Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

III Warszawski Kiermasz Książki - relacja z soboty

rbuciak

źródło: Warszawski Kiermasz KsiążkiZnów zaangażowałem się w rolę opiekuńczego taty i spędziłem z córką cały dzień. W takich okolicznościach staram się korzystać z bogatej oferty kulturalnej stolicy, a najlepiej przy okazji budzić miłość do literatury u młodej osoby i rozbudzać własną pasję.

Przez całą sobotę i niedzielę odbywa się na Rynku Mariensztackim III Warszawski Kiermasz Książki i nie mogło nas tam zabraknąć. Skorzystaliśmy z oferty ulubionych wydawnictw, spotkaliśmy się z autorami i uczestniczyliśmy we flesz-mobie, ale po kolei.

Przyjechaliśmy około 11:30, obeszliśmy na spokojnie cały plac, na którym wystawcy kończyli się rozstawiać, zaś klienci dopiero się zjeżdżali. Dzięki pierwszemu obchodowi wiedzieliśmy dokąd wracać po namyśle nad listą zakupów.

Na godzinę 12:00 weszliśmy na skarpę na Plac Zamkowy i zasiedliśmy pod Kolumną Zygmunta. Chwilę po wybiciu południa przez dzwony otworzyliśmy książki, które wyprowadziliśmy na spacer i zaczęliśmy czytać. Włączyliśmy się w akcję kampanii "Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka!" Na flesz-mob zapisało się na Facebooku 100 osób. Przyszło... około 30, ale i tak dobrze się bawiłem.

Następnie wróciliśmy na kiermasz i zasiedliśmy w kąciku dla dzieci, gdzie stała rakieta z tektury, którą maluchy mogły do woli wykańczać materiałami plastycznymi. Na stoisku pojawiło się kilkoro autorów piszących dla dzieci, z których dla nas najważniejsza była Małgorzata Strzałkowska. Poetka pisze wierszowane opowieści dla najmłodszych od 35 lat. Dało się zauważyć w pełni profesjonalne podejście do wykonywanego zawodu. Zna rymy do prawie każdego podanego słowa, ale nie do słowa "sufit". Nikt z obecnych na stoisku też nie znał, ale po powrocie do domu rymujące się słowo znalazłem - "tufit". W socjolekcie geologów na wszystko znajdzie się rym.

Córka wygrała dwie książki dla siebie. Kolejną, "Leśne głupki" autorstwa Małgorzaty Strzałkowskiej dla niej kupiłem ja. Poza tym na stoisku mojego ulubionego Wydawnictwa Czarne zaopatrzyłem rodzinę w dwie pozycje i żadna nie jest reportażem. Żonie z okazji dnia matki kupiliśmy "W miasteczku długowieczności" autorstwa Tracey Lawson o kuchni włoskiej. Niskie ceny, wielki popyt i bardzo pozytywne recenzje przekonały mnie do kupienia "Trocin" Krzysztofa Vargi. Kolejka na półce się wydłuża, jak zawsze, gdy można nabyć lektury po cenie niższej niż w jakimkolwiek sklepie internetowym.

Jutro też będziemy na kiermaszu, bo pogoda, ceny książek i inne atrakcje zachęcają. Polecam wszystkim przy okazji spaceru po starówce wybrać się po pozycje do czytania.

Gottland

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarnePowracam do lektur na rynku niedostępnych, czyli klasyki współczesnego polskiego reportażu. Zapraszam do przeczytania recenzji najjaśniejszej gwiazdy w tej konstelacji, czyli "Gottlandu".

Mariusz Szczygieł, jak sam wielokrotnie mówił, zajął się Czechami, bo go zafascynowali w momencie, gdy trudno mu było pracować w Polsce po staniu się gwiazdą telewizji. Ucieczka do przodu to trudne zadanie, ale dziennikarz pochodzący ze Złotoryi wykonał je znakomicie. "Gottland" to opowieść o Czechosłowacji, głównie z czasów komunistycznych. Bohaterami reportaży są zawsze ludzie, niezwykłe osobowości wyciągnięte przez autora z zakamarków pamięci. Dziennikarz doskonale potrafi zafascynować czytelnika członkami szewskiej rodziny Bata czy budowniczymi i niszczycielami pomnika Stalina. Czechy przedstawione oczami reportera wydają się krajem małym, domowym, rodzinnym. Każdy na swojej drodze spotyka w życiu kogoś wielkiego. Jak nie Vaclava Havla, to Karela Gotta. Za sprawą napisanych słów czytelnik staje tak blisko bohaterów, że niemal czuje ich obecność.

Mariusz Szczygieł należy do nielicznej grupy reporterów - artystów. Bawi się formą, jaką jest tekst. Za swój najlepszy tekst uważa reportaż kubistyczny o pisarzu, który zastąpił sam siebie. Choć autor sam wymyślił określenie zabiegu literackiego, to trzeba przyznać, że odpowiada przedstawionej historii. "Gottland" zawiera więcej twórczych realizacji, jak zestawienie historii życia znanej pani chirurg z krótkim życiem nietypowego współczesnego nastolatka. Dwie na wstępie niepowiązane historie zaczynają się coraz bardziej splatać, ale zakończenie zaskakuje i porusza. Genialne i proste są w tym reportażu śródtytuły odmierzające czas do punktu kulminacyjnego. Za podobnie wybitne uważam nazwanie poszczególnych fragmentów historii rodziny Bata jednym, rzadziej kilkoma słowami. W prosty sposób zostały ujęte poszczególne etapy opowieści. Pomiędzy dłuższymi reportażami pojawiają się także krótkie anegdoty. Najbardziej utkwiła mi w pamięci niezwykle ironiczna historia kartki z życzeniami świątecznymi.

Mniej artyzmu jest w słownictwie. Tu autor nie wyszukuje rzadko stosowanych pojęć, ale pokazuje raczej swoją dociekliwość w znajdowaniu szczegółów. Tekst jest pełen nazwisk, tytułów dzieł, ale wcale nie czuć przesytu, a raczej śmiech podszyty ironią. Zagłębianie się w poszczególne historie, pełne żywych ludzi uwikłanych w zdarzenia rodem z powieści Kafki, zachęca do czytania i delektowania się słowami.

"Gottland" jest także książką o trudnych czasach życia w państwie totalitarnym. Niszczenie ludzi i ich rodzin poprzez roczne aresztowanie bez zarzutów pojawia się wielokrotnie. Bunty kończące się śmiercią cywilną były nieliczne i zawsze groźne dla wszystkich zaangażowanych. Upadlające nakazy pracy dla ludzi nauki i kultury w prostych fizycznych zawodach przyprawiało o choroby. Najbardziej jednak uderza śmiercionośna trwoga artystów budujących pomnik Stalina i zwykłych rzemieślników, którzy go demontowali. Lekcja prawdziwej natury Czechów, jaką wynosi się z lektury rzadko ma się okazję przejść.

W całej książce nie podobają mi się tylko dwie drobne sprawy. Tytuły rozdziałów są słabe i najczęściej nic nie mówią o zawartości. Trochę szkoda, że nie ma mapy Czech i planu Pragi. Za to są zdjęcia, choć nieliczne to dobrze ilustrujące reportaże. Zdecydowanie warto "Gottland" przeczytać i to nie czekając na wznowienie. Moja ocena: 5/5.

Źle urodzone

rbuciak

źródło: Wydawnictwo KarakterFilip Springer zadebiutował w zeszłym roku bardzo dobrze przyjętą "Miedzianką". Kolejną książkę wydał zaledwie po pół roku. O ile poprzednie dzieło opowiadało o miejscu, które rzadko jest odwiedzane, to z budynkami opisanymi w "Źle urodzone" wielu ma kontakt na co dzień.

Pomysł napisania książki o architekturze i urbanistyce powojennego modernizmu w Polsce uważam za niezwykle interesujący. Oczywiście nie było możliwe opisanie wszystkich budowli przypisywanych do tego stylu i okresu historycznego. Konieczny wybór autor przeprowadził dobrze, gdyż kierował się kluczem najważniejszych architektów. Tu pojawia się pierwszy problem, gdyż tekst reportaży przeważnie nie dotyczy realizacji architektonicznych. Opisani zostali głównie twórcy, co kłóci się z tytułem książki.

"Źle urodzone" zostało przepięknie zilustrowane zdjęciami autora oraz reprodukcjami sprzed lat, choć osobiście nie jestem zachwycony fotografiami autora. Nie lubię zbliżeń drzwi do garażu. Nie potrafię docenić zdjęcia mgły, za którą nie widać schroniska na Śnieżce. Nie jest tajemnicą, że najpierw Filip Springer planował wystawę wielkoformatowych zdjęć, ale z braku mecenasa przyjął propozycję Wydawnictwa Karakter. Dopiero wtedy powstała koncepcja dopisania tekstu, co moim zdaniem zostało zrobione zbyt szybko. Kłopot polega na tym, że ani zdjęcia nie ilustrują reportaży, ani słowa nie są komentarzami do obrazów. Pomiędzy okładkami mamy więc dwie niespójne opowieści. Szczecińskie kino Kosmos czy wrocławski Plac Grunwaldzki możemy jedynie obejrzeć, co budzi mój niesmak. Dziwi podział na rozdziały. Czy kilka zdjęć można już nazwać rozdziałem? Do strony merytorycznej reportaży też mam zarzuty. Filip Springer nie boi się wytknąć nieścisłości architektom, więc na identyczny zabieg pozwolę sobie także ja. Na stronie 58 jest poważny błąd, pomnik Colleoni'ego nie wrócił do Szczecina i nadal stoi na dziedzińcu Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Portowe miasto zafundowało sobie replikę.

Mocną stroną publikacji jest używany przez poznaniaka język. Podobnie jak w pierwszej swojej książce stosuje prostą narrację, która jednocześnie bardzo wciąga. Zachwyciłem się sposobem tytułowania podrozdziałów. Historia o poznańskich architektach składa się z naprzemiennych "Wtedy" i "Dziś". Reportaż o duecie Buszko i Franta rozdzielają cytaty ze starochińskiego podręcznika sztuki wojennej. Wejście w świat architektów wygląda prawdziwie. Poznajemy emocje, które szarpią twórcami. Niestety często przemawia przez nich zawiść, megalomania czy kumoterstwo. Z drugiej strony czuć wzniosłe idee humanizmu, zaś przyznanie się poznańskich architektów do błędów to coś w tym zawodzie wyjątkowego.

Książka skłania do wypowiedzenia własnego zdania na temat powojennego modernizmu. Spełnia wyśmienicie najważniejszy cel utylitarny stawiany reportażowi. Jednakże sposób przedstawienia tematu wygląda na mało krytyczny. Opisywane są realizacje spełniające zamierzenia twórców i oczekiwania ludzi, obiekty dyskusyjne oraz budowle zupełnie pogrążające architektów w oczach użytkowników. Szczególnie brak właściwego dystansu widać w stosunku do centrum Katowic, które jest urbanistyczną porażką. Wychowałem się na modernistycznym blokowisku i za najbardziej przyjazne ludziom uważam pomysły Haliny Skibniewskiej. Aż dziwi, że pomysły urbanistyczne, które obecnie dochodzą do głosu w dyskusjach naukowych pod hasłem rurbanizacji, zrodziły się ponad pół wieku temu w Warszawie.

"Źle urodzone" mogły być lepszą książką, gdyby pośpiech nie gonił autora i popracował nad tematem dłużej. Trudno polecić reportaże wszystkim. Studenci architektury oraz pasjonaci tego kierunku zapewne będą zadowoleni z publikacji, ale mam wątpliwości czy niezainteresowani tematyką także. Moja ocena: 3/5.

Gugara - czytanie przedwznowieniowe

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneWczoraj wieczorem ponownie odwiedziłem moją ulubiona kawiarnię/księgarnię. Udałem się na spotkanie autorskie z Andrzejem Dybczakiem, który odbył kilka podróżny do Ewenkijskiego Okręgu Autonomicznego i żył pośród jego mieszkańców. Efektem wyjazdów jest reportaż "Gugara" i film "Gugara" o jedynych z ostatnich żyjących w quasi-tradycyjny sposób Ewenkach.

Zaczynam dostrzegać pewną prawidłowość. Jeśli spotkania odbywają się we wtorki, to przychodzi mało słuchaczy. Tym razem na sali zasiadło 20 osób. Spotkanie prowadził znany z trójkowej anteny i znakomicie przygotowany do rozmowy redaktor Michał Nogaś. Zadawał pytania proste, aczkolwiek ważne, np. "skąd się wziął Andzrej Dybczak?" oraz znacznie trudniejsze i równie ważne np. "jak oceniasz szanse na przetrwanie narodu Ewenków?". Cały dialog trwał godzinę, po czym przez kolejną godzinę można było oglądać film "Gugara".

Andrzej Dybczak zrobił na mnie wrażenie człowieka, który przybył z innej cywilizacji, myślącego inaczej niż nasze utarte schematy. Jego odpowiedzi często były bardzo proste, niczym życie Ewenków. Jest z zawodu etnografem, interesował się szamanizmem, więc po prostu pojechał na Syberię. Żadnych głębszych powodów podróży nie przedstawił. Chwalił za to otwartość miejscowej ludności, bo czy ktoś z nas wpuściłby do domu obce osoby na miesiąc? Dla weryfikacji przebiegu pierwszego spotkania autor książki przeczytał stronę tekstu, w tym śpiewał po ewenkijsku. Michał Nogaś podsumował stronę literacką książki słowami, że "Gugara" to reportaż baśniowy. Warto to sprawdzić.

Andrzej Dybczak pokazał, że zmieniający się świat dotyka także tradycyjne społeczności. Namiot już nie jest ze skór, ale z brezentu. Większość ludzi wybiera łatwe życie w cywilizacji, czyli w wiosce a nie w lesie. Autor "Gugary" podał konkretne procesy, które doprowadziły do zniszczenia pierwotnej kultury. Wymordowanie szamanów można uznać za jednoznacznie negatywny wpływ ZSRR. Jadnak już próba uczenia Ewenków pisanego języka ewenkijskiego czy pomoc w chowie reniferów, które wyglądają na wspaniałomyślność także przyczyniły się do rozpadu tradycyjnych więzi. Dzieci wysyłane do szkoły uczone były innego dialektu niż znali z domu, więc rodzice woleli z nimi mówić po rosyjsku. Chów reniferów skończył się zjedzeniem wszystkich zwierząt. Niestety przyszłość nie wygląda romantycznie, gdyż w lesie trudno już spotkać innych myśliwych niż osiadłych w wioskach.

Bardzo się cieszę, że obejrzałem film "Gugara", gdyż zobaczyłem ten zmieniający się świat z dala od centrów cywilizacji. Ten nagradzany dokument, którego fragmenty znajdziecie bez problemów w Internecie, polecam także moim czytelnikom.

Chciałoby się uciec przed problemami cywilizacji do natury. Mam nadzieję, że "Gugara" pozwoli choć na kilka godzin powrócić do spokojniejszego życia.

Pochówek dla rezuna

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneNa lekcjach historii uczymy się o bohaterach i ich wielkich czynach, które mają nauczyć jak postępować. Rzadziej się mówi i pisze o wydarzeniach wstydliwych i nierozsądnych osobach, które powinny być przestrogą przed niewłaściwym działaniem.

"Pochówek dla rezuna" zdecydowanie pokazuje brud za uszami, czarne karty narodowej historii. Zbiór reportaży Pawła Smoleńskiego omawia polskie zbrodnie ludobójstwa popełnione na Ukraińcach na terenie obecnego województwa Podkarpackiego pod koniec II wojny światowej i tuż po niej. Pokazuje także jak haniebne historie ciągną się w pamięci uczestników i świadków przez dziesięciolecia. Przedstawia stan umysłu osób urodzonych po wojnie, których pamięć została ukształtowana przez zawistnych przodków i komunistyczną propagandę. W końcu ukazuje bezsilną walkę jednostek o umiarkowanie, rozsądek, godny pochówek, pojednanie między narodami. Wszystkie opowieści przedstawione zostały z przyziemnej, przyjaznej czytelnikowi ludzkiej perspektywy. Autor omawia historię konkretnych osób i wydarzeń, w których uczestniczyli. Można się sporo dowiedzieć o mordach w Zawadce Morochowskiej i Pawłokomie, odbudowie cerkwi w Baligrodzie czy przebiegu zjazdu kresowian w Przemyślu.

Bolesne tematy zostały zrealizowane po mistrzowsku. Zdania są na ogół krótkie, szczególnie podczas naturalistycznych scen zbrodni. Pomiędzy opisy i dialogi autor włożył relacje zapisane w raportach wojskowych z lat 40-tych XX wieku oraz książek i encyklopedii wydawanych za czasów PRL. Pokazuje to, że dziennikarz krytycznie spojrzał na wypowiadane do niego, często skrajne, przekazy i zestawił je ze wspomnieniami uczestników wydarzeń stojących po drugiej stronie. Paweł Smoleński nigdzie nie ocenia słów i postaw bohaterów swoich reportaży. Zgodnie ze sztuką pozostawia etap wyciągania wniosków czytelnikom, przez co jest spora przestrzeń do dyskusji o wydarzeniach sprzed ponad pół wieku. Autor skupia się na ludziach. Miejsca, choć istotne, to ich opisy są skrótowe, pozostawiona na drugim planie. Dzięki temu można skupić się na wielogłosie przedstawionych myśli, co dla omawianych problemów jest najważniejsze.

W pierwotnej wersji reportaże ukazały się w gazecie, co oznacza, że wprowadzonych zostało dość dużo bohaterów w stosunku do długości treści. Dla każdego przeznaczona została strona lub dwie. W rezultacie ich obraz niesie w sobie tylko jedną stronę twarzy lub jest czarno-biały. Ze względu na brak odcieni ludzkiej psychiki nie chwalę skrótowego omówienia postaci występujących w reportażach. W istocie jest to jedna z trzech rzeczy, które w książce mi przeszkadzały. Drugim zauważonym podczas czytania mankamentem był brak mapy. W miarę własnej pamięci orientuję się w geografii Karpat i jego przedpola, ale w "Pochówku dla rezuna" graficzne rozmieszczenie omawianych miejsc wzbogaciłoby treść wyraźnie. Ostatni kłopot także wiąże się ze stroną graficzną wydania. Brakuje mi zdjęć - twarzy, zabytków, grobów, górskich pejzaży.

Uważam zbiór reportaży Pawła Smoleńskiego za bardzo ważny dla naszej pamięci narodowej. Powinien go przeczytać każdy, aby wiedzieć za jakie krzywdy współplemieńców się wstydzić, jakie grzechy Ukraińcy słusznie nam wypominają. Między innymi dzięki brakowi zestawiania liczb pomordowanych po obu walczących stronach książka wspaniale uczy postawy pojednania, niestety na grobach przodków. Moja ocena: 4,5/5.

Witajcie w raju

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneTurystyka często uważana jest za panaceum na bolączkę niedorozwoju gospodarczego wielu miejsc i regionów. Z drugiej strony dla inteligentnego człowieka określenie turysta zawsze było pejoratywne. Johanna "Jennie" Dielemans swoimi reportażami z państw uznawanych za turystyczne raje wtłacza myśli czytelników w tą sprzeczność.

"Witajcie w raju" składa się z 12 rozdziałów, w których zostało opisanych zaledwie 5 krajów oraz historia ruchu turystycznego od Thomasa Cooka począwszy i przemyślenia na temat reguł panujących w lotnictwie cywilnym. Już sam rozdźwięk pomiędzy przedstawionymi liczbami budzi niepokój o brak porządku. W istocie Tajlandia została omówiona w dwóch różnych miejscach książki, a niektóre kraje zajmują dwa następujące po sobie rozdziały, choć stanowią jedną dłuższą opowieść. W tekście pojawiają się także krótsze wstawki informacyjne na marginesie i dłuższe opisy sytuacji życiowej drugoplanowych bohaterów na szarych stronach. Taki układ pasuje do opiniotwórczych tygodników, ale w książce przeszkadza. Z dodatków jeden mogę wymienić jako niewątpliwą zaletę. Omawianie państw zaczyna się od map, na których zaznaczono opisywane miejsca i podstawowe informacje encyklopedyczne.

Stosowany przez autorkę język nie należy do literacko bogatych. Po prostu prowadzi dialogi, po prostu opisuje miejsca, po prostu komentuje sytuację. Nie wdaje się w szczegóły fizjonomii i życia bohaterów, nie podaje szczegółów wyglądu krajobrazów. Nie do końca wiemy jak opisywane miejsca wyglądają. Jedynie Wietnam i Tajlandia, których opisy zajmują więcej stron posiadają kolory ubrań i elementów przyrody oraz myśli i emocje napotkanych osób. Bohaterów jest za dużo. Trudno prześledzić ich dokładne losy przez co cały reportaż odebrałem jako płytki.

Mocną stroną "Witajcie w raju" jest podjęta tematyka. Rozwój usług turystycznych oznacza dla lokalnych mieszkańców pracę, niestety nisko płatną pracę. Budowa hoteli przynosi rozwój gospodarczy, ale większość zysków wywożona jest do bogatych państw Europy. Szwedka ujawnia wiele negatywnych zjawisk łączących się z występowaniem nowoczesnych form spędzania wolnego czasu - mnóstwo śmieci, traktowanie ludzi jak zwierzęta w zoo albo seksmaszyny. Nasuwa się pytanie, czy warto lecieć aż na drugi koniec świata, aby poleżeć na plaży i jeść w zestandaryzowanych hotelowych restauracjach? Rozwój usług turystycznych typu all inclusive niesie ze sobą tak dużo negatywnych efektów, że Jennie Dielemans  przekonała mnie do niekorzystania z takich ofert. Warto zapoznać się ze szczegółami niszczącego działania neokolonialnego biznesu oraz lotnictwa. Przedstawiony obraz ma dwie rysy. Nie jestem pewien czy obraz Tajlandii nie zachęca do korzystania z tamtejszych usług seksturystycznych. Po drugie, szkoda, że autorka nie ma równie krytycznego spojrzenia na zmiany klimatyczne jak na turystykę.

Warto analizę współczesnej turystyki przeczytać, ale nie aż tak bardzo, aby kupować "Witajcie w raju". Pożyczyłem książkę od kolegi i to było najlepsze z możliwych rozwiązań na zapoznanie się z reportażami szwedki. Moja ocena: 3/5.

Mokradełko - spotkanie autorskie

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneJestem tuż po spotkaniu autorskim z Katarzyną Surmiak-Domańską, autorką "Mokradełka", które odbyło się w mojej ulubionej księgarni, czyli Wrzeniu Świata. Od razu na wstępie zdradzę, że było to jedno z najbardziej interesujących wydarzeń, jakie miało miejsce w kawiarni.

Zazwyczaj frekwencja na spotkaniach autorskich jest wysoka. Tym razem widzowie nie zawiedli organizatorów, gdyż w sali siedziało około 40 osób. Wśród widzów można było odnaleźć nie tylko gospodarza - Mariusza Szczygła, ale także innych autorów książek - Lidię Ostałowską, Jacka Hugo-Badera i Agnieszkę Wójcińską. Od strony towarzyskiej należy uznać spotkanie za nadzwyczajne.

Spodziewałem się, że rozmowa o "Mokradełku" będzie trudna. Jednak moje obawy rozwiały się już na początku. Reportaż jest kontynuacją, a zarazem lustrzanym odbiciem głośnych autobiografii Halszki Opfer "Kato-tata" i "Monidło". Głównym wątkiem książek głównej bohaterki wszystkich tytułów jest molestowanie przez ojca, zaś akcja dzieje się w małym śląskim miasteczku. Katarzyna Surmiak-Domańska w swoim reportażu zbiera wypowiedzi osób opisanych w biografiach, które tam możliwości wypowiedzi nie otrzymały. Skupia się także na relacji pomiędzy córką a matką, która wypiera ze świadomości poważne przestępstwo, jakie odbywało się w jej domu.

Rozmowa z autorką oraz żywa, wysoce kulturalna i głęboka dyskusja z widzami dotyczyła kilku szczegółowych spraw poruszonych w reportażu. Padło głośno pytanie, czy matka przyzna się przed śmiercią córce do popełnianego przez lata katastrofalnego błędu ukrywania molestowania seksualnego? Zdania były podzielone. Warto zapoznać się ze sposobami uciekania przed bolesną prawdą osoby stojącej zawsze tuż obok.
Dyskutowaliśmy także nad społecznym obrazem ofiar przestępstw. Upublicznienie własnej strasznej historii z dzieciństwa może wyzwolić zniszczoną osobę od ciężaru poniżenia, ale wyzwalając się z roli społecznej traci się wizerunek świętości i szacunek otoczenia. Relacje ofiary z otoczeniem są tym gorsze, im więcej finansowo zyska bohater czy bohaterka i czym więcej można tej osobie zarzucić wątpliwych moralnie zachowań. Halszka Opfer święta nie jest. Autorka reportażu opisuje ją jako intrygantkę i ekstrawertyczkę lubiącą seks. Z dyskusji wynikało, że Polacy nadal nie są przygotowani na sytuację, w której ofiara ciężkiego przestępstwa w rodzinie ma cechy charakteru niepasujące do stereotypu.
W trakcie dyskusji zadałem pytanie, dlaczego prawie wszystkie opisywane historie molestowania seksualnego pochodzą z małych miast lub wsi? Znaleźliśmy wspólnie wyjaśnienie, że mieszkając w dużym mieście łatwiej o inne rozwiązanie. Można się przenieść do innej dzielnicy czy pójść do poradni terapeutycznej. Na wsi lub w małym mieście, gdzie wszyscy się znają, gdzie nie ma tajemnic, a jedynie tematy tabu, trudniej uciec ze spajających społeczność więzi. Gdy więzi stają się pętami i nie dostrzega się dobrego rozwiązania trudnej sytuacji pozostaje krzyk lub śmierć.

Spotkanie uważam za bardzo udane. Zastanawiam się, czy ma sens czytanie dzieła Katarzyny Surmiak-Domańskiej bez znajomości "Kato-taty"? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Jeśli znacie autobiografię Halszki Opfer lub nie boicie się czytać o trudnych tematach, to koniecznie sięgnijcie po "Mokradełko". Osoby, które przeczytały książkę wypowiadały się o niej w superlatywach, zwłaszcza o nietypowym zakończeniu.

Spotkanie z prof. Adamem Rotfeldem na temat Rosji

rbuciak

Myśli o Rosji - okładkaDziś znów wybrałem się do księgarni Wrzenie Świata na spotkanie autorskie. Tym razem gościem nie był dziennikarz, a prof. Adam Rotfeld - dyplomata i naukowiec, zaś omawiana książka nie była reportażem, a zbiorem esejów i wywiadów.

Publikacja "Myśli o Rosji ...i nie tylko", jak sam tytuł wskazuje, dotyczy spraw ponadnarodowych przeważnie na temat naszego wielkiego sąsiada. Podczas samego spotkania na temat książki padło niewiele słów. Szanowny gość mówił głównie o aktualnych problemach politycznych Rosji ...i nie tylko. Ponad dwugodzinnego niemal monologu dyplomaty słuchała pełna sala widzów, czyli około 50 osób. Frekwencja pozytywnie zaskoczyła organizatorów spotkania, jak i samego gościa.

Profesor poruszył kilka ważnych tematów. Przede wszystkim odniósł się do aktualnej zmiany władzy w Rosji. Uznał przywództwo Władimira Putina za niepodważalne, zaś los Dmitrija Miedwiediewa uważa za niepewny. Mówiąc o stylu rządów panujących w Rosji powiedział, że sytuacja pozornie zmienia się na lepsze. Obywatele nadal mają dużą swobodę życia, o ile nie próbują podważyć panowania osób obecnie kierujących krajem. Masowe protesty młodego pokolenia obywateli w największych miastach i powstrzymywanie się od krwawej ich pacyfikacji, dyplomata uznał raczej za efekt wyciągnięcia wniosków z wydarzeń w krajach arabskich niż za rzeczywiste rozszerzenie pola wolności. Pomimo ogromnych problemów z brakiem praworządności, panowaniem korupcji i zapaści naukowej profesor ogólnie ocenił aktualną sytuację w Rosji za najlepszą od 100 lat. Jednym z wymienionych przejawów dobrego funkcjonowania państwa jest dostęp do archiwów dla naukowców, co pozwoliło na odnalezienie dokumentów dotyczących obławy augustowskiej. Stosunki międzypaństwowe między Rosją a Polską uważa profesor za najlepsze w historii. Za przykład podaje znaczny wzrost wymiany handlowej. Niestety w tym miejscu nie mogę się z wybitnym humanistą zgodzić, gdyż wielokrotnie w ostatnich latach dochodziło do blokowania eksportu polskich towarów do Rosji, zaś import stamtąd w ponad 70% zależy od ropy i gazu, którego cenę mamy najwyższą na świecie.

Profesor podawał także przykłady dobrych stosunków Rosji ze Stanami Zjednoczonymi z lat 2001-2002. Pokazał zmianę nastawienia do mocarstwa amerykańskiego na negatywną po dojściu do władzy Baracka Obamy. Krótko scharakteryzował także nastawienie Rosji i Rosjan do Ukrainy. Uznał, że obecne stosunki dwustronne wcale nie są lepsze niż za czasów rządów prezydenta Juszczenki.

Podsumowując, warto było posłuchać spojrzenia na współczesny świat ze szczególnym uwzględnieniem Rosji z dużego dystansu przekładanego anegdotami zza dyplomatycznych kulis. Jeśli ktoś jest zainteresowany tematyką wschodnią, to zapewne publikacje Adama Rotfelda czytał lub będzie czytał. Jednakże jako osoba zajmująca się nieco innymi sprawami po spotkaniu nie odczuwam zwiększonej potrzeby przeczytania książki o Rosji ...i nie tylko.

Miedzianka. Historia znikania

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneWróciło do mnie z podróży po kraju i czytelnikach debiutanckie dzieło Filipa Springera. Po długim oczekiwaniu dziś publikuję recenzję "Miedzianki. Historii znikania".

Dla wielu miłośników literatury temat wymazania z mapy dolnośląskiego miasteczka jest świeży, zaskakujący, tajemniczy i na swój sposób romantyczny. Dla mnie, absolwenta geologii, historia Miedzianki nie stanowiła niezwykłego odkrycia. Od pierwszego roku studiów temat pobieżnie przewijał się w akademiku, na korytarzach wydziału i salach wykładowych. Odwiedziłem wzgórze z zarośniętymi fundamentami kilka lat temu i mam stamtąd swoją pamiątkę. Pomimo, że nie odczułem osobiście efektu zaskoczenia, podobnie jak wielu miłośników reportażu miałem ochotę dowiedzieć się więcej, dużo więcej o niezwykłym miejscu i Filip Springer moje pragnienie spełnił znakomicie.

Cieszę się, że autor zdecydował się na chronologiczny układ tekstu. Nie silił się nad niepotrzebnym przestawianiem kolejności rozdziałów, przez co łatwiej uporządkować sobie w głowie związki pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami. Dodatkowo poznaniak uzyskał efekt narastającego napięcia, gdyż przez większą część 250-stronnicowego dzieła oczekuje się na kulminacyjny moment zniknięcia. Poszczególne rozdziały dotyczą kolejnych ważnych epizodów w dziejach miasta poczynając od przeszłości zapisanej jedynie w historycznych dokumentach, przez wspomnienia utrwalone przez niemieckich mieszkańców, II Wojnę Światową oraz rabunkową eksploatację uranu, aż do tragicznego zapadania się budynków. Bardzo mnie cieszy, że Filip Springer dotarł do szerokiego grona żyjących przedwojennych i powojennych bohaterów miejsca, często będących w podeszłym już wieku. Czytając widzi się podjęty wysiłek i docenia ogrom wykonanej pracy. Niestety autor nie dociągnął akcji do współczesności i nie opublikował rozmów z poszukiwaczami skarbów spod Miedzianej Góry. Z jednej strony szkoda, zaś z drugiej nie zachęca słowem do niebezpiecznych wypraw po zawalających się korytarzach kopalń.

Język, jakim posługuje się Filip Springer, wyróżnia się właściwie tylko dwoma cechami - erudycją i dbałością o szczegóły. Nie używa żadnych specjalnych środków wyrazu literackiego, przez co książkę czyta się przyjemnie i naturalnie. Jedynie pierwszy rozdział, gdzie dominują mało znane toponimy i nazwiska przypomina nieco rozprawę naukową. "Miedzianka" opowiedziana jest znakomicie, o czym najlepiej świadczy fakt, że po skończeniu książki moja żona miała ochotę napić się warzonego niegdyś piwa Kupferberger Gold. Podejrzewam o podobne pragnienie wielu czytelników.

Wydawnictwo Czarne tym razem nie zdecydowało się zamieścić wielu zdjęć, ani planu miasta. W książce znajdziemy jedynie kilka reprodukcji przedwojennych fotografii budynków i powojennych portretów. Na spotkaniach autorskich Filip Springer pokazuje także między innymi niemieckie pocztówki z najmniejszego miasta Królestwa Prus oraz własne obrazy z zarośniętego wzgórza. Większa liczba zdjęć i plan znacznie wzbogaciłyby publikację oraz ułatwiły jej przyswojenie.

Debiutancka książka poznaniaka ma ważne miejsce w dziejach polskiego reportażu. Za sprawą licznych literackich ubarwień w twórczości Ryszarda Kapuścińskiego od lat toczy się dyskusja nad koniecznością docierania do prawdy o opisywanych wydarzeniach. Filip Springer zestawił ze sobą relacje z przebiegu wysiedlania Miedzianki opowiedziane przez niechętnych opuszczeniu pięknego zakątka zwykłych mieszkańców oraz wywiad wybielającej zapewne własne poczynania panią naczelnik gminy. Czytelnicy mają możliwość krytycznego spojrzenia na oba źródła wspomnień i podjęcia samodzielnej decyzji, którą relację uważa za bliższą prawdzie, gdyż na szczęście autor nie zrobił tego za nas.

Nie dziwi mnie, że "Miedzianka" otrzymuje liczne nominacje do nagród literackich. To bardzo dobra książka pokazująca mało znaną historię z rzadko opisywanej Polski zachodniej. Polecam przeczytać ją wszystkim niezależnie od kierunku wykształcenia. Moja ocena: 4/5.

Chrystus z karabinem na ramieniu

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzytelnikKsiążki autorstwa Ryszarda Kapuścińskiego dzielą się na kilka typów. Jedne dzieła należą do grupy genialnych, błyskotliwych i przenikliwych dzieł. Inne są lekkie i przyjemne, stworzone dla szerokiego grona odbiorców. Jeszcze inne szczegółowo analizują wydarzenia, przedstawiają wiele faktów trudnych do znalezienia gdzie indziej. W końcu są książki pisane pod zamówienie władz PRL, silnie przesycone ideologią komunistyczną. "Chrystus z karabinem na ramieniu" znajduje się w tej ostatniej grupie, choć kilka błyskotliwych fragmentów też można w zbiorze znaleźć.

Już tytuł 160-stronnicowej książki zdradza polityczne nastawienie autora. Daje jasny przekaz, że kościół katolicki stać na walkę zbrojną, czyli stanowi zagrożenie dla porządku publicznego. Dla władz komunistycznej Polski była to jasna deklaracja ideowa. Z tytułem ściśle wiąże się tematyka publikacji podzielonej na trzy części - o Bliskim Wschodzie, o Ameryce i o Afryce. Ryszard Kapuściński opowiada o walce partyzantów z ciemiężącym narody imperializmem żydowskim, amerykańskim i portugalskim. Bohaterami są stosujący przemoc wobec obcych władz Palestyńczycy, Boliwijczycy, Gwatemalczycy i Mozambijczycy. Autor przedstawia ich jako biednych, pięknych, moralnie niezłomnych, bohaterów narodowych. Niestety wielokrotnie czytelnik potyka się o fragmenty wybielające działania i postawy komunistycznych partyzantów, a z drugiej oczerniające prawicowe, związane z kościołem katolickim władze państwowe. Choć w Boliwii panował chaos, choć w Gwatemali rządziły koncerny amerykańskie i niemieckie, to jednak Ryszard Kapuściński przekoloryzował swoje opowieści.

Kilka fragmentów warto przeczytać. Otwierająca zbiór relacja z Rashidyia, Palestyńskiej wioski w południowym Libanie napisana została w bardzo współczesnym stylu. Opowieść jest żywa, naoczna, przesycona wrażeniami zmysłowymi. Autor opowiada swoje podróż przez zniszczoną wioskę i robi genialnie. Znajdujące się pod koniec pierwszej strony zdanie "Rashidyia pachnie pomarańczami i krwią" wbiło mnie w fotel na kilka minut. Uważam je za najbardziej genialne zdanie jakie kiedykolwiek przeczytałem. Jego moc tkwi nawet w jednoliterowym łączniku.

W przeciwieństwie do ocierającej się o naturalizm relacji z Bliskiego Wschodu, opis fenomenu medialnej ciszy wznosi myśli czytelnika na wysoki pułap abstrakcji. Pomimo ogromnej różnicy stylu ten fragmentu jest równie abstrakcyjny i należy do najczęściej przytaczanych rozważań Ryszarda Kapuścińskiego. Autor opisuje bowiem zjawisko, które występuje w każdym totalitarnym systemie z komunistyczną Polską włącznie. Dalsze rozważania o Gwatemali oraz kończąca zbiór historia Mozambiku są także istotne. Tu znaczenie ma poznanie historii krajów, dalekich, innych, ale możliwych do odwiedzenia.

Trudno ocenić książkę, która z jednej strony zawiera niewiele mające wspólnego z prawdą propagandowe wynurzenia, a z drugiej pełne geniuszu opisy i analizy. Z "Chrystusa z karabinem na ramieniu" warto przeczytać, ale jedynie niektóre rozdziały. Moja ocena: 3/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci