Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Podkrzywdzie

rbuciak

Podkrzywdzie - okładka

Pęd życia i złożoność spraw miejskich czynią trudnym wnikanie w magię zwykłego życia. Na wsi jest inaczej. Głębię pozornie nudnej codzienności odkrywa dla nas Andrzej Muszyński. Na jego „Podkrzywdzie” można patrzeć jednocześnie jak na potwierdzenie i zaprzeczenie podróży.

Fabułę powieści da się wyrazić bardzo płytko i lakonicznie. Narratorem jest chłopiec, który żyje na wsi w jednej chałupie z dziadkiem i babcią. Główny bohater poznaje i pokazuje nam otaczający świat przez okrągły rok. Zmieniają się pory roku i zajęcia, ale z każdą stroną rzeczywistość się coraz bardziej gmatwa. Przez to można zajrzeć pod jej poszewkę. Nie wiadomo, ile lat ma chłopiec, bo raz może się wydawać, że pięć, a czasami kilkanaście. Nie wiadomo, kiedy rozgrywa się akcja książki. Choć narrator nie wspomina o samochodach, to w oddali widać światła miasta. Wiadomo, że akcja dzieje się gdzieś w okolicach Pustyni Błędowskiej, ale trudno wskazać konkretną wieś. Psychika dziadka nosi w sobie skomplikowany i tajemniczy układ zwyczajów oraz wartości. Jeszcze mniej realną postacią wydaje się Stójkowy. Niby uczony archeolog, ale też naczelnik i sędzia w jednej osobie. „Podkrzywdzie” przypomina baśniowy świat dzieciństwa, gdzie nie liczy się precyzja, ale wyobraźnia. To sprawia, że książkę czyta się ze spokojem i przyjemnością.

Język dzieła to wyżyny możliwości polszczyzny. W zwyczajnym życiu pojawia się mnóstwo przedmiotów, których nazw trzeba szukać w słownikach. Nie chodzi tylko o elementy konstrukcji chaty, nazwy ziół, czy części ciała gęsi. Pojawia się też np. fulguryt. Bogactwu słów dorównuje bogactwo konstrukcji zdań. Opisy przedmiotów i wydarzeń tworzą precyzyjny, ale pełen niedomówień i sprzeczności obraz. Może dlatego, że występuje w nim wiele nawiązań do różnych dzieł artystycznych – literackich, malarskich i zapewne też innych. Próba nadążenia za śladami autora to detektywistyczna zabawa wymagająca obeznania z szeregiem dzieł kultury.

Kolejne rozbudowane myśli pogłębiają i komplikują prosty dziecinny świat. To wytrącanie czytelnika z utartych ścieżek powoduje, że szuka się rozwiązania tajemnicy, choć może wcale jej nie ma. Dlatego warto delektować się pięknem języka bez nadmiernego wnikania w niepoznawalny sens. To prawdziwy kunszt, który rozbudzi smaki jedynie wybranych.

Andrzej Muszyński chce nam pokazać, że tuż obok istnieją tysiące małych kosmosów. Dla ich mieszkańców mają znaczenie wyłącznie zdarzenia w zasięgu własnych nóg. To, co poza może być jakiekolwiek. Najważniejsze by najbliższe otoczenie dało się rozumieć po swojemu i dawało satysfakcję z wyłącznego poznawania i nazywania. Najczęściej wchodzimy do tych mikrospołeczności z zewnątrz i meblujemy je po swojemu na Stójkowy, przez co budzimy jednocześnie dobre i złe emocje. Warto to wiedzieć niezależnie od własnych potrzeb.

„Podkrzywdzie” to książka warta uwagi. Pozwala dostrzec złożoność i odrębność społeczności istniejących całkiem blisko nas. Moja ocena: 4/5.

100/XX+50. Część 6

rbuciak

100/XX+50 - okładka

Głęboki PRL to czasy, gdy wielu wierzyło w wyższość ustroju radzieckiego nad kapitalizmem. Wraz ze zmianą ustroju podniesiono rangę literatury faktu. Jednak jakość tekstów spadła, bo cenzura blokowała te jawnie krytyczne. Zaczęło się badanie, gdzie jest granica.

Reportaż z bitwy o jakość w przemyśle bawełnianym z 1950 roku pokazuje, że trochę wolności było. Napisał go Kazimierz Koźniewski. Relację otrzymujemy po jej zakończeniu, a nie w trakcie. Warto zauważyć, że podkreślano konkurencję z zachodem. Jakość przeciwstawiano ilości. Liczono się z zarobkami pracowników fabryk. Reportaż interesująco przedstawia stosunki pracy w zakładzie tkackim i jego zmiany w odniesieniu do czasów sprzed wojny. Od strony literackiej tekst jest bardzo dobry. Ciekawe, czy to on spopularyzował extry i primy?

Na jeszcze więcej pozwolił sobie Kazimierz Dziewanowski. Napisał o ukrywającym się przez kilka lat dezerterze z wojska ludowego. Niby autor zaznacza, że jego tekst to nic poważnego. Niby łzawa historyjka, ale wiele można odczytać z pojedynczych słów. Przebrać poważny temat w formę romansu to wielka sztuka. Autor miał ogromny talent, więc nie dziwię się, że wysłano go w daleki świat. Na miejscu mógłby za dużo poprzeszkadzać. To jeden z tych autorów, których twórczość chciałoby się poznać bliżej, gdyby miało się dużo na to czasu.

Od wielu lat toczy się dyskusja, jak włączyć szerokie masy społeczne w działalność kulturalną. Tekst Lesława Gnota przypomina, że ta debata trwa przynajmniej od 1959 roku. Dla jednych liczy się tylko kultura wysoka i tradycja. Inni wolą przyciągnąć poprzez rozrywkę. Wtedy na lubelskiej wsi telewizję, a dzisiaj? Ciekawie brzmi opis pokazu mody z tamtych lat. Czym teraz przyciągnąć młodzież? Ten tekst wygląda na ważny dla dzisiejszych działaczy kulturalnych – z powodów merytorycznych, a nie literackich. Mimo to trzeba go uznać za mało krytyczny w stosunku do władz.

Równie bezpieczny dla rządzących był reportaż historyczny o księciu Henryku XI, który żył cztery wieki wcześniej. Napisał go Klemens Krzyżagórski jako polemikę z Egonem Erwinem Kischem. Dowodzenie, że w XVI wieku Niemcy działali przeciw propolskiemu Piastowi ze Śląska było dobrze widziane. Warto jednak zwrócić uwagę na stronę literacką tekstu. Przeczytałem go z dużym zainteresowaniem pomimo, że nie czułem wcześniej sympatii dla tego okresu historycznego.

Myślę, że dużą odwagą było napisanie książki o epidemii ospy prawdziwej we Wrocławiu. Napisał ją Jerzy Ambroziewicz. Tematu nie dało się ukryć, ale decyzja o wydaniu książki na ten temat musiała zapaść na wysokim poziomie władzy. Wybrane fragmenty książki czyta się jak kryminał, choć wydarzenia miały miejsce naprawdę. To pewnie dla wielu będzie znakomita rekomendacja, aby przeczytać całą książkę, która niedawno miała wznowienie.

Jak na 15 lat, to tych bardzo dobrych literacko tekstów jest niewiele. Do złotych lat polskiego reportażu brakuje jeszcze całej dekady.

To nie jest kraj dla pracowników

rbuciak

To nie jest kraj dla pracowników - okładka

W pracy spędzamy znaczną część naszego życia. Nie zawsze sprawia nam satysfakcję, daje godziwe wynagrodzenie lub w ogóle ktoś ją oferuje. Rafał Woś chciałby, aby dawała nam więcej szczęścia, była lepiej płatna i bardziej pewna. Jak to zrobić opisuje w książce „To nie jest kraj dla pracowników”.

Pierwszy rzut oka na spis treści niewiele mówi o zawartości. Są trzy rozdziały o Polsce i trzy o świecie. W każdej perspektywie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Bliższe spojrzenie pokazuje ogromną liczbę wątków. Od marksizmu i keynesizmu przez konsensus waszyngtoński i kryzys zadłużeniowy w Grecji do robotyzacji i pomysłów na nowe podatki. To na świecie. Zaś o Polsce – od obowiązku pracy w PRL-u i tragedii reformy Balcerowicza przez umowy śmieciowe i utrudniania działalności związkowej do podnoszenia płacy minimalnej i spółdzielczości bankowej. To tylko wybrane tematy. Książka sprawia wrażenie bycia o wszystkim, powoduje zawrót głowy od nadmiaru. Niby każdy wątek jest ważny, choć niektóre daleko odbiegają od myśli przewodniej. Dlatego lepiej byłoby zawartość podzielić na kilka osobnych tomów.

Rafał Woś poprzez dobór tematów przedstawia autorski sposób widzenia procesów społecznych i ekonomicznych. Nie kryje się ze swoją sympatią dla lewicy. Zwraca uwagę na wiele ważnych kwestii. Wyjaśnia np. niechęć różnych grup społecznych do elit politycznych III RP. Pokazuje też aktualność koncepcji ekonomicznej wzrostu napędzanego przez płace zmarłego prawie pół wieku temu Michała Kaleckiego. Pisarz podchodzi do niektórych teorii za mało krytycznie. Pomysł, że wszystkie innowacje mają źródło w państwowych nakładach na naukę, jest po prostu nieprawdziwy. Wystarczy poczytać o historii samolotu. Książka ma dużą wartość merytoryczną, ale warto zachować dystans.

Nie miałem problemów z trudnością przekazu. W swojej pracy używam tego samego słownictwa, więc mój odbiór nie jest reprezentatywny. „To nie jest kraj dla pracowników” zawiera dużo terminologii ekonomicznej. Pochodzi ona z ponad 200 publikacji krajowych i zagranicznych wymienionych na końcu książki. To dobrze świadczy o przygotowaniu autora. Z wyjaśnieniem używanych pojęć jest różnie. Mam poczucie, że Rafał Woś to oczytany laik. Potrafi streścić i przekazać myśli innych ludzi, ale nie do końca je rozumie. Myli procenty z punktami procentowymi. Nie wyjaśnia kluczowej dla całej publikacji metody obliczania udziału pracy w PKB. Mocno spłyca współczesne poszukiwania wskaźników jakości życia. W sumie to książka dla poszukujących wiedzy, ale nie dociekliwych, co mocno zawęża grupę odbiorców.

Książka zawiera jeszcze dwie cechy, które mnie zaskoczyły. Autor przypomniał żarty obyczajowe ze znanych ekonomistów. Nie wiem po co, bo są mało śmieszne. Druga rzecz to zupełny brak ilustracji do treści. W książce nie ma żadnych wykresów, tablic, map, rysunków, ani zdjęć. To błąd, bo obrazy pozwalają łatwo przedstawić duże partie informacji w przejrzysty sposób. Treść książki aż prosi się np. o wykres pokazujący przebieg inflacji i bezrobocia według założeń terapii szokowej z 1989 roku oraz rzeczywiste efekty.

Czy dzięki książce dowiemy się, jak można zaprawić rynek pracy? Tak i wskazówek jest sporo. Dlatego, mimo kilku mankamentów, warto przeczytać „To nie jest kraj dla pracowników”. Moja ocena: 4/5.

Zawód

rbuciak

Zawód - okładkaW życiu można mieć różne marzenia, ale do pewnego poziomu zamożności dominuje brutalny realizm ekonomii. Gdy musisz zarobić na mieszkanie, jedzenie i ubranie, to wszystkie wyższe cele przestają się liczyć. Kamil Fejfer napisał książkę o młodych Polkach i Polakach z marzeniami, ale bez możliwości. Jej tytuł to „Zawód”.

Młodzi ludzie najczęściej marzą o prostych rzeczach, jak dom czy rodzina. Jednak przechodząc z systemu edukacji na rynek pracy bardzo często okazuje się, że wcale nie tak łatwo odłożyć dziesiątki tysięcy złotych potrzebnych do spokojnego życia. Nie ma znaczenia, czy jest się mężczyzną czy kobietą, z dużego miasta czy ze wsi, posiada uzdolnienia społeczne czy matematyczne. Jeśli nie ma się na starcie finansowej poduszki bezpieczeństwa, to w Polsce bardzo trudno ją zbudować. Kamil Fejfer pokazuje, że pracodawca wyciśnie za grosze dowolną ilość pracy niezależnie od branży. Tak samo bezduszny jest rynek pracy w gastronomii, korporacji, pomocy społecznej, ratownictwie medycznym czy tłumaczeniach. Autor pokazuje dość szeroką perspektywę z emigracją i osobami z zespołem Aspergera włącznie. Pomija za to pracę w rolnictwie i przemyśle, więc to i tak niepełny obraz.

Dokumentacja przypadków ma wypełnić treścią dane statystyczne wymienione we wstępie. Bardzo lubię takie podejście do tematu. Szkoda tylko, że autor nie do końca rozumie dane, które podaje. Z pewnością zakręcił się podczas opisywania mediany zarobków.

Każdy z dziesięciu rozdziałów to historia jednej osoby. Najczęściej złożona i pokazująca więcej niż jedną branżę. Wszystkie rozdziały są tak samo napisane i powielają jeden poważny błąd – posiadają rozwlekłe wstępy. Zamiast kilku mocnych zdań pojawiają się długie na kilka stron wprowadzenia. Po ich przeczytaniu nie wiadomo, co jest głównym tematem rozdziału. Sedno wypowiedzi rozmówców łapałem w połowie rozdziałów. Na tyle późno, aby wcześniej odczuć znużenie. Zakończenia też nie zapadają szczególnie w pamięć, poza ostatnim, które rozkłada na łopatki. Dla niego jednego nie potrzeba jednak pisać całej książki.

Mimo że czasami trudno zrozumieć, o czym w książce mowa, to czyta się ją bardzo płynnie. Kamil Fejfer używa przede wszystkim języka potocznego. Nie przykłada nadmiernej troski do poprawności literackiej i językowej. Stosuje neologizmy, dosłownie cytuje swoich rozmówców. Zdarzają się bardzo udane żarty i gry słowne, czego najlepszym przykładem jest sam tytuł książki. Momentami przekaz nadmiernie schodzi do poziomu ulicznych wypowiedzi. „Zawód” zawiera zdecydowanie za dużo wulgaryzmów. Większość z nich w ogóle nie jest potrzebna. Warstwa literacka nie jest mocną stroną dzieła, ale moim zdaniem ma ona mniejsze znaczenie niż temat reportażu.

Autor postawił sobie jasno określony cel. Pokazać niedolę pokolenia Polek i Polaków urodzonych w latach 80-tych XX wieku, którzy zderzyli się z bezdusznym rynkiem pracy. Nigdzie nie pisze, że wszystkich, ale pokazuje, że jednak wielu. To zamierzenie Kamilowi Fejferowi wyszło i warto to docenić.

Zawód” to obraz dysfunkcji rynku pracy w Polsce roku 2017 widziany oczami większości młodego pokolenia. Obraz krzykliwy i rozpaczliwy, ale głęboki i precyzyjny. Skłania do działania na rzecz zmian i dlatego polecam książkę przeczytać. Moja ocena: 4/5.

 

Nie hańbi

rbuciak

Nie hańbi - okładka Bardzo lubię moją pracę w urzędzie. Doceniam możliwości, jakie mi daje, bo w życiu zarabiałem pieniądze na różne sposoby – roznoszenie ulotek, budowa, stypendium naukowe, stanie za ladą w sklepie. Żadna praca „Nie hańbi”. Książkę o tym tytule napisała Olga Gitkiewicz. O pracy w Polsce oczywiście. Czy przynosi ona nowe perspektywy?

Nie sposób w jednej książce przedstawić wszystkich twarzy pracy. Autorka musiała dokonać wyboru. Prawie połowę miejsca zajmuje historia jej rodzinnego Żyrardowa. Napisała o powstaniu fabryki, strajkach robotników, budowie przedszkola i domu kultury, grabieży majątku przez zachodni kapitał oraz upaństwowieniu po II wojnie światowej. Nakreślenie historii przez jeden przykład to znakomity wybór, choć niewiele w nim wątków, które zaskakują.

Obraz dzisiejszych stosunków pracy reporterka oparła na wielu przypadkach. Wybrała wątki, które przychodzą do głowy od samego początku myślenia o temacie. Korporacyjna nowomowa, mobbing, Szydłowiec jako stolica polskiego bezrobocia, absurdy działania powiatowych urzędów pracy, umowy śmieciowe w gastronomii, przygody kierowcy ciężarówki, wypadki na budowach. Jeśli ktoś z czytelników liczy na poszerzenie spojrzenia na Polskę, to w „Nie hańbi” nowych widoków za wiele nie znajdzie. Autorka przegapiła ważne dzisiaj zagadnienie pracy młodych lekarzy. Pomija też pracę w rolnictwie i napływ obcokrajowców do Polski w celu zarobkowym. Dlatego ujęcie tematu uważam za wyrywkowe.

Do mocnych stron książki należy jej literackość. Olga Gitkiewicz używa języka bardzo oszczędnie. Stosuje bogate słownictwo, precyzyjnie dobiera słowa do opisywanych historii. Czuć różnice socjologiczne w wypowiedziach kierowcy ciężarówki, robotnic z Wronek, urzędników i samej autorki. W książce mieszają się perspektywy relacji dziennikarskiej z osobistą. Większość książki napisana jest w trzeciej osobie, ale niektóre fragmenty w pierwszej. Autorka stawia siebie pośród bohaterów, bo rejestruje się w urzędzie pracy jako bezrobotna, ale też odkrywa rodzinne historie. Widać w tym cechy reportażu wcieleniowego i pamiętnika. Ich wplecenie w typowy reportaż to trudna sztuka, ale „Nie hańbi” pokazuje, że jest to możliwe ze znakomitym skutkiem.

Staram się znaleźć jakiś głębszy sens napisania tej książki niż tylko pokazanie, jak wyglądała kiedyś i jak wygląda dzisiaj praca w Polsce. Różnorodność jest banalna i oczywista. Nieprzystosowanie powiatowych urzędów pracy do dzisiejszych potrzeb pracodawców znana od lat. Nawet wizyta w Szydłowcu nie zawiera konkluzji, jak rzeczywiście wygląda bezrobocie w powiecie. „Nie hańbi” nie zawiera żadnej nowej i ważnej myśli, która wzbogaca wyobrażenie o kraju. Rozrzucone puzzle nie układają się w widok, który kieruje spojrzenie w jeden lub kilka wyraźnych kierunków. To jest kłopot, bo mam poczucie, że szybko o książce zapomnę.

Dla powodzenia dzieła literackiego potrzeba kilku czynników. Z pewnością Olga Gitkieiwcz pokazała talent. Jednak wybrany temat musi mieć właściwe rozmiary, aby nie rozpłynął się. Tego ostatniego w „Nie hańbi” zabrakło. Dlatego polecam przeczytać książkę bez nastawiania się na odkrycia. Moja ocena: 3,5/5.

 

100/XX+50. Cześć 5

rbuciak

Antologia_tom_3

Po półtora roku wracam do „Antologii polskiego reportażu XX wieku”. Zatrzymałem się w tomie trzecim tuż przed II wojną światową. Ten odcinek będzie więc o walkach, Żydach i Warszawie.

Przedwojenną warszawską biedę opisał Jan Dąbrowski. Biedę, która była udziałem setek tysięcy ludzi. Charakteryzowała się smrodem, brudem, wyzwiskami, ale też znajomością wszystkich sąsiadów i dużą liczbą dzieci. Wybrany do antologii fragment jest właściwie o niczym, bo czy za poważny można uznać temat pierwszego wiosennego promienia słońca? Może w właśnie w tej zwyczajności ukrywa się siła reportażu?

Z zupełnie innej warstwy społecznej pochodziła Zofia Petersowa. Opisała upadek Warszawy we wrześniu 1939 roku z perspektywy majętnej osoby. W tekście zaskakuje samoorganizacja ludzi mieszkających pod jednym dachem. O taką w dzisiejszych miastach bardzo trudno. Nie zaskakuje natężenie emocji. Jednak ich opis trudno nazwać szczytem umiejętności literackich. Równie mało zaskakujący jest upadek moralny wraz z upadkiem państwa. To wydaje mi się najbardziej interesujące. Oddanie przemiany ludzi pełnych szlachetności w skąpców pod wpływem tragicznych wydarzeń jest mocną stroną tego reportażu.

Mit powstania warszawskiego coraz bardziej się komercjalizuje. Gdyby nie książki, to nie dałoby się dowiedzieć, jak zryw naprawdę przebiegał. Dobrze, że są takie relacje, jak Jerzego Pytlakowskiego. Dużo lepiej czyta się słowa nie zawierające propagandowych sloganów. Dla mnie opis powstania na Mokotowie ma dodatkową wartość, bo tu mieszkam i nazwy ulic wiele mi mówią. Sceny batalistyczne nie są najwyższych lotów. Z wyrwanych fragmentów nie do końca wiadomo, o co chodzi. Zaciekawił mnie za to opis kapitulacji. W nim kryje się geneza mitu – męczeństwo umarłych i opuszczenie własnego zrujnowanego miasta.

Największe potworności wojny totalnej opisała Rachela Auerbach. Jej relacja z wydarzeń w Treblince zaszokuje nawet osoby dobrze znające temat holokaustu. Studium potworności ubrane w zwyczajne słowa posiada druzgocącą moc. Bo to nie tylko opis transportów bydlęcymi wagonami, ale też wieczorne modlitwy w obozie, wizyty u fryzjera, aż w końcu ludzkie szczątki. Są reportaże, które nie potrzebują żadnych ozdobników, bo ich siła zawiera się w samej treści i do nich należą odwiedziny w pozostałościach obozu zagłady.

Polski reportaż czasów II wojny światowej zawiera mnóstwo ważnych i interesujących przekazów. Choć są mało aktualne, to dostrzegając ich wysokie walory literackie, przestaje mnie dziwić fascynacja tym okresem historii.

Światła małego miasta

rbuciak

światła małego miasta

Większość osób zajmujących się sprawami miejskimi skupia swoją uwagę na dużych ośrodkach. Tymczasem istnieją w Polsce setki małych miast, do których niewielu z zewnątrz zagląda. Grupa młodych reporterów postanowiła opisać życie tych mniej znanych skupisk ludności. Tak powstał zbiór „Światła małego miasta”, który jest za darmo dostępny na stronie www.swiatlamalegomiasta.pl

W zestawie jest 12 tekstów, a 6 kolejnych udostępniono pojedynczo na stronie. Autorzy przyjęli założenie, że interesują ich miasta do 20 tys. ludności leżące więcej niż 80 km od stolicy województwa. Pierwsze kryterium jest trafne, choć Sulmierzyce liczące niespełna tysiąc mieszkańców, to co innego niż powiatowy Świdwin. Drugi warunek budzi za to duże kontrowersje, bo mocno ogranicza zakres zainteresowania. 80 km od Rzeszowa to co innego niż 80 km od Warszawy. Dlatego lepiej było posłużyć się kryteriami naukowymi. Analiz w tym zakresie jest sporo, bo od 20 lat nieustannie trwa dyskusja jak daleko od dużych miast sięgają procesy rozwojowe. Efektem błędnych założeń jest opisanie Kożuchowa, który leży 20 km od Zielonej Góry, ale w zbiorze ma podaną odległość do Gorzowa Wlkp.

Małe miasto to jeszcze nie wszystko. Trzeba w nim jeszcze znaleźć temat, który może zainteresować czytelników. Jedni autorzy przyjęli pozę węszyciela. Przyjeżdża taki i wdaje się w rozmowy o życiu z miejscowymi napotkanymi na ulicach. Inni znajdują sobie konkretnych bohaterów lub konkretne tematy. Najciekawszymi dla mnie były problem mieszkaniowy w Raciążu i wyprowadzki z Sokołowa Podlaskiego. Podobało mi się także uchwycenie Świdwina przez pryzmat rodziny prowadzącej zakład pogrzebowy. Ten tekst świetnie pokazuje zażyłości panujące w małych społecznościach, a jednocześnie kłótnie politycznie o drobiazgi. To, czego w „Światłach małego miasta” jest w nadmiarze, to kultura. Wszędzie są teatrzyki i różnej maści muzycy. Nie widzę w tym nic odkrywczego.

Znajdujące się w zbiorze teksty traktuję jako wprawki i na tym poziomie są bardzo dobrze napisane. Żaden nie jest nudny, a wiele z nich przeczytałbym z zainteresowaniem nawet gdyby były dwa razy dłuższe. Napisane są dobrą, poprawną polszczyzną. Nie ma w nich rozbudowanych zdań i niewiele wnoszących opisów. Mimo wielu podobieństw, każdy tekst zachowuje swój własny autorski styl. To daje nadzieję i wzmaga oczekiwanie na nowe twarze w polskim reportażu.

Bardzo podoba mi się koncepcja odwiedzania przez młodych dziennikarzy małych miast. Temat i metoda współgrają ze sobą. Cały czas jest wiele pereł do odkrycia, zarówno po stronie twórców, jak i zjawisk dziejących się w prowincjonalnej Polsce. Dlatego mam nadzieję, że cykl „Światła małego miasta” będzie kontynuowany. Tym razem nie wystawię oceny końcowej, bo nie wypada krytycznie podchodzić do pierwszych tekstów. Od tego są nauczyciele, a nie recenzenci. Mimo to polecam ten zbiór reportaży, bo poszerza spojrzeniena kraj.

Poznań. Miasto grzechu

rbuciak

Poznań - okładka

Miasta mają swoje mroczne tajemnice. „Poznań” także. Brudy stolicy Wielkopolski na widok publiczny wyrzucił Marcin Kącki.

Duże miasto, więc nieczystości w nim sporo. Dziennikarz opisał zabójstwo znanego geja, pedofilię w chórze Polskie Słowiki i pałacu arcybiskupim. Przedstawia katolicką rodzinę, która jest obrażana za spłodzenie dziecka metodą in-vitro 30 lat temu. Pokazuje ludzi odpychanych przez kościół za samodzielność myślenia. Przypomina o faszystowskiej historii miasta przed II wojną światową. To wszystko mieści się w pierwszej, ciężkiej z racji tematyki, połowie książki. Wielokrotnie czułem obrzydzenie czytając o dwulicowych postawach wpływowych mężczyzn. Odniosłem wrażenie raczej zaglądania pod kołdrę niż wymiatania kurzu spod dywanu. Marcin Kącki pisze wprost, co usłyszał, bez ubierania wypowiedzi nawet w delikatne woale. Jednym może się to podobać, a inni czytelnicy będą zniesmaczeni brakiem wrażliwości.

W drugiej połowie dzieła autor opisuje najpierw bardzo znanych pisarzy tworzących w Poznaniu (Stanisław Barańczak i jego siostra Małgorzata Musierowicz), a następnie tych zapomnianych. Teksty za półmetkiem czytałem z zaciekawieniem. Wyłania się z nich obraz złożonej zależności między twórczością a życiem osobistym. Pokazana jest również presja społeczna wywierana na literatów. Dla środowiska pisarzy to ważne tematy, ale dla osób niezwiązanych z literaturą dużo mniej.

„Poznań” nie należy do arcydzieł literackich. Nie zachwyciłem się żadnymi błyskotliwymi frazami. Jednak w pamięci utkwił mi jeden wyjątkowy zabieg formalny. Poszczególne teksty są bardzo długie. Przypominają one raczej reportaże z lat 80-tych XX wieku niż współczesną oszczędność słowa. Z racji obfitości materiału rozdziały podzielone są wyraźnie na podrozdziały. Często zaczynają się one od zupełnie innego źródła i dochodzą do wspólnych wątków z poprzednimi fragmentami po kilku stronach. W mojej wyobraźni układa się to w obraz strumieni spływających do jednej rzeki. To trudny zabieg, ale reproter wykonał go bardzo dobrze.

Książka napisana jest poprawnie językowo i stylistycznie. Jak na typowy reportaż przystało mieszają się w niej opisy, wywiady, cytaty i streszczenia dokumentów źródłowych. Siła książki tkwi zdecydowanie bardziej w treści niż formie. Mam poczucie nastawienia na burzę medialną i skandale wywołujące dyskusje. Jeśli ktoś ma ochotę na emocje, to proszę bardzo. Myślę, że wiele osób będzie wolało zachować dystans.

„Poznań” nie zawiera zdjęć, ani planu miasta. Jedno i drugie byłoby przydatne. Książka pomija też bardzo liczne tematy. Autora zajmują głównie jednostki stojące w świetle reflektorów, a nie zwykli ludzi i ich życiowe problemy. Szkoda, bo w mieście jest mnóstwo tematów, które warto opisać – od kontenerów dla biednych po masową ucieczkę na przedmieścia i sukcesy gospodarcze. Myślę, że Marcin Kącki chciał pokazać rozbieżność między upudrowanymi twarzami i obrzydliwymi praktykami tych samych ludzi z dala od kamer. To się udało, ale przez to tytuł uważam za mylący. Dużo więcej o treści mówi podtytuł „Miasto grzechu”.

Jeśli ktoś czekał na książkę o stolicy Wielkopolski, to „Poznań” mógł go rozczarować. Wyciąganie trupów z dębowej szafy, to podejście, które ma swoich zwolenników, ale wielu nie odpowiada. Warto się dobrze zastanowić, czego się chce, zanim się sięgnie po dzieło Marcina Kąckiego. Moja ocena: 3,5/5.

Język miast

rbuciak

Język miast - okładka

Informacja, że od niedawna w miastach żyje więcej niż połowa ludzi na Ziemi, zapłodniła umysły wielu autorów o różnym doświadczeniu. Jednym z nich jest brytyjski architekt Deyan Sudjic. Jego „Język miast” to zbiór esejów ze specyficznym podejściem do tematu.

Książka robi bardzo dobre pierwsze wrażenie. Spis treści zapowiada odpowiedzi na podstawowe kwestie – co to jest miasto, jak je tworzyć i zmienić, jak nim rządzić i dlaczego tłumy bywają niezadowolone. Jestem jednak zawiedziony treścią książki. Długie wywody nie prowadzą do klarownych odpowiedzi, ale zawierają kolejne opisy przypadków. Autor podaje przykłady z całego globu, ale skupia się na metropoliach. Omawia znane historie od założenia Petersburga i Brasilii po zamianę teatru na parking w Detroit. Brzmi to jak monolog skierowany do studentów. W trzecim rozdziale wdaje w szczegóły budowy dzielnicy biurowej we wschodnim Londynie. Tą część książki odebrałem jako plotkowanie w klubie golfowym. Zamiast opisu działania dzielnicy zawiera paplaninę o politykach, architektach i inwestorach. Najbardziej cenne moim zdaniem fragmenty znajdują się pod koniec książki. To omówienie Liverpoolu czasów rewolucji przemysłowej i dyskurs o współczesnej Dolinie Krzemowej. To jednak za mało, abym mógł powiedzieć, że książka istotnie wzbogaciła mnie w wiedzę.

Nie podoba mi się nastawienie autora. Deyan Sudjic na pierwszy plan wysuwa budynki. Gdzieś pomiędzy nimi zauważa drogi i pomniki. Ekscytują go decyzje planistów, bogaczy i władców. Z wyższością patrzy na zwykłego człowieka. Bardzo niewiele napisał o tym, jak zaplanowane przestrzenie pozwalają na realizowanie ludzkich potrzeb. Patrzenie na miasta przez pryzmat elit trąci zacofaniem w czasach coraz łatwiejszych migracji ludzi za lepszym życiem.

„Język miast” czyta się szybko, bo trudno w nim zatrzymać się na jakiejś głębszej myśli. Zdania są najczęściej długie, ale nie podrzędnie złożone. Zawierają wiele kolejno następujących po sobie myśli, a nie jedną. Wywód jest dość płytki, nieuporządkowany, przeskakujący od jednej anegdoty do kolejnej. Nie zawiera trudnych pojęć, ale za to bardzo dużo nazw własnych miast, dzielnic, firm, projektów oraz nazwisk ludzi. Ten nadmiar nazw sprawia, że osobie spoza elitarnej śmietanki towarzyskiej architektów trudno połapać się o co autorowi chodzi.

Użycie wielu nazw miejsc sprawia, że książka powinna zawierać liczne mapy i plany. Przynajmniej plan Londynu, o którym autor pisze w szczegółach. Nie ma go i to także utrudnia zrozumienie tekstu. „Język miast” zawiera za to wiele fotografii. Deyan Sudjic lubi wyraźnie zdjęcia miast z dużej wysokości i odległości, bo takich ujęć jest najwięcej. Te helikopterowe obrazy najlepiej oddają punkt widzenia autora.

Na miasta można patrzeć bardzo różnie. Brytyjski architekt proponuje czytelnikom swobodne spojrzenie z góry. Nie przekonał mnie swoimi mało konkretnymi wywodami. Książkę polecam jedynie mocno zainteresowanym, jak architekci patrzą na miasta. Moja ocena: 2,5/5.

How cycling can save the World

rbuciak

How cycling can save the World - okładka

Kiedyś Ziemię ratowali superbohaterzy. W XXI wieku możliwości utrzymania rosnącej cywilizacji są coraz mniejsze. Dzisiaj każdy może się włączyć w powstrzymanie zniszczeń. Jak? Przesiadając się na rower, o czym przekonująco pisze Peter Walker w książce „How cycling can save the World”.

Po raz kolejny przeczytałem książkę po angielsku, bo nie ma polskiego wydania. Pingwin wydał ją pół roku temu. Liczę, że niedługo zobaczymy jej krajowe tłumaczenie.

Przechodząc do sedna. Jak rowery mogą uratować świat? Brytyjski dziennikarz udziela kilku odpowiedzi, z których każda to osobny rozdział. Ułożone są one od najbardziej istotnego do coraz bardziej niszowych. Zaczyna od zdrowia. Jeśli kogoś to dziwi, to tym bardziej książka jest dla niego. Nie zdajemy sobie sprawy, jak potężny wpływ na nasze organizmy na sposób, w jaki codziennie dojeżdżamy do pracy. Te skutki są dużo większe niż koszty wypadków drogowych opisanych w drugim rozdziale. Następnie autor opowiada o rowerach jako sposobie na zmniejszenie nierówności społecznych i oszczędne gospodarowanie pieniędzmi przez władze. Pokazuje, że wystarczy zbudować drogi dla rowerów i nagle okaże się, że zapełniają się one szczęśliwymi ludźmi. Niestety potrzeba do tego woli politycznej i Peter Walker daje dobre rady, jak taką wolę uzyskać. Ostatni rozdział poświęcony jest technologiom, które ułatwiają rozwój ruchu rowerowego. Historia rowerów miejskich i rowerów elektrycznych to bardzo ciekawe wątki. Wybór i kolejność tematów jak najbardziej słuszna.

W sumie „How cycling can save the World” byłby bardzo interesującym poradnikiem, gdyby nie dwa rozdziały mające mało wspólnego z tytułem. Jeden dotyczy jeżdżenia w kasku (nie warto tego robić), a drugi traktowania rowerzystów jako społecznych odszczepieńców. Rozumiem ideę walki z przesądami, ale jest tego zdecydowanie za dużo i za daleko od myśli przewodniej.

Książka mnie wciągnęła. Dużo w niej humoru zrozumiałego dla każdego. Autor nie sili się na bycie znawcą, ale podaje konkretne przykłady z życia. Rozmawia z licznymi ekspertami – lekarzami, psychologami, inżynierami transportu, lokalnymi aktywistami. Inspiracji szuka na kilku kontynentach. Jeździ od Toronto do Manili. Co ważne dla polskiego czytelnika, najwięcej miejsca poświęca miastom z Europy. Duńskie Odense czy hiszpańska Sewilla są nam bliższe, bo porównywalne z Radomiem czy Krakowem, niż Portland w stanie Oregon.

Język książki jest nierówny. Niektóre podrozdziały czytałem bez zaglądania do słownika. Inne fragmenty wyglądają jak próba silenia się na literackość poprzez używanie wyszukanego słownictwa i nadmiernie złożonych zdań. Niepotrzebnie, bo siła książki tkwi w treści a nie ozdobnej formie.

Co istotnie w pozycji popularnonaukowej, na końcu jest pełen zestaw odnośników do źródeł. Z drugiej strony książka nie zawiera ani zdjęć, ani mapy. W konsekwencji, jeśli ktoś nie widział nigdy ulicy rowerowej, to lektura „How cycling can save the World” nie pomoże w zrozumieniu jej wyglądu, działania i znaczenia. Nie każdy też wie, gdzie dokładnie leży Houten, a pewnie wielu po przeczytaniu książki zechce się wybrać do najbezpieczniejszego miasta na świecie.

Jeśli nie zamierzacie patrzeć, jaka piękna katastrofa ma miejsce dookoła, ale chcecie uratować świat, to Peter Walker przekonująco pisze, jak to zrobić. „How cycling can save the World” uzbroi was w liczne argumenty za wyborem roweru, jako codziennego środka transportu. Moja ocena: 4/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci