Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Czarnobylska modlitwa - czytanie przedwznowieniowe

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneDziś w księgarni-kawiarni Wrzenie Świata prowadzonej przez Instytut Reportażu odbyło się czytanie książki, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Czarne w maju. Nie piszę, że przedpremierowe, gdyż po polsku "Czarnobylska modlitwa" ukazała się w 2000 roku. Wywiad białoruskiej dziennikarki z żoną strażaka, który zmarł na chorobę popromienną czytała znana aktorka Joanna Szczepkowska.

Spotkanie zaskoczyło frekwencją. W zazwyczaj nabitej po brzegi i dusznej od oddechów sali, tym razem przebywało zaledwie 15 osób. Prowadzący spotkanie Wojciech Tochman na próżno szukał wyjaśnienia małego powodzenia spotkania, które odbyło się w przeddzień 26 rocznicy katastrofy nuklearnej. Z doświadczenia pracy w centrum handlowym wiem, że pierwsze cieplejsze dni oznaczają spadek obrotów. Jeśli do tego dodać pozamykane na dłużej, bądź tylko na kilka godzin, ulice w centrum Warszawy, to możemy uznać takie wytłumaczenie za poprawne.

Warto było przyjść i posłuchać fragmentu książki. Swietłana Aleksijewicz ma ogromny dar do opisywania relacji ludzi, których życie naznaczone zostało niezwykłymi historiami. Czytany reportaż zawiera krótko przedstawione suche, naukowe, precyzyjne fakty, a następnie płynie po morzu osobistych, emocjonalnych i niepowtarzalnych szczegółów. Dzięki plastycznym obrazom autorki podchodzimy w myślach do bohaterów opowieści tak blisko, że można odnieść wrażenie, iż stoją obok. Z drugiej strony w treści nie znajdziemy słów zbędnych, akcja wydarzeń nie zawiera przerw.

Lektorka czytała w sposób bardzo przejmujący. Głos Joanny Szczepkowskiej przekazującej skrajnie emocjonalną opowieść chwycił mnie za gardło, ścisnął i nie chciał puścić. Łzy same napływały do oczu w obliczu dramatycznej historii miłości dwojga młodych ludzi. Ciężko było wyrazić cokolwiek po wysłuchaniu opisu wielotygodniowego umierania silnego, zdrowego mężczyzny. Rzadko się to zdarza, ale tym razem nikt nie bił braw, bo byłoby to niestosowne. Spotkanie przekonało mnie z całą siłą, że "Czarnobylską modlitwę" warto kupić. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy lubią mocne, naturalistyczne opisy, ale te zawarte w niedługo ukazującym się wznowieniu genialnej reporterki warte są przełamania niechęci.

Esterhazy. Historia o zającu

rbuciak

Esterhazy - okładkaZgodnie z zapowiedzią dziś recenzja książki dla dzieci, którą kupiłem córce w niedzielę. Tego samego dnia wieczorem przeczytałem całą bajkę młodej słuchaczce i moje wrażenia na temat dzieła są pozytywne.

Opowieść o króliku Michaelu (tu pomijam pozostałe imiona i tytuły) Esterhazym napisaną przez Irene Dische i Hansa Magnusa Enzensbergera wydało małe już od samej nazwy Wydawnictwo Nisza. Historia przedstawioną w bajce jest prosta. W Wiedeńskim rodzie Esterhazych rodzą się coraz mniejsze dzieci, więc młodzi przedstawiciele rodziny zostają wysłani w świat w poszukiwaniu dużych żon. Michael trafia do Berlina i poszukuje wybranki serca. Pomimo prostoty opisywanej historii, akcja toczy się wartko i zabawnie. Trudno się znudzić opowiadaniem. Na dodatek zakończenie zaskakuje, głównie dorosłych. Przeczytanie całości zajmuje prawie godzinę, ale nawet niespokojne dzieci powinny zdołać wysiedzieć i wysłuchać.

Nie do końca podobają mi się rysunki Michaela Sowy, będące ilustracjami bajki. Spójrzcie na okładkę, czyż nie jest ona szara i depresyjna? W środku znajdują się także ilustracje o bardziej radosnej zielonej czy niebieskiej kolorystyce. Obrazy nie są przeładowane i od razu wiadomo, które fragmenty ilustracji przyciągają wzrok. W ten sposób młodzi czytelnicy zapoznają się z estetyką inną niż dominujący komiksowy pop-art.

Znający język niemiecki z łatwością dostrzegą, że w oryginale występowały liczne gry językowe. Niestety nie dało się przetłumaczyć bajki na polski z zachowaniem znaczenia podobnie brzmiących, notorycznie pojawiających się w tekście nazw. Esterhazy to Esterhazy, ale Die Osterhaze to już tylko zajączek wielkanocny a Österreich to zwyczajnie Austria. Na szczęście, niektóre z zabaw językiem pozostały, jak choćby nazwy rodowych posiadłości.

"Esterhazy" posiada wiele walorów edukacyjnych. Problemowe sprawy, o które może zapytać dziecko, zostały przemilczane. Dzięki temu zabiegowi rodzic sam ma możliwość odpowiedzenia potomkowi na takie pytania jak "Skąd się biorą dzieci?" albo "Dlaczego w Berlinie stał mur a ludzie go zburzyli?". Przeczytanie "Esterhazego" pozwoliło mi dowiedzieć się, czym może być współczesna bajka. Tekst nie epatuje strachem, jak u braci Grimm, ale pozwala w przyjemny, wyzwalający pozytywne emocje, sposób pobudzić do zadawania ważnych pytań i rozwoju intelektualnego dziecka.

Polski rynek książki dziecięcej nie jest mały. Jednak nieliczni orientują się w poziomie merytorycznym publikacji. Trudno znaleźć wskazówki polecające konkretne bajki i przestrzegające przed grafomanią. Cieszę się, że niedzielę spędziliśmy na "Czytaniu gdzie indziej 3", bo wydarzenie poszerzyło nasze spojrzenie i sprowadziło na domową półkę wartościową pozycję. Moja ocena: 3,5/5.

Busz po polsku

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzytelnikZ okazji Międzynarodowego Dnia Książki postanowiłem napisać recenzję książki mistrza. Ryszard Kapuściński 50 lat temu debiutował jako autor zbioru tekstów o Polsce.

"Busz po polsku" to 130 stron niezwykłej podróży po naszym kraju. Kunszt literacki, z jakim ma do czynienia czytelnik, potrafi onieśmielić. Zdania pisane są prosto, choć w stosunku do współczesnej polszczyzny nieco archaicznie. Zwracają uwagę szczegółowe, niemal malarskie obrazy przedstawianych osób i miejsc. Często rozmowy wplecione zostały w ciąg słów akapitu, przez co tekst staje się płynny i melodyczny. Już w pierwszej książce Ryszarda Kapuścińskiego znajdujemy charakterystyczny dla niego styl pisania - synonimiczne powtórzenia, liryczność bez specjalnego dbania o pełną zgodność faktograficzną. Kilka razy możemy napotkać w tekście nie stosowane we współczesnym reportażu fragmenty pisane w pierwszej osobie.

Niesamowity jest dobór tematów. W tomiku ujęte zostały najróżniejsze oblicza Polski. Nie dominują opisy osób nie radzących sobie z ówczesnymi nowościami, ani mieszkańcy wsi czy któregoś z regionów kraju. Ujmuje mnie to wyważenie, bo przez to książka pokazuje rzeczywistość w szerokim obiektywie. Niestety widoczny jest brak jakiegokolwiek porządku tematycznego. Żałuję też, że Ryszard Kapuściński nie zechciał dołączyć po latach do tego zbioru reportażu z budowy Nowej Huty, którym wywołał wówczas burzę.

Widać wyraźnie, że niektóre teksty zostały napisane przez wysłannika pisma w teren, np. "Danka" o pobiciu pięknej modelki przez zazdrosne kobiety. Taki sposób znajdowania bohaterów praktykowany jest dzisiaj powszechnie. Ze źródeł historycznych wiadomo, że jeden tekst (Piątek pod Grunwaldem) został napisany na specjalne zlecenie Władysława Gomółki. Genialny autor znalazł jednak boczne wyjście z tej trudnej dla dziennikarza sytuacji. Najbardziej zaskakuje, że kilka reportaży wygląda jakby ich tematy zostały wzięte wprost ze zwyczajnego życia, np. "Partery" o wędrujących robotnikach w poszukiwaniu pracy, a jednak opowiadają o interesujących zjawiskach społecznych. Waletujący studenci, mazurski flisak nieznający wielkiego świata czy niosący trumnę kolegi górnicy to niektórzy z niecodziennych bohaterów reportaży sprzed pół wieku, jakich odnalazł i opisał genialny autor.

Nie dziwi mnie, że młodych pisarzy uczy się na reportażach z "Buszu po polsku". Często te opowieści prowadzone są z zaskakujących pozycji. Wydawać by się mogło, że wprowadzenie do reportażu o młodym i znakomitym dyskobolu jego zagorzałego widza mija się z sensem. Jednakże dzięki nieschematycznym zabiegom narratorskim Ryszard Kapuściński wydobywa z przedstawianych fragmentów życia postawy moralne towarzyszące bohaterom. Jednocześnie nie sposób znaleźć ani jednego fragmentu oceny dokonanej przez autora.

Polecam książkę wszystkim, którzy chcą się uczyć warsztatu dziennikarskiego, miłośnikom prozy mistrza, a także zainteresowanym zwyczajnym życiem w odbudowującej się Polsce. Zdaję sobie sprawę, że niektóre fragmenty mogą być niezrozumiałe lub męczące, ale czy literatura piękna musi być łatwa? Moja ocena: 4/5.

Niedzielne wydarzenia literackie

rbuciak

Czytamy Gdzie Indziej 3 - logoDzisiejszą słoneczną niedzielę spędziliśmy z córką na dwóch wydarzeniach literackich, które odbyły się w stolicy. Najpierw pojechaliśmy na Saską Kępę na "Czytamy gdzie indziej 3" posłuchać bajek. Potem odwiedziliśmy kiermasz książek na Muranowie.

Inicjatywa Studia Teatralnego Koło odbywała się także w sobotę, ale postanowiłem nie zmuszać dziecka do słuchania poważnej literatury. W niedzielne południe posłuchaliśmy trzech bajek. "Paproch" autorstwa Elizy Piotrowskiej to żartobliwa i pouczająca opowieść o przyjaźni rozgrywająca się w kieszeni płaszcza. Polecam gorąco. Z kolei "Esterhazy. Historia o zającu" trojga niemieckich autorów porusza trudny dla dzieci temat poszukiwania życiowego partnera. Ubrana w przyjazny dla dziecka temat także wzbudza zainteresowanie młodych słuchaczy. Podczas wydarzenia można było kupić książkę po okazyjnej cenie i teraz córka ma pamiątkę z wycieczki. Na koniec wysłuchaliśmy fragmentu koreańskiej bajki "O kurze, która opuściła podwórze" napisanej przez Hwang Sun-Mi. To lektura raczej dla kończących szkołę podstawową, więc nas zainteresowała mniej, ale jeśli szukacie interesującego prezentu np. na komunię, to uważam dalekowschodnią bajkę za bardzo dobry, rozwijający wybór.

Po prawie dwóch godzinach spędzonych na praskim brzegu Wisły wróciliśmy do centrum. W Stacji Muranów swój jednostoiskowy kiermasz prowadziło Wydawnictwo Czarne. Oferowali szeroki wybór swoich książek po przystępnych cenach, z czego nie omieszkałem skorzystać. Na kiermaszu obecni byli także autorzy. Porozmawiałem ze swoim rówieśnikiem Maciejem Wasielewskim, współautorem "81:1 Opowieści z Wysp Owczych". Dowiedziałem się od niego kilku interesujących informacji. Maciej nie jest do końca zadowolony ze swojego debiutu, ale to dobrze, bo możemy liczyć na rozwój pisarza. Osobiście doceniam "81:1" i niedługo napiszę recenzję przewodnika kulturowego po archipelagu. Rozmawialiśmy również o następnej książce Macieja o Pitcairn. Zapowiada się kolejna pozycja na rynku interesująca dla geografów, kulturoznawców i innych czytelników. Szczegółów jednak nie zdradzę. Dowiedziałem się, że pisarz ma w planach trzecią pozycję, tym razem o Polsce czasów PRL. Wiem, że to ostatnio rozlegle eksploatowany temat, ale fragment rzeczywistości, który Maciej chce opisać wydaje się wielce ciekawy.

Podsumowując, niedzielę spędziliśmy z córką intensywnie i literacko. Oby takich dni pełnych wydarzeń kulturalnych więcej.

Potwór

rbuciak

potwór - okładkaTym razem pod ocenę biorę książkę, która właśnie trafia na rynek. Na dodatek nie jest to reportaż, ale lektura przeznaczona do czytania dzieciom. Książkę "Potwór" znanego autora publikacji dla najmłodszych, Grzegorza Kazdepke otrzymałem jako nagrodę podczas konferencji w Sandomierzu.

Bajkę wydało Wydawnictwo Dwie Siostry wraz z Tatrzańskim Parkiem Narodowym. Akcja opowiadania dzieje się w najwyższych w Polsce górach. Z pozoru zwykła rodzina jedzie w podróż samochodem po górach i napotyka na swej drodze różne zwierzęta. Całość jest pięknie i bogato zilustrowana przez znanego grafika Piotra Sochę. Lubię jego styl rysowania oparty na figurach geometrycznych wypełnionych jednolitymi deseniami. Rysunki łatwo wpadają w pamięć i są zdecydowanie najlepszą stroną książki.

Niestety mam spory problem z treścią opowiadania, którą wypróbowałem na przedstawicielce grupy docelowej. Po pierwsze, po Tatrach nie jeździ się samochodem. Po drugie, występujące od początku do końca porównanie gór do potwora wcale nie powoduje, że dziecko przestaje się bać. Wręcz przeciwnie, zakiełkował w młodym umyśle strach do gór, czego nikomu nie życzę. Po trzecie, za normalny stan autor uznaje, że dzieci się kłócą. Przedstawiona rodzina wygląda na mocno dysfunkcyjną i nie rozumiem dlaczego nie zostało to w żaden sposób wykorzystane dydaktycznie. Po czwarte, sześciolatka uciekająca rodzicom i przeżywająca niezwykłe przygody, po których trafia do mamy i taty bez szwanku to zły przykład dla dzieci. Strona edukacyjna książki zamyka się w zapoznaniu dzieci ze zwierzętami występującymi w Tatrach. Taką wiedzę może posiąść z wielu źródeł i wcale nie potrzeba do tego "Potwora".

Najlepszym komentarzem do książki niech będzie decyzja mojej córki, która dzień po czytaniu opowiadania nie wspomniała o nim ani razu. Nie wiem, czy sam będę chciał jej przeczytać bajkę raz jeszcze. Lektura, zamiast nauczyć dziecko czegoś nowego, wywołuje strach do gór i zachęca do ucieczki. Książka, niestety, nadaje się wyłącznie do oglądania. Moja ocena: 2/5.

Reporterzy bez fikcji

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneKażdy reporter posiada swój własny styl. Czy możemy zatem nauczyć się pisać reportaże od innych? Z takiego zdziwienia światem wyszła Agnieszka Wójcińska i napisała książkę bardzo potrzebną na fali wzrostu zainteresowania tym gatunkiem pisarstwa.

Na 270 stronach zmieściło się 17 wywiadów ze znanymi polskimi reporterami poprzedzonych fragmentami ich zazwyczaj najbardziej znanymi dziełami oraz zdjęciami bohaterów książki. Pozytywnie odnoszę się do konstrukcji całej publikacji. Pierwszy wywiad jest z Małgorzatą Szejnert, nestorką krajowego reportażu. Następnie czytelnik zapoznaje się z kilkoma dziennikarzami piszącymi na podobne tematy. Układ tematów (śmierć, wojna, społeczeństwo polskie, problemy światowe) wydaje się trafny i przeprowadzony dość dobrze, na ile to w ogóle możliwe. Niestety reporterzy mogący stanowić węzły pomiędzy tematami, tzn. Włodzimierz Nowak i Mariusz Szczygieł, umieszczeni zostali w środkach grup. Trafnie na końcu znalazł się wywiad z Witoldem Szabłowskim, który w momencie pisania książki był najmłodszym szerzej znanym reporterem. Dzięki takiemu zabiegowi po przeczytaniu odnosi się wrażenie, że zawód nie zaginie i pojawią się kolejni autorzy, których teksty będziemy czytać z zapartym tchem. Stało się to prawdą szybko, bo na jesieni zeszłego roku za sprawą Filipa Springera.

Umieszczenie fragmentów reportaży uważam za bardzo udany zabieg. Czytelnik otrzymuje nie tylko próbkę stylu, ale także ma możliwość szybkiej weryfikacji, czy ten styl zachęca go do poszukiwania innych tekstów tego autora. Dzięki "Reporterom bez fikcji" zwróciłem baczniejszą uwagę na wspomnianego już Włodzimierza Nowaka, Pawła Smoleńskiego czy Lidię Ostałowską, choć tematy, które podejmują i style pisania różnią się wyraźnie.

Zadawane reporterom pytania charakteryzują się próbą związania dwóch końców jednej liny. Z jednej strony wypada zapytać się o podstawowe dla procesu tworzenia tekstu sprawy, takie jak poszukiwanie tematu, sposób docierania do i rozmawiania z bohaterami, używanie dyktafonu, styl pisania, poszukiwanie tematu, obiektywność. Trochę szkoda, że mało miejsca poświęcono sztuce, poszukiwaniu nowych form. Ten temat, pomimo że potrafi znacznie podwyższyć ocenę odbiorców, to pojawia się szerzej wyłącznie w rozmowie z Mariuszem Szczygłem.

Podoba mi się luźna forma rozmów. Znalazło się w książce miejsce u Jacka Hugo-Badera na porównanie jego pracy z kasetami magnetofonowymi a pracy autorki książki z nowoczesnym zminiaturyzowanym dyktafonem. Cieszy mnie, że mam możliwość przeczytania, w jakich sprawach sami reporterzy między sobą się nie zgadzają. Dzięki takiej fachowej ocenie wiem, że do przynajmniej jednego autora mogę podchodzić z dużo większym dystansem.

Warto "Reporterów bez fikcji" przeczytać, jeśli sami chcemy zająć się dziennikarstwem prasowym. Pozostałym polecam ze względu na możliwość rozszerzenia swojej puli ulubionych autorów, na co książka Agnieszki Wójcińskiej jak najbardziej pozwala. Moja ocena: 4/5.

Serce narodu koło przystanku

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneWłodzimierz Nowak pisze nie tylko o sprawach polsko-niemieckich. Zajmuje się także zagadnieniami społecznymi - biedą, samobójstwami, niepełnosprawnymi i mikrośrodowiskami. Reportaże związane z Polską leżącą przy drodze gminnej zostały zebrane w książce "Serce narodu koło przystanku".

Publikacja składa się z 17 obrazów, w których pojawiają się zapomniane przez wielki świat wsie, różnej wielkości miasta oraz Greenpoint w Nowym Jorku. W tym miejscu powinienem powtórzyć połowę poprzedniej recenzji. Styl pisania poznaniaka się jest taki sam, jak w "Obwodzie głowy" i nadal mi się podoba. Układ książki jest tak samo nieporządkowany chronologicznie ani tematycznie jak w "Obwodzie głowy" i tu także mi się nie podoba. Wszystkie teksty, może poza autobiograficznym zakończeniem, zostały wcześniej opublikowane w Gazecie Wyborczej. Nic się nie zmieniło i nadal uważam to za mniej szlachetne niż tworzenie całej książki od podstaw.

O czym warto napisać w recenzji drugiej książki tego samego autora, jeśli jest podobna do pierwszej? Wypada omówić dobór tematów i sposoby ich realizacji. Najbardziej podobają mi się reportaże o mikrośrodowiskach bywalców siłowni i rozbijaczy samochodów. Pokazują one sposoby wychodzenia z problemów i zarabiania pieniędzy dla mniej ambitnych intelektualnie mężczyzn w czasach, gdy siła przestała być głównym sposobem zdobywania pożywienia i władzy. Prezentowane obrazy są barwne, jaskrawe, łamiące stereotypy, pokazujące przyczyny i skutki. Używane przez bohaterów socjolekty śmieszą, ale sprawiają, że samemu przebywając w grupie hobbistycznej zauważa się groteskowość własnego języka.

Pozostałe opowieści nie sprawiają tyle uciechy podczas czytania. Ich tematyka jest bardziej zaangażowana, nastawiona na przedstawienie konkretnego problemu społecznego. Jedne teksty wyszły lepiej, inne zaś wypadają dość blado. Z przejęciem przeczytałem o młodym chłopaku, który zginął w wypadku w fabryce cukierków, samobójstwie matki wraz z chorym na zanik mięśni synem i samotnej matce wychowującej dzieci. W tym ostatnim jest najlepszy komentarz na temat polskiej polityki jaki kiedykolwiek czytałem. Zawodowo dużą wagę przywiązuję do reportażu o bezrobociu na popegeerowskiej wsi. Opis fałszowania wyników spisu rolnego za Polski ludowej i plastyczny obraz występującej na Środkowym Pomorzu bezradności życiowej mieszkańców, wzbogacił moją wiedzę o przydatne w pracy jakościowe tło. Niestety pośród tych znaczących reportaży trafiają się opowieści pozbawione wyraźnie zarysowanego przesłania. Nie do końca rozumiem, czemu ma służyć omówienie życia w Końskich i Kamienicy Polskiej. Tytułowe "Serce narodu koło przystanku" poza tytułem niesie dla mnie niewiele walorów poznawczych.

Lubię czytać reportaże społeczne, obrazy Polski niewidocznej przez ciągłe przebywanie w centrum życia gospodarczego i kulturalnego. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdego to interesuje, więc polecam książkę Włodzimierza Nowaka przeczytać w całości tylko zainteresowanym. Pozostali spokojnie mogą ominąć mniej pociągające rozdziały. Moja ocena: 3,5/5.

Obwód głowy

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneZa kilka dni jadę na konferencje do Sandomierza. Miasto nad Wisłą budzi skojarzenia pochodzące z różnych dziedzin życia: zamek piastowski, ksiądz Mateusz, huta szkła, wychodnie kambru, Manfred Zänker. Historię życia żołnierza Wermachtu, który zdezerterował i przyłączył się do oddziału Armii Krajowej opisał Włodzimierz Nowak.

Książka "Obwód głowy" składa się z 12 reportaży opisujących relacje polsko-niemieckie od czasów II wojny światowej do 2006 roku. Większość napisał sam, ale trzy są wspólnym dziełem z początkującą wówczas Angeliką Kuźniak, zaś przy jednym jako współautorka wymieniona jest Friederika Lippold. Wszystkie teksty zostały wcześniej opublikowane w Gazecie Wyborczej.

Zazwyczaj nie przepadam za zbiorami skleconymi z gazetowych pierwowzorów, bo trudno w nich doszukać się myśli przewodniej i logicznych powiązań pomiędzy reportażami. Publikacja poznaniaka wymyka się tym niedociągnięciom częściowo. W prawie wszystkich reportażach pojawiają się przedstawiciele dwóch sąsiadujących ze sobą narodów. Przedstawione relacje między Polakami i Niemcami pokazują całe spektrum możliwości - od wojny po miłość, od kradzieży dzieci po wspólny uniwersytet. Teksty nie układają się w żaden logiczny ciąg, a mogły zostać poukładane np. chronologiczne - najpierw te dotyczące głównie wojny i jej skutków, później powojenne historie miast a na końcu zagadnienia współczesne.

Bardzo lubię język, jakim pisze Włodzimierz Nowak. Potrafi wykreować barwny, poukładany, łatwy do wyobrażenia obraz opisywanych wydarzeń. Najprzyjemniej czyta się te reportaże, w których dużo się dzieje. Autor ma niezwykły dar umiejętności zainteresowania czytelnika poprzez zwroty akcji. Tematy podjęte w "Obwodzie głowy" mają różny ciężar. Cenię sobie Włodzimierza Nowaka za rzeczowe i pozbawione ocen opisanie tak trudnych tematów jak wspomnienia żołnierza tłumiącego Powstanie Warszawskie, germanizacja dzieci zabranych polskim rodzicom w trakcie wojny czy samobójstwa niemieckich kobiet podczas wkraczania Armii Czerwonej. Z drugiej strony losy nadodrzańskich przemytników, domu publicznego w Słubicach i uniwersytetu Viadrina opisane zostały w sposób pozwalający na zdobycie wiedzy o omawianych zagadnieniach.

Polecam zapoznać się z książką Włodzimierza Nowaka, choć zdaję sobie sprawę, że nie jest pozbawiona drobnych mankamentów. Szczególnie polecam publikację osobom, które szukają nieszablonowej wiedzy o stosunkach polsko-niemieckich. Moja ocena: 4/5.

Gdyby cała Afryka...

rbuciak

źródło: Wydawnictwo Agora SAWczoraj zmarł jeden z przywódców, którzy doprowadzili Afrykę do niepodległości, ale polska prasa o tym zdarzeniu prawie nie wspomina. Ahmed Ben Bella, bo o nim mowa pełnił urząd prezydenta Algierii w latach 1963-1965. O jego losach politycznych i wynikającej z tego postawie życiowej napisał Ryszard Kapuściński już w latach 60-tych XX wieku.

"Gdyby cała Afryka..." to najdłużej oczekująca na wznowienie książka mistrza. Pierwsze jej wydanie miało miejsce w 1969 roku, zaś drugie dopiero w 2011. Prawdopodobnie jest także najtrudniejszą lekturą jaka wyszła spod pióra Ryszarda Kapuścińskiego, gdyż omawia skomplikowane relacje polityki afrykańskiej w jej kluczowym epizodzie.

Zgodnie z życzeniem autora reportaże ułożone są w porządku chronologicznym pisania. Podróżujemy więc z korespondentem PAP z Tanzanii do RPA, Etiopii, Nigerii, Sudanu, DR Konga itd. Taki układ książki pozwala prześledzić rozwój stylu, wiedzy i głębi analizy. Opisy przebiegu obrad parlamentu Tanganiki przypominają stenogramy, relacja z Kongresu w Addis Abebie zawiera już charakterystyki postaw i osobowości, zaś końcowe rozważania o Nigerii pokazują pełnię przenikliwości i precyzji przekazu mistrza. Wraz z kolejnymi stronami książkę czyta się coraz lepiej, ale ostatni rozdział zawierający całościową analizę należy raczej do sfery nauk politycznych niż dziennikarstwa.

Tematy, które podjął Ryszard Kapuściński nie należą do łatwych. Dyskusja o prawie alimentacyjnym, segregacja rasowa w RPA, próba stworzenia wspólnej deklaracji przez przywódców, wojny wyzwoleńcze w Kenii i Algierii czy przewroty stanu w Nigerii wymagają od czytelnika zapoznania się z wieloma mało znanymi nazwiskami, toponimami, relacjami międzyplemiennymi itd. W latach 60-tych XX wieku takie fakty były potrzebne osobom interesującym się kontynentem przechodzącym ogromne zmiany. Później, gdy przyszło rozczarowanie niskim poziomem kultury politycznej Afryki, tak szczegółowe analizy nie były potrzebne nowym czytelnikom. Teraz "Gdyby cała Afryka..." nabrała znaczenia historycznego, ale jest także kluczem do zrozumienia wielu zachowań na szczytach władzy. Sprawdziła się znaczna część przepowiedni systemowego rozpadu kontynentu zapisanych przez Ryszarda Kapuścińskiego. Jeśli szukamy drogi do zrozumienia współczesnych wydarzeń, jak choćby rozpad Sudanu i Mali, to warto sięgnąć po dzieło mistrza, gdyż przedstawia w nim początkową fazę obecnie zachodzących przemian.

"Gdyby cała Afryka..." nie jest lekturą dla każdego. Polecam ją głównie osobom, które chcą lub potrzebują zrozumieć postawy przedstawicieli władz afrykańskich. W reportażach przedstawione są dogłębne analizy skomplikowanych zmian w sposób możliwie najprostszy. Moja ocena: 4,5/5.

Karawana kryzysu

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneOrganizacje humanitarne cieszą się w krajach wysoko rozwiniętych bardzo pozytywną opinią. Bo czy może być coś bardziej szlachetnego niż pomaganie biednym, głodnym, bezdomnym, chorym, kalekim w kraju, gdzie toczy się wojna? Linda Polman pokazuje, że za fasadą pięknych wartości kryją się często grube pokłady moralnego brudu.

Ogromną zaletą książki "Karawana kryzysu" jest duże doświadczenie autorki. Z niemal każdej strony bije po oczach ekspercka wiedza na temat działalności systemu pomocy humanitarnej. Niderlandzka dziennikarka argumentuje w sposób jasny, czytelny i przekonujący. Nie traktuje wszystkich kryzysów jednakowo. Potrafi dostrzec różnice w przyczynach, skutkach i potrzebach zaangażowania z zewnątrz pomiędzy dziejącymi się na świecie konfliktami zbrojnymi, klęskami żywiołowymi czy permanentnymi stanami niedorozwoju społeczno-gospodarczego.

Ten 300-stronnicowy reportaż ujęty został w czytelną ramę alternatywnych rozwiązań w zakresie zaangażowania w pomoc. Dyskusja prowadzona 150 lat temu pomiędzy Henri Dunantem, założycielem Czerwonego Krzyża, który opowiadał się za niesieniem pomocy bez oglądania się na uwarunkowania i skutki, a Florence Nightingale, która niejednokrotnie wolała powstrzymać się od udzielania pomocy, nabrała w ostatnich latach ogromnego znaczenia. Niestety pytanie o sens udzielania pomocy w przypadku wątpliwości etycznych pojawia się rzadko, ale "Karawana kryzysu" wypełnia tą lukę. Słusznie reporterka pisze o przemyśle pomocy humanitarnej, gdyż pojawiły się takie zjawiska jak traktowanie wpłacających pieniądze jak dojne krowy czy uwzględnianie darów jako źródła żywności, pieniędzy i sprzętu w strategiach wojujących daleko od naszych oczu armii.

Dzięki Lindzie Polman polski czytelnik ma możliwość obejrzeć z bliska jak wygląda niesienie pomocy humanitarnej w Sierra Leone, Rwandzie, Sudanie czy Afganistanie. Pokazuje, że często najwięcej korzystają na tym sami niosący pomoc albo strony konfliktów zbrojnych a nie rzeczywiście potrzebujący wsparcia medycznego, edukacyjnego czy infrastrukturalnego. Reporterka przedstawia, dlaczego pomoc trafia w zdecydowanej większości do miejsc nagłośnionych, politycznie istotnych, a nie do dziesiątków innych, ale zapomnianych krajów, gdzie żyją miliony potrzebujących wsparcia ze strony bogatej części świata. Nie zapomina także wskazać osób prowadzących pomoc w sposób zgodny z zasadami humanitaryzmu, choć są to przykłady rzadkie.

Z przykrością muszę napisać o jakości przekładu. Nie wygląda on do końca profesjonalnie. Zdarza się, że te same nazwy, np. organizacji, tłumaczone są na kilka różnych sposobów. Raz pojawia się całkowicie polska nazwa, innym razem oryginalna, w jeszcze innym miejscu skrót. Nie do końca rozumiem też sens istnienia słownika używanych przez przemysł humanitarny pojęć, który zajmuje 1/5 książki. Zawiera on niewiele tematów pominiętych w pozostałych rozdziałach.

Bardzo się cieszę, że książka zawiera także proste recepty na poprawę sytuacji dla czytelników. Kilka rzeczy, jak choćby zadawanie odpowiednich pytań przedstawicielom organizacji, może wykonać każdy z nas. Z dobrze poinformowanego źródła wiem, że sytuacja polskich organizacji wcale nie wygląda dużo lepiej, więc nie łudźcie się i zadawajcie pytania na spotkaniach także w naszym kraju. W zeszłym roku głośno było o suszy w Sudanie, a niesiona pomoc przedłużyła wojnę, czy w tym roku wesprzemy walczących w Mali? Wszystko zależy od nas. Moja ocena: 4/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci