Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Nowe życie

rbuciak

Nowe życie - okładkaPolska po II wojnie światowej była biednym i zniszczonym krajem. Mimo to komunistyczny reżim w geście chrześcijańskiej solidarności przyjął 14 tys. uchodźców z Grecji. Ich zapomnianą dramatyczną historię odtwarza Dionisios Sturis w książce „Nowe życie”.

„Nowe życie” daje ogrom wiedzy o najnowszej historii Grecji, ale też o powojennej Polsce. Dziennikarz w poszukiwaniu rozmówców odwiedza między innymi Dziwnów nad Bałtykiem, gdzie mieścił się szpital dla rannych rewolucjonistów, Zgorzelec u podnóża Sudetów, gdzie mieszkała najliczniejsza społeczność uchodźców i Krościenko przy obecnej granicy z Ukrainą, gdzie powstała grecka spółdzielnia rolnicza.

Temat ma wyraźnie zakrojone ramy – walczyli, uciekli, tęsknili, wrócili do ojczyzny lub zostali. Można go jednak nakreślić z tłem lub bez tła. Autor zdecydował się na wariant z tłem. Dzięki temu dowiadujemy się, jak greccy i macedońscy komuniści walczyli z faszystowskimi okupantami i nacjonalistyczną juntą, zwiedzamy wyspę, na której torturowano tych, co nie zdążyli wyjechać, idziemy na pole bitwy wraz z jej uczestnikami 60 lat po zakończeniu wojny domowej. Z jednej strony książka zawiera szeroki krąg informacji, ale z drugiej można mieć żal, że wątki nie zostały zgłębione.

Warto zwrócić uwagę na język książki. Dionisios Sturis konsekwentnie mówi o Grekach i Macedończykach. Nie ucieka przed trudnym tematem hellenizacji. Mimo, że sam nigdzie nie wyraża własnego stanowiska, to użyte pojęcia oddają postawę szacunku dla samookreślania się ludzi. Drugą wyraźną cechą tekstu jest sposób opisu wojny. Tu dominuje klasyczne męskie spojrzenie na walkę – opisuje poczucie żołnierskiej dumy, wylicza uzbrojenie, liczy spalone domy i zabitych ludzi, podaje trasy ewakuacji rannych. Nie wnika w emocje ani relacje osobiste, nie opisuje kolorów codziennego trudu wojny. Mam poczucie, że za mało jest w książce wrażliwości.

To już trzecia książka pochodzącego z Chojnowa dziennikarza i przyzwyczaił czytelników do określonego stylu pisania. Autor jest bezpośredni, prowadzi prostą narrację w pierwszej osobie. Zapisuje wiele rozmów z bohaterami, odsłania prywatne i rodzinne tajemnice. Pisze prostym językiem, krótkimi zdaniami, przez co książkę czyta się dość szybko. „Nowe życie” jest nastawione na szeroki krąg czytelników. Wybór grupy docelowej i użyta forma przekazu współgrają ze sobą. Za jedno i drugie warto pisarza pochwalić.

Książka zawiera wiele unikalnych zdjęć wykonanych w Polsce i w Grecji. Przedstawiają niemal wyłącznie portrety grupowe uchodźców z lat 50-tych i 60-tych. Nie do końca pasują one do tekstu. Brakuje ważnej rodzinnej fotografii, o której jest cały akapit tekstu, nie ma współczesnych portretów rozmówców, ani zdjęcia ruin po obozie koncentracyjnym. Choć autor nadrabia zaległości opisami, to nie są one w stanie zastąpić obrazu. Szkoda też, że w książce nie znalazły się mapy Polski i Grecji, aby lepiej pokazać odległości, na jakie rozproszyli się uchodźcy.

„Nowe życie” warto przeczytać, bo książka poszerza spojrzenie na temat uchodźców i powojennej historii Polski. Ponadto jest napisana dobrym stylem. Jednak zbytnia familiarność pozbawiona odpowiednio wysokiej dozy wrażliwości sprawiają, że warto zachować umiar. Moja ocena: 3,5/5.

Bieżeństwo 1915

rbuciak

 Bieżeństwo 1915 - okładkaHistorię piszą zwycięzcy, mężczyźni, bogaci, wykształceni. Obraz tragedii wojny widziany oczami przepędzanych, ubogich, wiejskich kobiet rzadko zostaje utrwalony. Aneta Prymaka-Oniszk postanowiła zrekonstruować najważniejsze wydarzenie dla swoich dziadków i pradziadków - „Bieżeństwo 1915”.

Lekcje historii w polskiej szkole nie wspominają, że w czasie I wojny światowej przed niemieckim i austro-węgierskim wojskiem uciekło na wschód kilka milionów ludzi. Rosjanie wolą nie pamiętać o bolesnej porażce. Dla nich ważniejsza jest Rewolucja Październikowa. Tymczasem dla milionów przesiedleńców to właśnie w 1915 roku świat wywrócił się do góry nogami. Z utrwalonego porządku wiejskiej egzystencji Podlasia, Chełmszczyzny czy Mazowsza przerzucono ich o kilka tysięcy kilometrów w daleki świat, gdzie żyją ludzie innych kultur i języków. Aneta Prymaka-Oniszk ze strzępów odzyskuje ciąg wydarzeń i przeżyć. Omawia wszystko od wygnania z domu przez morderczą tułaczkę i osiedlenie w nieznanym miejscu do trudnych powrotów na spaloną ziemię i niechcianą pamięć. Wybór trudnego tematu, jak i jego szerokie ujęcie zasługują na pełen podziw.

Autorka stara się opisać wydarzenia od strony ludzi, którzy uczestniczyli w bieżeństwie. Ich wrażenia, emocje, najsilniej wryte w pamięć zdarzenia, takie jak rozłąka z rodziną, głód, choroby i śmierć. W tym celu odszukuje najstarszych mieszkańców Podlasia, którzy mogą jeszcze cokolwiek odtworzyć z dzieciństwa oraz zapiski nielicznych piśmiennych chłopów. Nie na każdym etapie historii jej się to udaje, dlatego często bazuje na generalnym przekazie historycznym. Z połączenia tych dwóch ujęć powstało dzieło na tyle kompletne, na ile może być stworzone w sto lat po opisywanych wydarzeniach. Ta próba ratowania znikającej pamięci czyni książkę godną najwyższego uznania.

Aneta Prymaka-Oniszk z pokorą przyjmuje napotkane białe plamy. Stawia mnóstwo pytań o ludzkie losy, na które nie można dzisiaj udzielić odpowiedzi. Nie stroni od tematów trudnych, takich jak różnice etniczne, językowe i religijne. Stara się przedstawić argumenty różnych stron bez stawania twardo po którejkolwiek z nich. Klarownie uzasadnia wybory językowe, które musi podjąć.

„Bieżeństwo 1915” jest generalnie napisanie prostym słownictwem i krótkimi zdaniami. Bose nogi, piaszczyste drogi, słodka kapusta, ból utraty dziecka – te zwyczajne obrazy dominują w treści. Dlatego książkę czyta się szybko i z pełnym zaangażowaniem. Tuż za połową treści zacząłem żałować, że jestem bliżej końca niż początku. Gdyby dało się napisać trzy razy więcej, to z chęcią bym to przeczytał.

Oprócz słowa pisanego książka zawiera także liczne zdjęcia, które poruszająco pokazują dramat uchodźców. Bieda, strach przed nieznanym, wyczekiwanie, porzucanie dobytku. Fotogafie dodają kolejny istotny dla pamięci wymiar. Szkoda tylko, że nie ma w książce map, gdyż liczne zawarte w treści toponimy nie zostały osadzone w przestrzeni.

Aneta Prymaka-Oniszk dokonała niecodziennego wyczynu. Jednocześnie opowiedziała mało znaną historię własnej małej ojczyzny, a zarazem odniosła się do bardzo ważnego obecnie tematu uchodźców. „Bieżeństwo 1915” jest wykonane na medal i dlatego zdecydowanie polecam przeczytać wszystkim. Moja ocena: 4,5/5.

 

 

Szczęśliwy jak Duńczyk

rbuciak

Szczęśliwy jak Duńczyk - okładka

Czy z miłości do ojczyzny można napisać dobrą książkę? To wyzwanie podjęła Malene Rydahl w swoim dziele „Szczęśliwy jak Duńczyk”. Sprawdźmy rezultaty.

Istotną rolę odgrywa w książce sama autorka. Nie jest zawodową pisarką. Przez kilkanaście lat zawodowego życia pracuje w korporacjach. Nie mieszka w Danii. Połowę życia spędziła we Francji. To dla znajomych z kraju nad Loarą napisała długie wyjaśnienie, dlaczego jej rodacy są uznawani za najszczęśliwszych ludzi na Ziemi. Ten kontekst jest o tyle ważny, że zastosowane kryteria oceny mają wyraźną optykę europejską.

W „Szczęśliwym jak Duńczyk” zawarte jest 10 powodów, dla których życie w tym kraju sprawia zadowolenie mieszkańców. Warto zauważyć, że wszystkie mają charakter społeczny. Mowa jest między innymi o edukacji, zaufaniu, wolności osobistej, wzajemnej pomocy czy nie uleganiu pogoni za pieniędzmi. We wszystkich czynnikach Dania okazuje się przodować w światowych rankingach. Jednak argumentacji można zarzucić wiele uwag. Skupienie się władz państwa na zwykłym obywatelu powoduje, że z trudem znajdują w nim swoje miejsce osoby wybitne i szukające ekspresji twórczej. Te emigrują. Malene Rydahl nie zajmuje się ani historią, która obeszła się z Danią łagodnie, ani z gospodarką opartą na rolnictwie, handlu i wydobyciu ropy naftowej, ani niedogodnym klimacie. Mam wrażenie, że książka jest napisana pod z góry założoną tezę bez zgłębienia przyczyn i z uniknięciem niewygodnych informacji.

Niedostatek warsztatu literackiego autorki dobitnie ujawnia się w stylu książki. W treści mieszają się wątki autobiograficzne z cytowaniem danych z raportów instytucji międzynarodowych. Ani jedno, ani drugie nie jest specjalnie pociągające. W życiu prywatnym i zawodowym Malene Rydahl nie zadziało się nic szczególnie pouczającego, co by miało znaczenie dla większości czytelników. Z kolei wyciągi z publikacji dostępnych w internecie polegają głównie na zarzuceniu liczbami i dość przypadkowych porównaniach z innymi państwami. Natłok suchych informacji, za którymi nie idzie głębsza refleksja wygląda bardzo nieprofesjonalnie. W efekcie „Szczęśliwy jak Duńczyk” to nudny esej hagiograficzny.

Książka sprawia wrażenie obszernego wypracowania maturalnego. Autorka używa prostego języka, pełnego banalnych frazesów. Rozdziały mają wyraźne wstępy i zakończenia oraz uporządkowaną i jednakową strukturę. Nie ma w niej nic, co mogłoby zaskoczyć czytelników. Nawet rozdział podsumowania zamiast swobody literackiej zawiera ponowne udowadnianie tego samego, co przez wszystkie poprzednie części z jeszcze większym natężeniem oczywistych prawd o życiu.

Jeśli chcecie poznać Danię, to Malene Rydahl nie poprowadzi was zbyt daleko w tym celu. Jeśli szukacie dobrego przykładu książki o miłości do ojczyzny, to „Szczęśliwy jak Duńczyk” razi banałami. Moja ocena: 2,5/5.

 

Życie po duńsku

rbuciak

Życie po duńsku - okładka

Co zrobić, aby żyć w szczęściu? To pytanie zadaje sobie wielu ludzi. Czy jedną z dobrych odpowiedzi może być – zamieszkać w Danii? Kaprys losu sprawił, że Helen Russell sprawdziła to na sobie, a własne doświadczenia opisała w książce „Życie po duńsku”.

Brytyjka wraz z mężem przeprowadziła się z Londynu do środkowej Jutlandii na wieś. Na miejscu przeżyła wiele zaskakujących chwil. W książce omówiła zjawiska nasuwające się na myśl od razu, ale również mniej oczywiste. Do tych pierwszych zaliczyć można pogodę, język, kuchnię, edukację czy balans między pracą i odpoczynkiem. Z tych mniej oczywistych swoje miejsce w „Życiu po duńsku” mają protokół flagowy, zachowania seksualne, wzornictwo, system podatkowy i szczęście. To ostatnie powraca w każdym rozdziale. Autorka pyta każdego rozmówcę o jego własne poczucie szczęścia. Stary zabieg literacki motywu sokoła sprawdził się znakomicie. Podobnie dobór tematów, który daje oczywiste ramy wypełnione wieloma niespodziankami.

Jak wskazuje podtytuł Helen Russell opisała rok życia. Nie trudno się domyślić, że książka dzieli się rozdziały opisane jako miesiące. Kolejne tematy są dawkowane, uporządkowane, coraz poważniejsze i związane ze zmianami pór roku. Czytelny układ sprawia, że poprzeczka wejścia w narrację wisi bardzo nisko, co stanowi zachętę dla szerokiego grona czytelników.

„Życie po duńsku” ma dobrze zakreślone ramy, którą wypełnia kontrowersyjna treść. Książkę czyta się szybko, bo została napisana lekkim, przygodowym stylem. W każdym miesiącu wydarza się coś, co każe podjąć wysiłek zgłębienia tematu. Autorka odbywa prywatne zmagania i radzi się specjalistów, jak przeskoczyć przeszkody. Szkoda tylko, że przy okazji korzysta z kpiny i ironii. Często przekracza granicę dobrego smaku. Już na trzeciej stronie tekstu czytelnicy dowiedzą się, że poprzedni partner Helen Russell uciekł jej sprzed ołtarza. Z niedowierzaniem czytałem o szoku kulturowym. Z Anglii do Danii daleko nie jest, więc wyolbrzymianie różnic trąci tanią sensacją. W rozdziale o marcu Brytyjka pisze, że nienawidzi rowerów, a pół roku później dalej jeździ rowerem. Nie hamuje się też przed opisywaniem pijaństwa i frywolności seksualnej znajomych. Co prawda ukryła wszystkie imiona i nazwiska zwykłych ludzi, a nawet miast i wsi, ale moje wrażenia nie są najlepsze. Prostacki, mało delikatny humor kłóci się z otwartością na nie tak w końcu bardzo innych ludzi.

W książce nie ma ani mapy Danii, ani zdjęć. Jedno i drugie byłoby przydatne. Nie każdy orientuje się w topografii Jutlandii. Autorka nie ułatwia też wyobrażenia sobie tamtejszych krajobrazów. Opisy miejsc są zgrubne i mgliste, pozbawione znaczących szczegółów, bez relacji z otoczeniem. Nadal nie wiem, jak wygląda dizajnerska lampa.

Jeśli ktoś zamierza pojechać do Danii na wakacje albo w niej zamieszkać, to „Życie po duńsku” jest na pewno bardzo dobrym wstępem. Jednak drwiące podejście autorki i nieostre opisy powodują, że czuję niedosyt. Moja ocena: 4/5.

Sekretne życie drzew

rbuciak

Sekretne życie drzew - okładkaObok nas toczą się niesamowite procesy życia, o których nadal mało wiemy. Jednymi z ważniejszych dla stabilności ekosystemu Ziemi są te zachodzące w lasach. Ich fascynujące oblicze odsłania dla nas Peter Wohlleben w książce „Sekretne życie drzew”.

Autor jest leśnikiem w rezerwacie przyrody w zachodniej części Niemiec. Całe zawodowe życie poświęcił na poznawaniu funkcjonowania lasu. Sprawnie przedstawia więc wyniki badań naukowych z różnych części świata. Jest przewodnikiem z doskonałym zapleczem. Wyciąga dla nas opowieści o drzewach, które walczą z chorobami, konkurują o dostęp do światła, przesyłają sygnały zapachowe, oddychają, rosną i rozmnażają się. Przedstawia różne strategie życiowe stosowane przez różne gatunki. Więcej, pokazuje indywidualne zachowania poszczególnych osobników. Odkrywa przez nami skutki takich zachowań, jak wcześniejsze lub późniejsze wypuszczenie liści albo decyzja o wytworzeniu bocznych gałęzi. Ta wiedza powoduje, że inaczej patrzy się na drzewa, gdy idzie się ulicą. Zaczyna się dostrzegać rozdwojone pnie i mech porastający korę. I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie uproszczenia. Ze zdumieniem przeczytałem na przykład, że naturalny las się nie pali. To prawda dla Puszczy Białowieskiej, ale busz w Australii czy sosny w Yellowstone przystosowały się do pożarów.

„Sekretne życie drzew” napisane jest silnie antropomorfizującym językiem. Drzewom przypisane są nazwy zachowań świadczące o świadomym podejmowaniu decyzji. Sprawia to, że książkę czyta się niczym bajkę o mitycznych stworzeniach walczących na życie i śmierć. W tym tkwi zapewne sekret sukcesu książki. Mam jednak wrażenie naciągania faktów. Równie dobrze wszystkimi zachowaniami mogą sterować geny i przypadek.

Książkę Petera Wohllebena należy zaliczyć do zbiorów felietonów popularnonaukowych. Nie ma w niej ciągłej narracji. Poszczególne rozdziały mają wyraźnie zakreślone tematy, ale nie łączą się w jedną całość poza ogólnie tym samym tematem. Co ciekawe, niewiele rozdziałów zawiera pojedynczych bohaterów. Często jest mowa o lesie w ogóle, o zróżnicowaniu wewnątrz gatunku lub różnicy między bukami a sosnami.

Do tego odczuwa się przegadanie. Akapity są nierzadko dłuższe niż cała strona. Brakuje wyraźnie zaznaczonych wstępów. Trudno dostrzec, co jest zagadką w danym temacie. Nie ma też zakończeń, gdzie kilka słów puenty wywołuje emocje. To wszystko sprawia, że „Sekretne życie drzew” może być dla wielu nużące. O ile dwa lub trzy rozwlekle napisane felietony czyta się bez trudu, to w większej dawce niewprawna forma usypia.

W czasach, gdy trzeba walczyć o drzewa, każda książka pokazująca ich wspaniałą rolą na Ziemi jest niezwykle cenna. Dlatego „Sekretne życie drzew” to cenna pozycja na naszym rynku. Choć to nie jest literatura najwyższych lotów, to warto, aby zapoznało się z nią szerokie grono czytelników. Moja ocena: 3,5/5.

Suburban nation

rbuciak

Suburban Nation - okładkaModernistyczna wizja planowania miast nie sprawdziła się. Okazała się kosztowna, społecznie destrukcyjna i szkodliwa dla środowiska. Dlatego pod koniec lat 70-tych XX wieku wśród architektów pojawiła się koncepcja powrotu do tradycyjnego planowania miast. Jej głównymi przedstawicielami w Ameryce są Andres Duany, Elisabeth Plater-Zyberk i Jeff Speck, a ich książka manifest nosi tytuł „Suburban nation”.

W dziele przystępnie opisano suburbanizację, jej przyczyny prawne i społeczne, cechy przestrzenne i skutki dla ludzi, finansów publicznych oraz środowiska. Przeczytać można między innymi o gigantycznym projekcie budowy autostrad, idei separacji sposobów użytkowania terenu, braku chodników na przedmieściach i rodzicach sprowadzonych do roli kierowców dla swoich dzieci. Autorzy jako architekci zwracają uwagę na formy budynków, które sprzyjają życiu społecznemu lub je utrudniają. Ubolewają nad domami, które zamieniły się w przybudówki do garaży. Rozlewaniu się miast zostało przeciwstawione tradycyjne planowanie z gęstą siatką ulic, mieszanym użytkowaniem i mieszaną tkanką społeczną. Ostatnie rozdziały zawierają przepis, jak zbudować sprawnie działające miasto. Nie są to czcze przechwałki, ale porady znawców. Autorzy bazują na doświadczeniach z miast, które zaplanowali i odnoszą sukcesy liczone liczbą mieszkańców i ceną domów. Swoje porady kierują do szerokiego grona czytelników – od władz krajowych przez samorządy lokalne do zwykłych mieszkańców i innych architektów. Trudno tu znaleźć słabe punkty książki. Temat jest bardzo ważny, struktura przejrzysta, argumentacja umiejętnie dobrana.

„Suburban nation” z racji tematu zawiera specjalistyczne słownictwo. Jednak autorzy nim nie epatują. Wręcz przeciwnie, odniosłem wrażenie, że starają się stosować jak najmniej wyszukanych terminów. Wielką zaletą książki jest także jasność prowadzonego wywodu. Główny ciąg tekstu posiada nadzwyczajny porządek. Na początku każdego rozdziału jest wstęp, który pokazuje strukturę całego omawianego tematu. Wszelkie dygresje zostały umieszczone w przypisach dolnych. Wszystkie odesłania literaturowe prowadzą do bibliografii umieszczonej na końcu książki. Dzieło amerykańskich architektów można pokazywać jako wzór perswazyjnego pisarstwa specjalistycznego.

Podczas czytania uwierał mnie tylko jeden, ale za to ważny element. Wszystkie zdjęcia, mapy i rysunki zostały umieszczone na marginesie. Pomysł sam w sobie słuszny, zwłaszcza gdy do wszystkich grafik prowadzą odsyłacze z tekstu. Nie ma zbędnych fotografii i planów. Niestety,  margines ma tylko kilka centymetrów szerokości. W efekcie ilustracje są małe i przez to często słabo czytelne. Ich opisy w tekście często wymagają przyjrzenia się im i przestudiowania struktury. W większości przypadków nie da się tego zrobić, na czym traci cała książka.

Jeśli chce się zrozumieć, na czym polega Nowy Urbanizm, to nie ma lepszej książki. Szkoda tylko nie do końca przemyślanej strony graficznej. „Suburban nation” polecam wszystkim, bo pokazuje jak bardzo nasze życie zależy od organizacji przestrzeni, w której żyjemy. Moja ocena: 4,5/5.

Milczący lama

rbuciak

milczący lama - okładkaCzłowiek ciekawy świata trafi kiedyś w swoich poszukiwaniach na buddyzm. Znajdzie też chwilę, gdy zafascynuje go Syberia. Okazuje się, że ta religia i ten region mają ze sobą obszar wspólny – Buriację. Albert Jawłowski napisał reportaż o Buriatach pod tytułem „Milczący lama”. Na ile jest on ważny dla poszerzenia wiedzy o świecie?

Autor porusza w książce liczne wątki związane z krajem, który wielokrotnie odwiedził w ciągu ostatnich kilku lat. Po pierwsze, przedstawia historię Buriacji. Niewiele pisze o czasach przedhistorycznych. Najwięcej miejsca poświęca na ostatnie dwa stulecia. Po drugie, pisarza w szczególności interesuje buddyzm i przywódcy religijni, w tym tytułowy „Milczący lama”, który stał się religijną atrakcją turystyczną regionu. Po trzecie, autor zagłębia się w związki przywódców religijnych i politycznych oraz budowanie tożsamości narodowej na bazie buddyzmu. Po czwarte, opisuje wydarzenia religijne, w których uczestniczy i opowiada swoje wrażenia ze spotkań z duchownymi i zwykłymi wyznawcami. Niby książka ma konkretny tytuł i konkretny temat, ale mam wrażenie, że jest wszystkiego po trochę. Wątek tytułowy gubi się w licznych i długich dygresjach pobocznych. W sumie nie wiadomo, jaką główną, ważną lub uniwersalną myśl Albert Jawłowski chce nam przekazać.

Próbuję zebrać strzępy narracji, które wyrażają coś ważnego. Takim urywkiem może być polityka narodowościowa Lenina, która pozwoliła utrwalić totalitarną władzę komunistyczną w ogarniętym chaosem państwie po upadku caratu. Przydatna może być wiedza o współczesnej polityce religijnej w Rosji na przykładzie odradzającego się buddyzmu w Buriacji. Pociągające mogą być zjawiska etnograficzne, sakralne i turystyczne, które uległy globalizacji dzięki produkowaniu wszelkiej bazarowej tandety w Chinach. Wartościowych fragmentów jest dla mnie za mało.

Przyznam więc szczerze, że z trudem przeczytałem książkę. Zasnąłem nad nią kilka razy. Wiele rozdziałów jest tak mało pociągających, że odliczałem strony do ich końca. Nie pociągały mnie opisy zawodów sportowych i wydarzeń religijnych pisane z kronikarskim dystansem. Nie popłynęła we mnie szybciej krew, gdy autor opowiadał swoje poszukiwania ludzi z niezwykłą wiedzą. Opisy miejsc z trudem kleiłem w wyobrażalne obrazy. Mało fascynujące były dla mnie życiorysy lamów i przymilanie się duchownych do poszczególnych władców. „Milczący lama” jest napisany poprawną polszczyzną, ale beznamiętnym stylem. Albert Jawłowski nie zastosował żadnych zabiegów przyciągających uwagę czytelnika. Nie sposób znaleźć porażających wstępów, doskonałych puent, czy dialogów zapadających na długo w pamięć.

Książka nie zawiera zdjęć. Szkoda, bo doskonałe obrazy można zapewne uchwycić w Ułan Ude, w klasztorach i na falującym stepie na granicy z tajgą. Wiele mogłyby powiedzieć także twarze rozmówców i wnętrza ich domów. Niestety. Za to „Milczący lama” zawiera mapę Buriacji i najbliższych okolic, dzięki czemu nie zaglądałem podczas czytania do atlasu.

Temat „buddyzm w Buriacji” jest dobry do tłumaczenia się kolegom, o czym się pisze, ale nie czytelnikom szukającym wiedzy. Brak konkretnych zagadnień dominuje w „Milczącym lamie” i dlatego polecam książkę wyłącznie mocno zainteresowanym Syberią lub buddyzmem. Moja ocena: 3/5.

Cztery zachodnie staruchy

rbuciak

Cztery_zachodnie_staruchy_okladka_front_internet

W racjonalnej i sceptycznej Europie trudno znaleźć ludzi przeświadczonych o wchodzeniu w kontakt z duchami. Zafascynowani szamanizmem Bartosz Jastrzębski i Jędrzej Morawiecki pojechali więc do Buriacji. Rezultatem ich wyprawy jest książka o enigmatycznym tytule „Cztery zachodnie staruchy”.

Od czasu gdy upadł ZSRR szamanizm nad Bajkałem odżył niczym Feniks z popiołów. Nagle znaleźli się ludzie, którzy pomagają w odszukaniu zagubionej krowy, załatwiają pozytywne rozpatrzenie sprawy w urzędzie lub leczą z chorób poprzez odwołanie się do duchów przodków. Mają widzenia, słyszą głosy, chodzą po wodzie, a nawet latają. W jednym są spójni – przebrani w specyficzne stroje odprawiają modły polegające na piciu wódki, waleniu w bęben i śpiewaniu po staroburiacku. Przywracają do życia przedwieczną religię. W autorytarnej Rosji musi się to wiązać z pieniędzmi, sformalizowaniem prawnym i romansem z władzami. Tematyka książki jest dobrze zakrojona, choć mało interesująca dla osób o innych zainteresowaniach niż etnografia i duchowość. Jej wpływ na nasze życie będzie najczęściej znikomy.

Autorzy zapisali obrazy, które wynieśli z kontaktu z ludźmi, miejscami i wydarzeniami. Są to bardzo często pierwotne wrażenia empiryczne. Brzydota starego linoleum, otwarty widok na stepie, zmęczona twarz bohatera. W nienachalnym opowiadaniu własnych przeżyć wrocławianie są przekonujący. Do tego dołączają jednak przemyślenia nad drogami dotarcia do kolejnych postaci w układance oraz historie osobiste szamanów i szamanek. Przemyślenia niestety nie prowadzą w żadnym konkretnym kierunku. Historie ludzi też są dość powtarzalne w schemacie – powiedzieli mi, że mam dar, więc zacząłem odprawiać ludowe obrzędy. „Cztery zachodnie staruchy” wymagają od czytelnika dużo własnej chęci podążania za fascynacjami autorów. Mnie ta gorączka nie dopadła i przez większość czasu spędzonego nad lekturą walczyłem z sennością. Wynika to zapewne z częstego używania przez Bartosza Jastrzębskiego i Jędrzeja Morawieckiego specjalistycznego słownictwa w połączeniu z obcymi terminami i językiem szamanów opartym o doświadczenia dla większości z nas nieznane.

Jak na opowieść o odległej części świata, to zaskakuje w książce brak mapy regionu. Autorzy jeżdżą po Buriacji i przez chwilę po Mongolii, ale nie dają wodzić za sobą palcem. „Cztery zachodnie staruchy” zawierają kilka specyficznych czarno-białych zdjęć. Przedstawiają pejzaże lub miejsca kultu. Na jednym są szamani stojący tyłem. Żadnych portretów bohaterów, żadnych obrazów obrzędów. Potencjał fotografii do przekazania wiedzy nie został wykorzystany.

Na świecie dzieje się wiele fascynujących zjawisk. Zapewne współczesny buriacki szamanizm również do nich należy. Niestety sposób, w jaki został pokazany w książce, pociągnie głównie już zainteresowanych. Dla innych może być przydatny w walce z bezsennością. Moja ocena: 2,5/5.

Nic nie zdarza się przypadkiem

rbuciak

Nic nie zdarza się przypadkiem - okładkaCiekawość świata skłania ludzi do podróżowania w przestrzeni. Zwrotne momenty w życiu sprawiają, że szukamy odpowiedzi wewnątrz siebie. Dla podróżnika Ticiano Terzaniego takim wydarzeniem była informacja o zachorowaniu na raka. Odbył wtedy swoją ostatnią wyprawę, którą opisał w „Nic nie zdarza się przypadkiem”.

Jak sam autor zaznacza pod koniec wstępu książka posiada dwa główne tematy. Najpierw jeździł po świecie, aby znaleźć lekarstwa na trapiącą go chorobę. Później szukał pogodzenia z nieuchronnym końcem życia materialnego. Oba cele łączą się ze sobą. Wątpię jednak w łączenie ich w jedną książkę. Z jednej strony Tiziano Terzani opisuje procedurę leczenia w szpitalu w Nowym Jorku, zielarzy z Chin i Indii oraz uzdrowicieli z Filipin. Z drugiej strony spędza tygodnie na terapii grupowej w Kalifornii, miesiące w klasztorze na południu Indii i lata w pustelni w Himalajach. Wolałbym otrzymać obie części osobno, gdyż różnią się wyraźnie gatunkiem literackim.

Rozdziały opisujące medycynę zachodnią i alternatywną to typowe reportaże. Autor udaje się na wizytę lekarską, poddaje badaniu, wypytuje medyków o stosowane metody i wykupuje środki uzdrawiające. Pomimo fizycznego i umysłowego zaangażowania cały czas zachowuje duchowy dystans. Dla miłośników klasycznego reportażu to świetny przegląd mniej i bardziej udanych pomysłów na reperowanie zdrowia.

Zupełnie inaczej napisane są rozdziały o poszukiwaniach duchowych. Tu dominuje forma autobiograficznego eseju. Dużo jest pytań o sens życia, anegdot z poradami mędrców i doświadczeń pracy duchowej, szczególnie medytacji. Suma tych przemyśleń złożyłaby się na dobrze zbudowaną książkę skierowaną raczej do poszukujących prawdy o sobie niż o świecie.

Włoch był nieprzeciętnym gadułą. Jego książki to grube tomiszcza. „Nic nie zdarza się przypadkiem” ma ponad 700 stron. Nawet wstęp, a jednocześnie streszczenie, ma 20 stron. Książka, choć lekko napisana, to nie pociąga od początku do końca. Jedne fragmenty czyta się z zainteresowaniem, zaś inne z trudem. Tiziano Terzani znakomicie wplótł do tekstu ludowe mądrości. Zadał świetne pytania lekarzom. Plastycznie opisał przyrodę, budowle i ludzi w odwiedzanych miejscach. Jednak całość jest ze sobą mocno wymieszana. Gdy w połowie książki doszedłem do wniosku, że wolę czytać o doświadczeniach wewnętrznych pisarza, to rozdział o uzdrowicielach z Filipin wydał mi się całkowicie zbędny. Przeskoki i zwroty w mało ważne kierunki budziły we mnie znużenie. Autor zachował kolejność chronologiczną, a w tym przypadku wolałbym jednostajną drogę od medycznej diagnozy do odpowiedzi w głębi siebie.

Książka nie zawiera zdjęć i to dobrze. Jej celem nie jest pokazywać materię, ale przeżycia wewnętrzne. Za to żałuję, że nie ma mapy. Znowu czytałem z atlasem na kolanach.

„Nic nie zdarza się przypadkiem” zawiera za dużo tematów, jak na jeden mało mówiący tytuł. Dlatego dzieło Tiziano Terzaniego polecam tylko tym, których interesuje zarówno różnorodność medycyny, jak i poszukiwania pogodzenia siebie ze śmiercią. Moja ocena: 3/5.

The high cost of free parking

rbuciak

The high cost of free parking - okładka„O czym można pisać przez 750 stron o parkingach?” Takie pytanie usłyszałem kilka razy w odpowiedzi na moje słowa, że czytam „The high cost of free parking”. Przetrawienie biblii parkingowej napisanej przez Donalda Shoupa zajęło mi dwa miesiące. Warto było poświęcić szmat czasu na zgłębienie jednego z największych problemów współczesnej cywilizacji.

Profesor Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles analizuje niemal od każdej strony potrzebę trzymania gdzieś samochodów w czasie, gdy się ich nie używa. Najwięcej miejsca poświęca badaniom naukowym nad zjawiskiem. W końcu to książka naukowa ze znakomicie opracowaną bibliografią. Ponadto, przytacza słowa zarówno znanych filozofów, cytuje prasę, przepisy prawne, jak i podrzędnych literatów. Szerokie spojrzenie zaskakuje czytelnika.

Pewnie wielu z was zastanawia się, co można w parkingach badać. Książka dzieli się na wyraźne trzy części. Pierwsza dotyczy parkowania poza drogami, czyli na placach, pod budynkami i w garażach wolnostojących. Donald Shoup pokazuje jak wymagania minimalnej liczby miejsc postojowych na posesji wykrzywiają gospodarowanie przestrzenią. W drugiej części analiza skupia się na parkowaniu przyulicznym. Między innymi przedstawia niesamowity model matematyczny pokazujący, jak długo opłaca się krążyć w poszukiwaniu miejsca. Trzecia część traktuje o ekonomii parkowania – od techniki parkometrów do wyznaczenia ceny przynoszącej największe korzyści. Zadziwiające jest, jak pomimo ogromnej wiedzy w tym zakresie, nie przekłada się ona na decyzje podejmowane w miastach.

Cały wywód naukowca kończą trzy propozycje zmian, które można zastosować wszędzie, gdzie jest dużo samochodów. „The high cost of free parking” zadziwia uwidocznieniem powtarzalności kłopotów w czasie i przestrzeni, jakie wywołują puste samochody. Udręki znane z dzisiejszej Warszawy miały miejsce zarówno 90 lat temu w Detroit, 40 lat temu we Frankfurcie, jak i 15 lat temu w San Francisco. Dlatego czuję ogromną potrzebę podzielenia się wiedzą z książki i zmiany polskich dróg w miastach na lepsze.

Książka nie jest łatwa w czytaniu w angielskim oryginale. Zawiera wiele słów na tyle rzadko używanych, że nie mieszczą się w jednotomowym słowniku. Zdania są najczęściej rozbudowane. W tekście jest dużo liczb, trochę równań, tabel, wykresów, rysunków i zdjęć. Ten repertuar metod przedstawiania faktów oceniam jako dość bogaty. Gdy zrozumie się prowadzony wywód, to bez trudu można odczuć radość i fascynację wiedzą. Tekst książki ma jedną ogromną wadę – liczne przypisy końcowe. Rozumiem takie rozwiązanie w przypadku cytowania wyników badań. Mam jednak wrażenie, że liczne uwagi, które napłynęły od recenzentów zostały ujęte w kolejne przypisy zamiast doprowadzić do poprawienia tekstu głównego.

Czy jest wątek, którego zabrakło mi w tak obszernym opracowaniu? Widzę jeden – wypadki. Dane policji pokazują, że z parkowaniem związanych jest ok. 5% wszystkich zdarzeń drogowych, w tym wypadki śmiertelne.

Mimo, że „The high cost of free parking” nie ma polskiego wydania, dotyczy tematu porywającego dopiero po zgłębieniu, to możliwie przystępne podanie wyników badań naukowych nad codziennym problemem miast powoduje, że zachęcam wszystkich do przeczytania dzieła Donalda Shoupa. Moja ocena: 4,5/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci