Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Ludowa historia Stanów Zjednoczonych

rbuciak

ludowa-historia-stanow-zjednoczonych-howard-zinn

Na lekcjach historii dowiadujemy się głównie o wojnach i władcach. Znacznie mniej mówi się o gospodarce i codziennym życiu ludzi. O protestach przeciwko władzy wspomina się wyjątkowo rzadko. Howard Zinn postanowił odwrócić proporcje przekazu. W ten sposób powstała fascynująca „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych”.

Historia Ameryki napisana przez naukowca i społecznego aktywistę zawiera wojny. Są to walki widziane od strony zwykłych żołnierzy, którzy ginęli od chorób i ran od wojny o niepodległość przez wojnę z Meksykiem, Hiszpanią, obie wojny światowe, do Korei, Wietnamu i Iraku. Ta narracja ma przemówić do młodych ludzi, którzy mogą dostać do ręki karabin, więc jej znaczenie jest ogromne. Historia oczami Howarda Zinna wspomina prezydentów, ale jako popleczników i marionetki milionerów. Pokazanie silnych dowodów na obraz Ameryki jako militarnej, rasistowskiej quasi-dyktatury zmienia w człowieku nieodwracalnie obraz ładu na Ziemi.

Główny nacisk książki położony jest na ruchy protestu rolników, robotników, kobiet, Afroamerykanów, rdzennych Amerykanów, imigrantów i tym podobnych mas społecznych. „Ludowa historia Stanów Zjednoczonych” daje bezpośredni dostęp do wiedzy o łamaniu traktatów przez rząd w Waszyngtonie i masowym mordowaniu Indian przez cały XIX wiek. Odtwarza też zapomniane protesty bezrolnych chłopów przeciw właścicielom ziemskim. Pokazuje, że zniesienie niewolnictwa nie było przyczyną wybuchu wojny secesyjnej, ale wyłącznie środkiem do zwycięstwa. Autor rekonstruuje chronologię głównych strajków robotniczych, które kończyły się częściej brutalnym dławieniem przez władze niż podwyżkami płac. Wyjaśnia znaczenie 1 maja, jako Święta Pracy i dzień walki o ośmiogodzinny dzień pracy. Pozwala zrozumieć, jak poprzez długoletnie więzienie liderów, rozbito działającą na początku XX wieku partię socjalistyczną. W końcu przedstawia poprzedni wiek jako czas pozornego wyboru między dwoma partiami mówiącymi prawie to samo i opanowanymi przez pieniądze milionerów. Howard Zinn stworzył dzieło niezmiernie ważne i objaśniające Amerykę z pozycji zwykłego człowieka.

Do zalet książki należy dopisać użyty styl języka. Jest ona napisana w możliwie najprostszy sposób, czasami przypominający kronikę wydarzeń. Nawet skomplikowane procesy polityczne zostały odtworzone zrozumiale dla przeciętnego człowieka. Nie ma w książce trudnych słów. Za to wszystkie wątki mają opisane przyczyny, przebieg i konsekwencje. Chciałbym, aby wszystkie książki były tak prosto i poukładanie napisane.

Mam jednak pewne zastrzeżenia do treści książki. W niektórych rozdziałach jest zbyt radykalna i jednostronna. Pomija np. decyzję Henry’ego Forda o płaceniu robotnikom 5 dolarów za dzień pracy, gdy inni fabrykanci dawali trzy razy mniej. Miało to ogromne konsekwencje we wszystkich aspektach życia, łącznie z upadkiem władzy baronów kolejowych i protestami przeciwko dominacji samochodów od lat 50-tych XX wieku. O nich autor też nic nie pisze, choć mają coraz większy wpływ na budowę miast.

Szkoda również, że książka nie zawiera zdjęć. Twarze przemawiających bohaterów ludowych, widoki strajków i starć z policją dawałyby dodatkową moc świadectwa wydarzeń.

Trudno przeczytać historię Ameryki Howarda Zinna w jeden tydzień. Książka ze względu na treść powinna moim zdaniem nosić tytuł „Historia ruchów ludowych Ameryki”. Mimo tych drobnych uchybień uważam, że powinni ją przeczytać wszyscy. Moja ocena: 4,5/5.

Ameksyka

rbuciak

Ameksyka - okładka

Pogranicza to obszary budzące ciekawość ze względu na przenikanie się kultur, specyficzne formy handlu, pustkowia w krajobrazie itd. Granica między Ameryką i Meksykiem (jeden i drugi kraj to stany zjednoczone) oprócz ciekawości budzi także grozę. Ed Vulliamy postanowił dociec szczegółów wojny narkotykowej toczącej się regionie, który nazwał „Ameksyką”.

O ile mafijne porachunki są głównym motywem książki, to jej treść nie ogranicza się do opisu przemytu narkotyków i broni oraz pomocy ludziom w przekraczaniu granicy drogami niekontrolowanymi przez władze państwowe. Brytyjski pisarz docieka przyczyn i konsekwencji rozpanoszenia się zbrojnych grup przestępczych. Omawia biedę w Meksyku, wyzysk w przygranicznych fabrykach, popyt na narkotyki i podaż broni w Ameryce. Z drugiej strony pokazuje gangsterską kulturę, mordowanie kobiet, ośrodki odwykowe i heroiczną pracę społeczną. Ponadto opisuje krajobrazy pustyń, gór, slumsów i miast na skrzyżowaniach autostrad. Całość została obleczona w formę podróży od Pacyfiku do Atlantyku. Tytuł, zakres tematyki i konstrukcja książki to prawdziwe mistrzostwo literatury.

„Ameksyka” dzieli się na rozdziały, z których każdy ma jasno sprecyzowany temat. Każdy dzieje się w kolejnych miejscach – przystankach. Każdy otwiera kolejny krąg piekielny, aż do ostatniego, w którym autor ujawnia mechanizmy finansowania wojny. Co więcej, opisane historie układają się logiczną całość. Warto docenić umiejętne i proste przedstawienie skomplikowanych procesów.

Również na poziomie szczegółu książka budzi zachwyt. Ed Vulliamy znakomicie opisał zarówno makabryczne miejsca zbrodni, jak i piękno rzeki Rio Grande. Konsekwentnie i wytrwale cytuje zebraną literaturę. Wyraźnie zaznacza, kiedy słowa pochodzą z licznych przeczytanych książek, a kiedy z własnych doświadczeń. Tych też zgromadził nie mało. „Ameksyka” zawiera dziesiątki rozmów z lokalnymi dziennikarzami, lekarzami, nauczycielami i prostymi członkami mafii. Wydobył z nich esencję, w której trudno doszukać się słów zbędnych z jednej strony, jak i brakujących z drugiej. Nawet gdy rozmówcy milczą, to autor objaśnia znaczenie zamkniętych ust.

W całej książce nie podobały mi się trzy rzeczy. Po pierwsze, brak zdjęć, gdyż wyobraźnią nie sposób oddać wszystkich pejzaży. Po drugie, wielość bohaterów. Już po pierwszych kilkudziesięciu stronach dałem sobie spokój z próbą zapamiętania kto jest kim. Często też przeskoki od jednego do kolejnego rozmówcy przebiegają niczym casting. Po trzecie, Ed Vulliamy zbudował sobie teorię, że meksykańska wojna narkotykowa to pierwszy konflikt nowoczesnego świata, gdzie stronami nie są państwa, grupy etniczne, społeczne czy religijne, ale korporacje zaangażowane w nielegalne interesy. Cóż, podobnie wyglądały porachunki mafijne w Ameryce w latach 20-tych XX wieku, zaś Aleppo wygląda dzisiaj jak Warszawa pod koniec 1944 roku, a nie Ciudad Juarez pięć lat temu.

Nie dziwię się, że „Ameksyka” otrzymała Nagrodę za reportaż literacki im. Ryszarda Kapuścińskiego. Ed Vulliamy w błyskotliwy sposób opisał nie tylko egzotyczny region wyniszczany przemocą, ale też smutne skutki pazernego globalnego kapitalizmu. Moja ocena: 4,5/5.

Czarny jak ja

rbuciak

Czarny jak ja - okładka

Co zrobić, aby dostrzec bariery, które napotykają osoby dyskryminowane? Najdobitniej można się o tym przekonać wcielając się poniżanych. John Howard Griffin ponad pół wieku temu dokonał odważnego reporterskiego przebrania. Jako biały Amerykanin dzięki lekom na bielactwo i solarium stał się Murzynem, a swoje doświadczenia opisał w książce „Czarny jak ja”.

Książka opisuje miesięczną podróż autora odbytą jesienią 1959 roku. Jedzie z Nowego Orleanu do Atlanty i z powrotem. Wtapia się w społeczeństwo i sytuacje, w których nigdy wcześniej nie miał szansy uczestniczyć. Pracuje jako pucybut na ulicy, szuka toalety, jada w tanich barach, śpi w podrzędnych hotelach, jeździ na tyłach autobusów i autostopem. Co ważniejsze, rozmawia zarówno z innymi Murzynami, jak i białymi. Odczuwa na sobie pełne wyższości i pogardy spojrzenia potomków właścicieli niewolników. Słyszy zakazy i niemoralne propozycje. Z trudem znosi poniżające traktowanie. Dostrzega też kolosalne różnice w warunkach życia, zarówno materialne, jak i bariery społeczne. Pomysł na książkę, jak i jego realizację uważam za znakomite. W gorących wówczas czasach debaty o braku równości między rasami dał silne argumenty przeciwko bezsensownym podziałom.

W drugiej części książki John Howard Griffin opisuje reakcje społeczne na swoją podróż, które miały miejsce po opublikowaniu pierwszych wrażeń w prasie, radiu i telewizji. Opisał skrajnie pozytywnych i równie skrajnie negatywnych odpowiedzi. Pokazał w ten sposób uniwersalność dzielenia się ludzi na dwie grupy jako skutek głośnych wydarzeń.

„Czarny jak ja” ujmuje prostotą przekazu. Autor nie udaje, że prowadzi głębokie badania socjologiczne. Po prostu zapisuje wydarzenia, swoje emocji i przemyślenia, które w ich wyniku powstały. Forma dziennika jest tu bardzo pomocna. Czytelnicy otrzymali napisane na gorąco fragmenty z codziennego życia. Sporo jest znaczących dialogów, opisów troski o znalezienie miejsca do spania, jedzenia czy toalety. Większość tekstu przypomina zwyczajne opowiadanie. Zapisane rozmowy i konwenanse porażają swoją siłą. Warto je czytać także dla nauki kultury osobistej. Ta prostota i dydaktyzm sprawiają, że książka idealnie nadaje się jako lektura szkolna. Jednak w nielicznych fragmentach autor opisuje życiorysy działaczy na rzecz równych praw dla wszystkich. Mogą być one interesujące dla historyków ruchu na rzecz praw obywatelskich, ale dla pozostałych nadmiar faktów sprawia, że szybko ta wiedza umyka z pamięci.

Każdy reportaż wcieleniowy musi się zmierzyć z krytyką wiarygodności. Dla podniesienia prawdomówności podał nazwiska kilku osób, którym niewiele mogło grozić w wyniku reakcji nieprzychylnych czytelników. Książka zawiera też kilka zdjęć. Można na nich porównać autora jako białoskórego i czarnoskórego człowieka. Część zdjęć jest jednak mało wyraźna, więc także dająca podstawy do wątpliwości. Szkoda, że dokumentacja fotograficzna nie jest pełniejsza.

Z pewnością warto, aby każdy przeczytał „Czarnego jak ja”. Szczególnie warto polecić ją młodzieży, która potrzebuje wskazówek postępowania w życiu. Cieszyłbym się, gdyby ta książka trafiła na listę lektur szkolnych. Moja ocena: 4/5.

Wielkość gmin i powiatów a sprawność ich funkcjonowania

rbuciak

Wielkość gmin i powiatów - okładkaZawodowo zajmuję się statystyką samorządu terytorialnego. Rzadko trafiają na rynek książki z tego tematu, które są powszechnie dostępne w księgarniach i nadają się do zrecenzowania na blogu literackim. Ostatnio ukazały się interesujące wyniki badania naukowego warte szerszego omówienia. Książka autorstwa Pawła Swianiewicza, Adama Gendźwiłła, Julity Łukomskiej i Anny Kurniewicz pt. „Wielkosć gmin i powiatów a sprawność ich funkcjonowania” podnosi ważny wątek czy lepsze są gminy małe czy duże.

Raport z badań składa się z pięciu rozdziałów. W pierwszym omówiono zmiany w podziale administracyjnym kraju, w drugim zdolność gmin i powiatów do wykonywania zadań publicznych w zależności od klas liczby ludności. Trzeci rozdział uszczegóławia drugi o stronę finansową. W czwartym przedstawiono zaangażowanie mieszkańców w sprawy lokalne w zależności od wielkości gmin. Ostatni rozdział dotyczy doświadczeń krajów europejskich w zakresie zmian w podziale administracyjnym na poziomie lokalnym.

Pierwszy rozdział może być interesujący dla osób słabo znających temat. Dla mnie okazał się zbyt pobieżny. Podobne odczucia mam względem drugiego rozdziału, który jest najważniejszy dla mojej pracy zawodowej. Zakres obowiązków, jakie mają gminy jest tak szeroki, że przydatna byłaby szersza analiza, czy gminy radzą sobie z wypełnianiem zadań, do których są zobowiązane.

Kolejne rozdziały odebrałem jako bardziej kompletne. Szczególnie interesujące wydało mi się sprawdzenie, jaki efekt miało podzielenie gmin i powiatów. W tej analizie zaskakuje jednak generalizacja komentarza w sprawie przyczyn podziałów. Szczególny jest tu przypadek gminy Jaśliska, która odłączyła się od gminy Dukla nie ze względu na lokalny konflikt, ale z przyczyn praktycznych. Zimą z położonych głęboko w górach Jaślisk trudno było dojechać do urzędu gminy położonego w odległości 20 kilometrów. Warto też odnotować, że analiza danych dla gminy Jaśliska nie będzie mogła być kontynuowana. Za miesiąc powiększy się ona o część gminy Komańcza, co rozpocznie nowy etap w jej historii.

Wielce pouczająca jest analiza zachowań wyborczych i postaw obywatelskich w gminach i powiatach. Modele wyjaśniające przyczyny aktywności mieszkańców to dobry kierunek do dalszych badań. Sporo wiedzy zawiera też rozdział o zmianach podziału administracyjnego w innych krajach, choć ostateczny wniosek pokazuje smutny realizm.

Książka napisana została językiem przystępnym jak na wyniki badań naukowych. Trudniejsze fragmenty dotyczą jedynie opisu zastosowanych metod. Zrozumiałość tekstu to duża zaleta książki. Niestety w Polsce naukowcy często silą się na wyszukane słownictwo, bo panuje przekonanie, że mądre rzeczy można zapisać wyłącznie przy użyciu rzadkich terminów. Analiza statystyczna danych została przeprowadzona przyzwoicie, choć zaskakuje zastosowany podział gmin na klasy wielkości. Brakuje podania liczebności poszczególnych klas. Dlatego trudno zrozumieć wydzielenie grupy gmin o liczbie ludności od 7 do 8 tys. osób.

Przeprowadzone badania z pewnością rozwiewają liczne wątpliwości i dają merytoryczną podstawę do dyskusji o podziale administracyjnym na poziomie lokalnym. Czuję jednak niedosyt i mam nadzieję, że będą kontynuowane. Z drugiej strony obawiam się małego przełożenia wyników na realne decyzje. Z pewnością jest to książka, którą warto aby przeczytało szerokie grono osób zainteresowanych funkcjonowaniem samorządu lokalnego. Moja ocena: 3,5/5.

Miasta wyśnione

rbuciak

Miasta wyśnione - okładka

Są na świecie ludzie, którzy marzą o zmianie sposobu funkcjonowania miast. Wizje części z nich stały się rzeczywistością. Wade Graham opisał siedem idei, które powstały w ciągu ostatnich 150 lat i powodują, że zamieszkujemy „Miasta wyśnione”.

W książce zostały przedstawione biografie architektów i urbanistów oraz generalne kształty ich koncepcji na zabudowę miast. Niektóre z pomysłów są dla Polaków oczywiste, bo widoczne na co dzień. Inne zaś znane jedynie fachowcom. Dzieje się tak dlatego, że autor opisuje świat z perspektywy Ameryki. Czasami jedynie sięga do Europy i na inne kontynenty. Siedem przedstawionych wizji buduje więc nie cały świat jak sugeruje podtytuł, ale głównie jeden kraj. Te wizje to zamki, monumenty, bloki, domostwa, koralowce, galerie handlowe i habitaty. Wade Graham przedstawia je jako wyraźnie wyodrębnione wyobrażenia, jakby każdy budynek dało się przypisać do jednego z nich. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana i choć zdaję sobie sprawę, że w celach dydaktycznych uproszczenia są konieczne, to moim zdaniem zaszły nieco za daleko.

Historię modernistycznych bloków zna wiele osób i rozdział o nich nie zaskakuje treścią. Sporo osób miało szansę zapoznać się też z koncepcją miasta samoorganizującego się. Pozostałe spojrzenia na miasta nie były dotąd opisane po polsku w sposób systematyczny. Dlatego warto poznać skąd wziął się monumentalizm. Dobrze dowiedzieć się, co sprawiło, że miliony ludzi wyprowadziło się na przedmieścia. Największym dla mnie odkryciem jest historia centrów handlowych. Te obiekty przyciągają codziennie monstrualne masy ludzi i warto poświęcić czas na poznanie sposobów osiągania tego celu. To zdecydowanie mocne punkty książki.

Wizje bywają piękne, ale ich skutki koszmarne. Niestety Wade Graham napisał mało o efektach społecznych zrealizowanych pomysłów. W tym widzę sporą wadę „Miast wyśnionych”.

Książka napisana jest bardzo dobrym stylem. Złożone zagadnienia tłumaczy stylem w miarę możliwości prostym. Wszystkie trudne pojęcia są wytłumaczone poprzez historię ich powstania. Dlatego w trakcie czytania ma się wrażenie wejścia w tajemniczy świat architektów. Ponadto autor użył licznych zabiegów literackich dla podniesienia zainteresowania czytelników. „Miasta wyśnione” zawierają znakomite otwarcia i puenty, szczegóły z życia prywatnego znanych osób, liczne przykłady i kwoty podane w milionach dolarów. Czasami warstwa informacyjna wybrzusza się do trudnych do strawienia rozmiarów, ale da się je przełknąć.

Książka zawiera liczne zdjęcia znakomicie ujmujące cechy charakterystyczne marzeń architektów. Przedstawiają one najważniejsze dla poszczególnych wizji zbudowane obiekty. Niestety fotografie są nie do końca właściwie dobrane do tekstu. Często opisywane są budynki bez ilustracji, zaś niektóre fotografie przedstawiają realizacje nie opisane. Jeszcze gorzej jest z mapami i planami, gdyż tych nie ma wcale, a często byłyby bardzo przydatne.

Warto poznać, co ukształtowało obecne struktury miast. Wade Graham napisał przewodnik historyczny po architekturze i urbanistyce, który znakomicie wprowadza w ten temat. Dlatego zachęcam do przeczytania „Miast wyśnionych”. Moja ocena: 4/5.

Księga zachwytów

rbuciak

Księga zachwytów - okładkaZachwyt to pozytywna emocja podparta intelektualnym wywodem. Filip Springer jeżdżąc po Polsce myślał nad budynkami, które wywoływały w nim odczucia, niekoniecznie przyjemne. Ich zbiór złożył się na „Księgę zachwytów”. Czy nią też można się zachwycić?

Geneza dzieła jest prozaiczna i typowa dla obecnych czasów. Książka składa się z felietonów publikowanych co tydzień w Gazecie Wyborczej. Można się zastanawiać, jaki sens ma odcinanie kuponów i sprzedawanie w twardej okładce zestawu miniatur pochodzących z gazety. Z jednej strony łatwo postawić przyziemny zarzut o chęć zysku i kreowanie gwiazdy. Z drugiej strony „Księgę zachwytów” dobrze mieć pod ręką, jeśli chce się pokazać jakiś ważny nurt w powojennej czy współczesnej architekturze.

Autor opisał 100 miejsc, czyli całość powstała w dwa lata systematycznego pisania. Zostały one poukładane według klucza geograficznego. Każdy rozdział to jedno lub dwa województwa. Zaczyna się w Szczecinie i kończy w Przemyślu. To swego rodzaju przewodnik po modernistycznej i najnowszej architekturze kraju. Można się z niej dowiedzieć sporo interesujących wiadomości – od nazwisk architektów do reguł estetyki. Oczywiście wybór budynków zawiera silny pierwiastek autorski. Warto zwrócić uwagę na różnorodność obiektów. Książka zawiera opisy budynków mieszkalnych, użyteczności publicznej, biurowców, domów handlowych i węzłów komunikacyjnych. Nie ma tylko działających fabryk, ale te zniknęły z polskiego krajobrazu miast. Przegląd jest na tyle szeroki, że daje zgrubny obraz całości nowej tkanki architektonicznej.

Książkę z trudem czyta się od początku do końca. Pisarz z ogromną zdolnością do snucia opowieści przycięty przez ramy gazety wydaje się zamknięty w złotej klatce stałego zarobku. „Księdze zachwytów” jako całości brakuje lekkości. Felietony same w sobie są zamkniętymi całościami i postawione w szeregu nie tworzą symfonii. Nie były pisane z myślą o zbiorze. Przez to znacznie różnią się między sobą uwypukleniami w treści. Filip Springer raz więcej miejsca poświęca sylwetce architekta, innym razem formie, czasami historii miejsca albo relacji z otoczeniem i w końcu ideom sztuki projektowania budynków. Powstał więc koktajl bez myśli przewodniej.

Obok treści felietony zawierają też zdjęcia autora. Niestety w każdym przypadku jedno lub dwa. Filip Springer jest znakomitym fotografem, bo wybiera znakomite ujęcia i doskonale operuje światłem. Z tych powodów często chce się zobaczyć więcej jego ujęć. Niestety ich brakuje. Dlatego mam poczucie, że „Księga zachwytów” jest mocno wybrakowana. Gdyby była droższa, bardziej albumowa, to miałaby jeszcze większą siłę przekazu.

Jeśli miałbym komuś polecić książkę, to chyba najbardziej niespecjalistom, którzy interesują się architekturą w Polsce i chcą zabłysnąć wiedzą w kręgach towarzyskich oraz licealistom do nauki. Moja ocena: 3/5.

Ojcowie szóstego levelu

rbuciak

Ojcowie szóstego levelu - okładka

Utrwalony przez kulturę podział ról sprawiał, że wychowaniem dzieci zajmowały się kobiety. Rozwój techniki w XX wieku zmienił ten zwyczaj. Współczesnym mężczyznom, którzy zajęli się opieką nad własnym potomstwem, przyjrzała się Magdalena Szwarc. Jej książka „Ojcowie szóstego levelu” opisuje to nadal rzadkie zjawisko.

Zacznę od tytułu. Dawno gorszego nie widziałem. Analogia pomiędzy wychowywaniem dziecka a grą komputerową ma słabe podstawy. Wyobraźnia autorki zapędziła się w obszar wywołujący drwiny. Z kilku osób, którym pokazałem książkę, wszystkie zareagowały podobnym zdziwieniem pomieszanym z ironicznym śmiechem.

Ostatnia strona okładki zapowiada, że bohaterami książki są mężczyźni różniący się między sobą cechami demograficznymi, społecznymi i ekonomicznymi. Ten opis po lekturze odbieram jako mocno naciągany. Książka opisuje niemal wyłącznie mężczyzn daleko po trzydziestce, z klasy średniej wyższej, z wykształceniem wyższym z zakresu pedagogiki, socjologii lub psychologii. Do dominującego schematu należy dopisać, że partnerki realizują się zawodowo. Ponadto wszyscy bez wyjątku bohaterowie mieszkają w Warszawie. W efekcie „Ojcowie szóstego levelu” to książka nudna, zwłaszcza przez pierwszą połowę tekstu. Czytanie po kilka razy niemal tych samych problemów pierwszego świata zwyczajnie męczy.

Mam poczucie, że temat ojców opiekujących się dziećmi został opisany mocno zawężająco i powierzchownie. W trakcie czytania pojawia się wiele pytań, na które nie ma odpowiedzi. Miałem ochotę przeczytać o ojcach mniej idealnych, z wykształceniem technicznym, przed trzydziestką, z małych miast albo wsi, gdzie mogą się spotkać z zupełnie innymi reakcjami otoczenia na decyzję o złamaniu zwyczaju.

Książka ma formę wywiadów z ojcami i matkami. Obok nich znajdują się wywiady z trojgiem specjalistów od wychowania dzieci. Magdalena Szwarc wycisnęła ze spotkań wszystko, co było możliwe. Bohaterowie jej zaufali i pokazują obok praktycznych porad także błędy, które popełnili. Autorka konsekwentnie realizowała swój plan rozmów i starała się od każdej pary otrzymać odpowiedzi na te same tematy. Niekiedy to wchodzenie w czyjeś życie rodzinne wydało mi się przesadne. Miejscem na roztrząsanie prywatnych różnic między mężem i żoną jest u terapeuty rodzinnego, a nie w książce.

„Ojcowie szóstego levelu” to poradnik pokazujący, że mężczyźni jeśli tylko chcą, to radzą sobie z wychowaniem dwuletniego dziecka. Ojcowie potrafią dziecko ubrać, nakarmić, wyprowadzić na spacer, a przy okazji zrobić pranie, zakupy i zorganizować dla dziecka rozwijające zabawy. Mając za sobą doświadczenie opieki nad swoją córką zastanawiam się, komu potrzebny jest taki poradnik. Kilka nauk dla siebie wyciągnąłem, ale zmieściłyby się one w pojedynczym wywiadzie. Cała książka to dla mnie za dużo jak na tak wąsko zakreślony temat. Doszedłem do wniosku, że poradnik może być przydatny kobietom, które wątpią w możliwości rodzicielskie swoich partnerów. To z kolei bardzo ograniczona grupa docelowa czytelniczek.

Temat zaangażowanego ojcostwa jest bardzo ważny dla rozwiniętych technologicznie krajów. Choć książka Magdaleny Szwarc wnika w problematykę, to ujmuje ją zbyt wąsko, przez co treść jest powtarzalna i nudna. Dlatego polecam książkę „Ojcowie szóstego levelu” jedynie parom mierzącym się dylematem pozostawienia dziecka opiece taty. Moja ocena: 3/5.

Dzieci Norwegii

rbuciak

Dzieci Norwegii - okładkaZderzenie z obcą kulturą bywa bolesne. U imigrantów w Norwegii największy strach wywołuje urząd ochrony dzieci. Maciej Czarnecki postanowił dogłębnie zbadać źródło trwogi. Efektem pracy jest pełna faktów książka „Dzieci Norwegii”.

Gdy w 2014 roku autor napisał reportaż o rodzinie, której bezpodstawnie odebrano dzieci, to napłynęło do niego bardzo dużo listów. Temat wydał się dziennikarzowi na tyle interesujący, że uznał za ważne pokazać go od każdej strony. Oprócz rodzinnych dramatów w książce nie zabrakło miejsca na głos urzędników organizujących system zza biurek i szeregowych pracowników kontaktujących się z rodzinami. Poza dwoma stronami konfliktu wiele miejsca zajmują wypowiedzi specjalistów, m. in. socjologów, prawników, wykładowców pedagogiki. Poza głosami ludzi tekst zawiera liczne twarde dane statystyczne, które pozwalają spojrzeć na problem w porównaniu do innych krajów i obalić kilka mitów panoszących się na imigranckich forach internetowych. Pojawiają się także konteksty historyczny i kulturowy, a także w kilku punktach najważniejsze wnioski z przeprowadzonej analizy. Macieja Czarneckiego należy pochwalić zarówno za wybór tematu, jak i jego ujęcie od wszystkich ważniejszych stron.

„Dzieci Norwegii” z całą pewnością są reportażem. Warto zwrócić uwagę na konstrukcję książki. Generalnie na zmianę następują po sobie rozdziały zawierające historie pojedynczych rodzin i spokojne refleksje oparte na danych i wywiadach. Takie ułożenie treści bardzo mi się podoba. Ma się wrażenie ciągłego obracania medalu w rękach, co powoduje, że nie da się zapomnieć o żadnej ze stron. Nie da się zatracić w emocjach konkretnych przypadków, ani zagrzebać w dywagacjach o przepisach prawa. Ciągłe szukanie środka jest kolejnym dużym plusem książki.

Pisanie w sposób interesujący zarówno o pełnych emocji ludzkich tragediach, jak i oficjalnych wypowiedziach urzędników oraz historii tematu to duża sztuka. Maciej Czarnecki używa do każdej z form nieco innego stylu. W opowieściach ludzi jest sporo dynamiki, wydarzeń, wypowiedzi i zachowań wskazujących na emocje. Pozostałe rozdziały skupiają się na zadawaniu pytań i podawaniu odpowiedzi. Czytając miałem wrażenie stałego szukania źródła konfliktu między ludźmi i instytucją. Niezależnie od stylu wszystkie rozdziały czytałem z ciekawością. Nachodziły mnie także myśli o własnych umiejętnościach wychowawczych. Co więcej, piszę te słowa w Oslo i „Dzieci Norwegii” okazały się przydatną lekturą nawet na zwykły spacer po mieście i rozmowę o kraju. To kolejne powody do pochwał dla autora.

Tylko dwa elementy mi się nie podobały. Po pierwsze, jest dużo bohaterów. Trudno ich wszystkich zapamiętać. Po drugie, autor pomylił eugenikę z higieną rasową. W obliczu prawidłowego posługiwania się danymi statystycznymi może to błahostka, ale jednak konieczna do odnotowania, bo warto prostować pojęcia mylone w dyskusji publicznej.

Książka nie zawiera ani zdjęć, ani mapy. Dobrze, że nie ma zdjęć, bo wprowadziłyby niepotrzebne emocje. Trochę szkoda, że nie ma mapy Norwegii, bo przydałoby się do wyobrażenia odległości w trakcie czytania opisu ucieczki.

Maciej Czarnecki napisał książkę na ważny i aktualny temat. Efekt jego pracy jest znakomity. Chciałbym mieć pod ręką więcej takich lektur. Książka pozwala merytorycznie wypowiedzieć się o systemie opieki nad dziećmi w Norwegii, dlatego polecam przeczytać ją wszystkim. Moja ocena: 4,5/5.

Hen

rbuciak

Hen - okładkaInaczej wygląda świat widziany z wielkich miast, a inaczej z głuchej prowincji. W niemal każdym kraju występują oba te typy obszarów i spojrzeń. Ilona Wiśniewska postanowiła pokazać świat z najgłębszych zakamarków Norwegii, które leżą „Hen” za kołem podbiegunowym.

Książka składa się z trzech części. Pierwsza i trzecia niewiele się od siebie różnią. Obie opowiadają o wioskach rybackich, które czasy świetności minęły. Zawierają więc westchnienia starych ludzi za starymi ciężkimi czasami. Wtedy było dużo pracy i tragedia II wojny światowej, ale ludzie trzymali się razem. Teraz pracy nie ma i dzieci wyjeżdżają na stałe na południe. Tekst przenika melancholia i pogodzenie z losem spływającym z globalnych ośrodków decyzyjnych. Mam poczucie, że podobne wspomnienia mogłaby autorka usłyszeć w dowolnej prowincjonalnej części świata. Dlatego przekaz nosi znamiona uniwersalności. To jest moja propozycja odczytywania książki.

Środkowa część „Hen” wyraźnie oddziela się od pozostałych. Ilona Wiśniewska opowiada w niej o społeczności Saamów, zwanych niepoprawnie Lapończykami. Powstała fascynująca historia o mało znanej społeczności z trudną przeszłością, heroiczną walką o swoje prawa i barwną kulturą. Odczytuję ją jako pamflet ku czci małych ojczyzn, lokalnych aktywistów i ubogacającej odrębności. Ogromnie się cieszę, że autorka wydobyła głos z Saamów i wysłowiła go po polsku z lekko naiwnym pozytywistycznym humanizmem. Każda wiedza o innych i ich postrzeganiu świata jest cenna.

O ile moje wrażenia odnośnie tematyki są pozytywne, to styl książki mnie nie zachwycił. Miałem spore trudności ze zrozumieniem, o czym autorka chce opowiedzieć. Brak wstępów i puent oraz powolność akcji nie zachęcają do czytania. Tekst się dłużył i często ze znudzenia przewracałem strony, aby zobaczyć, ile jeszcze do końca. Próby wpraszania się do domu introwertycznych emerytów, którzy poza wspomnieniami o pracy w przetwórni rybnej mają niewiele ciekawostek w zanadrzu, odebrałem jako zapełnianie stron czymkolwiek. Z drugiej strony rozbudzały mnie rozmowy z twórcami kultury.

Ilona Wiśniewska napisała książkę głównie w pierwszej osobie. Najszerzej przedstawiła własne spotkania z różnymi osobami. Dość sprawnie opisała też wioski i znajdujące się w nich budynki. Spróbowała też oddać w słowach krajobrazy i pogodę, ale nie wyszło to najlepiej. W książce jest sporo podróżniczej autentyczności. Jednocześnie niektóre fragmenty to napisane w trzeciej osobie wspomnienia, które burzą narrację.

Mocną stroną książki są liczne, bardzo dobre zdjęcia, które doskonale uzupełniają treść. Pokazują melancholię, kultura materialną Saamów, współczesną walkę z zapomnieniem i ekstremalną pogodę. Warto też zwrócić uwagę na wzorowo wykonaną mapę, która znajduje się pod okładkami. Wszystkie miejscowości wspomniane w tekście są na niej zaznaczone.

Hen” to książka nierówna. Zawiera interesujące fragmenty i ważne przesłanie, ale też nudne długie opowieści. Odnoszę wrażenie, że nie w pełni została przemyślana. Polecam na uspokojenie nerwów i zainteresowanym Skandynawią. Moja ocena: 3,5/5.

 

Lustro o północy

rbuciak

Lustro o północy - okładkaPisarz ma szczęście, gdy trafi na temat, który naświetla nowe zjawisko. Pisarz ma pecha, gdy opisuje koniec systemu, do którego nikt nie chce wracać. Pecha miał Adam Hochschild, który pisząc pod koniec lat 80-tych XX wieku „Lustro o północy” nie wiedział, że za chwilę apartheid się skończy.

Amerykanin miał bardzo dobry pomysł na książkę. Postanowił opisać Wielki Trek, czyli wyjazd Burów w latach 30-tych XIX wieku spod angielskich rządów w Kolonii Przylądkowej w głąb kontynentu, oraz obchody 150 rocznicy tego wydarzenia. Ponadto zagłębia się w społeczną, gospodarczą i polityczną sytuację czarnoskórej większości pod rasistowską okupacją. Doniosłość tego tematu wynika ze wzmożenia strajków, protestów i bojkotów, jakie wstrząsały Południową Afryką przez kilka ostatnich lat przed napisaniem „Lustra o północy”.

W realizacji pomysłu Adam Hochschild również wykazał duże umiejętności. Dogłębnie prześledził źródła historyczne sprzed półtora wieku i krytycznie je zacytował. Współczesne sobie uroczystości opisuje podwójnie, bo w konkurencji do oficjalnego rządowego wozu jadącego z Kapsztadu do Pretorii, odbywa się osobna podróż zwolenników skrajnego rasizmu. Opisuje i komentuje sytuację w kraju ogromnie podzielonym społecznie, choć z władzą nadal trzymającą się oficjalnego kursu. Mimo to rozmawia ze wszystkimi – od przywódcy skrajnej prawicy do aktywistów dążących do równouprawnienia wszystkich mieszkańców kraju. W tym ostatnim celu specjalnie jedzie na konferencje i spotkania organizacji działających na krawędzi legalności, a nawet na miejsce spalonej dobrze prosperującej wsi zamieszkanej przez czarnoskórych.

Interesująca jest konstrukcja książki. Wszystkie trzy wątki są ze sobą wymieszane i prowadzą do kulminacyjnego momentu, czyli dnia obchodów rocznicy bitwy nad Krwawą Rzeką. Zapewne w zamierzeniu autora kolejność wydarzeń miała zakończyć się czymś niezwykłym, ale nic takiego nie następuje. Najbardziej bolesne obrazy rasizmu znajdują się w pierwszej połowie książki. Dlatego atrakcyjne, choć ryzykowne zamierzenie skończyło się nie do końca efektywnym wynikiem.

„Lustro o północy” to nie w pełni reportaż. Dominują opisy wydarzeń i miejsc oraz wywiady ze znaczącymi ludźmi, ale autor pozwala sobie także na oceny. To sprawia, że książka zamienia się częściowo w esej. Adam Hochschild sprawnie porusza się w obu gatunkach literackich. Jego dokładne opisy wyglądu osób, strojów ludowych czy zabudowy sprawiają, że brak zdjęć trudno uznać za wadę. Próby budowania przez pisarza analogii z Ameryką czy Europą Środkową budowały poczucie zrozumienia. Jednak trudna tematyka, liczne krótkie przygody oraz nieaktualna sytuacja sprawiają, że nie poczułem się porwany przez autora w wir wydarzeń.

Historia lubi się powtarzać i dlatego nawet czytanie o Afryce Południowej końca lat 80-tych XX wieku ma sens. „Lustro o północy” warto traktować jako książkę, która pozwala zrozumieć miejsce, z którego ten kraj wystartował ćwierć wieku temu. Moja ocena: 4/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci