Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Fałszerze pieprzu

rbuciak

Fałszerze pieprzu - okładka

 

Większość z nas mało wie o swoich przodkach. Niektórzy rozgrzebują rodzinną przeszłość i najczęściej natrafiają na znakomite historie. Nie inaczej jest z Moniką Sznajderman. W książce „Fałszerze pieprzu” pokazała własnych polskich i żydowskich przodków od połowy XIX do połowy XX wieku.

To jest książka o ludziach. Osobach bliskich autorce z racji więzów krwi. Dzięki różnorodności przodków otrzymujemy obrazy żyjących obok siebie społeczności, które prawie nic o sobie nie wiedzą. Najpierw zamożna rodzina żydowskich asymilujących się lekarzy spod Warszawy. Z tekstu i zdjęć wyłania się obraz nowoczesnego mieszczaństwa. Potem biedni radomscy krawcy mocno osadzeni w sztetlu. Na koniec autentycznie bogate polskie ziemiaństwo – kapitaliści z koneksjami u każdej władzy od cara przez Piłsudzkiego, niemieckich okupantów, nacjonalistyczne polskie państwo podziemne aż po władze PRL. Ta rozmaitość to dobry obraz bogactwa społecznego i różnic ekonomicznych przedwojennej i wojennej Polski.

„Fałszerze pieprzu” to również książka o postawach ludzkich i pamięci. Szczególnie wobec zła, które dzieje się obok nas. Autorka rozlicza własnych polskich przodków z obojętności wobec wywózki żydowskich sąsiadów do obozów zagłady. Z drugiej strony zastanawia się, dlaczego jej dziadek poszedł wraz z synem na rampę śmierci. Lektura każe nam pamiętać, że totalne zło działo się tu, gdzie mieszkamy, że cały czas wybucha w różnych miejscach na świecie i kiełkuje także teraz w Polsce. Znamy mechanizmy powstawania zła, znamy jego konsekwencje, ale nadal nie potrafimy go powstrzymać. „Fałszerze pieprzu” są jak dzwonek, który przypomina o sprawach najważniejszych.

Można dyskutować czy Monika Sznajderman odpowiednio wyważyła tematy lub czy nie prześlizgnęła się zanadto po wstydliwych epizodach. Czas zacierający fakty, nadmiar dokumentów i osobiste przekonania spowodowały, że dokonała wyboru materiału. Na pewno wiele drzwi otworzyła, ale ich nie zamknęła. Książka pozostawia liczne niedopowiedzenia i to jest piękne, bo skłania do dodawania od siebie.

Język książki to interesująca mieszanina. Są w niej wspomnienia, opisy zdjęć, reportaż, esej, analiza dokumentów. Treść zawiera mnóstwo imion, nazwisk, dat, miejscowości, nazw potraw, a nawet imion psów i koni. Między nie są wplecione relacje z podróży, opisy z dawnego domowego życia oraz własne przemyślenia. Ta dowolność w sposobie przekazu powoduje, że trudno poczuć przesyt określonym sposobem patrzenia na historię. Jednocześnie zachowuje cały czas wysoki kunszt literacki. Trudno się „Fałszerzami pieprzu” znudzić w trakcie czytania.

Książka zawiera mnóstwo starych rodzinnych fotografii. To dobrze, bo łatwiej się czyta, gdy widzi się osoby opisane w tekście. Niestety nie wszystkie epizody dało się ująć w obrazy. Muszą więc wystarczyć zdjęcia, które się zachowały. Warto podkreślić, że w tym temacie autorka również napisała kilka ważnych zdań.

„Fałszerze pieprzu” bolą i to jest zdrowy ból pamięci. Polecam się z nim zmierzyć. Moja ocena: 4/5.

Upiór w bloku

rbuciak

Upiór w bloku - okładka

Miliony ludzi w Polsce wynajmuje mieszkania. Szukanie lokalu do wynajęcia bywa trudnym zadaniem. Przygody z właścicielami i agentami zebrała Marta Rysa w zbiorze „Upiór w bloku”.

Książka pokazuje wszelkie możliwe pułapki, na jakie może natrafić wynajmujący. Niektóre wyglądają na typowe przestrogi, inne należy zaliczyć do kuriozów. Osobne mieszkanie okazuje się pokojem w lokalu z babcią, ciche cztery kąty mieszczą się nad całodobowym monopolowym, „do odnowienia” oznacza zasrane przez gołębie, blisko do autobusu można przetłumaczyć na prawie kilometr itd. Pośrednicy robią wszystko, aby wcisnąć wybrakowany towar, a właściciele w słowotoku wyjawiają kompromitujące sekrety. Życie jednak potrafi zaskoczyć mieszkaniem na dziesiątym piętrze bez windy lub zamienionym w ogród botaniczny. „Upiór w bloku” to książka ku przestrodze i ku zabawie. Trudny temat zamienia na życiowy poradnik z przymrużeniem oka. W zalewie ciężkich pozycji o mieszkalnictwie taka odskocznia też jest potrzebna.

Warto przyjrzeć się stronie literackiej książki, bo autorka zastosowała kilka nietypowych zabiegów. Zapewne nie wszystkie historie są jej własnymi, ale Marta Rysa konsekwentnie napisała wszystkie opowiastki w pierwszej osobie. To odważny chwyt, który nie do końca się sprawdza, bo wprowadza monotonię wypowiedzi. Drugi środek literacki został użyty równie jednolicie. Wszystkie przygody mają formę anegdot. Krótkie teksty mają swoją zaletę, bo „Upiór w bloku” to idealny tytuł do czytania w codziennej podróży autobusem do pracy. Jednak próba wchłonięcia na raz większej dawki tekstu nie daje żadnej podniety. Czytając miałem ochotę na jakąś dłuższą opowieść, złożoną przygodę np. małżeństwa z małym dzieckiem lub pary gejów z menażerią. Niestety ciągle przewija się samotna młoda kobieta bez obciążeń. Do tego ma dość precyzyjne oczekiwania, więc buszuje w dziwnych ofertach. Ta monotonia stylu i głównej bohaterki przeszkadza, bo jest zbyt osobista, monotematyczna i niestety sprawia wrażenie wycinkowej.

Język książki zatrzymał się na ulicy i nie wszedł wraz z autorką na salony. Mowa potoczna obficie występuje w cytowanych, zasłyszanych słowach. Poprawność gramatyczna i kultura słowna traktowane są dużym dystansem. Zdrobnienia są powszechne. Narracja autorki niewiele się od różni od dialogów. Autorka stara się zachować luźny styl i poczucie humoru. Nie wszystkim jednak przypadnie do gustu żartowanie z ludzkich słabości fizjonomii, wyposażenia mieszkań czy naciągania w ofertach wynajmu. Czytanie „Upiora w bloku” do uczt literackich nie należy.

Książka Marty Rysy wpisuje się w nurt lekkich poradników o życiu. Z pewnością zawiera wiele prawdy o najemcach i agentach nieruchomości, ale też wykrzywia ich obraz poprzez pokazywanie sytuacji niestandardowych. „Upiór w bloku” można czytać w drodze do pracy, ale na szersze zainteresowanie nie zasługuje. Moja ocena: 3/5.

Najlepszy kraj na świecie

rbuciak

Najlepszy kraj na świecie - okładka

Kraje skandynawskie potrafią promować się poprzez literaturę. Ostatnio popularne stały się poradniki pokazujące jak cudownie żyje się na północy Europy. Jeśli spodziewacie się, że „Najlepszy kraj na świecie”, książka Niny Witoszek o Norwegii idzie w tym duchu, to błądzicie. Zapraszam na rekonesans po głębokiej intelektualnej impresji o państwie i ludziach.

Zima, fiordy, przytulność i kryminały pojawiają się w książce wyłącznie jako tło i produkty marketingowe. Tak samo jak ropa naftowa i broń, które Norwegia też eksportuje. Z wszystkich wyrobów na sprzedaż autorka najwięcej miejsca poświęca rozwiązywaniu konfliktów i procesom pokojowym. Zwyczaj uzgadniania spraw przy stole to niewątpliwy element miejscowej kultury. Jej podstawom i współczesnym dylematom poświęcona jest książka. Temat jest interesujący, ale bez wątpienia intelektualnie bardzo wymagający.

Z całej historii kraju Nina Witoszek przedstawia najważniejsze jest zdaniem okresy. Są to XIX wiek, druga połowa XX wieku i czasy obecne. Okres szwedzkiego panowania był dla Norwegów czasem rozkwitu i intelektualnej dyskusji o cechach narodowych. Autorka przedstawia ówczesny dylemat między zachowaniem lokalności a wsiąknięciem w spory całego kontynentu. O ile myśli są przedstawione klarownie, to polskiego czytelnika przytłoczyć może liczba wspominanych mało znanych nazwisk. Nieco inaczej przedstawiona jest dyskusja po II wojnie światowej. Tu również przewijają się same nieznane nazwiska. Ponadto opisana dysputa odbywała się wyłącznie na salonach akademickich. Autorka skąpo prezentuje postulaty zaangażowanych w nią osób. Pokazuje głównie własną krytykę komunistycznych pomysłów. Nie jest to obraz obiektywny.

Przedstawiony współczesny spór uważam za niezwykle istotny zarówno dla Norwegii, jak też całego zachodniego świata. Ten ciągle żywy dylemat dotyczy wyznaczenia nowych reguł granicy wolności wypowiedzi. Mieszają się w nim wątki otwartości na inne kultury i dostępu do nowych środków przekazu. Choć ta dyskusja nie ma zakończenia, to samo postawienie tematu i pokazanie prób rozwiązań znaczą bardzo wiele dla całego świata. Dla samej tej polemiki warto przeczytać „Najlepszy kraj na świecie”.

Język książki wywołał we mnie sporo sprzecznych wrażeń. Z jednej strony Nina Witoszek sprawnie posługuje się cytatami norweskich, polskich i europejskich pisarzy i myślicieli. Z drugiej pojawiają się lapsusy takie jak „chór z Titanica” zamiast „orkiestra z Titanica”. Nie wiem, czy to niedociągnięcie autorki, czy jednak tłumacza. Mam poczucie, że przekład wykonany został bardzo topornie, zbyt dosłownie, za mało kreatywnie. Przez szorstki styl książkę czyta się ciężko. Jedyny lżejsze fragmenty to anegdoty i gdyby z nich zbudowana była cała książka, a nie tylko wstępy rozdziałów, to byłaby znacznie ciekawsza.

„Najlepszy kraj na świecie” nie zawiera ani zdjęć, ani mapy kraju. Brakuje zwłaszcza portretów stale przywoływanych myślicieli.

Dostrzegam trochę pozytywnych stron książki. Poszerza wiedzę o kulturze Norwegii i wtłacza we współczesny globalny dylemat. Jednak obudowa tych zagadnień pozostawia spory niedosyt. Z przykrością polecam „Najlepszy kraj na świecie” jedynie mocno zainteresowanym, a pozostali niech się nie męczą. Moja ocena: 3/5.

Celibat

rbuciak

Celibat - okładka

Na świecie jest wiele pokus. Umiejętność powstrzymania się świadczy o sile charakteru człowieka. Kościół katolicki w XII wieku doszedł do wniosku, że jego przedstawiciele mają zachowywać wstrzemięźliwość seksualną. Tak powstał tytułowy „Celibat”. Książkę o jego dzisiejszym stosowaniu w Polsce napisał Marcin Wójcik.

„Celibat” zaczyna się od reportażu o księżej wdowie. Możemy się domyślać, że to on zapoczątkował potrzebę zgłębienia tematu. Potem jest esej historyczny i po tych dwóch wstępach dzieło zawiera serię reportaży pokazujących kolejne fazy bycia księdzem. Zaczyna się od zabaw pod prysznicem w wyższych seminariach duchownych. Następnie przedstawia kuszenie kleryków, którzy nie wytrzymują bez kobiet. Dalej czytamy o homo- i heteroseksualnych wyczynach wikarych. Potem o orgiach na plebaniach. W końcu podejrzanym o pedofilię, który został zesłany do domu księży-emerytów. Książkę zamyka opowieść żony prawosławnego księdza, która od niego odeszła z powodu przemocy.

Na pierwszy rzut oka temat wygląda na sensacyjny, ale w miarę czytania odkrywamy, że autor porządnie przygotował i zrealizować pomysł. Pokazuje celibat z różnych stron – od pytania samych księży, co ten termin dla nich znaczy do dylematu, czy gorsza nie jest chciwość. Wnika w zjawiska wyrzucania ludzi ze struktur kapłańskich i ukrywania gorszących przewinień. Autor zastrzega też, że to nie jest obraz całego kościoła katolickiego, ale pewien wycinek. Chciałbym, aby wydawanych było więcej tak dobrze przemyślanych książek jak „Celibat”.

Rozdziały napisane są różnymi stylami i gatunkami literackimi. Zawiera zarówno typowe reportaże gazetowe, esej, dialogi spisane niemal żywcem z taśmy, jak i typowe wywiady. W jednych miejscach tekst jest wyraźnie uporządkowany przez redaktora, w innych niemal nie widać interwencji w treść. Ta różnorodność odbija się w słownictwie. Są rozdziały, gdzie potoczne słownictwo nie występuje, zaś inne zawierają go sporo. W efekcie raz możemy czuć się potraktowani jak czytelnicy poważnego dzieła literackiego, ale na kolejnych stronach przysłuchujemy się rozmowie w barze. Jeden element występuje stale – specjalistyczne pojęcia, które mimo wszystko nie czynią całego tekstu na wyraz trudnym.

Rozumiem potrzebę Marcina Wójcika pokazania swoich zdolności stosowania różnych form literackich. Jednak zebrane razem między dwoma okładkami to zbytek. Autor ma szanse napisać jeszcze wiele książek w różnych stylach i tego mu życzę.

„Celibat” nie zawiera zdjęć, ani mapy. W sumie ani jedno, ani drugie nie jest konieczne. Zmagania duszy z ciałem nie wymagają moim zdaniem obrazów.

Marcin Wójcik napisał bardzo potrzebną książkę. W Polsce kościół katolicki ma znaczącą rolę i oddziałuje na politykę. „Celibat” ukazuje niewygodne dla hierarchów oblicze instytucji. Temat został bardzo dobrze opracowany, więc warto książkę przeczytać. Moja ocena: 4/5.

Hajstry

rbuciak

Hajstry - okładka

Poznawanie całego świata kusi bogactwem, ale skazane jest na powierzchowność. Na Ziemi każdy ma swoje szczególne miejsce zwane domem. Nieliczni czują potrzebę głębokiego poznania jego otoczenia, krajobrazu, w którym przebywają na co dzień. Takie pragnienie siedzi w duszy Adama Robińskiego, czego efektem są „Hajstry”.

Od tytułu oznaczającego bociany czarne więcej mówi podtytuł „Krajobrazy bocznych dróg”. Autor postawił sobie za cel opowiedzieć o pięknie przyrody polskiej z miejsc, gdzie turystów jest mało albo wcale. Wybrał miejsca znane z lekcji geografii jak Wisła, Góry Izerskie, Pustynia Błędowska i Puszcza Kampinoska oraz wiadome tylko krajoznawcom jak Pulwy, Łuk Mużakowski, Góry Turnickie i Kanał Mościckiego. Wybór oryginalny, ale bez przesady. Większość z nich to przetarte pisarsko szlaki. Tymczasem nadal pozostają tysiące pięknych miejsc w Polsce do literackiego opisania.

Dużo ważniejszy w książce jest dobór tematów, które Adam Robiński opisuje. Zagłębia się zarówno w kształty martwej natury, jak i żywej przyrody. Przygląda się pejzażowi torfowej równiny, piaszczystych pagórków i rzecznych dolin oraz kamienistych gór. Rozpoznaje drzewa, ptaki i owady. Pozwolił sobie nawet na współczesny eksperyment i odtwarza obraz ulicy utrwalonej w kadrach Google street view. Pomysł i wykonanie godne podziwu. Nigdzie nie wędruje sam. Każde miejsce staje się wstępem do opowieści o ludziach, którzy dane miejsce poznali wcześniej i lepiej. Autor oddaje cześć mało pamiętanym naukowcom, podróżnikom, krajoznawcom i lokalnym działaczom społecznym. Poznajemy ich historię i często bogate dzieła życia. Połowa książki jest o ludziach z pasją poznawania otaczającego świata i to jej ogromna zaleta.

Każdy rozdział to jakby inny świat. Inny krajobraz i inni ludzie, choć to cały czas Polska z niewielkimi przyległościami. W każdym rozdziale przeplatają się wątki krajobrazowy, ludzki, historyczny i przyrodniczy. To związanie różnych losów z jednym miejscem, lub odwrotnie jednego losu z różnymi miejscami, wytwarza wrażenie wzajemnego przenikania się wszystkich sfer. Czasami te nawiązania są wyraźnie widoczne. Inne stanowią efekt wyobrażeń autora i potrafią zaskoczyć. Bez względu na źródło połączeń wątków, takie holistyczne podejście do opisu świata podoba mi się, bo odwołuje się do tradycji geografii.

„Hajstry” zawierają sporo pięknie zbudowanych zdań. Składają się one najczęściej ze zwyczajnych słów, ale samo ich zestawienie obok siebie przełamuje schematy myślowe. Znaczącą rolę odgrywają w nich kolory – cienie w różnych porach roku, miraże na pustyni, odcienie zieleni drzew i łąk, barwy wody zawierającej domieszki kwaśnych substancji. Brawo. Szkoda tylko, że Adamowi Robińskiemu zabrakło konsekwencji lub talentu i cała książka nie jest napisana podniosłym poetyckim językiem. W pewnym momencie odczułem nudę i monotonię po przeczytaniu kolejnego zwykłego opisu.

W książce nie ma fotografii. Zdjęcia wydają się w niej nie tylko zbędne, ale wręcz szkodliwe dla poznawania świata poprzez pobudzony do działania sam mózg. Z drugiej strony bardzo brakowało mi map. Potrafię nawet skonkretyzować swoją potrzebę, aby były proste i naiwne jak w dziełach fantastyki, bo takie mapy najbardziej pobudzają wyobraźnię.

Adam Robiński rozbudził oczekiwania grona miłośników polskiego krajobrazu. Zapewne wielu z nich poczuje po lekturze satysfakcje. Znajdzie się też sporo osób, które dzięki „Hajstrom” wybiorą się w małą podróż po bliskie odkrycia. Choć wiele w książce piękna i miejsca dla wyobraźni, to jednak wybitnym dziełem literackim nie jest. Moja ocena: 4/5.

Był sobie chłopczyk

rbuciak

Był sobie chłopczyk - okładka

Jak to możliwe, że przez ponad dwa lata nie można było ustalić tożsamości dziecka, którego zwłoki znaleziono w stawie? Na to pytanie w książce „Był sobie chłopczyk” stara się odpowiedzieć Ewa Winnicka.

Wielu z nas dobrze pamięta tą historię. Media donosiły o niej przez długi czas. Warto jednak krótko ją przypomnieć, bo to także fabuła książki. W marcu 2010 roku w Cieszynie znaleziono martwe ciało chłopca. Nikt go nie szukał. Dziecko pochowano jako NN, co zdarzyło się chyba po raz pierwszy od czasów wojny. Policja przez dwa lata szukała sprawców morderstwa i próbowała ustalić dane osobowe denata. W końcu znaleziono rodziców i skazano ich za zabójstwo.

Temat jest pozornie sensacyjny. Pozornie, bo kryje się za nim szereg poważnych pytań. Dzięki temu książka opisuje metody pracy policji, objaśnia działanie systemu opieki nad dzieckiem i pokazuje szokujące życie patologicznej rodziny. Zdecydowanie mniej jest o procesie. Ewa Winnicka nie napisała nawet czy był jawny czy nie. Jedni czytelnicy brak relacji z rozpraw mogą uznać za wadę, zaś inni zdać się na mądrość sędziów. Nie dowiadujemy się też, ile autorka wyczytała z akt sprawy. O ile samo przypomnienie i uporządkowane pokazanie tematu bardzo sobie cenię, to pozostaję w poczuciu niedopowiedzenia.

„Był sobie chłopczyk” odtwarza całą historię miesiąc po miesiącu, dzień po dniu, a w kluczowych momentach kwadrans po kwadransie. Części pierwsza i trzecia mają formę dziennika, co wbrew naturalnym możliwościom nie jest częste w reportażu. Część druga opisuje historię rodziny, życia i pośmiertnego ukrywania zabójstwa chłopca. Tu narracja splata się i rozdziela. Ma wersje i strony matki oraz ojca. Cała struktura książki jest bardzo przejrzysta i zrozumiała w odbiorze.

Styl koresponduje z formą i to też mi się podoba. „Był sobie chłopczyk” zawiera niemal same sucho przedstawione fakty. Autorskich interpretacji jest bardzo mało. Określenia są prawie wyłącznie albo obiektywne, np. kolor ubrania, albo zostały wyjęte ze słów bohaterów i prezentują ich opinie. Ta czystość formy jednym bardzo się spodoba, a innych znudzi. Należę do pierwszej z tych grup. Książkę przeczytałem z intelektualnym zaangażowaniem i wyjątkowo szybko, w dwa wieczory.

Książkę dopełniają zdjęcia. Nie ma na nich ludzi, ani żadnych rozpoznawalnych miejsc. Grobu chłopca na cieszyńskim cmentarzu też nie ma. Fotografie przedstawiają typowe biedne miejskie scenerie – stara zepsuta huśtawka, widok z okna kamienicy na ścianę z gołej cegły. Swym brakiem konkretu stoją w kontrze do tekstu i załamują spójność kompozycji. W książce nie ma też mapy województwa śląskiego, więc jeśli ktoś nie wie, gdzie leży Będzin, a gdzie Mysłowice, to musi zajrzeć do atlasu. To drobny mankament, ale jednak przeszkadza.

Ewa Winnicka napisała ważny reportaż, który pokazuje sposób działania służb państwa. Możemy jego jakość oceniać różnie, co pozwala na dyskusje zaradcze. Ułatwiają to klarowna narracja i niemal czysta faktografia. Dlatego warto książkę przeczytać. Moja ocena: 4/5.

Podkrzywdzie

rbuciak

Podkrzywdzie - okładka

Pęd życia i złożoność spraw miejskich czynią trudnym wnikanie w magię zwykłego życia. Na wsi jest inaczej. Głębię pozornie nudnej codzienności odkrywa dla nas Andrzej Muszyński. Na jego „Podkrzywdzie” można patrzeć jednocześnie jak na potwierdzenie i zaprzeczenie podróży.

Fabułę powieści da się wyrazić bardzo płytko i lakonicznie. Narratorem jest chłopiec, który żyje na wsi w jednej chałupie z dziadkiem i babcią. Główny bohater poznaje i pokazuje nam otaczający świat przez okrągły rok. Zmieniają się pory roku i zajęcia, ale z każdą stroną rzeczywistość się coraz bardziej gmatwa. Przez to można zajrzeć pod jej poszewkę. Nie wiadomo, ile lat ma chłopiec, bo raz może się wydawać, że pięć, a czasami kilkanaście. Nie wiadomo, kiedy rozgrywa się akcja książki. Choć narrator nie wspomina o samochodach, to w oddali widać światła miasta. Wiadomo, że akcja dzieje się gdzieś w okolicach Pustyni Błędowskiej, ale trudno wskazać konkretną wieś. Psychika dziadka nosi w sobie skomplikowany i tajemniczy układ zwyczajów oraz wartości. Jeszcze mniej realną postacią wydaje się Stójkowy. Niby uczony archeolog, ale też naczelnik i sędzia w jednej osobie. „Podkrzywdzie” przypomina baśniowy świat dzieciństwa, gdzie nie liczy się precyzja, ale wyobraźnia. To sprawia, że książkę czyta się ze spokojem i przyjemnością.

Język dzieła to wyżyny możliwości polszczyzny. W zwyczajnym życiu pojawia się mnóstwo przedmiotów, których nazw trzeba szukać w słownikach. Nie chodzi tylko o elementy konstrukcji chaty, nazwy ziół, czy części ciała gęsi. Pojawia się też np. fulguryt. Bogactwu słów dorównuje bogactwo konstrukcji zdań. Opisy przedmiotów i wydarzeń tworzą precyzyjny, ale pełen niedomówień i sprzeczności obraz. Może dlatego, że występuje w nim wiele nawiązań do różnych dzieł artystycznych – literackich, malarskich i zapewne też innych. Próba nadążenia za śladami autora to detektywistyczna zabawa wymagająca obeznania z szeregiem dzieł kultury.

Kolejne rozbudowane myśli pogłębiają i komplikują prosty dziecinny świat. To wytrącanie czytelnika z utartych ścieżek powoduje, że szuka się rozwiązania tajemnicy, choć może wcale jej nie ma. Dlatego warto delektować się pięknem języka bez nadmiernego wnikania w niepoznawalny sens. To prawdziwy kunszt, który rozbudzi smaki jedynie wybranych.

Andrzej Muszyński chce nam pokazać, że tuż obok istnieją tysiące małych kosmosów. Dla ich mieszkańców mają znaczenie wyłącznie zdarzenia w zasięgu własnych nóg. To, co poza może być jakiekolwiek. Najważniejsze by najbliższe otoczenie dało się rozumieć po swojemu i dawało satysfakcję z wyłącznego poznawania i nazywania. Najczęściej wchodzimy do tych mikrospołeczności z zewnątrz i meblujemy je po swojemu na Stójkowy, przez co budzimy jednocześnie dobre i złe emocje. Warto to wiedzieć niezależnie od własnych potrzeb.

„Podkrzywdzie” to książka warta uwagi. Pozwala dostrzec złożoność i odrębność społeczności istniejących całkiem blisko nas. Moja ocena: 4/5.

100/XX+50. Część 6

rbuciak

100/XX+50 - okładka

Głęboki PRL to czasy, gdy wielu wierzyło w wyższość ustroju radzieckiego nad kapitalizmem. Wraz ze zmianą ustroju podniesiono rangę literatury faktu. Jednak jakość tekstów spadła, bo cenzura blokowała te jawnie krytyczne. Zaczęło się badanie, gdzie jest granica.

Reportaż z bitwy o jakość w przemyśle bawełnianym z 1950 roku pokazuje, że trochę wolności było. Napisał go Kazimierz Koźniewski. Relację otrzymujemy po jej zakończeniu, a nie w trakcie. Warto zauważyć, że podkreślano konkurencję z zachodem. Jakość przeciwstawiano ilości. Liczono się z zarobkami pracowników fabryk. Reportaż interesująco przedstawia stosunki pracy w zakładzie tkackim i jego zmiany w odniesieniu do czasów sprzed wojny. Od strony literackiej tekst jest bardzo dobry. Ciekawe, czy to on spopularyzował extry i primy?

Na jeszcze więcej pozwolił sobie Kazimierz Dziewanowski. Napisał o ukrywającym się przez kilka lat dezerterze z wojska ludowego. Niby autor zaznacza, że jego tekst to nic poważnego. Niby łzawa historyjka, ale wiele można odczytać z pojedynczych słów. Przebrać poważny temat w formę romansu to wielka sztuka. Autor miał ogromny talent, więc nie dziwię się, że wysłano go w daleki świat. Na miejscu mógłby za dużo poprzeszkadzać. To jeden z tych autorów, których twórczość chciałoby się poznać bliżej, gdyby miało się dużo na to czasu.

Od wielu lat toczy się dyskusja, jak włączyć szerokie masy społeczne w działalność kulturalną. Tekst Lesława Gnota przypomina, że ta debata trwa przynajmniej od 1959 roku. Dla jednych liczy się tylko kultura wysoka i tradycja. Inni wolą przyciągnąć poprzez rozrywkę. Wtedy na lubelskiej wsi telewizję, a dzisiaj? Ciekawie brzmi opis pokazu mody z tamtych lat. Czym teraz przyciągnąć młodzież? Ten tekst wygląda na ważny dla dzisiejszych działaczy kulturalnych – z powodów merytorycznych, a nie literackich. Mimo to trzeba go uznać za mało krytyczny w stosunku do władz.

Równie bezpieczny dla rządzących był reportaż historyczny o księciu Henryku XI, który żył cztery wieki wcześniej. Napisał go Klemens Krzyżagórski jako polemikę z Egonem Erwinem Kischem. Dowodzenie, że w XVI wieku Niemcy działali przeciw propolskiemu Piastowi ze Śląska było dobrze widziane. Warto jednak zwrócić uwagę na stronę literacką tekstu. Przeczytałem go z dużym zainteresowaniem pomimo, że nie czułem wcześniej sympatii dla tego okresu historycznego.

Myślę, że dużą odwagą było napisanie książki o epidemii ospy prawdziwej we Wrocławiu. Napisał ją Jerzy Ambroziewicz. Tematu nie dało się ukryć, ale decyzja o wydaniu książki na ten temat musiała zapaść na wysokim poziomie władzy. Wybrane fragmenty książki czyta się jak kryminał, choć wydarzenia miały miejsce naprawdę. To pewnie dla wielu będzie znakomita rekomendacja, aby przeczytać całą książkę, która niedawno miała wznowienie.

Jak na 15 lat, to tych bardzo dobrych literacko tekstów jest niewiele. Do złotych lat polskiego reportażu brakuje jeszcze całej dekady.

To nie jest kraj dla pracowników

rbuciak

To nie jest kraj dla pracowników - okładka

W pracy spędzamy znaczną część naszego życia. Nie zawsze sprawia nam satysfakcję, daje godziwe wynagrodzenie lub w ogóle ktoś ją oferuje. Rafał Woś chciałby, aby dawała nam więcej szczęścia, była lepiej płatna i bardziej pewna. Jak to zrobić opisuje w książce „To nie jest kraj dla pracowników”.

Pierwszy rzut oka na spis treści niewiele mówi o zawartości. Są trzy rozdziały o Polsce i trzy o świecie. W każdej perspektywie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Bliższe spojrzenie pokazuje ogromną liczbę wątków. Od marksizmu i keynesizmu przez konsensus waszyngtoński i kryzys zadłużeniowy w Grecji do robotyzacji i pomysłów na nowe podatki. To na świecie. Zaś o Polsce – od obowiązku pracy w PRL-u i tragedii reformy Balcerowicza przez umowy śmieciowe i utrudniania działalności związkowej do podnoszenia płacy minimalnej i spółdzielczości bankowej. To tylko wybrane tematy. Książka sprawia wrażenie bycia o wszystkim, powoduje zawrót głowy od nadmiaru. Niby każdy wątek jest ważny, choć niektóre daleko odbiegają od myśli przewodniej. Dlatego lepiej byłoby zawartość podzielić na kilka osobnych tomów.

Rafał Woś poprzez dobór tematów przedstawia autorski sposób widzenia procesów społecznych i ekonomicznych. Nie kryje się ze swoją sympatią dla lewicy. Zwraca uwagę na wiele ważnych kwestii. Wyjaśnia np. niechęć różnych grup społecznych do elit politycznych III RP. Pokazuje też aktualność koncepcji ekonomicznej wzrostu napędzanego przez płace zmarłego prawie pół wieku temu Michała Kaleckiego. Pisarz podchodzi do niektórych teorii za mało krytycznie. Pomysł, że wszystkie innowacje mają źródło w państwowych nakładach na naukę, jest po prostu nieprawdziwy. Wystarczy poczytać o historii samolotu. Książka ma dużą wartość merytoryczną, ale warto zachować dystans.

Nie miałem problemów z trudnością przekazu. W swojej pracy używam tego samego słownictwa, więc mój odbiór nie jest reprezentatywny. „To nie jest kraj dla pracowników” zawiera dużo terminologii ekonomicznej. Pochodzi ona z ponad 200 publikacji krajowych i zagranicznych wymienionych na końcu książki. To dobrze świadczy o przygotowaniu autora. Z wyjaśnieniem używanych pojęć jest różnie. Mam poczucie, że Rafał Woś to oczytany laik. Potrafi streścić i przekazać myśli innych ludzi, ale nie do końca je rozumie. Myli procenty z punktami procentowymi. Nie wyjaśnia kluczowej dla całej publikacji metody obliczania udziału pracy w PKB. Mocno spłyca współczesne poszukiwania wskaźników jakości życia. W sumie to książka dla poszukujących wiedzy, ale nie dociekliwych, co mocno zawęża grupę odbiorców.

Książka zawiera jeszcze dwie cechy, które mnie zaskoczyły. Autor przypomniał żarty obyczajowe ze znanych ekonomistów. Nie wiem po co, bo są mało śmieszne. Druga rzecz to zupełny brak ilustracji do treści. W książce nie ma żadnych wykresów, tablic, map, rysunków, ani zdjęć. To błąd, bo obrazy pozwalają łatwo przedstawić duże partie informacji w przejrzysty sposób. Treść książki aż prosi się np. o wykres pokazujący przebieg inflacji i bezrobocia według założeń terapii szokowej z 1989 roku oraz rzeczywiste efekty.

Czy dzięki książce dowiemy się, jak można zaprawić rynek pracy? Tak i wskazówek jest sporo. Dlatego, mimo kilku mankamentów, warto przeczytać „To nie jest kraj dla pracowników”. Moja ocena: 4/5.

Zawód

rbuciak

Zawód - okładkaW życiu można mieć różne marzenia, ale do pewnego poziomu zamożności dominuje brutalny realizm ekonomii. Gdy musisz zarobić na mieszkanie, jedzenie i ubranie, to wszystkie wyższe cele przestają się liczyć. Kamil Fejfer napisał książkę o młodych Polkach i Polakach z marzeniami, ale bez możliwości. Jej tytuł to „Zawód”.

Młodzi ludzie najczęściej marzą o prostych rzeczach, jak dom czy rodzina. Jednak przechodząc z systemu edukacji na rynek pracy bardzo często okazuje się, że wcale nie tak łatwo odłożyć dziesiątki tysięcy złotych potrzebnych do spokojnego życia. Nie ma znaczenia, czy jest się mężczyzną czy kobietą, z dużego miasta czy ze wsi, posiada uzdolnienia społeczne czy matematyczne. Jeśli nie ma się na starcie finansowej poduszki bezpieczeństwa, to w Polsce bardzo trudno ją zbudować. Kamil Fejfer pokazuje, że pracodawca wyciśnie za grosze dowolną ilość pracy niezależnie od branży. Tak samo bezduszny jest rynek pracy w gastronomii, korporacji, pomocy społecznej, ratownictwie medycznym czy tłumaczeniach. Autor pokazuje dość szeroką perspektywę z emigracją i osobami z zespołem Aspergera włącznie. Pomija za to pracę w rolnictwie i przemyśle, więc to i tak niepełny obraz.

Dokumentacja przypadków ma wypełnić treścią dane statystyczne wymienione we wstępie. Bardzo lubię takie podejście do tematu. Szkoda tylko, że autor nie do końca rozumie dane, które podaje. Z pewnością zakręcił się podczas opisywania mediany zarobków.

Każdy z dziesięciu rozdziałów to historia jednej osoby. Najczęściej złożona i pokazująca więcej niż jedną branżę. Wszystkie rozdziały są tak samo napisane i powielają jeden poważny błąd – posiadają rozwlekłe wstępy. Zamiast kilku mocnych zdań pojawiają się długie na kilka stron wprowadzenia. Po ich przeczytaniu nie wiadomo, co jest głównym tematem rozdziału. Sedno wypowiedzi rozmówców łapałem w połowie rozdziałów. Na tyle późno, aby wcześniej odczuć znużenie. Zakończenia też nie zapadają szczególnie w pamięć, poza ostatnim, które rozkłada na łopatki. Dla niego jednego nie potrzeba jednak pisać całej książki.

Mimo że czasami trudno zrozumieć, o czym w książce mowa, to czyta się ją bardzo płynnie. Kamil Fejfer używa przede wszystkim języka potocznego. Nie przykłada nadmiernej troski do poprawności literackiej i językowej. Stosuje neologizmy, dosłownie cytuje swoich rozmówców. Zdarzają się bardzo udane żarty i gry słowne, czego najlepszym przykładem jest sam tytuł książki. Momentami przekaz nadmiernie schodzi do poziomu ulicznych wypowiedzi. „Zawód” zawiera zdecydowanie za dużo wulgaryzmów. Większość z nich w ogóle nie jest potrzebna. Warstwa literacka nie jest mocną stroną dzieła, ale moim zdaniem ma ona mniejsze znaczenie niż temat reportażu.

Autor postawił sobie jasno określony cel. Pokazać niedolę pokolenia Polek i Polaków urodzonych w latach 80-tych XX wieku, którzy zderzyli się z bezdusznym rynkiem pracy. Nigdzie nie pisze, że wszystkich, ale pokazuje, że jednak wielu. To zamierzenie Kamilowi Fejferowi wyszło i warto to docenić.

Zawód” to obraz dysfunkcji rynku pracy w Polsce roku 2017 widziany oczami większości młodego pokolenia. Obraz krzykliwy i rozpaczliwy, ale głęboki i precyzyjny. Skłania do działania na rzecz zmian i dlatego polecam książkę przeczytać. Moja ocena: 4/5.

 

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci