Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Głód

rbuciak

Głód - okładka

Co siódmy człowiek głoduje. Tą smutną prawdą postanowił zająć się argentyński pisarz Martin Caparrós. Jego książka nosząca tytuł „Głód” wielokrotnie wprawia z zakłopotanie.

Tytułowy „Głód” autor bada i opisuje na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, opisuje dramaty pojedynczych głodujących z różnych części świata. W tym celu odwiedza pustynny Niger, rolnicze Indie, slumsy Bangladeszu, wojujący Sudan Południowy, wysprzedawany Madagaskar, otyłych Amerykanów i grzebiących w śmieciach Argentyńczyków. W ten sposób ukazuje różnorodność cierpień w biednych krajach. W każdym z odwiedzonych państw rozmawia z kilkoma osobami różnej płci i wieku, każdemu poświęci kilka lub kilkanaście stron. Mam poczucie, że gdyby tych historii było pięć razy mniej, to przekaz byłby równie wymowny.

Po drugie, Martin Caparrós szuka przyczyn głodu. Stara się wyjaśnić dlaczego przy globalnej nadprodukcji żywności aż miliard ludzi nie stać na zakup lub wyprodukowanie sobie wystarczającej do życia ilości jedzenia. Bardzo pouczającą lekcją na ten temat jest wizyta na giełdzie rolnej w Chicago. Te 30 stron książki uważam na najważniejsze.

Po trzecie, autor stawia mnóstwo pytań etyczno-egzystencjalnych o naturę nierówności, chciwości, metod pracy organizacji humanitarnych itd. Gdyby te rozważania zajmowały kilka stron wstępu i kilkanaście zakończenia, to przekaz byłby silny. Niestety rozważania pisarza zajmują kilkaset stron, co mnie okropnie nudziło.

Dawno nie czytałem książki, która działałaby na mnie tak usypiająco. Gdyby „Głód” zawierał 200 stron konkretnych informacji, to byłby napisany jasno i klarownie. Niestety oprócz konkretu jest 500 stron powtarzających się historii, rozmyślań o nie wiadomo do końca czym, a co najgorsze także dialogów autora z samym sobą. Rozmowy z głodującymi z całego świata są sztampowe i poza detalami niewiele się od siebie różnią. Dobrze chociaż, że te detale są. Opisy osób, miejsc, domów, poletek itd. Pozwalają wyobrazić sobie te odległe miejsca. Mnóstwo zbędnych słów pokazuje jednak, że wyraźnie autorowi brakuje doświadczenia z pracy w gazecie.

Teoretycznie książka jest o „Głodzie”, ale przy okazji poznajemy bóle dziesiątek osób, które z tematem mają tyle wspólnego, że współwystępują. W książce zostały opisane chyba wszystkie możliwe formy przemocy domowej. Wszystko jest ze sobą wymieszane, więc gdyby nie tytuł, który jest osią rozważań, to można by się poważnie zastanawiać, o czym jest książka.

Martin Caparrós nie ukrywa swoich poglądów. Cytuje wielu lewicowych myślicieli z ostatnich 200 lat. Z tekstu pobrzmiewa pragnienie rewolucji społecznej, która nie ma szans się ziścić. Miłośnicy książek katastroficznych powinni być czuć satysfakcję, bo pisarz przewiduje czarną przyszłość.

Wielka szkoda, że „Głód” nie zawiera mapy świata z zaznaczonymi miejscami opisanymi w książce. O ile Buenos Aires nie trudno umiejscowić, to nazwy wiosek w Afryce stanowią dużo większe wyzwanie.

Nie polecam czytać całej książki. Z każdej części warto wybrać jeden lub dwa podrozdziały. Moja ocena: 2,5/5.

100/XX+50. Cześć 4

rbuciak

100/XX+50 - okładka

Niemcy w latach 30-tych XX wieku popadły w zbiorową histerię faszyzmu. Skończyło się to źle dla całej Europy. Ciekawe, że Polscy reporterzy byli w stanie opisać pierwsze symptomy tragedii.

Pierwszy niemiecki obóz koncentracyjny powstał w Dachau w 1933 roku. Po trzech latach od jego powstania odwiedził go Jerzy Rogowicz. W relacji gościa w strefie zamkniętej pojawiają się liczne interesujące spostrzeżenia. Reporter przygląda się relacjom między więźniami i strażnikami, wypytuje aresztantów o ich status prawny, zagląda do garnków i misek, a także analizuje budowę baraków. Dużo konkretnych informacji, które dla wielu czytelników mogły być później niestety bardzo przydatne.

Podróż Józefa Kisielewskiego po Niemczech miała zupełnie inny charakter. Rodzinna wycieczka po Połabiu i Pomorzu miała na celu odszukanie pozostałości po Słowianach. Relacja z podróży pełna jest Niemieckiej propagandy, a którą autor rzetelnie odpowiada. Jednocześnie podziwia perfekcjonizm wystaw, z drugiej wyśmiewa się z niskiego poziomu kabaretów. Cała książka autora z pewnością jest niezwykle interesującą pozycją, ale głównie dla specjalistów.

Roman Fajans przyjrzał się eksportowi faszyzmu do Hiszpanii. W antologii znalazły się dwa fragmenty z jego podróży po rodzącym się państwie generała Franco. Pierwszy to rozmowa z rektorem Uniwersytetu w Salamance, który zwykł mocno różnić się z każdą władzą państwową. Drugi fragment to opis Sewilli, gdzie wojenne szlify zdobywało kilkadziesiąt tysięcy hitlerowców. Te dwa fragmenty świetnie pokazują, że autor potrafił zdystansować się od zaangażowania politycznego. Dlatego cała książka z podróży z pewnością jest cennym dokumentem historycznym.

Relację więźnia z przedwojennego obozu koncentracyjnego przedstawił tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej Stanisław Nogaj. Zatrważa absurdalność zarzutów stawianych aresztantom, brutalność strażników i system pracy przymusowej. Wybrana relacja znakomicie zapowiadała całą literaturę obozową. Przypomnienie, że jej początki sięgają czasów tuż przed wojną jest ważnym sygnałem wysłanym przez twórców antologii.

Warto przyjrzeć się wydarzeniom sprzed 80 lat, bo niestety wiele z nich powtarza się dziś.

Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

rbuciak

zielone migdały - okładka

Kurdowie budzą podziw. Po setkach lat pod obcym panowaniem, po wybuchających co kilka lat powstaniach, w końcu są blisko upragnionej wolności. Ich historie i marzenia opisał Paweł Smoleński w książce „Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie”.

Pisarz odwiedził iracki Kurdystan przynajmniej dwukrotnie – w 2005 i 2011 roku. Na większość książki składają się rozmowy przeprowadzone w trakcie tych dwóch wyjazdów. Paweł Smoleński przyzwyczaił nas, że skupia się na ludziach i ich przeżyciach. Wybrał na bohaterów osoby, które mogły mu opowiedzieć o historii, polityce, wojnach, obowiązujących prawach i rozwijającej się gospodarce. Dobór tematów wydaje się oczywisty, jak na opisywane miejsce. Dzięki temu czytelnik ma możliwość skonstruowania w głowie generalnego obrazu irackiego Kurdystanu.

Łatwo dostrzec dwie główne rozbieżności między zawartością książki i oczekiwaniami czytelników. Po pierwsze, „Zielone migdały, czyli po światu Kurdowie” opisuje nie cały naród, ale jego piątą część mieszkającą w Iraku. Z tekstu nic nie dowiemy się o życiu Kurdów w Iranie, Turcji i Syrii. Można poczuć się niezaspokojonym. Po drugie, w ciągu ostatnich pięciu lat nastąpiła radykalna zmiana sytuacji w regionie. Wojna z Państwem Islamskim spowodowała, że Kurdowie podjęli walkę zbrojną w obronie własnej wolności. Jeśli ktoś oczekuje, że przeczyta o trwającym konflikcie i ich uczestnikach, to będzie zawiedziony. Autor kwituje wydarzenia ostatnich lat pojedynczymi zdaniami pełnymi niewiedzy, żalu i niepokoju. Gdyby książka ukazała się cztery lata temu, to byłaby aktualna. Dzisiaj brzmi bardziej jak wspominki po zmarłym, choć Kurdowie w Iraku obronili się przed najazdem religijnych fanatyków. Bardzo brakuje szerszego spojrzenia opisującego, co zmieniła teraz trwająca wojna.

Choć poruszone w książce tematy nie są lekkie, to czyta się ją z chęcią i rosnącym zaciekawieniem. Początki rozdziałów są zawsze silnymi akcentami. Dzięki nim chce się odkrywać kolejne nitki i sploty historii bohaterów. Gdy przychodzi koniec rozdziału, to od razu ma się ochotę na następny i wtedy wpada się w kolejną pociągającą historię. Z każdym rozdziałem co raz bardziej zastanawia, co jest na końcu, co jest puentą całej opowieści o Kurdach. Gdy nadchodzi rozwiązanie zagadki, to pozostaje tylko pokiwać głową z uznaniem, że lepszej nie można było wymyślić. Dlatego bez trudu można przeczytać książkę w jeden dzień.

Czytanie ułatwia użyty styl. Tekst budują zdania oznajmujące. Raz krótkie i pojedyncze, częściej złożone, ale nie rozbudowane. Paweł Smoleński nie zmienia stylu od początku do końca. Mimo to udaje mu się zarówno popaść w melancholię, jak i trzeźwo opisywać okrucieństwa. Warto docenić tą trudną umiejętność.

Niestety książka nie zawiera ani zdjęć, ani mapy Kurdystanu. Jednego i drugiego szkoda. Choć opisy osób i miast są plastyczne, to możemy się tylko domyślać, jak wyglądają Jazydki i odbudowujące się miasta. Nie każdy też biegle porusza się po północnym Iraku, aby wiedzieć, gdzie znajdują się poszczególne miasta. Szkoda tych niedociągnięć.

„Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie” to znakomicie napisana książka, ale pozostania w niedosycie niedopisania bieżącej sytuacji. Najważniejsze, że książka pozwala zrozumieć aspiracje Kurdów i dlatego warto ją przeczytać. Moja ocena: 4/5.

Ziarno i krew

rbuciak

ziarno i krew - okładkaBliski Wschód tonie w przemocy. Ofiarami radykalnych muzułmanów są także chrześcijanie. Dariusz Rosiak postanowił odwiedzić ostatnich wyznawców Jezusa na ziemiach, gdzie ta wiara powstała. Opisy swoich podróży zawarł w książce „Ziarno i krew”.

Podróż dziennikarza zaczyna się w… Szwecji, dokąd emigruje wielu chrześcijan z Syrii. Następnie odwiedza południową Turcję, Kurdystan, Stambuł, Liban, Egipt, Palestynę i Izrael. Spotyka się z kilkoma biskupami różnych odłamów chrześcijaństwa. Rozmawia z mnichami i zwykłymi wiernymi. Przedstawia szeroki obraz małej i silnie podzielonej społeczności, która najczęściej trwa siłami pojedynczych aktywistów. Obraz chrześcijan stworzony na podstawie tych kilku wyjazdów wydaje się w szeroki i uczciwy.

Oprócz rozmów i relacji z podróży książka zawiera wyjaśnienia historii powstania poszczególnych odłamów wiary. Nie są one specjalnie głębokie. Nie łączą się też w żadną całość. Skupiają się głównie na postaciach świętych czczonych do dzisiaj. Zawierają też błędy merytoryczne. Specjalnie przeczytałem Dzieje Apostolskie, aby zrozumieć dysputę w trakcie Soboru Jerozolimskiego. Dariusz Rosiak nie do końca prawidłowo opisał istotę różnic. Dlatego osoby zainteresowane wczesną historią chrześcijaństwa powinny jej szukać w bardziej specjalistycznych źródłach.

Zaletą książki jest dociekliwość autora. Zadaje swoim rozmówcom niewygodne pytania. Konfrontuje jednych działaczy z innymi. Doprawia to szczyptą ironii. W efekcie powstaje wielogłos, który skłania do refleksji. Łatwo postawić sobie pytanie o to, którego mnicha czy biskupa słowa trafiają do nas bardziej. O tyle udzielenie odpowiedzi nie bardzo ma sens. „Ziarno i krew” to jedynie książka, a do odpowiedzi trzeba znać sytuację na miejscu. Rację równie dobrze może mieć każdy z nich, jak i żaden. Dlatego, o ile książka dobrze przedstawia poszczególne społeczności, to próba doszukania się głębszego celu dzieła rozpływa się domysłach. Dlatego czuję po lekturze niedosyt.

Przeczytanie książki sprawiło mi wiele trudu. Włóczenie się z Dariuszem Rosiakiem po kościołach i klasztorach nie porwało mnie. Opisy miejsc i osób, poza nielicznymi wyjątkami, nie są plastyczne. Najczęściej brakuje barw i charakterystycznych cech. „Ziarno i krew” nie zawiera zdjęć. Szkoda, bo wypełniły lukę po nienajlepszych opisach.

Książka ma formę dziennika z podróży. Wadą tej formy jest to, że wielu napotkanych ludzi niewiele wnosi do głównego tematu książki i trudno ich zapamiętać. Opisywanie kierowców taksówek czy recepcjonistów w hotelach wydaje się niepotrzebne. Przez takie mało znaczące fragmenty książka się dłuży i nudzi, bo nie trzyma w napięciu.

Bardzo pozytywnie odbieram dodane do tekstu plany odwiedzonych miejsc. Autor podróżuje po miejscach, o których większość z czytelników nigdy wcześniej nie słyszała. Pokazanie ich lokalizacji na schematach pozwala umiejscowić wydarzenia w konkretnej przestrzeni.

Warto dowiedzieć się, z czym zmagają się obecnie chrześcijanie na Bliskim Wschodzie. „Ziarno i krew” wrzuca czytelników w środek intelektualnej dyskusji o przyszłość różnych odłamów religii, ale forma książki nie zachęca do czytania. Moja ocena: 3,5/5.

Wszystkie wojny Lary

rbuciak

Wszystkie wojny Lary - okładkaOdzwyczailiśmy się od liczenia czasu skalą przeżytych wojen. Ostatnia przetoczyła się przez Polskę ponad 70 lat temu. Żyją na świecie ludzie, którzy nadal dzielą wydarzenia na wojny. Jedną z nich jest Lara. Wysłuchał ją Wojciech Jagielski i oddał w nasze ręce książkę „Wszystkie wojny Lary”.

Treść książki można rozpatrywać na przyziemnym poziomie biegu wydarzeń i na wzniosłej konfrontacji wartości. Zacznijmy od pierwszego z nich.

Książka opisuje życie Lary. Zaczyna się od spokojnego dzieciństwa w jednej z dolin na terenie Gruzji. Przechodzi przez młodość spędzoną w Groznym z mężem i synami. Kończy dojrzałością znów w rodzinnej dolinie, ale już bez męża i synów. Jednocześnie książka omawia całe życie synów Lary od dzieciństwa w Groznym, przez pobyt z matką w Gruzji i ojcem w Europie, aż po śmierć w Syrii. Każda wojna zmieniała coś w życiu Lary. Rozstanie z mężem, napływ uchodźców do rodzinnej wioski, śmierć braci, a w końcu śmierć synów. Skrótowe ukazanie znacznej części współczesnej historii wojen na Kaukazie i Bliskim Wschodzie jest ogromną zaletą książki. Liczne zmagania zbrojne zostały ukazane z tej samej, rzadko dostrzeganej perspektywy – Czeczenki, biednej wieśniaczki, ale przede wszystkim matki.

Na poziomie wartości „Wszystkie wojny Lary” ukazują konflikty. Po pierwsze, pomiędzy miłością do matki i miłością do boga. Po drugie, między umieraniem dla sprawy i życiem dla wygody oraz bogactwa. Po trzecie, między zirytowanymi biednymi uchodźcami i aroganckimi bogatymi Europejczykami. Tych konfliktów jest więcej i możnaby je długo wymieniać. Co ważna, książka przedstawia argumenty obu stron bez przyznawania racji żadnej z nich. Takie ujęcie tematów pozwala na zaprezentowanie i zmierzenie się z argumentami mudżahedinów jadących walczyć w Syrii. Czytelnicy otrzymują postawione na szali odważniki, ale sami muszą dokonać wyboru, który ciężar jest większy. Dlatego książka świetnie nadaje się na dyskusje w szerszym gronie i omawianie w szkołach.

Dawno nie zdarzyło mi się, abym przeczytał książkę w jeden dzień. Tym razem trudno mi było się oderwać od czytania. Przedstawiona historia wciągnęła mnie bez reszty. Wielka w tym zasługa nie tylko tematu, ale też sposobu jej przedstawienia. Wojciech Jagielski po prostu rozmawia z Larą w Tbilisi w barze szybkiej obsługi. Trochę pisze w pierwszej osobie, częściej cytuje tytułową bohaterkę, czasami wplata wiedzę z kontekstu. Cały zapis wygląda bardzo naturalnie, choć widać jednocześnie zabiegi literackie podnoszące dramatyzm opowieści, np. otwarcia i puenty. W opowieści razi jednak przedstawienie życia Lary tylko z jej punktu widzenia. Jej życiorys zawiera wiele białych plam i duże niedopowiedzenia. Szkoda, że autor podczas pobytu w jej wiosce nie dopytał rodziny i sąsiadów o niektóre fragmenty z jej życia. Pozwoliłoby to lepiej zrozumieć wybory dokonywane przez nią i jej synów.

Jak zwykle u Wojciecha Jagielskiego tekst nie zawiera dat, więc trzeba samemu liczyć, co się kiedy stało. Nie zawiera też zdjęć, ale te nie wydają się konieczne. Plastyczne opisy pozwalają na wyobrażenie sobie miejsc, a ich zdjęcia odciągałyby tylko od dylematów intelektualnych. Książka zawiera za to mapy, dzięki czemu łatwo poukładać sobie w głowie trasy, którymi poruszała się Lara.

Współczesny świat wypełniają sprzeczności. Aby zrozumieć wybory wielu ludzi trzeba wysłuchać opowieści innych. „Wszystkie wojny Lary” dają pouczającą perspektywę w znakomitym opracowaniu Wojciecha Jagielskiego. Dlatego polecam pochłonąć. Moja ocena: 4,5/5.

Człowiek to człwoiek, a śmierć to śmierć

rbuciak

Czlowiek to czlowiek, a śmierć to śmierć - okładkaDobrze napisany reportaż można rozpoznać po kilku cechach. Interesujący temat, dociekliwość, wciągający styl, wywołanie emocji u czytelnika, itp. Zobaczmy, ile z nich zastosowała Maria Stepan w książce „Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć”.

Kolejne dzieło o Ukrainie. Tym razem autorka zaczyna akcję w listopadzie 2013 roku, zaś kończy dwa lata później. Dziennikarka opisuje własne przeżycia z protestów w Kijowie, zajęcia Krymu, wojny w Zagłębiu Donieckim, a na końcu rozmawia z uchodźcami. Nic nowego, nic wnoszącego dodatkowe światło na scenę wydarzeń. Po prostu Maria Stepan biega z mikrofonem i nagrywa wypowiedzi bohaterów, najczęściej zwykłych ludzi. Sporo pisze o sobie i kamerzystach, którzy dźwigają za nią kilogramy sprzętu. Relacja z wydarzeń ma sens, jeśli jest napisana i wydana tuż po wydarzeniach. Dwa lata później nie budzi już emocji i to jest podstawowy błąd całej książki.

Z tekstu trudno zrozumieć dlaczego cała ta rewolucja na Ukrainie wybuchła. Autorka nie doszukuje się u rozmówców ich osobistej drogi na barykady i w okopy. Zadowala się krótkimi sloganami o godności i ojczyźnie. Zamiast dramatycznych szczegółów Maria Stepan wstawia wołacze i wielokropki. Odnosi się wrażenie, jakby sama bała się dramatycznych słów. Powinny one paść, jeśli reportaż ma wiernie oddać koszmar strzelaniny lub tortur. Końcówka książki jest nieco lepsza. Autorka ma okazję przyjrzeć się dokładniej i dłużej życiu uchodźców. Ma możliwość porozmawiania z kobietami i dziećmi porzuconymi na zapleczu wojny. Dopiero tu dostrzega drobiazgi budujące charakterystyczne elementy sceny. Gdyby cała książka była o losie uchodźców, to jej wartość byłaby znacznie większa. Temat byłby bardziej precyzyjny i świeży, zaś życie ludzi opisane bardziej wnikliwie.

Książkę „Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć” przeczytałem bez emocjonalnego zaangażowania. Płytkie opisy, pozbawione szczegółów tworzących wyraźny obraz, nie wzbudziły u mnie łaknienia zagłębienia się w historię. Większość rozdziałów nie posiada akcentów, wyróżnionych początków, ani uderzających puent. Wydarzenia się dzieją i jedynie mocniejsze słowa podkreślają punkty kulminacyjne. Forma przez całą rewolucję i wojnę pozostaje ta sama. Dopiero na końcu pojawiają się oznaki bardziej przemyślanych konstrukcji. Bardzo blado wypadają dialogi. Część jest niepotrzebna, wiele mogłoby przerodzić się w rozmowę na konkretny temat, ale zostały ucięte po dwóch odpowiedziach. Brakuje tego zagłębienia się w bohaterów.

Książka zawiera wiele zdjęć. Ich wartość artystyczna i komunikacyjna jest różna. Z jednej strony można zobaczyć, jak wyglądały na Krymie zielone ludziki, z drugiej na kilku jest sama autorka. Sporo zdjęć jest nieprawidłowo wykadrowanych, bo zawierają zbliżenia pierwszego planu bez miejsca na tło. Bardzo brakuje też mapy Ukrainy i planu centrum Kijowa. Maria Stepan często używa toponimów, ale ich umiejscowienie stanowi kłopot bez rysunków przestrzeni.

Wychodzi mi, że z wymienionych na wstępie cech dobrego reportażu, książka „Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć” nie spełnia żadnego. Dlatego uważam, że spokojnie można ją pominąć. Moja ocena: 2,5/5.

Zabić smoka

rbuciak

Zabić smoka - okładkaPolscy pisarze licytują się o to, kto napisze bardziej wstrząsającą relację z ostatniej rewolucji na Ukrainie i wojny w Zagłębiu Donieckim. Wszystkich przelicytowała Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz swoją książką „Zabić smoka”. Takie podejście ma swoje zalety.

W pierwszych rozdziałach tej niewielkiej pozycji autorka opisuje czasy przed rewolucją. Pokazują one przyczyny niezadowolenia społecznego. Tytułowy rozdział jest z kolei rozmową z Rosjanami z Krymu. Ich marzenie o połączeniu z ojczyzną ziściło się dwa lata temu. Następnie przedstawione zostały historie uczestników protestów w Kijowie. Końcowe rozdziały bazują na wywiadach z uczestnikami wojny na wschodzie Ukrainy. Tekst ukazuje doskonałe rozeznanie autorki w opisywanej tematyce.

Warto zauważyć kilka ram, których autorka konsekwentnie się trzyma od początku do końca. Po pierwsze przedstawia historie pojedynczych, zwyczajnych ludzi, którzy zostali wciągnięci przez historię na ekrany telewizorów. Po drugie, zdarzenia opisane zostały w porządku chronologicznym. Każdy kolejny rozdział uzupełnia poprzednie. Po trzecie, autorka powstrzymuje się od ocen, emocji i jednoznacznego stawania po jednej ze stron konfliktu. Relacjonuje poglądy ludzi i doznane przez nich krzywdy od ludzi silniejszych, a mających odmienne cele. „Zabić smoka” to książka dobrze przemyślana i składająca się w całość.

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz nie opisała zwyczajnej Ukrainy. Napisała o pobiciach na komisariatach, bezsensowych morderstwach, prostytutkach zakażonych HIV, przemocy w trakcie rewolucji, zbrodniach wojennych. Choć język książki pozbawiony jest emocji, to tekst wywołuje silne wrażenia u odbiorcy. Obraz kraju jest celowo przejaskrawiony. Ten zabieg ma swój sens. Pozwala zrozumieć motywy działań bohaterów książki, a także przyczyny, przebieg i konsekwencje rewolucji.

„Zabić smoka” jest książką napisaną zgodnie z regułami obowiązującymi w polskiej szkole reportażu. W tekście nie ma zbędnych zdań, są mocne początki i skłaniające do przemyśleń puenty. Autorka przeprowadziła liczne wywiady, ale nie cytuje ich wprost. Z wypowiedzi bohaterów odfiltrowała zdania znaczące i w sposób usystematyzowany umieściła w książce. Umiejętne opracowanie wywiadów sprawia, że czytelnik ma poczucie rozumienia portretowych osób. Jednoczesne utrzymywanie w napięciu i przekazywanie znaczenia treści uważam za godne podkreślenia dokonanie autorki, bo zdarza się w książkach rzadko.

Szkoda, że „Zabić smoka” nie zawiera zdjęć. Szczególnie wymowne mogłyby być fotografie rozmówców. Człowiek, na którego można spojrzeć nabiera nowych wymiarów poza opisującymi go słowami. Bardzo brakuje mapy Ukrainy. Autorka często posługuje się rzadko używanymi toponimami i ich umieszczenie w przestrzeni byłoby wskazane.

„Zabić smoka” to książka pełna literackiego kunsztu. Warto ją przeczytać dla zrozumienia wydarzeń z ostatnich kilku lat na Ukrainie. Trzeba jednak pamiętać, że Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz opisała przypadki skrajne, a nie codzienne życie ludzi. Moja ocena: 4/5.

Wilki żyją poza prawem

rbuciak

wilki żyją poza prawem - okładka

Wśród polskich reportaży o współczesnej Ukrainie książka Zbigniewa Parafianowicza i Michała Potockiego „Wilki żyją poza prawem” wyróżnia się na kilka sposobów. Wymieńmy je po kolei.

Większość relacji z Euromajdanu i wojny rosyjsko-ukraińskiej skupia się na losach zwykłych ludzi. Zwykłych, ale przez niezwykłe okoliczności wciągniętych w wielką historię. Ta strona wydarzeń została ustawiona przez parę dziennikarzy na drugim planie. Warto pochwalić autorów za nie wzięcie udziału w wyścigu o opisanie największego ludzkiego dramatu. Głównym tematem książki „Wilki żyją poza prawem” jest obalony prezydent Wiktor Janukowycz i system rządów, który zbudował. Autorzy wyjaśniają jak doszedł do władzy i fortuny, opisują metody sprawowania władzy i śledzą decyzje, które doprowadziły do upadku państwa. Samo zainteresowanie złym dyktatorem wymaga u wielu przełamania barier mentalnych. Dlatego trzeźwe i zdystansowane spojrzenie na rządy, które widać w książce, budzi szacunek.

Wielu autorów książek o Ukrainie zaczęło zbierać materiały w momencie, gdy napięcie polityczne sięgnęło zenitu. Zbigniew Parafianowicz i Michał Potocki gromadzili informacje od lat. Prowadzili wywiady z miejscowymi politykami, naukowcami i aktywistami społecznymi przez cały okres rządów donieckiej rodziny. Głęboko weszli za kulisy negocjacji dyplomatycznych. Dlatego o Ukrainie rozmawiają też z politykami z Polski, Litwy, Czech czy Irlandii. Każdy fragment historii mają potwierdzony u kilku źródeł, a gdy pojawiają się rozbieżności, to je wyraźnie zaznaczają i podają wersje obu stron. Skupienie się na procesie politycznym i doskonała dokumentacja to kolejne wyróżniki „Wilków żyjących poza prawem”. Polityka nie każdego interesuje. Za to porządek faktograficzny może być wzorem.

Przyzwyczaiłem się, że książki o Ukrainie napisane są z pasją i polotem, pięknym językiem wciągającym w historie. Niestety tu także Zbigniew Parafianowicz i Michał Potocki wyróżniają się spośród innych autorów. „Wilki żyją poza prawem” czytałem z trudem. Tekst wymaga skupienia i precyzyjnego czytania słów. Wiele wyrażeń miało spore znaczenie dla wydarzeń. Częste są wypowiedzi w slangu więziennym lub socjolekcie dyplomatycznym. Nie rozumiem decyzji o wymyśleniu własnej nazwy na rewolucję. Autorzy niekonsekwentnie piszą o „sosnowej rewolucji” na oznaczenie Euromajdanu, co sprawia wrażenie chaosu. Mnogość zdarzeń nie została podzielona na następujące po sobie sceny. Kolejne wejrzenia przechodzą jedne w drugie bez przerw na złapanie oddechu. Zdecydowanie łatwiej czytałoby się książkę, gdyby co kilka akapitów następowały puste wiersze.

Cieszę się, że książka zawiera mapy Ukrainy oraz okręgów donieckiego i ługańskiego, a także plan centrum Kijowa. Dzięki temu łatwiej zrozumieć przebieg wydarzeń. Szkoda, że „Wilki żyją poza prawem” pozbawione są zdjęć. Liczne postacie byłyby bardziej namacalne, gdyby można było się im przejrzeć na fotografiach.

Reportaż dokumentalny na temat polityczny to trudna sztuka. Autorzy nie do końca sobie z tym poradzili. Czytelnicy szukający wiedzy o przebiegu wydarzeń politycznych otrzymują ogrom systematycznie zebranego materiału. Jednak strona literacka książki do dobrych nie należy. Moja ocena: 3,5/5.

Finaliści nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za 2015 rok

rbuciak

logo nagrody im. Kapuścińskiego

Wczoraj ogłoszono piątkę finalistów Nagrody Literackiej im. Ryszarda Kapuścińskiego za 2015 rok. Jestem mile zaskoczony wyborem jury. Po pierwsze dlatego, że w finale znajdują się aż cztery książki napisane przez krajowych autorów. Po drugie zaszczytu dostąpili autorzy dotychczas mniej znani, ale tworzący wyjątkowe dzieła. Za to piszący od dziesięcioleci i mający w dorobku wiele tytułów w dorobku Małgorzata Szejnert i Wojciech Jagielski ustąpili miejsca młodszym kolegom i koleżankom. To kolejny rok dominacji Wydawnictwa Czarne, które tym razem na w finale trzy książki. Oto lektury i ich autorzy, którzy do 14 maja będą czekać na ostateczny werdykt jury:

1. Karolina DOMAGALSKA, Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro, Wydawnictwo Czarne;
2. Michał KSIĄŻEK, Droga 816, Fundacja Sąsiedzi;
3. Jenny NORDBERG, Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie, z angielskiego przełożył Justyn Hunia, Wydawnictwo Czarne;
4. Zbigniew PARAFIANOWICZ, Michał POTOCKI, Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę, Wydawnictwo Czarne;
5. Paweł Piotr RESZKA, Diabeł i tabliczka czekolady, Wydawnictwo Agora.

Mam za sobą wszystkie z nominowanych książek. Jak co roku trudno wyrokować, kto wygra. Czołówka jak zawsze bardzo wyrównana. W tym roku będę trzymał kciuki za Karolinę Domagalską. Napisała dokument, który spokojnie można przetłumaczyć na kilkadziesiąt języków i pozostanie tak samo ważny i aktualny.

Rewolucja na blogu

rbuciak

Dzieła zebrane Lenina

Mijają cztery lata od powstania tego bloga. To dobry czas, aby podsuwać dokonania i zaplanować jego przyszłość.

W ciągu minionych kilku lat powstało 370 wpisów. Oznacza to więcej niż jeden wpis na cztery dni. Myślę, że jak na blog literacki to bardzo dobry wynik. Statystycznie dominowały recenzje reportaży. Zdołałem utrzymać w ryzach swoje poszukiwania książkowe. Stałym elementem były także relacje ze spotkań autorskich. Mam na nie ostatnio mniej czasu. Mimo to dalej chcę na nie chodzić, aby relacjonować pytania do pisarzy i udzielane odpowiedzi. Zdarzały się na blogu skoki w bok. Pojawiły się recenzje literatury fachowej z zakresu geografii, urbanistyki i ekonomii, literatura popularnonaukowa, a także poezja.

W najbliższym czasie nastąpią znaczne zmiany na blogu. Ostatnie lektury skłoniły mnie do poważnych przemyśleń na temat książek, które są ważne dla zrozumienia współczesnego świata. Są takie dzieła, które czytał zarówno Patrice Lumumba i Jarosław Kaczyński. Tymczasem obecnie mało kto potrafi podać choćby jeden tytuł z tej ogromnej serii. Wielkimi krokami zbliża się setna rocznica Rewolucji Październikowej. Postanowiłem więc przybliżyć czytelnikom bloga „Dzieła zebrane” Włodzimierza Lenina. To ostatni moment, aby zacząć czytać wszystkie 55 tomów do okrągłej rocznicy, która zmieniła polityczny bieg świata. Warto też zauważyć, że dzieła są w dużej części literaturą faktu, w znacznej mierze także dyskursem ekonomicznym, więc daleko nie odchodzę od dotychczasowych treści.

Mam nadzieję, że spodoba się moim czytelnikom ta odświeżająca odmiana.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci