Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Miasto na plus

rbuciak

Miasto na plus - okładka

Ta recenzja jest nietypowa, bo ponad połowa autorów i wydawca to moi znajomi. Rodzi to pokusę wybielania książki oraz dokładnie przeciwną nadmiernej szczerości. Omawiając „Miasto na plus” postaram się nie ulec żadnej z nich.

Jak głosi podtytuł książka zawiera eseje o przestrzeni polskich miast. Co do pierwszego słowa nie mam zastrzeżeń. Zbiór zawiera 12 bardzo różnych językowo i tematycznie esejów. Przestrzeń opisana jest w wielu różnych aspektach – społecznym, architektonicznym, środowiskowym, estetycznym, ale w największej części transportowym. Autorzy przyglądają się takim zagadnieniom jak np. rewitalizacja, rozwój ruchu rowerowego, tworzenie nowych parków i planowanie ulic. W całej książce pojedyncze słowa nie odnoszą się do miast. Jednak połowa książki dotyczy Krakowa. Obok tego są rozdziały napisane z perspektywy Warszawy, Łodzi i Zakopanego, zaś pozostałym ośrodkom poświęcono pojedyncze akapity. Co ciekawe autorzy wspominają trzy razy o Lublinie, przy czym dwukrotnie błędnie. I wreszcie – nie cała książka jest o Polsce. Dwa z esejów w połowie omawiają doświadczenia francuskie. Można by się zżymać, że książka ponawia tematy szeroko opisywane od kilku lat. Z drugiej strony podane przykłady w większości nigdy wcześniej nie trafiły do łamy książki. Są nadal świeże. Stąd bierze się znaczna wartość merytoryczna zbioru.

We wstępie do „Miasto na plus” Hubert Mazur napisał, że zabroniono autorom narzekać. Mają dawać dobre przykłady jak zmieniać miasta ku ich sprawniejszemu działaniu. Nastawiłem się na serię opowieści ze szczęśliwym zakończeniem. Większość z nich taka właśnie jest, co uważam za wartościowe i inspirujące. Większość, bo brak narzekania nie do końca się udał. Część autorów opisuje sporo złych przykładów. Inni piszą tylko pozytywnie, ale za to przemilczają niewygodne fakty. Na przykład Otwarta Ząbkowska w Warszawie rodzi się w bólach. Bój o park na Zakrzówku w Krakowie wspomniała autorka spoza stolicy Małopolski.

W książce znajduje się stwierdzenie, że ton dyskusji o miastach zaczęli nadawać społeczni aktywiści. Język „Miasta na plus” wyjaśnia dlaczego tak się stało. Połowa esejów jest napisana przez społeczników, zaś druga przez urzędników i naukowców. Te pierwsze zawierają prostsze słowa, mniej rozbudowane zdania, bardziej interesujące przykłady, narrację z początkiem, rozwinięciem i końcem. Taki przekaz ma szanse dotrzeć do znacznie szerszego grona odbiorców niż ścisłe fachowe słownictwo. Książka jest językowo bardzo nierówna.

Warto zwrócić uwagę na kolejność tekstów. Wydawnictwo zastosowało porządek alfabetyczny autorów. To nietypowe rozwiązanie, ale w tym przypadku lepsze niż inne, bo łatwe do zastosowania i wyjaśnienia. Podoba mi się ten prosty trik. Jednocześnie zamyka on niepotrzebne dyskusje o ustawianiu plejady tekstów i nie wywołuje wrażenia generalnej zmiany jakości.

Obok treści znajduje się w książce dużo czarno-białych zdjęć i schematów. Podnoszą one wartość przekazu i dobrze uzupełniają słowa. Szkoda, że fotografie nie są kolorowe, ale wówczas zapewne książka byłaby znacznie droższa, przez co mniej dostępna.

Polskie miasta cały czas stoją przed wyzwaniem zapewnienia swoim mieszkańcom jakości życia na wysokim europejskim poziomie. Warto wiedzieć, jakimi drogami kroczyć do tego celu. „Miasto na plus” zawiera polifonię odpowiedzi. Są one w większości przydatne zarówno dla władz, aktywistów, jak i zwykłych mieszkańców. Moja ocena: 3,5/5.

Atlas lądów niebyłych

rbuciak

Atlas lądów niebyłych - okładka

Wyciągnąłem spod regału wielki atlas świata i otworzyłem na mapie Pacyfiku. Pokazałem żonie palcem na oczko między Australią i Nową Kaledonią mówiąc – Zobacz, ta wyspa nie istnieje. – Tak destruktywnie na moje zaufanie do dzieł kartograficznych wpłynął „Atlas lądów niebyłych” autorstwa Edwarda Brooke-Hitchinga.

Temat książki precyzyjnie wyjaśnia podtytuł „Największe mity, zmyślenia i pomyłki kartografów”. Dzieło angielskiego antykwariusza przemierza w poszukiwaniu błędów na mapach nie tylko lądy i oceany, ale też stulecia. Najstarsze projekcie nieznanych krain pochodzą ze starożytności i średniowiecza. Najnowsze przekręty powstały w XX wieku. Większość imaginacji dotyczy wysp – małych i dużych rozsianych do wszystkich oceanach. Taki wybór dziwi tylko do czasu, gdy uświadomimy sobie, że do odkryć geograficznych służyły głównie statki, a na pełnym morzu nie trudno o miraże i fałszerstwa. Wśród tych lądów są zarówno znane wyobrażenia jak Atlantyda, stare mity jak Wineta, pomyłki jak Wyspa Kalifornia i liczne drobne oszustwa znane tylko starym morskim wygom. Pomiędzy opisami wysp znajdują się legendy w stylu Królestwo Księdza Jana, pragnienia takie jak El Dorado czy typowe falsyfikaty jak ruiny na Pustyni Kalahari. Pomiędzy odległe lądy wmieszane są dwa tematy z innej bajki – potwory morskie i dziwne postacie ludzkie.

Temat książki i krótki opis jej zawartości brzmią niezwykle frapująco nie tylko dla fascynatów map, do których się zaliczam. Po lekturze i namyśle dostrzegam jednak niedoskonałości książki. Autor ograniczył się do dzieł kartografii zachodnioeuropejskiej. Wspomina, że Chińczycy też błądzili na mapach. Szkoda, że brakuje ichnich przykładów o naszej części globu. Najbardziej brakuje mi całego działu o kartografii radzieckiej, która z przyczyn ideologicznych tworzyła masowo kłamstwa na temat własnego terytorium.

„Atlas lądów niebyłych” zaczął mnie nudzić w ¼ treści. Pierwsza dziwna wyspa budzi emocje, piąta i dziesiąta podobna już nie. Notka o każdym miejscu zajmuje dwie lub cztery strony. Czasami wygląda to jakby nie dało się więcej napisać, ale niektóre legendy mogły zostać dużo szerzej omówione. Ich skrótowe, encyklopedyczne potraktowanie rozczarowuje. Zupełnie zaskakującą decyzją jest dla mnie alfabetyczne uporządkowanie wpisów. Czytelnik skacze od wysp na Atlantyku z początków epoki wielkich odkryć geograficznych przez arktyczne miraże sto lat temu do eksploracji głębi kontynentów w XIX wieku i tak w kółko. Zdecydowanie wolałbym trudniejszy do przeprowadzenia, ale zrozumiały dla odbiorcy porządek historyczno-geograficzny.

Ogromną zaletą książki są dziesiątki reprodukcji starych map. Edward Brooke-Hitching dodał je do każdego opisu, czasami nawet po kilka. Dzięki temu książka jest nie tylko bogata w dzieła sztuki, ale też pozwala prześledzić rozwój kartografii od średniowiecza do czasów współczesnych. Możemy porównać portolany i przesadnie zdobione mapy epoki renesansu z coraz bardziej powściągliwymi zmaganiami twórców z rysunkami gór aż po zupełnie schematyczne, minimalistyczne szkice tras wypraw na bieguny i porządne stuletnie wydruki.

„Atlas lądów niebyłych” przedstawia niesamowity temat z użyciem przepięknych ilustracji. Jednak te dwa elementy nie wystarczą, aby dzieło uznać za wybitne. Kluczowy jest dobór treści i jego forma, a w tym przypadku to mocno kuleje. Dlatego polecam książkę z ostrożnością na jaką zasługują niewykorzystane szanse. Moja ocena: 4/5.

Kto odzyska Plac Defilad?

rbuciak

Kto odzyska Plac Defilad? - okładka

Pusta przestrzeń w środku miasta to jednocześnie ciężar, wyzwanie, jak i szansa. Warszawa od prawie 30 lat próbuje trwale zagospodarować Plac Defilad. Historię miejsca i pomysły na przyszłość obejmuje książka „Kto odzyska Plac Defilad?” pod redakcją Tomasza Fudali wydana przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

Publikacja podsumowuje wydarzenia związane z festiwalem Warszawa w Budowie 9, który odbył się na jesieni 2017 roku. Zawiera więc opisy wystaw, wywiady z ważnymi partnerami i analizy przygotowane z okazji wydarzeń. Omówione badania były prowadzone z perspektywy architektonicznej, historycznej, antropologicznej i socjologicznej.

Niestety zawartość książki odebrałem jako nierówną. Obok ważnych i inspirujących tekstów znajdują się też przypadkowe i nieistotne. Olbrzymim niedociągnięciem jest dla mnie lakoniczne potraktowanie wystaw. Chętnie poznałbym szczegóły analizy placów stolicy, więc skrót na pół strony pozostawia mnie w dużym niedosycie. Analiza historyczna ma sporą wartość poznawczą, bo została porządnie przygotowana. Zobrazowane przykładów partnerstw lokalnych i propozycja takowego dla Placu Defilad to przydatne działanie, także dla innych miejsc w Warszawie, a nawet całym kraju. Jednak postawione obok nich rozważania nad znaczeniem słowem „kompleks” wypadają blado i nieciekawie. Kończące książkę wywiady zawierają wiele wartościowych myśli. Dowiadujemy się, jakie są najważniejsze wyzwania dotyczące administrowania planowaniem przestrzeni w mieście, jakie mieszkańcy mają marzenia związane z wyglądem i życiem placu oraz jak działa wspólne zarządzanie publicznym zasobem przez urząd i biznes.

Zbiory tekstów różnych autorów z natury cechują się zróżnicowaniem stylów i poziomów trudności. Jednak „Kto odzyska plac defilad?” może uchodzić za wyjątek. Wszystkie analizy i wywiady zawierają sporo rzadko używanych słów, fachową terminologią, a nawet neologizmy. Podobnie jest na poziomie semantycznym – licznie występują nowe znaczenia słów i powiązania miedzy nimi. To sprawia, że książka należy to literatury specjalistycznej. Jej odczytanie jest możliwe tylko dzięki znajomości dość szerokiego zasobu wiedzy urbanistycznej i z dziedzin pokrewnych.

Warto bliżej przyjrzeć się stronie graficznej książki, gdyż zawiera wiele fotografii, planów i schematów. Zdjęcia z dawnych lat pokazują cały plac z lotu ptaka, oficjalne uroczystości PRL-u i pamiątkowe sceny prywatne. Ich wybór dość dobrze i skrótowo przedstawia historię omawianego obszaru. Z kolei ujęcia wykonane w ostatnim czasie zaskakują skupieniem na detalach, które nie oddają współczesnego życia miejsca. Plany urbanistyczne zarówno Placu Defilad, jak i innych miejsc są przedstawione w formacie miniatur. Mocno utrudnia to czytanie zawartych w nich koncepcji, co ogranicza możliwość czerpania z nich wiedzy. W takich książkach warto poświęcić stronie graficznej dużo uwagi, czego w tym przypadku częściowo zabrakło.

Czy książka pomoże skierować zmiany dokonujące się na placu na lepsze tory? Obawiam się, że w niewielkim stopniu ze względu na hermetyczność treści. Dlatego polecam „Kto odzyska Plac Defilad?” jedynie osobom zaangażowanym w procesy zmian w przestrzeni. Moja ocena: 3/5.

Reprywatyzując Polskę

rbuciak

Reprywatyzując Polskę - okładka

Reprywatyzacja to słowo od kilku lat odmieniane jest przez wszystkie przypadki. Kryją się za nim wielkie pieniądze, skomplikowane prawo, przekręty i ludzkie dramaty. Czy można to zjawisko jasno opisać? Taką próbę podjęła Beata Siemieniako pisząc książkę „Reprywatyzując Polskę”.

Autorka już we wstępie czytelnie wskazuje zakres książki. Każdy z głównych wątków to jeden rozdział. Zaczyna od opisania procedur odzyskiwania majątku – drogami legalnymi i za pomocą oszustw. Następnie szuka odpowiedzialnych za istniejący bałagan. Potem przedstawia historię powstania obecnego zawiłego stanu prawnego. W kolejnych rozdziałach przedstawia lokatorów, czyli osoby, które mają do stracenia dach nad głową oraz ich oddolne organizacje społeczne, które powstały w celu obrony praw. W końcu stara się odpowiedzieć na pytanie, jak to wszystko posprzątać.

Najwięcej miejsca zajmują kwestie dotyczące Warszawy. Trudno, aby było inaczej, jeśli najgłośniejsza afera dotyczy działki obok Pałacu Kultury i Nauki, w Lesie Kabackim spłonęła działaczka lokatorska, a stołeczni miejscy aktywiści sporządzili schemat powiązań między politykami, urzędnikami i handlarzami roszczeniami. Jednak autorka nie ogranicza się do spraw jednego miasta. Opisuje zwroty kamienic w Krakowie i Poznaniu, oddawanie dworków na prowincji, rekompensaty za mienie zabużańskie oraz działania komisji kościelnych.

W „Reprywatyzując Polskę” omówione zostały wszystkie najważniejsze wątki w odpowiednich proporcjach. Książka zawiera wiele odpowiedzi, na pytania jakie zadają sobie zarówno osoby do tej pory unikające tematy, jak i przypatrujące się zjawisku od lat. Jestem pełen podziwu dla autorki za umiejętne uporządkowanie trudnego zagadnienia.

Jeśli spodziewacie się ciężkiej, mało śmiesznej lektury z dużą liczbą trudnych słów, to książka miło zaskakuje. Jest napisana względnie prostym językiem i z dużym dystansem. Beata Siemieniako nie tylko tłumaczy zawiłe pojęcia prawne, ale też pozwala sobie na żarty. Wywody są jasne, choć wymagają skupienia i odrobiny wysiłku dla zrozumienia liczb oraz treści paragrafów. Z drugiej strony książka nie jest arcydziełem literackim, bo nie za bardzo pozwala na to ani cel jej powstania, ani obrana forma traktatu. Autorka analizuje zjawiska generalnie i podpiera się przykładami, a nie zgłębia się w życiorysy poszczególnych osób. Trudno też natrafić na piękne zdania, gdyż na niemal każdej stronie wątek wymaga użycia precyzyjnej terminologii. Dla osób lubiących poznawać złożone tematy „Reprywatyzując Polskę” będzie znakomitą, pobudzającą podróżą po zakamarkach świata. Zaskoczenie, a nawet szok może wywołać fakt, że te ukryte wydarzenia dzieją się tuż obok nas i wpływają na nasze życie.

Książka nie zawiera żadnych ilustracji, ani rysunków. Niby nie powinno to mieć znaczenia dla wywodu myślowego, ale jednak niektóre trudne powiązania byłyby bardziej czytelne, gdyby przedstawić je na schematach lub w tabelach. Dowodzi tego… mapa reprywatyzacji.

Beata Siemieniako porwała się na trudne zadanie prostego wytłumaczenia reprywatyzacji i udało jej się to bardzo dobrze. Dla osób szukających raczej całościowego obrazu niż losów pojedynczych ludzi to znakomite kompendium. Moja ocena: 4,5/5.

Kolej podziemna

rbuciak

Kolej podziemna - okładka

Artykuł 4 Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka zabrania niewolnictwa. Mimo to warto przypominać okrucieństwo tej praktyki. Oryginalny obraz zniewolenia Afrykanów w Ameryce i ich ucieczek ku wolności przedstawił Colson Whitehead w książce „Kolej podziemna”.

Dzieło opowiada historię młodej czarnoskórej dziewczyny, która decyduje się na ucieczkę z plantacji bawełny w Georgii na północ Stanów Zjednoczonych. Najpierw poznajemy życie niewolników na farmie. Obraz ten zawiera wiele szczegółów – relacje społeczne, obowiązki pracy, wygląd ubrań, prostotę jedzenia aż po odgłosy drewnianych domów. Dalsze przygody pokazują trudy ucieczki, bestialstwo ścigających i system pomocy uciekinierom. To właśnie tajna sieć abolicjonistów wywożących ludzi do stanów, gdzie niewolnictwo nie obowiązywało, nazywała się „Koleją podziemną”. Książka pokazuje różnice w podejściu do walki o wolność nie tylko poszczególnych ludzi, ale także odmienne prawa występujące w konkretnych dawnych koloniach. I tak bohaterka przedziera się przez obie Karoliny, Tennessee i trafia na końcu do Indiany. Po drodze zmienia tożsamość, kryje się wiele miesięcy na strychu i jest wleczona w kajdanach przez łowcę niewolników. Zakres książki dobrze oddaje wątki, które interesują ludzi po 200 latach od wydarzeń. Nie jest ich ani za mało, ani za dużo. Mało znane tematy przedstawia w prosty i atrakcyjny sposób.

„Kolej podziemna” to przede wszystkim powieść historyczna, ale nie do końca. Podejrzewam, że przygody głównej bohaterki składają się z prawdziwych relacji wielu osób. Może nawet autor w znane ze źródeł tło wtłoczył jednostkową postać. Część fragmentów łatwo ocenić jako fikcję lub opis faktów historycznych, ale większość wymyka się temu wyzwaniu. Co więcej, sam przewóz ludzi pomiędzy poszczególnymi stanami barwnie oddaje tytułową metaforę jazdy metrem. Wkracza tu XIX-wieczna fikcja naukowa, co uważam za zabieg mało udany, bo jaskrawo kontrastujący z resztą książki. „Kolej podziemna” to zatem nietypowa mieszanka gatunków literackich, co utrudnia zrozumienie sensu przekazu.

Ogromną zaletą dzieła Colsona Whiteheada jest jego strona literacka. Opisy przestrzeni są niezwykle barwne i plastyczne. Zawierają liczne przydatne szczegóły kolorów, dźwięków, faktur czy zapachów. Książka przesycona jest wrażeniami zmysłowymi, co pozwala z łatwością wyobrazić sobie sceny wydarzeń. Równie wyraziście zostały oddane myśli i pragnienia głównej bohaterki – pęd ku wolności, pragnienie nauki czytania i pisania, miłość i nienawiść. Język „Kolei podziemnej” jest dość prosty. Zdania nie są specjalnie nadmiernie złożone, zaś słownictwo raczej proste niż wyszukane. To sprawia, że potencjalne grono czytelników może być dość szerokie i chyba o to autorowi chodziło.

Z pewnością warto sięgnąć po „kolej podziemną” ze względu na ważny temat pokazany w przystępny i zachwycający sposób. Szkoda tylko, że oddzielenie prawdy od fikcji jest całkowicie niemożliwe. Moja ocena: 4/5.

Fałszerze pieprzu

rbuciak

Fałszerze pieprzu - okładka

 

Większość z nas mało wie o swoich przodkach. Niektórzy rozgrzebują rodzinną przeszłość i najczęściej natrafiają na znakomite historie. Nie inaczej jest z Moniką Sznajderman. W książce „Fałszerze pieprzu” pokazała własnych polskich i żydowskich przodków od połowy XIX do połowy XX wieku.

To jest książka o ludziach. Osobach bliskich autorce z racji więzów krwi. Dzięki różnorodności przodków otrzymujemy obrazy żyjących obok siebie społeczności, które prawie nic o sobie nie wiedzą. Najpierw zamożna rodzina żydowskich asymilujących się lekarzy spod Warszawy. Z tekstu i zdjęć wyłania się obraz nowoczesnego mieszczaństwa. Potem biedni radomscy krawcy mocno osadzeni w sztetlu. Na koniec autentycznie bogate polskie ziemiaństwo – kapitaliści z koneksjami u każdej władzy od cara przez Piłsudzkiego, niemieckich okupantów, nacjonalistyczne polskie państwo podziemne aż po władze PRL. Ta rozmaitość to dobry obraz bogactwa społecznego i różnic ekonomicznych przedwojennej i wojennej Polski.

„Fałszerze pieprzu” to również książka o postawach ludzkich i pamięci. Szczególnie wobec zła, które dzieje się obok nas. Autorka rozlicza własnych polskich przodków z obojętności wobec wywózki żydowskich sąsiadów do obozów zagłady. Z drugiej strony zastanawia się, dlaczego jej dziadek poszedł wraz z synem na rampę śmierci. Lektura każe nam pamiętać, że totalne zło działo się tu, gdzie mieszkamy, że cały czas wybucha w różnych miejscach na świecie i kiełkuje także teraz w Polsce. Znamy mechanizmy powstawania zła, znamy jego konsekwencje, ale nadal nie potrafimy go powstrzymać. „Fałszerze pieprzu” są jak dzwonek, który przypomina o sprawach najważniejszych.

Można dyskutować czy Monika Sznajderman odpowiednio wyważyła tematy lub czy nie prześlizgnęła się zanadto po wstydliwych epizodach. Czas zacierający fakty, nadmiar dokumentów i osobiste przekonania spowodowały, że dokonała wyboru materiału. Na pewno wiele drzwi otworzyła, ale ich nie zamknęła. Książka pozostawia liczne niedopowiedzenia i to jest piękne, bo skłania do dodawania od siebie.

Język książki to interesująca mieszanina. Są w niej wspomnienia, opisy zdjęć, reportaż, esej, analiza dokumentów. Treść zawiera mnóstwo imion, nazwisk, dat, miejscowości, nazw potraw, a nawet imion psów i koni. Między nie są wplecione relacje z podróży, opisy z dawnego domowego życia oraz własne przemyślenia. Ta dowolność w sposobie przekazu powoduje, że trudno poczuć przesyt określonym sposobem patrzenia na historię. Jednocześnie zachowuje cały czas wysoki kunszt literacki. Trudno się „Fałszerzami pieprzu” znudzić w trakcie czytania.

Książka zawiera mnóstwo starych rodzinnych fotografii. To dobrze, bo łatwiej się czyta, gdy widzi się osoby opisane w tekście. Niestety nie wszystkie epizody dało się ująć w obrazy. Muszą więc wystarczyć zdjęcia, które się zachowały. Warto podkreślić, że w tym temacie autorka również napisała kilka ważnych zdań.

„Fałszerze pieprzu” bolą i to jest zdrowy ból pamięci. Polecam się z nim zmierzyć. Moja ocena: 4/5.

Upiór w bloku

rbuciak

Upiór w bloku - okładka

Miliony ludzi w Polsce wynajmuje mieszkania. Szukanie lokalu do wynajęcia bywa trudnym zadaniem. Przygody z właścicielami i agentami zebrała Marta Rysa w zbiorze „Upiór w bloku”.

Książka pokazuje wszelkie możliwe pułapki, na jakie może natrafić wynajmujący. Niektóre wyglądają na typowe przestrogi, inne należy zaliczyć do kuriozów. Osobne mieszkanie okazuje się pokojem w lokalu z babcią, ciche cztery kąty mieszczą się nad całodobowym monopolowym, „do odnowienia” oznacza zasrane przez gołębie, blisko do autobusu można przetłumaczyć na prawie kilometr itd. Pośrednicy robią wszystko, aby wcisnąć wybrakowany towar, a właściciele w słowotoku wyjawiają kompromitujące sekrety. Życie jednak potrafi zaskoczyć mieszkaniem na dziesiątym piętrze bez windy lub zamienionym w ogród botaniczny. „Upiór w bloku” to książka ku przestrodze i ku zabawie. Trudny temat zamienia na życiowy poradnik z przymrużeniem oka. W zalewie ciężkich pozycji o mieszkalnictwie taka odskocznia też jest potrzebna.

Warto przyjrzeć się stronie literackiej książki, bo autorka zastosowała kilka nietypowych zabiegów. Zapewne nie wszystkie historie są jej własnymi, ale Marta Rysa konsekwentnie napisała wszystkie opowiastki w pierwszej osobie. To odważny chwyt, który nie do końca się sprawdza, bo wprowadza monotonię wypowiedzi. Drugi środek literacki został użyty równie jednolicie. Wszystkie przygody mają formę anegdot. Krótkie teksty mają swoją zaletę, bo „Upiór w bloku” to idealny tytuł do czytania w codziennej podróży autobusem do pracy. Jednak próba wchłonięcia na raz większej dawki tekstu nie daje żadnej podniety. Czytając miałem ochotę na jakąś dłuższą opowieść, złożoną przygodę np. małżeństwa z małym dzieckiem lub pary gejów z menażerią. Niestety ciągle przewija się samotna młoda kobieta bez obciążeń. Do tego ma dość precyzyjne oczekiwania, więc buszuje w dziwnych ofertach. Ta monotonia stylu i głównej bohaterki przeszkadza, bo jest zbyt osobista, monotematyczna i niestety sprawia wrażenie wycinkowej.

Język książki zatrzymał się na ulicy i nie wszedł wraz z autorką na salony. Mowa potoczna obficie występuje w cytowanych, zasłyszanych słowach. Poprawność gramatyczna i kultura słowna traktowane są dużym dystansem. Zdrobnienia są powszechne. Narracja autorki niewiele się od różni od dialogów. Autorka stara się zachować luźny styl i poczucie humoru. Nie wszystkim jednak przypadnie do gustu żartowanie z ludzkich słabości fizjonomii, wyposażenia mieszkań czy naciągania w ofertach wynajmu. Czytanie „Upiora w bloku” do uczt literackich nie należy.

Książka Marty Rysy wpisuje się w nurt lekkich poradników o życiu. Z pewnością zawiera wiele prawdy o najemcach i agentach nieruchomości, ale też wykrzywia ich obraz poprzez pokazywanie sytuacji niestandardowych. „Upiór w bloku” można czytać w drodze do pracy, ale na szersze zainteresowanie nie zasługuje. Moja ocena: 3/5.

Najlepszy kraj na świecie

rbuciak

Najlepszy kraj na świecie - okładka

Kraje skandynawskie potrafią promować się poprzez literaturę. Ostatnio popularne stały się poradniki pokazujące jak cudownie żyje się na północy Europy. Jeśli spodziewacie się, że „Najlepszy kraj na świecie”, książka Niny Witoszek o Norwegii idzie w tym duchu, to błądzicie. Zapraszam na rekonesans po głębokiej intelektualnej impresji o państwie i ludziach.

Zima, fiordy, przytulność i kryminały pojawiają się w książce wyłącznie jako tło i produkty marketingowe. Tak samo jak ropa naftowa i broń, które Norwegia też eksportuje. Z wszystkich wyrobów na sprzedaż autorka najwięcej miejsca poświęca rozwiązywaniu konfliktów i procesom pokojowym. Zwyczaj uzgadniania spraw przy stole to niewątpliwy element miejscowej kultury. Jej podstawom i współczesnym dylematom poświęcona jest książka. Temat jest interesujący, ale bez wątpienia intelektualnie bardzo wymagający.

Z całej historii kraju Nina Witoszek przedstawia najważniejsze jest zdaniem okresy. Są to XIX wiek, druga połowa XX wieku i czasy obecne. Okres szwedzkiego panowania był dla Norwegów czasem rozkwitu i intelektualnej dyskusji o cechach narodowych. Autorka przedstawia ówczesny dylemat między zachowaniem lokalności a wsiąknięciem w spory całego kontynentu. O ile myśli są przedstawione klarownie, to polskiego czytelnika przytłoczyć może liczba wspominanych mało znanych nazwisk. Nieco inaczej przedstawiona jest dyskusja po II wojnie światowej. Tu również przewijają się same nieznane nazwiska. Ponadto opisana dysputa odbywała się wyłącznie na salonach akademickich. Autorka skąpo prezentuje postulaty zaangażowanych w nią osób. Pokazuje głównie własną krytykę komunistycznych pomysłów. Nie jest to obraz obiektywny.

Przedstawiony współczesny spór uważam za niezwykle istotny zarówno dla Norwegii, jak też całego zachodniego świata. Ten ciągle żywy dylemat dotyczy wyznaczenia nowych reguł granicy wolności wypowiedzi. Mieszają się w nim wątki otwartości na inne kultury i dostępu do nowych środków przekazu. Choć ta dyskusja nie ma zakończenia, to samo postawienie tematu i pokazanie prób rozwiązań znaczą bardzo wiele dla całego świata. Dla samej tej polemiki warto przeczytać „Najlepszy kraj na świecie”.

Język książki wywołał we mnie sporo sprzecznych wrażeń. Z jednej strony Nina Witoszek sprawnie posługuje się cytatami norweskich, polskich i europejskich pisarzy i myślicieli. Z drugiej pojawiają się lapsusy takie jak „chór z Titanica” zamiast „orkiestra z Titanica”. Nie wiem, czy to niedociągnięcie autorki, czy jednak tłumacza. Mam poczucie, że przekład wykonany został bardzo topornie, zbyt dosłownie, za mało kreatywnie. Przez szorstki styl książkę czyta się ciężko. Jedyny lżejsze fragmenty to anegdoty i gdyby z nich zbudowana była cała książka, a nie tylko wstępy rozdziałów, to byłaby znacznie ciekawsza.

„Najlepszy kraj na świecie” nie zawiera ani zdjęć, ani mapy kraju. Brakuje zwłaszcza portretów stale przywoływanych myślicieli.

Dostrzegam trochę pozytywnych stron książki. Poszerza wiedzę o kulturze Norwegii i wtłacza we współczesny globalny dylemat. Jednak obudowa tych zagadnień pozostawia spory niedosyt. Z przykrością polecam „Najlepszy kraj na świecie” jedynie mocno zainteresowanym, a pozostali niech się nie męczą. Moja ocena: 3/5.

Celibat

rbuciak

Celibat - okładka

Na świecie jest wiele pokus. Umiejętność powstrzymania się świadczy o sile charakteru człowieka. Kościół katolicki w XII wieku doszedł do wniosku, że jego przedstawiciele mają zachowywać wstrzemięźliwość seksualną. Tak powstał tytułowy „Celibat”. Książkę o jego dzisiejszym stosowaniu w Polsce napisał Marcin Wójcik.

„Celibat” zaczyna się od reportażu o księżej wdowie. Możemy się domyślać, że to on zapoczątkował potrzebę zgłębienia tematu. Potem jest esej historyczny i po tych dwóch wstępach dzieło zawiera serię reportaży pokazujących kolejne fazy bycia księdzem. Zaczyna się od zabaw pod prysznicem w wyższych seminariach duchownych. Następnie przedstawia kuszenie kleryków, którzy nie wytrzymują bez kobiet. Dalej czytamy o homo- i heteroseksualnych wyczynach wikarych. Potem o orgiach na plebaniach. W końcu podejrzanym o pedofilię, który został zesłany do domu księży-emerytów. Książkę zamyka opowieść żony prawosławnego księdza, która od niego odeszła z powodu przemocy.

Na pierwszy rzut oka temat wygląda na sensacyjny, ale w miarę czytania odkrywamy, że autor porządnie przygotował i zrealizować pomysł. Pokazuje celibat z różnych stron – od pytania samych księży, co ten termin dla nich znaczy do dylematu, czy gorsza nie jest chciwość. Wnika w zjawiska wyrzucania ludzi ze struktur kapłańskich i ukrywania gorszących przewinień. Autor zastrzega też, że to nie jest obraz całego kościoła katolickiego, ale pewien wycinek. Chciałbym, aby wydawanych było więcej tak dobrze przemyślanych książek jak „Celibat”.

Rozdziały napisane są różnymi stylami i gatunkami literackimi. Zawiera zarówno typowe reportaże gazetowe, esej, dialogi spisane niemal żywcem z taśmy, jak i typowe wywiady. W jednych miejscach tekst jest wyraźnie uporządkowany przez redaktora, w innych niemal nie widać interwencji w treść. Ta różnorodność odbija się w słownictwie. Są rozdziały, gdzie potoczne słownictwo nie występuje, zaś inne zawierają go sporo. W efekcie raz możemy czuć się potraktowani jak czytelnicy poważnego dzieła literackiego, ale na kolejnych stronach przysłuchujemy się rozmowie w barze. Jeden element występuje stale – specjalistyczne pojęcia, które mimo wszystko nie czynią całego tekstu na wyraz trudnym.

Rozumiem potrzebę Marcina Wójcika pokazania swoich zdolności stosowania różnych form literackich. Jednak zebrane razem między dwoma okładkami to zbytek. Autor ma szanse napisać jeszcze wiele książek w różnych stylach i tego mu życzę.

„Celibat” nie zawiera zdjęć, ani mapy. W sumie ani jedno, ani drugie nie jest konieczne. Zmagania duszy z ciałem nie wymagają moim zdaniem obrazów.

Marcin Wójcik napisał bardzo potrzebną książkę. W Polsce kościół katolicki ma znaczącą rolę i oddziałuje na politykę. „Celibat” ukazuje niewygodne dla hierarchów oblicze instytucji. Temat został bardzo dobrze opracowany, więc warto książkę przeczytać. Moja ocena: 4/5.

Hajstry

rbuciak

Hajstry - okładka

Poznawanie całego świata kusi bogactwem, ale skazane jest na powierzchowność. Na Ziemi każdy ma swoje szczególne miejsce zwane domem. Nieliczni czują potrzebę głębokiego poznania jego otoczenia, krajobrazu, w którym przebywają na co dzień. Takie pragnienie siedzi w duszy Adama Robińskiego, czego efektem są „Hajstry”.

Od tytułu oznaczającego bociany czarne więcej mówi podtytuł „Krajobrazy bocznych dróg”. Autor postawił sobie za cel opowiedzieć o pięknie przyrody polskiej z miejsc, gdzie turystów jest mało albo wcale. Wybrał miejsca znane z lekcji geografii jak Wisła, Góry Izerskie, Pustynia Błędowska i Puszcza Kampinoska oraz wiadome tylko krajoznawcom jak Pulwy, Łuk Mużakowski, Góry Turnickie i Kanał Mościckiego. Wybór oryginalny, ale bez przesady. Większość z nich to przetarte pisarsko szlaki. Tymczasem nadal pozostają tysiące pięknych miejsc w Polsce do literackiego opisania.

Dużo ważniejszy w książce jest dobór tematów, które Adam Robiński opisuje. Zagłębia się zarówno w kształty martwej natury, jak i żywej przyrody. Przygląda się pejzażowi torfowej równiny, piaszczystych pagórków i rzecznych dolin oraz kamienistych gór. Rozpoznaje drzewa, ptaki i owady. Pozwolił sobie nawet na współczesny eksperyment i odtwarza obraz ulicy utrwalonej w kadrach Google street view. Pomysł i wykonanie godne podziwu. Nigdzie nie wędruje sam. Każde miejsce staje się wstępem do opowieści o ludziach, którzy dane miejsce poznali wcześniej i lepiej. Autor oddaje cześć mało pamiętanym naukowcom, podróżnikom, krajoznawcom i lokalnym działaczom społecznym. Poznajemy ich historię i często bogate dzieła życia. Połowa książki jest o ludziach z pasją poznawania otaczającego świata i to jej ogromna zaleta.

Każdy rozdział to jakby inny świat. Inny krajobraz i inni ludzie, choć to cały czas Polska z niewielkimi przyległościami. W każdym rozdziale przeplatają się wątki krajobrazowy, ludzki, historyczny i przyrodniczy. To związanie różnych losów z jednym miejscem, lub odwrotnie jednego losu z różnymi miejscami, wytwarza wrażenie wzajemnego przenikania się wszystkich sfer. Czasami te nawiązania są wyraźnie widoczne. Inne stanowią efekt wyobrażeń autora i potrafią zaskoczyć. Bez względu na źródło połączeń wątków, takie holistyczne podejście do opisu świata podoba mi się, bo odwołuje się do tradycji geografii.

„Hajstry” zawierają sporo pięknie zbudowanych zdań. Składają się one najczęściej ze zwyczajnych słów, ale samo ich zestawienie obok siebie przełamuje schematy myślowe. Znaczącą rolę odgrywają w nich kolory – cienie w różnych porach roku, miraże na pustyni, odcienie zieleni drzew i łąk, barwy wody zawierającej domieszki kwaśnych substancji. Brawo. Szkoda tylko, że Adamowi Robińskiemu zabrakło konsekwencji lub talentu i cała książka nie jest napisana podniosłym poetyckim językiem. W pewnym momencie odczułem nudę i monotonię po przeczytaniu kolejnego zwykłego opisu.

W książce nie ma fotografii. Zdjęcia wydają się w niej nie tylko zbędne, ale wręcz szkodliwe dla poznawania świata poprzez pobudzony do działania sam mózg. Z drugiej strony bardzo brakowało mi map. Potrafię nawet skonkretyzować swoją potrzebę, aby były proste i naiwne jak w dziełach fantastyki, bo takie mapy najbardziej pobudzają wyobraźnię.

Adam Robiński rozbudził oczekiwania grona miłośników polskiego krajobrazu. Zapewne wielu z nich poczuje po lekturze satysfakcje. Znajdzie się też sporo osób, które dzięki „Hajstrom” wybiorą się w małą podróż po bliskie odkrycia. Choć wiele w książce piękna i miejsca dla wyobraźni, to jednak wybitnym dziełem literackim nie jest. Moja ocena: 4/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci