Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Księga zachwytów

rbuciak

Księga zachwytów - okładkaZachwyt to pozytywna emocja podparta intelektualnym wywodem. Filip Springer jeżdżąc po Polsce myślał nad budynkami, które wywoływały w nim odczucia, niekoniecznie przyjemne. Ich zbiór złożył się na „Księgę zachwytów”. Czy nią też można się zachwycić?

Geneza dzieła jest prozaiczna i typowa dla obecnych czasów. Książka składa się z felietonów publikowanych co tydzień w Gazecie Wyborczej. Można się zastanawiać, jaki sens ma odcinanie kuponów i sprzedawanie w twardej okładce zestawu miniatur pochodzących z gazety. Z jednej strony łatwo postawić przyziemny zarzut o chęć zysku i kreowanie gwiazdy. Z drugiej strony „Księgę zachwytów” dobrze mieć pod ręką, jeśli chce się pokazać jakiś ważny nurt w powojennej czy współczesnej architekturze.

Autor opisał 100 miejsc, czyli całość powstała w dwa lata systematycznego pisania. Zostały one poukładane według klucza geograficznego. Każdy rozdział to jedno lub dwa województwa. Zaczyna się w Szczecinie i kończy w Przemyślu. To swego rodzaju przewodnik po modernistycznej i najnowszej architekturze kraju. Można się z niej dowiedzieć sporo interesujących wiadomości – od nazwisk architektów do reguł estetyki. Oczywiście wybór budynków zawiera silny pierwiastek autorski. Warto zwrócić uwagę na różnorodność obiektów. Książka zawiera opisy budynków mieszkalnych, użyteczności publicznej, biurowców, domów handlowych i węzłów komunikacyjnych. Nie ma tylko działających fabryk, ale te zniknęły z polskiego krajobrazu miast. Przegląd jest na tyle szeroki, że daje zgrubny obraz całości nowej tkanki architektonicznej.

Książkę z trudem czyta się od początku do końca. Pisarz z ogromną zdolnością do snucia opowieści przycięty przez ramy gazety wydaje się zamknięty w złotej klatce stałego zarobku. „Księdze zachwytów” jako całości brakuje lekkości. Felietony same w sobie są zamkniętymi całościami i postawione w szeregu nie tworzą symfonii. Nie były pisane z myślą o zbiorze. Przez to znacznie różnią się między sobą uwypukleniami w treści. Filip Springer raz więcej miejsca poświęca sylwetce architekta, innym razem formie, czasami historii miejsca albo relacji z otoczeniem i w końcu ideom sztuki projektowania budynków. Powstał więc koktajl bez myśli przewodniej.

Obok treści felietony zawierają też zdjęcia autora. Niestety w każdym przypadku jedno lub dwa. Filip Springer jest znakomitym fotografem, bo wybiera znakomite ujęcia i doskonale operuje światłem. Z tych powodów często chce się zobaczyć więcej jego ujęć. Niestety ich brakuje. Dlatego mam poczucie, że „Księga zachwytów” jest mocno wybrakowana. Gdyby była droższa, bardziej albumowa, to miałaby jeszcze większą siłę przekazu.

Jeśli miałbym komuś polecić książkę, to chyba najbardziej niespecjalistom, którzy interesują się architekturą w Polsce i chcą zabłysnąć wiedzą w kręgach towarzyskich oraz licealistom do nauki. Moja ocena: 3/5.

Ojcowie szóstego levelu

rbuciak

Ojcowie szóstego levelu - okładka

Utrwalony przez kulturę podział ról sprawiał, że wychowaniem dzieci zajmowały się kobiety. Rozwój techniki w XX wieku zmienił ten zwyczaj. Współczesnym mężczyznom, którzy zajęli się opieką nad własnym potomstwem, przyjrzała się Magdalena Szwarc. Jej książka „Ojcowie szóstego levelu” opisuje to nadal rzadkie zjawisko.

Zacznę od tytułu. Dawno gorszego nie widziałem. Analogia pomiędzy wychowywaniem dziecka a grą komputerową ma słabe podstawy. Wyobraźnia autorki zapędziła się w obszar wywołujący drwiny. Z kilku osób, którym pokazałem książkę, wszystkie zareagowały podobnym zdziwieniem pomieszanym z ironicznym śmiechem.

Ostatnia strona okładki zapowiada, że bohaterami książki są mężczyźni różniący się między sobą cechami demograficznymi, społecznymi i ekonomicznymi. Ten opis po lekturze odbieram jako mocno naciągany. Książka opisuje niemal wyłącznie mężczyzn daleko po trzydziestce, z klasy średniej wyższej, z wykształceniem wyższym z zakresu pedagogiki, socjologii lub psychologii. Do dominującego schematu należy dopisać, że partnerki realizują się zawodowo. Ponadto wszyscy bez wyjątku bohaterowie mieszkają w Warszawie. W efekcie „Ojcowie szóstego levelu” to książka nudna, zwłaszcza przez pierwszą połowę tekstu. Czytanie po kilka razy niemal tych samych problemów pierwszego świata zwyczajnie męczy.

Mam poczucie, że temat ojców opiekujących się dziećmi został opisany mocno zawężająco i powierzchownie. W trakcie czytania pojawia się wiele pytań, na które nie ma odpowiedzi. Miałem ochotę przeczytać o ojcach mniej idealnych, z wykształceniem technicznym, przed trzydziestką, z małych miast albo wsi, gdzie mogą się spotkać z zupełnie innymi reakcjami otoczenia na decyzję o złamaniu zwyczaju.

Książka ma formę wywiadów z ojcami i matkami. Obok nich znajdują się wywiady z trojgiem specjalistów od wychowania dzieci. Magdalena Szwarc wycisnęła ze spotkań wszystko, co było możliwe. Bohaterowie jej zaufali i pokazują obok praktycznych porad także błędy, które popełnili. Autorka konsekwentnie realizowała swój plan rozmów i starała się od każdej pary otrzymać odpowiedzi na te same tematy. Niekiedy to wchodzenie w czyjeś życie rodzinne wydało mi się przesadne. Miejscem na roztrząsanie prywatnych różnic między mężem i żoną jest u terapeuty rodzinnego, a nie w książce.

„Ojcowie szóstego levelu” to poradnik pokazujący, że mężczyźni jeśli tylko chcą, to radzą sobie z wychowaniem dwuletniego dziecka. Ojcowie potrafią dziecko ubrać, nakarmić, wyprowadzić na spacer, a przy okazji zrobić pranie, zakupy i zorganizować dla dziecka rozwijające zabawy. Mając za sobą doświadczenie opieki nad swoją córką zastanawiam się, komu potrzebny jest taki poradnik. Kilka nauk dla siebie wyciągnąłem, ale zmieściłyby się one w pojedynczym wywiadzie. Cała książka to dla mnie za dużo jak na tak wąsko zakreślony temat. Doszedłem do wniosku, że poradnik może być przydatny kobietom, które wątpią w możliwości rodzicielskie swoich partnerów. To z kolei bardzo ograniczona grupa docelowa czytelniczek.

Temat zaangażowanego ojcostwa jest bardzo ważny dla rozwiniętych technologicznie krajów. Choć książka Magdaleny Szwarc wnika w problematykę, to ujmuje ją zbyt wąsko, przez co treść jest powtarzalna i nudna. Dlatego polecam książkę „Ojcowie szóstego levelu” jedynie parom mierzącym się dylematem pozostawienia dziecka opiece taty. Moja ocena: 3/5.

Dzieci Norwegii

rbuciak

Dzieci Norwegii - okładkaZderzenie z obcą kulturą bywa bolesne. U imigrantów w Norwegii największy strach wywołuje urząd ochrony dzieci. Maciej Czarnecki postanowił dogłębnie zbadać źródło trwogi. Efektem pracy jest pełna faktów książka „Dzieci Norwegii”.

Gdy w 2014 roku autor napisał reportaż o rodzinie, której bezpodstawnie odebrano dzieci, to napłynęło do niego bardzo dużo listów. Temat wydał się dziennikarzowi na tyle interesujący, że uznał za ważne pokazać go od każdej strony. Oprócz rodzinnych dramatów w książce nie zabrakło miejsca na głos urzędników organizujących system zza biurek i szeregowych pracowników kontaktujących się z rodzinami. Poza dwoma stronami konfliktu wiele miejsca zajmują wypowiedzi specjalistów, m. in. socjologów, prawników, wykładowców pedagogiki. Poza głosami ludzi tekst zawiera liczne twarde dane statystyczne, które pozwalają spojrzeć na problem w porównaniu do innych krajów i obalić kilka mitów panoszących się na imigranckich forach internetowych. Pojawiają się także konteksty historyczny i kulturowy, a także w kilku punktach najważniejsze wnioski z przeprowadzonej analizy. Macieja Czarneckiego należy pochwalić zarówno za wybór tematu, jak i jego ujęcie od wszystkich ważniejszych stron.

„Dzieci Norwegii” z całą pewnością są reportażem. Warto zwrócić uwagę na konstrukcję książki. Generalnie na zmianę następują po sobie rozdziały zawierające historie pojedynczych rodzin i spokojne refleksje oparte na danych i wywiadach. Takie ułożenie treści bardzo mi się podoba. Ma się wrażenie ciągłego obracania medalu w rękach, co powoduje, że nie da się zapomnieć o żadnej ze stron. Nie da się zatracić w emocjach konkretnych przypadków, ani zagrzebać w dywagacjach o przepisach prawa. Ciągłe szukanie środka jest kolejnym dużym plusem książki.

Pisanie w sposób interesujący zarówno o pełnych emocji ludzkich tragediach, jak i oficjalnych wypowiedziach urzędników oraz historii tematu to duża sztuka. Maciej Czarnecki używa do każdej z form nieco innego stylu. W opowieściach ludzi jest sporo dynamiki, wydarzeń, wypowiedzi i zachowań wskazujących na emocje. Pozostałe rozdziały skupiają się na zadawaniu pytań i podawaniu odpowiedzi. Czytając miałem wrażenie stałego szukania źródła konfliktu między ludźmi i instytucją. Niezależnie od stylu wszystkie rozdziały czytałem z ciekawością. Nachodziły mnie także myśli o własnych umiejętnościach wychowawczych. Co więcej, piszę te słowa w Oslo i „Dzieci Norwegii” okazały się przydatną lekturą nawet na zwykły spacer po mieście i rozmowę o kraju. To kolejne powody do pochwał dla autora.

Tylko dwa elementy mi się nie podobały. Po pierwsze, jest dużo bohaterów. Trudno ich wszystkich zapamiętać. Po drugie, autor pomylił eugenikę z higieną rasową. W obliczu prawidłowego posługiwania się danymi statystycznymi może to błahostka, ale jednak konieczna do odnotowania, bo warto prostować pojęcia mylone w dyskusji publicznej.

Książka nie zawiera ani zdjęć, ani mapy. Dobrze, że nie ma zdjęć, bo wprowadziłyby niepotrzebne emocje. Trochę szkoda, że nie ma mapy Norwegii, bo przydałoby się do wyobrażenia odległości w trakcie czytania opisu ucieczki.

Maciej Czarnecki napisał książkę na ważny i aktualny temat. Efekt jego pracy jest znakomity. Chciałbym mieć pod ręką więcej takich lektur. Książka pozwala merytorycznie wypowiedzieć się o systemie opieki nad dziećmi w Norwegii, dlatego polecam przeczytać ją wszystkim. Moja ocena: 4,5/5.

Hen

rbuciak

Hen - okładkaInaczej wygląda świat widziany z wielkich miast, a inaczej z głuchej prowincji. W niemal każdym kraju występują oba te typy obszarów i spojrzeń. Ilona Wiśniewska postanowiła pokazać świat z najgłębszych zakamarków Norwegii, które leżą „Hen” za kołem podbiegunowym.

Książka składa się z trzech części. Pierwsza i trzecia niewiele się od siebie różnią. Obie opowiadają o wioskach rybackich, które czasy świetności minęły. Zawierają więc westchnienia starych ludzi za starymi ciężkimi czasami. Wtedy było dużo pracy i tragedia II wojny światowej, ale ludzie trzymali się razem. Teraz pracy nie ma i dzieci wyjeżdżają na stałe na południe. Tekst przenika melancholia i pogodzenie z losem spływającym z globalnych ośrodków decyzyjnych. Mam poczucie, że podobne wspomnienia mogłaby autorka usłyszeć w dowolnej prowincjonalnej części świata. Dlatego przekaz nosi znamiona uniwersalności. To jest moja propozycja odczytywania książki.

Środkowa część „Hen” wyraźnie oddziela się od pozostałych. Ilona Wiśniewska opowiada w niej o społeczności Saamów, zwanych niepoprawnie Lapończykami. Powstała fascynująca historia o mało znanej społeczności z trudną przeszłością, heroiczną walką o swoje prawa i barwną kulturą. Odczytuję ją jako pamflet ku czci małych ojczyzn, lokalnych aktywistów i ubogacającej odrębności. Ogromnie się cieszę, że autorka wydobyła głos z Saamów i wysłowiła go po polsku z lekko naiwnym pozytywistycznym humanizmem. Każda wiedza o innych i ich postrzeganiu świata jest cenna.

O ile moje wrażenia odnośnie tematyki są pozytywne, to styl książki mnie nie zachwycił. Miałem spore trudności ze zrozumieniem, o czym autorka chce opowiedzieć. Brak wstępów i puent oraz powolność akcji nie zachęcają do czytania. Tekst się dłużył i często ze znudzenia przewracałem strony, aby zobaczyć, ile jeszcze do końca. Próby wpraszania się do domu introwertycznych emerytów, którzy poza wspomnieniami o pracy w przetwórni rybnej mają niewiele ciekawostek w zanadrzu, odebrałem jako zapełnianie stron czymkolwiek. Z drugiej strony rozbudzały mnie rozmowy z twórcami kultury.

Ilona Wiśniewska napisała książkę głównie w pierwszej osobie. Najszerzej przedstawiła własne spotkania z różnymi osobami. Dość sprawnie opisała też wioski i znajdujące się w nich budynki. Spróbowała też oddać w słowach krajobrazy i pogodę, ale nie wyszło to najlepiej. W książce jest sporo podróżniczej autentyczności. Jednocześnie niektóre fragmenty to napisane w trzeciej osobie wspomnienia, które burzą narrację.

Mocną stroną książki są liczne, bardzo dobre zdjęcia, które doskonale uzupełniają treść. Pokazują melancholię, kultura materialną Saamów, współczesną walkę z zapomnieniem i ekstremalną pogodę. Warto też zwrócić uwagę na wzorowo wykonaną mapę, która znajduje się pod okładkami. Wszystkie miejscowości wspomniane w tekście są na niej zaznaczone.

Hen” to książka nierówna. Zawiera interesujące fragmenty i ważne przesłanie, ale też nudne długie opowieści. Odnoszę wrażenie, że nie w pełni została przemyślana. Polecam na uspokojenie nerwów i zainteresowanym Skandynawią. Moja ocena: 3,5/5.

 

Lustro o północy

rbuciak

Lustro o północy - okładkaPisarz ma szczęście, gdy trafi na temat, który naświetla nowe zjawisko. Pisarz ma pecha, gdy opisuje koniec systemu, do którego nikt nie chce wracać. Pecha miał Adam Hochschild, który pisząc pod koniec lat 80-tych XX wieku „Lustro o północy” nie wiedział, że za chwilę apartheid się skończy.

Amerykanin miał bardzo dobry pomysł na książkę. Postanowił opisać Wielki Trek, czyli wyjazd Burów w latach 30-tych XIX wieku spod angielskich rządów w Kolonii Przylądkowej w głąb kontynentu, oraz obchody 150 rocznicy tego wydarzenia. Ponadto zagłębia się w społeczną, gospodarczą i polityczną sytuację czarnoskórej większości pod rasistowską okupacją. Doniosłość tego tematu wynika ze wzmożenia strajków, protestów i bojkotów, jakie wstrząsały Południową Afryką przez kilka ostatnich lat przed napisaniem „Lustra o północy”.

W realizacji pomysłu Adam Hochschild również wykazał duże umiejętności. Dogłębnie prześledził źródła historyczne sprzed półtora wieku i krytycznie je zacytował. Współczesne sobie uroczystości opisuje podwójnie, bo w konkurencji do oficjalnego rządowego wozu jadącego z Kapsztadu do Pretorii, odbywa się osobna podróż zwolenników skrajnego rasizmu. Opisuje i komentuje sytuację w kraju ogromnie podzielonym społecznie, choć z władzą nadal trzymającą się oficjalnego kursu. Mimo to rozmawia ze wszystkimi – od przywódcy skrajnej prawicy do aktywistów dążących do równouprawnienia wszystkich mieszkańców kraju. W tym ostatnim celu specjalnie jedzie na konferencje i spotkania organizacji działających na krawędzi legalności, a nawet na miejsce spalonej dobrze prosperującej wsi zamieszkanej przez czarnoskórych.

Interesująca jest konstrukcja książki. Wszystkie trzy wątki są ze sobą wymieszane i prowadzą do kulminacyjnego momentu, czyli dnia obchodów rocznicy bitwy nad Krwawą Rzeką. Zapewne w zamierzeniu autora kolejność wydarzeń miała zakończyć się czymś niezwykłym, ale nic takiego nie następuje. Najbardziej bolesne obrazy rasizmu znajdują się w pierwszej połowie książki. Dlatego atrakcyjne, choć ryzykowne zamierzenie skończyło się nie do końca efektywnym wynikiem.

„Lustro o północy” to nie w pełni reportaż. Dominują opisy wydarzeń i miejsc oraz wywiady ze znaczącymi ludźmi, ale autor pozwala sobie także na oceny. To sprawia, że książka zamienia się częściowo w esej. Adam Hochschild sprawnie porusza się w obu gatunkach literackich. Jego dokładne opisy wyglądu osób, strojów ludowych czy zabudowy sprawiają, że brak zdjęć trudno uznać za wadę. Próby budowania przez pisarza analogii z Ameryką czy Europą Środkową budowały poczucie zrozumienia. Jednak trudna tematyka, liczne krótkie przygody oraz nieaktualna sytuacja sprawiają, że nie poczułem się porwany przez autora w wir wydarzeń.

Historia lubi się powtarzać i dlatego nawet czytanie o Afryce Południowej końca lat 80-tych XX wieku ma sens. „Lustro o północy” warto traktować jako książkę, która pozwala zrozumieć miejsce, z którego ten kraj wystartował ćwierć wieku temu. Moja ocena: 4/5.

Polska odwraca oczy

rbuciak

Polska odwraca oczy - okładkaCzujecie się w Polsce bezpieczni? Wierzycie w sprawiedliwe sądy? Macie nadzieję, że ludzie po wyjściu z więzienia przestaną łamać prawo? Z tych uspokajających przekonań wytrąca Justyna Kopińska swoją książką „Polska odwraca oczy”.

Na zbiór składa się 16 reportaży, które wcześniej ukazały się w dodatkach do Gazety Wyborczej. Geneza książki przekłada się na wiele jej cech. Lapidarny styl, brak jednego tematu ciągnącego się od początku do końca i obfitość bohaterów. Mimo to udało się autorce zachować wyraźne ramy tematyczne. Justyna Kopińska to dziennikarka śledcza. Rozgryza trudne sprawy policyjne, sądowe, penitencjarne i szkolno-wychowawcze. Pisze o mordercach, gwałcicielach, skorumpowanych politykach. Nawet w pozytywnym reportażu o niedosłyszącym pianiście pojawiają się zarzuty wobec szkół i lekarzy, którzy zamiast pomóc rozwijać talent dziecka, to szufladkowali go jako chorego lub ułomnego.

Tematyka wszystkich tekstów mocno oddziałuje na psychikę. Trudno przeczytać książkę na raz. Po każdym reportażu brałem głęboki oddech, a następnie robiłem przerwę, aby przemyśleć przeczytane słowa i zebrać rozpraszające się emocje. Autorka ukazuje nie tylko skrajne przypadki ludzi z zaburzeniami, ale też całe obszary, w których państwo zawodzi. „Polska odwraca oczy” skłania do myślenia, jak te błędy systemu zreperować. Ta zachęta do myślenia nad naprawianiem „państwa z tektury” to ogromna zaleta książki.

Bardzo ważną cechą reportaży Justyny Kopińskiej jest logiczne ułożenie tekstów. Dziennikarka przedstawia opowieści zbudowane niezwykle zrozumiale. Każda decyzja człowieka posiada swoje wyjaśnienie. Jeśli któraś wydaje się nietypowa, to zatrzymuje się na niej i przedstawia szerszy obraz motywacji, które kierowały postępowaniem. Pojedyncze wejrzenia łączą się z następnymi, aż w końcu ma się poczucie obejrzenia całości złożonej z drobnych elementów niczym obraz namalowany z wieloma detalami. Teksty zbudowane są znakomicie, co zachęca do dyskutowania o tematach zawartych w reportażach.

Autorka podchodzi do każdego człowieka z ogromną empatią. Każdego pragnie wysłuchać, każdemu da przedstawić swoją wersję wydarzeń, ale także każdemu zadaje trudne pytania. Każdy żywy ma szansę przyznać się do błędów lub przed mini uciec. Co ważne, Justyna Kopińska nie ma dla nikogo specjalnych względów. Taką samą uwagę poświęca mordercy, jak i ludziom na dyrektorskich stanowiskach. Reportaże zrównują w człowieczeństwie każdego. Tylko od słów i czynów opisanych osób zależy, czy sprawią na nas wrażenie ofiar bądź zbrodniarzy. Ten głęboki humanizm przenikający książkę jest kolejną zaleta, za którą warto docenić pisarkę.

Czy widzę jakąkolwiek wadę książki? Trudno odnieść wrażenie, że te reportaże są wielkimi dziełami artystycznymi. Justyna Kopińska należy do pisarskich rzemieślników. Suche, dokładne, logiczne teksty mogą niektórym czytelnikom wydać się nudne pomimo burzących krew tematów.

Myślę, że każdy, komu dobro Polski leży na sercu powinien ten zbiór dokładnie przeczytać. „Polska odwraca oczy” zawiera wyłożony na tacy zestaw mechanizmów państwa wymagających naprawy. Moja ocena: 4,5/5.

Wyprawa w głąb interioru

rbuciak

Wyprawa w głąb interioru - okładkaCzasami człowiek ma ochotę przenieść się w zupełnie inne czasy i w zupełnie inne miejsce. Jeśli ten czas to połowa XX wieku, a miejsce to środek Afryki, to wystarczy wziąć książkę „Wyprawa w głąb interioru” Laurensa van der Posta.

Historia podróży jest dość prosta. Rząd w Londynie wysłał podróżnika do Malawi, aby obszedł masywy górskie Mlandżi i Nyika, o których było niewiele pewnych informacji. Taka oferta brzmi jak niezwykła przygoda, ale książka o wędrówce po górach zaczyna się w 1/3 tekstu. Na początku autor prezentuje dwa rozdziały biograficzne, a potem szczegółowo opisuje swoją podróż samolotem z Heathrow do Blantyre. Pomieszanie opisów Wojen Burskich, widoków z okien hałaśliwej maszyny i wspinaczek na strome szczyty w bezludnych okolicach, sprawia wrażenie taniego pamiętnikarstwa bez wyraźnego celu.

Zapiski z podróży między kontynentami mają znaczenie jako dokument źródłowy swoich czasów. Gdy współcześnie trudno o przyzwoity posiłek podczas lotu, to ogromnie dziwi wystawność potraw podawanych w 1949 roku. Równie zaskakujące są bliskie relacje między pasażerami, które powstały podczas wspólnej jednodniowej podróży. Niezwykłe są także opisy miast w Afryce, bo w ciągu kilku dekad ten obraz zmienił się niemal całkowicie. Plastyczne przedstawianie otoczenia było wówczas dużo lepiej rozwiniętą sztuką. Warto docenić zdolności pisarza i zanurzyć się w scenografię.

Wyprawa z góry uderza z zupełnie innego powodu. Dzisiaj nikt nie wynajmuje kilkudziesięciu ludzi do noszenia setek kilogramów często zbędnego ekwipunku. Współczesnego czytelnika może porazić kultura safari w stylu karawany. Piękne górskie krajobrazy, zapach niezwykłych drzew i barwne widoki łąk zmiksowane zostały z dwuznacznym stosunkiem autora do czarnoskórych Afrykanów. Laurens van der Post miota się od zapominania o istnieniu rdzennych mieszkańców krainy, po której chodzi, do fascynacji ich obrzędami muzycznymi i tanecznymi. Niewprawna walka o równouprawnienie prowadzona z pozycji korzystającego na krzywdzie innych budzi litościwy uśmiech.

Dla wielu czytelników „Wyprawa w głąb interioru” będzie męczącą lekturą. Autor pisze wiele o sobie, własnych sukcesach i przemyśleniach. Ta typowo angielska lekka megalomania przelewająca się ze strony na stronę potrafi zanudzić. Często można odnieść wrażenie, że pisarz kreśli słowa dla samego kreślenia, a nie w celu przekazania czegoś ważnego czytelnikom. Formułuje długie zdania, choć zawierają one dość błahe myśli. Jedyna poważniejsza refleksja dotyczy śmierci młodego towarzysza wyprawy. Te rozważania są uniwersalne, warte przeczytania i przemyślenia.

Książka była pisana w czasach, gdy podróż z aparatem fotograficznym stanowiła spore wyzwanie logistyczne. Nie zawiera więc zdjęć. Za to na dużo wyższym poziomie stała kartografia i autor z dużą wprawą naszkicował oba odwiedzone masywy górskie wraz punktami orientacyjnymi i trasami wędrówek. Trudno się w nich pogubić.

Laurens van der Post nie jest też łatwym do czytania autorem. Zdaję sobie sprawę, że trzeba interesować się Afryką, aby sięgnąć po „Wyprawę w głąb interioru” i dlatego zalecam dobrze zastanowić się zanim sięgnie się po tą książkę. Moja ocena: 3/5.

Miasto Archipelag

rbuciak

Miasto Archipelag - okładkaZadanie opisania 31 byłych stolic województw w jednej książce brzmi karkołomnie. Filip Springer pisząc „Miasto Archipelag” porwał się z motyką na słońce. Sprawdźmy, co osiągnął.

Zacznijmy dla porządku od ustalenia, co reporter opisał. Książka zawiera rozdziały historyczne, wykłady o architekturze, rozmowy z młodzieżą i przedsiębiorcami, wizyty w upadłych zakładach przemysłowych, relacje ze spacerów po pustych ulicach, prezentacja twórczości lokalnych artystów i opisy szalonych pomysłów miejscowych aktywistów. Rozdziały poznawcze przetkane są głębszymi refleksjami, np. o wyjazdach do dużych miast i za granicę czy krytyką miejscowych władz. Drugim rodzajem przerywników są anegdoty z podróży. Dobór tematów uważam za udany, choć jednocześnie dość oczywisty i nastawiony na zainteresowanie jak największej grupy czytelników.

Degradacja na mapie administracyjnej prawie 20 lat temu, to jedyne, co wiąże wszystkie miasta archipelagu ze sobą. Opis zjawisk zachodzących na prowincji autor oparł na przykładach. Każda taka opowieść miała w zamierzeniu być na tyle uniwersalna, aby oddać klimat średniej wielkości miast. To założenie wymaga od czytelnika dużo dystansu do treści. Dla mieszkańców miast z archipelagu emocjonalnie związanych z miejscem zamieszkania to wysiłek ponad możliwości. Nie mogą więc dziwić negatywne reakcje na książkę mieszkańców Krosna, gdyż jedyną opisaną z ich miasta osobą jest były więzień. Jedyny fragment dotyczący Leszna to historia z XVII wieku. O tym, że obecnie miasto radzi sobie bardzo dobrze nie ma ani słowa. Takich uwag można napisać więcej niż zmieściło się w samej książce. Moim zdaniem „Miasto Archipelag” ujmuje temat w bardzo dużym nawiasie. Redukcja zaszła tak daleko, że książka bardziej wykrzywia obraz niż upraszcza.

Filip Springer bawi się stylem. Czasami wchodzi w ramy typowego reportażu opisującego ludzi i miejsca. W innych fragmentach snuje anegdoty czy przekracza granicę gatunku i pisze esej. Sporo jest rozmów i dłuższych cytatów. Ten miszmasz kontrastuje z koniecznością trzymania umysłu na wodzy założeń książki. W trakcie czytania łatwo jest popaść w zadumę lub ironiczny śmiech. Te emocje byłyby dobre dla książki o nieco lżejszej tematyce, ale gdy gra toczy się o zrozumienie zjawisk społecznych to wybór mieszanki stylów uważam za mało udany.

Reporter znany jest z pisania znakomitym pociągającym językiem i „Miasto Archipelag” nie odbiega od wcześniejszych dzieł. Filip Springer pisze zwięźle, informacje w tekście pojawiają się jedna za drugą. Wyraźnie zaznaczone są wstępy i puenty. Co ciekawe, mimo wielu bohaterów, dość dobrze zapadają oni w pamięć. Przeszkadza mi jedynie nadmiar wulgaryzmów. Rozumiem, że liczni bohaterowie mówili językiem dalekim od literackiego, ale czasami mocne słowa wcale nie są potrzebne.

Czego autor nie wyraził w słowach, to zachował w zdjęciach. Wiele z nich to portrety, część to nietuzinkowe widoki. Najbardziej zachwyciło mnie melancholijne spojrzenie na Wałbrzych. Z drugiej strony kilka ujęć zatrzymało mój wzrok jedynie na krótką chwilę. Graficznie cała książka to prawdziwe arcydzieło drukarskie i jeśli kupować, to tylko w papierze.

„Miasto Archipelag” mimo lekkiej treści, to wymagająca intelektualnie lektura. Nie każdy jest w stanie utrzymać na wodzy swoje skupienie w ramach założeń książki. Choć pięknie wydana, to jednak za bardzo upraszcza rzeczywistość. Moja ocena: 3,5/5.

 

Miasto Archipelag - spotkanie autorskie

rbuciak

Miasto_Archipelag - okładka

W czwartek ukazał się najgłośniejszy reportaż tej jesieni. Piszę to z pełnym przekonaniem. Na premierę w Warszawie przyszło około 200 osób. Lista kolejnych spotkań z Filipem Springerem obejmuje kilkadziesiąt miast. „Miasto Archipelag” opisuje 31 z nich i autor książki ma dużo do powiedzenia o byłych stolicach województw.

Spotkanie prowadził Kamil Bałuk i dobrze wywiązał się ze swojej roli. Zadawał pytania, które pozwoliły Filipowi Springerowi rozwinąć opowieści w zabawne i pouczające historie. Kilka z nich spróbuję krótko nakreślić.

Część pytań dotyczyła miejsca książki „Miasto Archipelag” w projekcie o tej samej nazwie. Publikacja jest jednym z elementów projektu. Zebrała się społeczność licząca około 50 osób, która zamierza przełamać schemat pisania o sprawach błahych przez lokalnych dziennikarzy. Niestety, jak na razie, twórczość grupy jest czytania głównie w dużych miastach. Jej członkowie założyli fundację, która ma promować dziennikarstwo o mieście. Nie wiedzą, co się wydarzy, ale chcą działać. Moim zdaniem książka na razie dominuje nad resztą projektu. Chciałbym, aby to się zmieniło poprzez tworzenie kolejnych elementów docierających do szerokiego grona odbiorców. Na razie widzę słabości koncepcyjne i organizacyjne.

Filip Springer wyraźnie zaznaczył „proszę czytać od początku do końca”. Historie opisane wcześniej na blogu otrzymały kontekst i tworzą całość. Wybrane opowieści z poszczególnych miast ilustrują zjawiska widoczne we wszystkich. Druga zmiana zaszła w formie. Autor książki nie zamykał się w jednej, ale szedł w taką, w której dobrze mu się pisało. Nie zmienił za to stylu fotografowania. Zdjęcia są jego spojrzeniami na rzeczywistość.

Sporo swój padło na temat pracy reportera. W poprzednich książkach Filip Springer umawiał wizyty u rozmówców. Tym razem jechał głównie w ciemno i szukał tematów z marszu. Aplikował sobie permanentny kontakt z żywym człowiekiem. Odszedł od siedzących w bąblu środowiska architektów, nie znających lokalnej Polski.

Ta lokalność też ma swoje słabości. Reformy administracyjne stały się usprawiedliwieniem wszystkich problemów nękających miasta, choć to dalekie od prawdy. Dominuje też myślenie, że można stawiać małe wymagania. Z drugiej strony zarówno reforma w 1975 roku, jak i w 1998 roku były przeprowadzane bezmyślnie. Argumentowano, że więcej władzy trafi do ludzi, a efektem w obu przypadkach była centralizacja. Przykrym skutkiem ubocznym ostatniej reformy było zamknięcie izb wytrzeźwień, co utrudniło otrzymanie pomocy kobietom bitym przez pijanych partnerów.

Filip Springer zauważył, że większość młodych ludzi chce wyjechać z „Miast Archipelagu”. Powrót po studiach postrzegany jest jako porażka, choć często to znakomity wybór pod względem finansowym i społecznym. W byłych miastach wojewódzkich można założyć firmę konkurującą na rynku globalnym. Mieszkając tam żyje się wolniej i notorycznie spotyka na ulicy znajomych, czego autor zazdrości obywatelom archipelagu. Znajomości sprawiają, że „trudniej być świnią”, ale trzeba znać klucze do wielu drzwi, aby szybko załatwić swoje sprawy.

Z widowni padło interesujące pytanie, o to, czego autor się nauczył podczas pisania książki. Filip Springer stwierdził, że lepiej rozumie dlaczego działa program 500+. Zobaczył też, że modernizacja przebiega punktowo, nie obejmuje całych obszarów miast.

Wychodzi mi, że ze spotkania wyłapałem same poważne tematy, a to nieprawda. Dlatego jeśli chcecie się pośmiać, to sami musicie pójść na spotkanie autorskie z Filipem Springerem.

Szkielet białego słonia

rbuciak

Szkielet białego słonia - okładkaMozambik to kraj, o którym mało kto z nas wie coś więcej niż to, że leży w Afryce. Jego historię i współczesne wyzwania postanowiła nam przybliżyć Iza Klementowska. Dobra książka ma pociągający temat, interesujących bohaterów, przemyślany układ treści, zweryfikowane fakty i wciągający język. W każdym z tych elementów „Szkielet białego słonia” wypada słabo.

O Mozambiku można opowiedzieć na różne sposoby. Przez rajską przyrodę, pociągającą kulturę muzyczną i graficzną, ludzi naznaczonych biedą i wojną albo krwawą i bezmyślną politykę. W książce o przyrodzie i miejscowej kulturze nie ma ani jednego całego akapitu. Ofiary, którym można by współczuć stoją gdzieś na drugim planie, zaś autorka mało z nimi rozmawia. Opisane wydarzenia polityczne nie łączą się w ciąg wydarzeń, ale są wyrywkami z kart historii. Iza Klementowska na pierwszym planie postawiła Portugalczyków, którzy w wyniku dekolonizacji stracili swój dobytek i po latach wracają do Maputo by zobaczyć domu, w których urodzili się ich rodzice. Byłym beneficjentom kolonizacji można współczuć przez pięć minut, ale nie czuję potrzeby, aby wzdychać dłużej.

Jako rozmówców autorka wybrała znacznie więcej białych, którzy szukają swojego szczęścia w Afryce niż czarnych lub mulatów, którzy mają dużo ciekawsze wspomnienia do opowiedzenia. O Niemcu, właścicielu baru nad oceanem, opowiada przez dziesięć stron. Natomiast pracownikowi parku narodowego, który jako nastolatek uciekł przed wojną w góry i przeżył tam pięć lat nie widząc żadnego człowieka oprócz jednego kolegi, poświęca ledwie dwie strony tekstu w środku rozdziału o białych gorszego sortu. Szkoda zmarnowanych opowieści.

Teoretycznie książka dzieli się na rozdziały. Większość z nich przez początkowe ¾ tekstu dotyczy jednego wątku. Po czym w końcówce autorka przeskakuje na zupełnie inne tory. Dlaczego do historii o końcówce XIX wieku autorka dokleiła swoją wizytę na zamkniętym cmentarzu? Wielokrotnie w trakcie czytania przeżywałem dezorientację. Układ treści jest chaotyczny i wymagałby zrobienia porządku przez dobrego redaktora.

Geografia jest bezlitosna. Jeśli Iza Klementowska napisała, że z Maputo do granicy z Zimbabwe jest 1100 km, to da się to sprawdzić. Sprawdziłem. Jest 500 km. W bibliografii nie ma „Chrystusa z karabinem na ramieniu” Ryszarda Kapuścińskiego, choć opisał tam powstanie mozambijskiej partyzantki. Ta luka skutkuje kilkoma błędami w opisie wojny wyzwoleńczej. Takich niedoróbek wyłapałem kilka. Ilu nie znalazłem?

„Szkielet białego słonia” byłby napisany całkiem przyjemnie i wciągająco, gdyby autorka nie próbowała silić się na literackość. W opowieści z narracją informacyjną wplotła komiczne porównania i niezrozumiałe zdania. Moje ulubione znajduje się na str. 35: „Na zewnątrz ponad 35 stopni Cesjusza, w środku o jakieś 10 mniej, jeśli nie więcej”. Koszmary przeżywałem w trakcie czytania rozdziałów o historii kraju. Za dużo w nich mało znaczących nazwisk i nazw miejsc, których nie wskazano na mapie. Dobitnie czuć problem z selekcją treści.

Jestem rozczarowany książką. Jeśli nie interesujecie się konkretnie Mozambikiem, to spokojnie możecie ją pominąć. Moja ocena: 2,5/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci