Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Gugara

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarnePragnienie ucieczki od cywilizacji siedzi głęboko we mnie i w wielu z Was również. Chęć ponownego zjednoczenia się z naturą, oderwania od abstrakcyjnych problemów cywilizacyjnych, powrotu do spokoju lasu i prostoty tradycyjnych kultur drzemie także u Andrzeja Dybczaka. Jemu udało się dotrzeć do syberyjskich hodowców reniferów i zbieraczy jagód, jednak los ludzi przedstawiony w "Gugarze" odbiega od russoistycznych wyobrażeń.

Książka o Ewenkach ze wsi Tutonczany nad Dolną Tunguzką została po raz pierwszy wydana w 2008 roku. Obecnie wydanie tej 170-stronnicowej opowieści jest drugim z kolei. Tekst nie został podzielony na rozdziały, jednakże przerwy w treści oznaczone gwiazdkami mają miejsce mniej więcej co dwie strony. Każda przerwa oznacza przeskok w czasie do innego fragmentu wspomnień. Achronologiczny układ tekstu zaczyna się w środku opowieści, po czym rozwidla się ku początkowi i końcowi. Ten dziwny zabieg mnie nie przekonuje, gdyż najważniejsza część materiału znajduje się na początku, zaś na końcu czytelnik otrzymuje fragmenty mało wnoszące coś do przedstawionego obrazu.

Jednorodnie prowadzony przez całą opowieść styl, którym "Gugara" została napisana, nie do końca mnie przekonał. Z jednej strony autor pisze wprost to, co widzi i słyszy, więc na szczęście dla czytelnika nie zmyśla. Z drugiej strony wiele zdań wymagałoby uporządkowania kolejności wyrazów, aby móc lepiej zrozumieć myśli autora. Baśniowa strona opowieści opiera się na pojęciach związanych z życiem w lesie, w tym wszędzie rosnących borówkach oraz długich opisach przyrody, ludzi i zabudowań. Opisy pozwalają na wyobrażenie sobie wyglądu namiotów, twarzy ludzi i wyrażanych przez nich emocji. Możliwość zbliżenia się do bohaterów, niemal namacalnego z nimi kontaktu stanowi mocną stronę książki. Bliskość wyraża się także przez dokładne oddanie słów mieszkańców Tutonczan. W treści jest mnóstwo przekleństw i dlatego lektura nie nadaje się dla dzieci. Andrzej Dybczak chciał pozostać z boku wydarzeń i choć nie było to do końca możliwe, to jego ingerencja w życie Ewenków nie była nachalna, pouczająca, arogancka, ale współuczestnicząca.

Najważniejsze w "Gugarze" jest przedstawienie ludzi żyjących w sposób nieodległy od przodków sprzed tysiącleci. Ich nastawienie do życia, dokonywane wybory, umiejętności potrzebne do przetrwania w lesie budzą sympatię. Ma się ochotę przestrzec ich przed zagrożeniami cywilizacji, ale oni wybierają swoją drogę. Mamieni tanią, wysokoprocentową rozrywką pragną zamieszkać we wsi i utracić cały dotychczasowy sposób życia. Warto przeczytać książkę, aby poznać wady i zalety życia pośród ludzi jakie dostrzegają mieszkańcy leśnych osad oddalonych tysiące kilometrów od najbliższego miasta. Warto ujrzeć biedę, niemoc, wysoką śmiertelność, aby przekonać się, że nasze życie jest pozbawione wielu trudnych chwil. Z drugiej strony dostrzec można utratę duchowości i więzi międzyludzkich.

"Gugara" to przede wszystkim książka inna. Zmienia nastawienie do cywilizacji, rozszerza spojrzenie o perspektywę bardzo odmiennych od nas ludzi. Powolni toczący się baśniowy reportaż wart jest poświęcenia kilku godzin. Moja ocena: 3,5/5.

Polski hydraulik

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneNadrabiania starych zaległości ciąg dalszy nastąpił. O książce Macieja Zaremby Bielawskiego słyszałem właściwie od momentu jej wydania. O "Polskim hydrauliku" słyszałem same dobre opinie i sam nie wiem dlaczego nigdy zbioru reportaży nie kupiłem. Pożyczony egzemplarz przeczytałem dopiero teraz i po wielu latach od wydania książka nie straciła na sile przekazu i wartości merytorycznej.

Zbiór reportaży polsko-szwedzkiego dziennikarza pracującego w Dagens Nyheter ukazał się w 2006 roku po szwedzku i w 2008 roku w polskim przekładzie. 280-stronnicowa książka składa się z dziewięciu reportaży i osobistego posłowia. Trzy teksty wykraczają poza Szwecję, pozostałych sześć dotyczy tematów związanych ze sprawami wewnętrznymi. Reportaże zawarte w "Polskim hydrauliku" obejmują wyłącznie zagadnienia społeczne, często powiązane z systemem władzy silniej niż tylko w postaci regulacji prawnych. Maciej Zaremba opisuje odbiegający od europejskiej normy system związków zawodowych, wyjaśnia wysoką zachorowalność Szwedów, niehumanitarną opiekę społeczną, historię szwedzkiego zbrodniarza wojennego, kuriozalny sposób traktowania osób chorych psychicznie oraz przyczyny niepowodzenia misji stabilizacyjnej w Kosowie. Wszystkie tematy są interesujące i pokazują odmienność Szwecji nawet w stosunku do innych państw skandynawskich.

Autor ma niezwykły styl pisania. W poszczególnych reportażach karty odsłania po kolei, dobudowuje kolejne elementy układanki, która na końcu okazuje się pełna i zawiera u podstaw idiotyczne przekonania lub decyzje podjęte w przeszłości przez parlament. Opowieści okraszone są niezwykłym humorem, często pojawiającym się w zaskakujących momentach. Dla polskiego czytelnika niezwykłym może wydawać się wystawianie przez Macieja Zarembę ocen opisywanym postawom bohaterów. Można się zastanawiać, czy w ten sposób autor nie zamyka przestrzeni do dyskusji dla czytelników. Z drugiej strony szwedzki czytelnik może nie być przyzwyczajony do samego przedstawienia argumentów różnych stron i wymaga od dziennikarza także roli sędziego. Wtedy siła dziennikarza zostaje wyrażona poprzez poparcie dla jego wersji przez władze, co zdarzało się reporterowi często, jak można przeczytać w post scriptach pod tekstami.

We wczorajszym wpisie zasugerowałem, że problemy Europy i Ameryki mają głębsze podstawy niż kryzys finansowy. W obrazach europejskiego rynku pracy, systemu opieki społecznej i opieki psychiatrycznej, a przede wszystkim budowania struktur państwowych w Kosowie, Maciej Zaremba przedstawia zmiany mentalne, które zaszły w umysłach obywateli naszego kontynentu za sprawą dobrobytu. Wielu ludzi patrzy wyłącznie na własne zadowolenie i stan konta zapominając o innych ludziach, często potrzebujących pomocy, oraz o jakości systemu demokratycznego. Podstawowe wartości, takie jak równość i sprawiedliwość, interpretowane są do postaci pozwalającej na jak najwięcej lenistwa. W Kosowie, podobnie jak w Afganistanie u Lindy Polman, najważniejszymi przekazanymi przez cywilizację zachodu wartościami okazują się korupcjogenne chciwość, nepotyzm i egocentryzm. Znaczny niedobór kontroli nad przedstawicielami władz prowadzi do grabieży pieniędzy przeznaczonych dla potrzebujących.

"Polski hydraulik" nie tylko bawi, ale także pokazuje, że wyśniona, bogata kraina na północy ma podobne problemy jak Polska. Książka ogromnie poszerza horyzonty, gdyż Maciej Zaremba jest niezwykle dociekliwy w poszukiwaniu przyczyn postaw bohaterów, co zgrabnie wyjaśnia w posłowiu. Zbiór reportaży ze Szwecji to jeden z najlepszych, choć na pewno oczerniony, obrazów społeczeństwa. Brakuje mi w książce jednej ważnej rzeczy - mapy Szwecji, z nią czytałoby się znacznie łatwiej, zwłaszcza w autobusie. Proponuję każdemu zapoznanie się "Polskim hydraulikiem", ponieważ to rozwijająca, mądra i zabawna lektura. Moja ocena: 4,5/5.

Monsun - Dyskusja o przyszłości świata

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneWczoraj ponownie wybrałem się do kawiarni/księgarni Wrzenie Świata. Tym razem na dyskusję o rosnącym znaczeniu Azji na świecie ze świeżo wydaną książką Roberta Kaplana w tle. "Monsun" interesował mnie jeszcze przed ukazaniem się na rynku i rozmówcy ostatecznie przechylili szalę na wadze mojego dylematu nad kupnem dzieła. W którą stronę? O tym poniżej.

Dyskusję prowadził redaktor Aleksander Kaczorowski, a jego rozmówcami byli specjalista od spraw chińskich - prof. Bogdan Góralczyk i reporter Jerzy Haszczyński. Z nie podanych słuchaczom powodów nie dotarła na miejsce japonistka Aleksandra Kaniewska. Spotkanie trwało półtorej godziny a na widowni zasiadło 20 osób. Rozmowa skupiła się na dwóch tematach: aktualnego problemu przemian w Mianmie (Birmie) oraz nowego światowego układu sił. Na temat samej książki uczestnicy dyskusji mieli niewiele do powiedzenia.

Rozmówcy byli przekonani, że Myanmar stanowi obecnie i przez najbliższych kilka lat papierek lakmusowy równowagi sił gospodarczych największych potęg. Rządząca krajem junta wojskowa przestraszyła się rosnącego znaczenia gospodarczego Chin na ich terytorium i aby nie popaść w neokolonializm generałowie szukają drogi do pozyskania inwestycji z innych państw. Sąsiadujące Indie mają za mały potencjał dla zrównoważenia dominacji największej potęgi w Azji. Jedyną możliwością są Ameryka i kraje europejskie, ale te wymagają demokratyzacji sposobu sprawowania władzy. W ten sposób wojskowi zgodzili się na ustępstwa polityczne na rzecz wewnętrznej opozycji z Aung San Suu Kyi na czele. Rozmowa dotyczyła też tematu nazwy państwa. Birma jest określeniem kolonialnym i władze postanowiły powrócić do tradycyjnej nazwy. Obecnie nazwa Mianma jest akceptowana także przez opozycję i społeczność międzynarodową. Niestety nic nie wiadomo o stosunku mniejszości etnicznych do funkcjonującej nazwy.

Dyskusja na temat światowego układu sił wywiązała się od krytyki tezy zawartej w "Monsunie", że centrum wydarzeń przesunęło się nad Ocean Indyjski. Rozmówcy uważają, że poprzedni pomysł Roberta Kaplana mówiący o centrum wydarzeń nad Oceanem Spokojnym ma głębsze podstawy merytoryczne. Panujący od upadku ZSRR do początku Światowego Kryzysu Finansowego model jednobiegunowy z dominacją Ameryki ulega nieuregulowanej żadnym traktatem zmianie. Za przyczynę spadek znaczenia dotychczasowego lidera i jego europejskich przybudówek dyskutanci przyjęli wyłącznie Globalny Kryzys Finansowy, z czym trudno się zgodzić. Z kolei Chiny nie zamierzają wchodzić w rolę światowej potęgi politycznej, bo nie ma konsensu w kierownictwie partii rządzącej, co do dalszego kierunku działań. Takie rozumienie sprawy też uważam za zbyt wąskie. Warto zadać sobie pytanie, czy Chiny mają do zaoferowania innym krajom coś lepszego i atrakcyjniejszego niż chwiejące się Europa i Ameryka?

Z wątków pobocznych pojawiła się analiza braku udziału społeczeństwa Omanu w Arabskiej Wiośnie. Otóż, Robert Kaplan opisuje sułtana jest władcę oświeconego i słuchającego poddanych. Poza tym uczestnicy dyskusji stwierdzili, trochę nieśmiało, że "Monsun" to najlepsza książka amerykańskiego analityka obecnie pracującego w agencji Stratfor. Mieli problem z przypisaniem jej do konkretnego gatunku literackiego, gdyż autor płynnie przechodzi od reportażu przez esej do raportu popularnonaukowego. Skojarzyłem taki styl pisania z "Gdyby cała Afryka..." Ryszarda Kapuścińskiego i chciałem zadać pytanie o porównanie stylów obu książek. Niestety prowadzący spotkanie potraktował słuchaczy paternalistycznie i nie dał publice możliwości nieskrępowanego zadawania pytań.

"Monsun" trafia na moją listę do przeczytania, do czego zachęcam wszystkich lubiących patrzeć na problemy z wysoka.

Dzienniki kołymskie

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneMoje spotkania z Jackiem Hugo-Baderem zawsze należą do tych przyjemnych. Autor lubi opowiadać o swoich podróżach, spotkanych ludziach, a także na bardziej abstrakcyjne tematy. Jego książki cieszą się sporą popularnością, jednakże "Dzienniki kołymskie" mnie zawiodły.

Podróżnik uparł się, aby okładka miała kolor zielony a litery złoty. Brak wyraźnego kontrastu sprawia, że przy nie najlepszym oświetleniu tytuł staje się słabo widoczny. Jakucka szamanka to nie najlepszy doradca graficzny na świecie. Ona także ustaliła podział treści książki na trzy części, który wydaje się sztuczny i naciągany, gdyż jak wskazuje tytuł dzieło Jacka Hugo-Badera jest dziennikiem i autor po kolei przedstawia wydarzenia z 38 dni podróży. Książka ma około 300 stron tekstu, więc na każdy dzień przypada średnio 8 stron. Zwyczajny opis dnia podróży składa się z dwóch stron wstępu, zdjęcia i pięciu stron reportażu. Oczywiście bywają dłuższe rozmowy z bohaterami, ale żaden nie przekracza 10 stron. z drugiej strony niektóre reportaże to zaledwie dwustronnicowe opowiastki. Po co przytaczam te wszystkie liczby? Naświetlam w ten sposób problem tabloidyzacji dziennikarstwa, którego "Dzienniki kołymskie" są bardzo dobrym przykładem. Jeszcze za czasów Ekspresu Reporterów owoce pracy dziennikarzy miały po 50 albo więcej stron, choć braki w zaopatrzeniu w papier były nieporównywalnie większe.

Opowieści o mieszkańcach Obwodu Magadańskiego i Republiki Jakucji uważam za zbyt krótkie. Po kilku stronach tekstu chce się przeczytać rozwinięcie opowieści, a w "Dziennikach kołymskich" się okazuje, że nastąpił koniec i czas przejść do następnego bohatera. Jacek Hugo-Bader opisał życie w trudnych przyrodniczo warunkach ponad 50 osób. Pod koniec książki zaczynają się oni w głowie czytelnika mylić, mieszać i z nielicznymi wyjątkami zbijają się w jedną masę. Do wyróżniających się postaci można zaliczyć: córkę Jeżowa, czekistę, złotego oligarchę, rosyjskiego żołnierza walczącego w Czeczenii i jakucką szamankę.

Autor książki ma ogromną liczbę miłośników i równie wielu przeciwników. Miłośnicy chwalą wyciekający z tekstu rosyjski koloryt, umiejętność wcielenia się w zwykłego człowieka, niezwykłość przygód. Przeciwnicy zarzucają przede wszystkim nie trzymanie się prawdy, przekoloryzowania podobnie jak czasami u Ryszarda Kapuścińskiego. Pierwsza grupa czytelników nie odnajdzie w "Dziennikach kołymskich" za dużo potrzebnych sobie wrażeń, za to druga może wyliczyć wiele nieścisłości. Już sam opis Kołymy mówiący, że przebiega tamtędy tylko jedna droga nie do końca trzyma się prawdy. Zamiast jechać 2000 kilometrów przez Ust-Nerę można wybrać podróż przez Tomtor o 400 kilometrów krótszą.

Jacek Hugo-Bader używa języka poprawnego stylistycznie i przyjemnego w czytaniu. Opowieści są interesujące a współczesny obraz tego niezwykłego kawałka świata poszerza horyzonty. Jeśli ktoś nie czytał nic o jednym z najokrutniejszych miejsc na Ziemi i chciałby o nim poczytać coś lekkiego i niekoniecznie przygnębiającego, to śmiało można mu "Dzienniki kołymskie" polecić. Jednak dla osób obeznanych z tematyką syberyjską książka nie wniesie nic odkrywczego. Moja ocena: 2,5/5.

Zabójca z miasta moreli

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneWitold Szabłowski należy do młodego pokolenia polskich dziennikarzy i stał się już kilka lat temu pierwszą jego wschodzącą gwiazdą. Pochodzący z Ostrowi Mazowieckiej reporter spędził w Turcji kilka lat. Jego prace dotyczące kraju na styku Europy i Azji zostały zebrane w jedną bardzo dobrą książkę.

"Zabójca z miasta moreli" składa się z 9 dłuższych reportaży, 3 krótkich i kilku dodatków. Większość tekstów wcześniej ukazała się w Gazecie Wyborczej, więc czytelnik spodziewa się, że poza spoiwem w postaci kraju opowieści nie będą się ze sobą łączyły. W tomie reportaży z Turcji jest inaczej. Główne wątki przewijające się od początku do końca są trzy: mało znane więzi polsko-tureckie, sprawy polityczne i obyczajowe. Zakres w miarę naturalny, gdyż to są tematy najbardziej interesujące wykształconych Polaków a dotyczące kraju nad Bosforem. Relacje między naszym krajem a Turcją kojarzą się głównie z wojnami czasów nowożytnych i Mickiewiczem lub zupełnie współcześnie z Alim Agcą. Witold Szabłowski pokazuje, że łączników jest więcej - Nazym Hikmet, żydowscy mesjasze czy współczesne problemy z tożsamością stojącą jedną nogą w kulturze zachodnioeuropejskiej zaś drugą bardziej na wschód.

Z zadowoleniem przeczytałem analizy dotyczące tureckiej polityki. Autor swoimi reportażami obezwładnia strach towarzyszący obcym kulturom. Okazuje się, że tamtejsi przywódcy nie też mają charyzmę, też mają trudne do zaakceptowania przez większość przypadłości, a parlament dzieli się na lewicę i prawicę.

Dla wielu czytelników najbardziej interesujące są zjawiska społeczne. Witold Szabłowski doskonale wykorzystał swój młody wiek i wygląd oraz znajomość tureckiego, co pozwoliło mu niejednokrotnie dotrzeć do ludzi, którzy w innym wypadku nie zechcieliby się wypowiedzieć. Jako jeden z niewielu rozmawiał z kobietami uratowanymi przed zabójstwem honorowym. Poza tym szeroko opisuje sprawy byłych prostytutek walczących o miejsca w parlamencie, uchodźców próbujących dostać się do Europy czy producenta butów, którzy uważa, że to jego wyrobem Iracki dziennikarz rzucił w George'a Busha Jr. Autor niezwykle dba o powiedzenie prawdy, docieka szczegółów, wyławia kluczowe postawy i emocje swoich bohaterów. Wszystko to podaje czytelnikom niemal na tacy i zgodnie ze sztuką bez własnych komentarzy.

Warto przyjrzeć się bliżej stronie językowej reportaży. Witold Szabłowski należy z pewnością do autorów piszących jasno i przejrzyście. Teksty nie zawierają zabaw językowych, bo to nie miejsce dla jakichś szczególnych środków wyrazu. Reportaże składają się w dużej części z rozmów, co sprawia, że odbiera się je jako naturalne opowieści. Większość tekstów podzielona została na krótkie, zatytułowane lub ponumerowane części. Ułatwia to przerwanie czytania po skończonym wątku, więc "Zabójca z miasta moreli" to świetna lektura do autobusu. Z drugiej strony mam wrażenie zbyt drobiazgowego pokawałkowania tekstów, przez co trudno określić gdzie się akcja zawiązuje i gdzie jest moment kulminacyjny.

Czytanie w środkach komunikacji pomaga także element, na który zawsze zwracam uwagę. Książka zawiera mapę kraju z zaznaczonymi głównymi, opisywanymi miastami. To powinien być wzór do naśladowania dla następnych publikacji wydawnictwa. Podsumowując, debiutancka książka Witolda Szabłowskiego to lektura zdecydowanie warta przeczytania. Moja ocena: 4,5/5.

Leśne głupki

rbuciak

źródło: Wydawnictwo Bajka

Pierwotnie planowałem napisać sprawozdanie z drugiego dnia III Warszawskiego Kiermaszu Książek, ale nic wartego notatki się nie zdarzyło. Zmieniłem więc plany i postanowiłem napisać recenzję wygranej wczoraj przez córkę książki. Zbliża się Dzień Dziecka, więc to dobra okazja do promowania dobrych lektur dla najmłodszych.

„Leśne głupki” składają się z trzech części – podróży oraz wstępu, zakończenia i słownika trudnych wyrazów. Pomoc w postaci wyjaśnienia pojęć to bardzo dobry pomysł. Dzieci nie wiedzą, co znaczy np. mgławica, a rodzicom czasami trudno takie słowa wytłumaczyć. Główna część bajki to wyprawy, podczas których bohaterowie słownie przekonują potwory do rezygnacji z niszczenia świata. Jakże inny to sposób w stosunku do papki telewizyjnych produkcji przepełnionych agresją. Warte odnotowania jest zastosowanie w utworze motywu sokoła (dla tych, co nie pamiętają – to element, który powraca w treści wielokrotnie, po raz pierwszy zastosowany w Dekameronie). Stały fragment tekstu pojawia się na początku każdej podróży oraz w zakończeniu. Ten zabieg literacki sprawia, że dziecko czuje się podczas czytania swojsko i bezpiecznie, bo ma stałe punkty orientacyjne.

Wcześniej długo zastanawiałem się nad kupnem „Leśnych głupków” ze względu na tytuł. Byłem przekonany, że książka dla dzieci nie powinna zawierać w tytule przekleństwa. W rzeczywistości tytuł jest przewrotny, gdyż głupki najpośledniejszego leśnego rodzaju okazują się przebiegłe.

Małgorzata Strzałkowska należy do nielicznych współczesnych autorów piszących klasycznym rymowanym wierszem. Dobre rymy są dla mnie warte najwyższych laurów, gdyż wymagają od autora gimnastyki umysłu. Poza tym nie wyobrażam sobie uczenia dzieci wierzy białych. „Leśne głupki” posiadają rymy na wysokim poziomie. Wszystkie bez wyjątku są dokładne, półtorazgłoskowe. Nie występują zdrobnienia, ale część rymów powtarza się. Z innych środków stylistycznych występuje regularna rytmika. Wszystkie strofy utworu zostały napisane często stosowanym w języku polskim 8-zgłoskowym trochejem ze średniówką. Pozwala to dzieciom na łatwe nauczenie się treści.

„Leśne głupki” zostały rozpisane na role. Idealnie nadają się na szkolny lub klasowy teatr. Scenariusza w ogóle nie trzeba zmieniać. Odtwórców ról można ubrać w cokolwiek, byle leśnie i kolorowo. Inspirujące pomysły na stroje autorka zawarła w ilustracjach do książki. Wykonane techniką kolażu obrazy stały się już znakiem rozpoznawczym Małgorzaty Strzałkowskiej. Zabieg oryginalny, ale nie wszystkim może przypaść do gustu.

Jeśli miałbym wybrać jakiś szczególny fragment warty polecenia czy wybrania na krótką scenkę, to proponuję rozmowę leśnych głupków o wiośnie. Nazwa pory roku została tam celowo odmieniona przez wszystkie przypadki. Teoria języka, której z mozołem niektórzy uczyli się w czwartej klasie szkoły podstawowej, tu została w formie zabawy zaproponowana dla jeszcze młodszych. Na własnej córce się przekonałem, że nawet pięcioletnie dziecko jest w stanie zrozumieć deklinację. Za te dwie strony należą się autorce wielkie brawa.

Jeśli szukacie dla dziecka prezentu z okazji zbliżającego się święta albo innej okazji, to „Leśne głupki” gorąco polecam. Moja córka śmieje się podczas czytania, więc i wasze dzieci pewnie także okażą radość. Moja ocena: 4,5/5.

III Warszawski Kiermasz Książki - relacja z soboty

rbuciak

źródło: Warszawski Kiermasz KsiążkiZnów zaangażowałem się w rolę opiekuńczego taty i spędziłem z córką cały dzień. W takich okolicznościach staram się korzystać z bogatej oferty kulturalnej stolicy, a najlepiej przy okazji budzić miłość do literatury u młodej osoby i rozbudzać własną pasję.

Przez całą sobotę i niedzielę odbywa się na Rynku Mariensztackim III Warszawski Kiermasz Książki i nie mogło nas tam zabraknąć. Skorzystaliśmy z oferty ulubionych wydawnictw, spotkaliśmy się z autorami i uczestniczyliśmy we flesz-mobie, ale po kolei.

Przyjechaliśmy około 11:30, obeszliśmy na spokojnie cały plac, na którym wystawcy kończyli się rozstawiać, zaś klienci dopiero się zjeżdżali. Dzięki pierwszemu obchodowi wiedzieliśmy dokąd wracać po namyśle nad listą zakupów.

Na godzinę 12:00 weszliśmy na skarpę na Plac Zamkowy i zasiedliśmy pod Kolumną Zygmunta. Chwilę po wybiciu południa przez dzwony otworzyliśmy książki, które wyprowadziliśmy na spacer i zaczęliśmy czytać. Włączyliśmy się w akcję kampanii "Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka!" Na flesz-mob zapisało się na Facebooku 100 osób. Przyszło... około 30, ale i tak dobrze się bawiłem.

Następnie wróciliśmy na kiermasz i zasiedliśmy w kąciku dla dzieci, gdzie stała rakieta z tektury, którą maluchy mogły do woli wykańczać materiałami plastycznymi. Na stoisku pojawiło się kilkoro autorów piszących dla dzieci, z których dla nas najważniejsza była Małgorzata Strzałkowska. Poetka pisze wierszowane opowieści dla najmłodszych od 35 lat. Dało się zauważyć w pełni profesjonalne podejście do wykonywanego zawodu. Zna rymy do prawie każdego podanego słowa, ale nie do słowa "sufit". Nikt z obecnych na stoisku też nie znał, ale po powrocie do domu rymujące się słowo znalazłem - "tufit". W socjolekcie geologów na wszystko znajdzie się rym.

Córka wygrała dwie książki dla siebie. Kolejną, "Leśne głupki" autorstwa Małgorzaty Strzałkowskiej dla niej kupiłem ja. Poza tym na stoisku mojego ulubionego Wydawnictwa Czarne zaopatrzyłem rodzinę w dwie pozycje i żadna nie jest reportażem. Żonie z okazji dnia matki kupiliśmy "W miasteczku długowieczności" autorstwa Tracey Lawson o kuchni włoskiej. Niskie ceny, wielki popyt i bardzo pozytywne recenzje przekonały mnie do kupienia "Trocin" Krzysztofa Vargi. Kolejka na półce się wydłuża, jak zawsze, gdy można nabyć lektury po cenie niższej niż w jakimkolwiek sklepie internetowym.

Jutro też będziemy na kiermaszu, bo pogoda, ceny książek i inne atrakcje zachęcają. Polecam wszystkim przy okazji spaceru po starówce wybrać się po pozycje do czytania.

Gottland

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarnePowracam do lektur na rynku niedostępnych, czyli klasyki współczesnego polskiego reportażu. Zapraszam do przeczytania recenzji najjaśniejszej gwiazdy w tej konstelacji, czyli "Gottlandu".

Mariusz Szczygieł, jak sam wielokrotnie mówił, zajął się Czechami, bo go zafascynowali w momencie, gdy trudno mu było pracować w Polsce po staniu się gwiazdą telewizji. Ucieczka do przodu to trudne zadanie, ale dziennikarz pochodzący ze Złotoryi wykonał je znakomicie. "Gottland" to opowieść o Czechosłowacji, głównie z czasów komunistycznych. Bohaterami reportaży są zawsze ludzie, niezwykłe osobowości wyciągnięte przez autora z zakamarków pamięci. Dziennikarz doskonale potrafi zafascynować czytelnika członkami szewskiej rodziny Bata czy budowniczymi i niszczycielami pomnika Stalina. Czechy przedstawione oczami reportera wydają się krajem małym, domowym, rodzinnym. Każdy na swojej drodze spotyka w życiu kogoś wielkiego. Jak nie Vaclava Havla, to Karela Gotta. Za sprawą napisanych słów czytelnik staje tak blisko bohaterów, że niemal czuje ich obecność.

Mariusz Szczygieł należy do nielicznej grupy reporterów - artystów. Bawi się formą, jaką jest tekst. Za swój najlepszy tekst uważa reportaż kubistyczny o pisarzu, który zastąpił sam siebie. Choć autor sam wymyślił określenie zabiegu literackiego, to trzeba przyznać, że odpowiada przedstawionej historii. "Gottland" zawiera więcej twórczych realizacji, jak zestawienie historii życia znanej pani chirurg z krótkim życiem nietypowego współczesnego nastolatka. Dwie na wstępie niepowiązane historie zaczynają się coraz bardziej splatać, ale zakończenie zaskakuje i porusza. Genialne i proste są w tym reportażu śródtytuły odmierzające czas do punktu kulminacyjnego. Za podobnie wybitne uważam nazwanie poszczególnych fragmentów historii rodziny Bata jednym, rzadziej kilkoma słowami. W prosty sposób zostały ujęte poszczególne etapy opowieści. Pomiędzy dłuższymi reportażami pojawiają się także krótkie anegdoty. Najbardziej utkwiła mi w pamięci niezwykle ironiczna historia kartki z życzeniami świątecznymi.

Mniej artyzmu jest w słownictwie. Tu autor nie wyszukuje rzadko stosowanych pojęć, ale pokazuje raczej swoją dociekliwość w znajdowaniu szczegółów. Tekst jest pełen nazwisk, tytułów dzieł, ale wcale nie czuć przesytu, a raczej śmiech podszyty ironią. Zagłębianie się w poszczególne historie, pełne żywych ludzi uwikłanych w zdarzenia rodem z powieści Kafki, zachęca do czytania i delektowania się słowami.

"Gottland" jest także książką o trudnych czasach życia w państwie totalitarnym. Niszczenie ludzi i ich rodzin poprzez roczne aresztowanie bez zarzutów pojawia się wielokrotnie. Bunty kończące się śmiercią cywilną były nieliczne i zawsze groźne dla wszystkich zaangażowanych. Upadlające nakazy pracy dla ludzi nauki i kultury w prostych fizycznych zawodach przyprawiało o choroby. Najbardziej jednak uderza śmiercionośna trwoga artystów budujących pomnik Stalina i zwykłych rzemieślników, którzy go demontowali. Lekcja prawdziwej natury Czechów, jaką wynosi się z lektury rzadko ma się okazję przejść.

W całej książce nie podobają mi się tylko dwie drobne sprawy. Tytuły rozdziałów są słabe i najczęściej nic nie mówią o zawartości. Trochę szkoda, że nie ma mapy Czech i planu Pragi. Za to są zdjęcia, choć nieliczne to dobrze ilustrujące reportaże. Zdecydowanie warto "Gottland" przeczytać i to nie czekając na wznowienie. Moja ocena: 5/5.

Źle urodzone

rbuciak

źródło: Wydawnictwo KarakterFilip Springer zadebiutował w zeszłym roku bardzo dobrze przyjętą "Miedzianką". Kolejną książkę wydał zaledwie po pół roku. O ile poprzednie dzieło opowiadało o miejscu, które rzadko jest odwiedzane, to z budynkami opisanymi w "Źle urodzone" wielu ma kontakt na co dzień.

Pomysł napisania książki o architekturze i urbanistyce powojennego modernizmu w Polsce uważam za niezwykle interesujący. Oczywiście nie było możliwe opisanie wszystkich budowli przypisywanych do tego stylu i okresu historycznego. Konieczny wybór autor przeprowadził dobrze, gdyż kierował się kluczem najważniejszych architektów. Tu pojawia się pierwszy problem, gdyż tekst reportaży przeważnie nie dotyczy realizacji architektonicznych. Opisani zostali głównie twórcy, co kłóci się z tytułem książki.

"Źle urodzone" zostało przepięknie zilustrowane zdjęciami autora oraz reprodukcjami sprzed lat, choć osobiście nie jestem zachwycony fotografiami autora. Nie lubię zbliżeń drzwi do garażu. Nie potrafię docenić zdjęcia mgły, za którą nie widać schroniska na Śnieżce. Nie jest tajemnicą, że najpierw Filip Springer planował wystawę wielkoformatowych zdjęć, ale z braku mecenasa przyjął propozycję Wydawnictwa Karakter. Dopiero wtedy powstała koncepcja dopisania tekstu, co moim zdaniem zostało zrobione zbyt szybko. Kłopot polega na tym, że ani zdjęcia nie ilustrują reportaży, ani słowa nie są komentarzami do obrazów. Pomiędzy okładkami mamy więc dwie niespójne opowieści. Szczecińskie kino Kosmos czy wrocławski Plac Grunwaldzki możemy jedynie obejrzeć, co budzi mój niesmak. Dziwi podział na rozdziały. Czy kilka zdjęć można już nazwać rozdziałem? Do strony merytorycznej reportaży też mam zarzuty. Filip Springer nie boi się wytknąć nieścisłości architektom, więc na identyczny zabieg pozwolę sobie także ja. Na stronie 58 jest poważny błąd, pomnik Colleoni'ego nie wrócił do Szczecina i nadal stoi na dziedzińcu Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Portowe miasto zafundowało sobie replikę.

Mocną stroną publikacji jest używany przez poznaniaka język. Podobnie jak w pierwszej swojej książce stosuje prostą narrację, która jednocześnie bardzo wciąga. Zachwyciłem się sposobem tytułowania podrozdziałów. Historia o poznańskich architektach składa się z naprzemiennych "Wtedy" i "Dziś". Reportaż o duecie Buszko i Franta rozdzielają cytaty ze starochińskiego podręcznika sztuki wojennej. Wejście w świat architektów wygląda prawdziwie. Poznajemy emocje, które szarpią twórcami. Niestety często przemawia przez nich zawiść, megalomania czy kumoterstwo. Z drugiej strony czuć wzniosłe idee humanizmu, zaś przyznanie się poznańskich architektów do błędów to coś w tym zawodzie wyjątkowego.

Książka skłania do wypowiedzenia własnego zdania na temat powojennego modernizmu. Spełnia wyśmienicie najważniejszy cel utylitarny stawiany reportażowi. Jednakże sposób przedstawienia tematu wygląda na mało krytyczny. Opisywane są realizacje spełniające zamierzenia twórców i oczekiwania ludzi, obiekty dyskusyjne oraz budowle zupełnie pogrążające architektów w oczach użytkowników. Szczególnie brak właściwego dystansu widać w stosunku do centrum Katowic, które jest urbanistyczną porażką. Wychowałem się na modernistycznym blokowisku i za najbardziej przyjazne ludziom uważam pomysły Haliny Skibniewskiej. Aż dziwi, że pomysły urbanistyczne, które obecnie dochodzą do głosu w dyskusjach naukowych pod hasłem rurbanizacji, zrodziły się ponad pół wieku temu w Warszawie.

"Źle urodzone" mogły być lepszą książką, gdyby pośpiech nie gonił autora i popracował nad tematem dłużej. Trudno polecić reportaże wszystkim. Studenci architektury oraz pasjonaci tego kierunku zapewne będą zadowoleni z publikacji, ale mam wątpliwości czy niezainteresowani tematyką także. Moja ocena: 3/5.

Gugara - czytanie przedwznowieniowe

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneWczoraj wieczorem ponownie odwiedziłem moją ulubiona kawiarnię/księgarnię. Udałem się na spotkanie autorskie z Andrzejem Dybczakiem, który odbył kilka podróżny do Ewenkijskiego Okręgu Autonomicznego i żył pośród jego mieszkańców. Efektem wyjazdów jest reportaż "Gugara" i film "Gugara" o jedynych z ostatnich żyjących w quasi-tradycyjny sposób Ewenkach.

Zaczynam dostrzegać pewną prawidłowość. Jeśli spotkania odbywają się we wtorki, to przychodzi mało słuchaczy. Tym razem na sali zasiadło 20 osób. Spotkanie prowadził znany z trójkowej anteny i znakomicie przygotowany do rozmowy redaktor Michał Nogaś. Zadawał pytania proste, aczkolwiek ważne, np. "skąd się wziął Andzrej Dybczak?" oraz znacznie trudniejsze i równie ważne np. "jak oceniasz szanse na przetrwanie narodu Ewenków?". Cały dialog trwał godzinę, po czym przez kolejną godzinę można było oglądać film "Gugara".

Andrzej Dybczak zrobił na mnie wrażenie człowieka, który przybył z innej cywilizacji, myślącego inaczej niż nasze utarte schematy. Jego odpowiedzi często były bardzo proste, niczym życie Ewenków. Jest z zawodu etnografem, interesował się szamanizmem, więc po prostu pojechał na Syberię. Żadnych głębszych powodów podróży nie przedstawił. Chwalił za to otwartość miejscowej ludności, bo czy ktoś z nas wpuściłby do domu obce osoby na miesiąc? Dla weryfikacji przebiegu pierwszego spotkania autor książki przeczytał stronę tekstu, w tym śpiewał po ewenkijsku. Michał Nogaś podsumował stronę literacką książki słowami, że "Gugara" to reportaż baśniowy. Warto to sprawdzić.

Andrzej Dybczak pokazał, że zmieniający się świat dotyka także tradycyjne społeczności. Namiot już nie jest ze skór, ale z brezentu. Większość ludzi wybiera łatwe życie w cywilizacji, czyli w wiosce a nie w lesie. Autor "Gugary" podał konkretne procesy, które doprowadziły do zniszczenia pierwotnej kultury. Wymordowanie szamanów można uznać za jednoznacznie negatywny wpływ ZSRR. Jadnak już próba uczenia Ewenków pisanego języka ewenkijskiego czy pomoc w chowie reniferów, które wyglądają na wspaniałomyślność także przyczyniły się do rozpadu tradycyjnych więzi. Dzieci wysyłane do szkoły uczone były innego dialektu niż znali z domu, więc rodzice woleli z nimi mówić po rosyjsku. Chów reniferów skończył się zjedzeniem wszystkich zwierząt. Niestety przyszłość nie wygląda romantycznie, gdyż w lesie trudno już spotkać innych myśliwych niż osiadłych w wioskach.

Bardzo się cieszę, że obejrzałem film "Gugara", gdyż zobaczyłem ten zmieniający się świat z dala od centrów cywilizacji. Ten nagradzany dokument, którego fragmenty znajdziecie bez problemów w Internecie, polecam także moim czytelnikom.

Chciałoby się uciec przed problemami cywilizacji do natury. Mam nadzieję, że "Gugara" pozwoli choć na kilka godzin powrócić do spokojniejszego życia.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci