowy i pobieżny, co kłóci się z zamiarem spojrzenia z perspektywy ulicy. Wrażenie dystansu do ludzi i wyrywkowość czasu sprawia, że trudno mi docenić strukturę książki.

„W oblężeniu” jest napisane mocnym, rzeczowym i pociągającym językiem. Zdania są krótkie i zawierają dużo treści. Książkę czyta się szybko, choć trudno nie odłożyć jej przynajmniej kilka razy w czasie czytania. Makabryczne sceny ciał rozrywanych w wybuchach pocisków oddane są z naturalistyczną surowością. Barbara Demick zwraca uwagę na szczegóły. Przy każdej okazji nazywa uszkodzone części ciała, pomieszczenia, w których ukrywają się ludzie, rodzaje drzew czy postaci na obrazach. To czyni treść bardzo plastyczną, a przestrzeń ulicy łatwą do wyobrażenia. W ten sposób autorka zastępuje brak zdjęć. Nie wydają się one potrzebne, bo dodawałyby tylko wrażenie taniej sensacji.

Książka zawiera za to mapę Bośni i Hercegowiny oraz plany Sarajewa i samej starówki, gdzie leży opisywana ulica. Są na nich zaznaczone wszystkie najważniejsze miejsca wspomniane w treści. To rozwiązanie należy uznać za wzorowe.

Barbara Demick starała się przekazać światu, że życie ludzi w trakcie wojny to olbrzymia tragedia. Traci się bliskich, głód niszczy ciało, pali się własny dobytek. Choć wolę walki ma tylko grupa ekstremistów, a decydenci na wysokich stanowiskach dostrzegają tragedię tylko po masakrach liczonych w tysiącach ofiar, to skutki dotykają wszystkich. Z wojny zwykły człowiek wychodzi pokiereszowany psychicznie. Ma się ochotę powiedzieć „nigdy więcej”. To mocne przesłanie sprawia, że warto przeczytać „W oblężeniu”, choć realizacja nie do końca zgadza się pomysłem na książkę. Moja ocena: 3,5/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci