Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Jakbyś kamień jadła

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneWojciech Tochman zajmuje się poszukiwaniem zaginionych od kilkunastu lat. Swoją działalność prowadził już na czterech kontynentach. Zna problematykę poszukiwań i pomocy bliskim jak mało kto. Z drugiej strony posiada genialne zdolności pisarskie. Z połączenia pasji zawsze wychodzą dzieła nieprzeciętne i taka jest książka Wojciecha Tochmana o Bośni i Hercegowinie.

W wojnie na Bałkanach zginęło ponad 100 tys. ludzi, głównie mężczyzn. Większości nie zidentyfikowano. Autor nie opowiada o samej wojnie, ale o poszukiwaniu ciał zabitych cywilów. Przemierza zrujnowany kraj wraz z matkami, żonami, siostrami, córkami pomordowanych, które pragną zidentyfikować bliskich na podstawie kości i resztek ubrań. Poznajemy kilka historii dotkniętych tragedią muzułmanów zebranych w różnych częściach kraju. Poruszamy się śladami antropolożki pracującej dla ONZ i poszukującej nieodkrytych wcześniej grobów w jaskiniach i na polach. Do niektórych miejsc wracamy wielokrotnie, co skutkuje drobnym zamieszaniem informacyjnym. Dobrze, że w ostatnim wydaniu zamieszczono mapę. Bez niej trudniej by się czytało.

Wojciech Tochman używa zwięzłych, krótkich, pozbawionych przymiotników zdań. Oszczędny styl do opisu tragicznych wydarzeń nadaje się doskonale. "Jakbyś kamień jadła" stanowi wręcz sztandarowy przykład zastosowania tej techniki narracji. Opowieść autora wzbogacają liczne dialogi prowadzone takim samym językiem. Czytając miałem wrażenie przygnębienia, zagubienia, rezygnacji i beznadziei kryjącymi się za słowami wypowiadanymi bez zbędnych określeń, mało potrzebnych po bolesnych przeżyciach. Wstrząsające opisy cierpień psychicznych powodują, że nie polecam tej 130-stronnicowej wrażliwym osobom.

Nie dziwi mnie wcale, że ta niemal doskonała książka doczekała się trzech wydań po polsku oraz angielskiego, francuskiego, włoskiego, rosyjskiego, ukraińskiego, fińskiego i bośniackiego. Powinien ją przeczytać każdy, kto chce się dowiedzieć, jakie są prawdziwe skutki wojny. Reportaż pozwala wniknąć w ogrom cierpień psychicznych, a także zobaczyć zniszczone domy, wszechwładne bezrobocie i głęboką bojaźń morderców, ukrywających się przed wszelkimi dziennikarzami, mikrofonami, a zwłaszcza aparatami fotograficznymi i kamerami filmowymi. Szczególnie polecam książkę osobom, które nie potrafią w swoich słowach i czynach powstrzymać destrukcyjnej postawy. "Jakbyś kamień jadła" może ich zmieni. Moja ocena: 4,5/5.

Farby wodne

rbuciak

źródło: Wydawnictwo Czarne

O II wojnie światowej napisano tysiące relacji ocalałych. Literatura dotycząca Auschwitz-Birkenau liczy setki pozycji. Czy ma sens pisanie kolejnej książki na dokładnie wyeksploatowany temat? Lidia Ostałowska udowodniła, że nadal znaleźć można niewidoczne wcześniej, budzące kontrowersje perspektywy. "Farby wodne" to nie do końca reportaż o samym obozie śmierci, choć punkt kulminacyjny dzieje się w tych skrajnie niehumanitarnych okolicznościach.

Zwornikiem całej opowieści jest nakaz jaki wydał Josef Mengele żydowskiej więźniarce. Zdolna i młoda Dina Gottliebova miała za zadanie utrwalać akwarelami cyganów, których badał lekarz-morderca. Wszystkie opisywane wydarzenia mniej lub bardziej wiążą się z bohaterami tej wyjątkowej sytuacji. Otrzymujemy historię kariery czołowego eugenika III Rzeszy i pseudonauki, którą się zajmował. Z książki dowiadujemy się o przewrotnym życiu artystki na tle kamieni milowych w rozwoju filmu animowanego. Poznajemy działania Romów zmierzające do budowania tożsamości etnicznej. Uczestniczymy w budowaniu muzeum w miejscu po byłym niemieckim obozie zagłady. Przede wszystkim jednak obserwujemy różne grupy naciskające na dyrekcję i międzynarodową radę muzeum. Łańcuchowa narracja przenosi czytelnika od kin Hollywood przez procesy Norymberskie po zamieszki w Mławie i stawianie krzyży na żwirowisku. Czasami ścieżki biegną za daleko od głównej osi narracji. Mało potrzebne wydają się opisy powstania kina lalkowego. Z drugiej strony skromnie omówione są powojenne losy zleceniodawcy obrazów i ich autorki. Reportaż dotyczy najbardziej wyrywania sobie pamięci, która materializuje się w postaci siedmiu barwnych portretów. Od tej stron zagłady jeszcze nikt nie opisywał.

Wielu czytelników, w tym mnie, zachwycił styl Lidii Ostałowskiej. Brutalny, oszczędny, skompresowany język, jakim posługuje się autorka doskonale oddaje wyjątkowy charakter opisywanych miejsc i sytuacji. W treści książki nie znajdziemy pustych, niepotrzebnych słów. Informacje podane są bez owijania w metafory. Pomimo braku zabiegów stylistycznych wyobraźnia podsuwa plastyczne obrazy zapisanych wydarzeń. Niektóre zdania porażają nieszablonową prawdą. "Załogę nużyło ludobójstwo" czy "Młyny sprawiedliwości oszczędzają morderców" brzmią przenikliwie prosto i pięknie w miejscach, gdzie spodziewamy się ocen. Autorka zasługuje na uznanie, gdyż sama nie szufladkuje opisywanych osób i ich postaw. Pozostawia czytelnika z możliwością samodzielnego zajęcia stanowiska na kontrowersyjne tematy.

Bardzo się cieszę, że Wydawnictwo Czarne zdecydowało się na umieszczenie w książce licznych zdjęć. Niektóre z nich wielokrotnie już publikowano, ale dopiero w "Farbach wodnych" poznajemy znaczenie oraz powiązania historyczne i logiczne pomiędzy fotografiami. Nadają one książce dodatkowego wymiaru.

Lidia Ostałowska pozwala się przyjrzeć jak działają mechanizmy polityczne w silnie zideologizowanym temacie z perspektywy dziesięcioleci. Wyłaniający się spomiędzy wierszy obraz pozostawia po sobie wiele sprzecznych emocji. Podejmowane przez ważne jednostki decyzje nakreślone są w sposób skłaniający do dyskusji. Najczęściej czytelnicy zadają sobie pytanie, czy muzeum powinno dać portrety Dinie, skoro się tego domaga? Moim zdaniem nie, gdyż nigdy nie były jej własnością. Placówka naukowa nabyła je w dobrej wierze. Akwarele stanowią ważny element wystawy, więc oddanie ich prywatnej osobie spowoduje utratę cennego eksponatu. Argumenty wysuwane przez autorkę i jej zwolenników opierają się na niemożliwych do obronienia przesłankach.

Zdecydowanie warto zapoznać się reportażem doświadczonej polskiej pisarki. Przekazuje czytelnikom wiele tematów problemowych wraz z szerokim tłem, na które sam lub w dyskusji z innymi może szukać właściwej odpowiedzi. Moja ocena: 4,5/5.

Finaliści nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za 2011 rok

rbuciak

źródło: Urząd Miasta st. WarszawyDzisiaj ujawniono finałową listę pięciu książek, które będą rywalizowały o Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za 2011 rok. Szansę na laur zwycięscy mają:

1. Miedzianka. Historia znikania, Filip Springer, Wydawnictwo Czarne.
2. Palestyńskie wędrówki. Zapiski o znikającym krajobrazie, Raja Shehadeh, Wydawnictwo Karakter.
3. Po Syberii, Colin Thubron, Wydawnictwo Czarne.
4. Prowadząc umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych, Yiwu Liao, Wydawnictwo Czarne.
5. Sztuka politycznego morderstwa, czyli kto zabił biskupa, Francisco Goldman, Wydawnictwo Czarne.

Przyznam ze wstydem, że spośród zakwalifikowanych do finału książek zdążyłem przeczytać jedynie "Miedziankę". W planach czytelniczych na najbliższe tygodnie mam "Prowadząc umarłych". Pozostałe tytuły jak na razie mnie nie zainteresowały z prostego powodu. O Gwatemali pisał sam Ryszard Kapuściński, o Palestynie Paweł Smoleński, o Syberii Jacek Hugo-Bader, więc moja wiedza o tych regionach nie jest zerowa. Z żalem przyjąłem informację, że w finale nie znalazły się "Farby wodne" Lidii Ostałowskiej. O nagrodę powalczą cztery książki Wydawnictwa Czarne i cztery książki zagranicznych autorów. Czyżby historia sprzed roku i sprzed dwóch miała się powtórzyć? Czy Polacy piszą słabe reportaże w porównaniu ze światowymi dokonaniami? Czy na naszym rynku trudno dorównać przedsięwzięciu Andrzeja Stasiuka?

Stan i zóżnicowanie kultuy wsi i małych miast w Polsce

rbuciak

źródło: Narodowe Centrum KulturyWczoraj pisałem o raporcie na temat kultury dużych i średnich miast. Dziś nadszedł czas na drugą publikację Narodowego Centrum Kultury, tym razem dotyczącą wsi i małych miast. Naturalnie pojawi się w recenzji wiele porównań pomiędzy oboma pracami, bo trudno mi wyobrazić sobie inny sposób pisania.

Identycznie jak poprzedni raport, publikacja składa się z 7 artykułów napisanych przez 9 autorów oraz rekomendacji. Skład osobowy nieznacznie się różni. Objętość tego tomu jest znacznie większa niż poprzedniego, bo książka ma 330 stron. Tematyka poszczególnych rozdziałów jest identyczna z raportem o stanie miast, ale w tym tomie nazwy poszczególnych części sprawiają wrażenie bardziej medialnych, np. "Nic? Aktywność kulturalna na wsi i w małych miastach." dr Tomasza Szlendaka. Taka samo jak poprzedni raport, publikację "Stan i zróżnicowanie kultury wsi i małych miast w Polsce" opiszę pod względem metodyki, stosowanego języka, ilustracji i wyciągniętych wniosków.

Metodycznie raport o stanie wsi i małych miast wygląda lepiej niż publikacja o miastach. Zdecydowanie mniej jest budzących wątpliwość liczb. Dane statystyczne pojawiają się głównie we wstępie, co jest dobrym początkiem przed dalszą częścią tekstu. Niestety naukowcy dość niefortunnie wybrali zakres badawczy. Badane miejscowości są miastami powiatowymi (Lipno, Słupca, Leżajsk, Kolbuszowa, Węgorzewo), innymi miastami (Kudowa-Zdrój, Kostrzyn nad Odrą, Chełmża), wsiami gminnymi (Strzałkowo, Sanniki, Gietrzwałd), innymi wsiami (Gliczarów, Okuninka, Wola). Różne usytuowanie administracyjne badanych miejscowości powoduje chaos informacyjny. Za małe miasta naukowcy uznali ośrodki mające mniej niż 15 tys. mieszkańców. Najludniejszymi zbadanym miastami są Kostrzyn (17,7 tys. mieszkańców) i Lędziny (16,4 tys. mieszkańców). Oba wykraczają poza przyjęte ramy. Z drugiej strony stosunkowo mało wybrano miast poniżej 5 tys. mieszkańców. Z treści książki wynika, że kultura prowadzona jest aktywnie w badanych miastach liczących ponad 10 tys. mieszkańców, przez co obraz w raporcie wygląda na mniej pesymistyczny niż można przypuszczać.

Strona językowa raportu o kulturze na wsi wygląda podobnie nierówno jak w publikacji o miastach. Pierwszy po wstępie rozdział "W Polsce lokalnej..." czytałem z ogromnym trudem. W trakcie czytania wielokrotnie miałem ochotę odłożyć publikację, jednakże siłą woli dalej czytałem tą przeintelektualizowaną papkę pozbawioną wyraźnego wstępu i zakończenia. Opłaciło się, bo dalej jest znacznie lepiej. Publikację przytłacza bardzo duża liczba cytatów z wypowiedzi rozmówców, co utrudnia czytanie. Ilustracje w książce są lepiej dopasowane do treści niż w poprzednio recenzowanym raporcie. Większość dobrze ilustruje tekst, przez co łatwiej sobie wyobrazić zjawiska, o których się czyta. Liczba zdjęć odpowiada potrzebom. Zdecydowanie brakuje mapy badanych 35 miejscowości, więc musiałem ją zrobić sam, aby czytać raport bez dostępu do Internetu.

miejscowości opisane w raporcie na mapie Polski

Przejdźmy do sprawy najważniejszej, czyli wniosków. Poza miastami mającymi ponad 10 tys. mieszkańców, gdzie dzieją się interesujące rzeczy (festiwale w Kostrzyniu nad Odrą, biblioteka w Słupcy, kino w Lipnie, dużo w Węgorzewie), pozytywnie można się wypowiedzieć o nielicznych fragmentach rzeczywistości kulturalnej. Dzięki wykwalifikowanej kadrze dobrze działają muzea. Przestrzenie prywatne zazwyczaj są zadbane, choć z doświadczenia wiem, że ze względu na niepewność powojenną na ziemiach zachodnich jest dużo gorzej niż w Polsce centralnej i wschodniej. W miejscowościach, gdzie istnieją Orliki i dobrze zorganizowane jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej, aktywność jest większa.

Negatywnych zjawisk jest więcej.
1. Występuje jednorodność oferty, która wynika często z uzależnienia kultury od lokalnych decydentów. Autorzy raportu nie zdecydowali się na daleko idący wniosek odebrania samorządom gminnych kompetencji w sprawach kultury. Uważam,  że tak duża zmiana organizacyjna ma sens przede wszystkim w powiatach, gdzie jest tylko jedno miasto mające więcej niż 10 tys. mieszkańców. Pozwoli to na uniezależnienie kultury od celu promowania lokalnych polityków, rozbuduje ofertę stałą dla mieszkańców w kierunku artystycznym, wprowadzi powiązania pionowe pomiędzy instytucjami, zmniejszy koszty administracyjne i polepszy jakość kadry.
2. Raport pokazuje niskie wykształcenie kulturalne ludzi i aktywność dorosłych mieszkańców, choć wielu z nich w dzieciństwie przeszło przez zespoły ludowe i orkiestry dęte. Podobnie jak w miastach mam cichą nadzieję na poprawę sytuacji poprzez wzrost płac w oświacie.
3. Odciągnąć ludzi od telewizorów można, jeśli zorganizuje się im cykliczne wydarzenia, w których zechcą uczestniczyć. Widoczny jest brak kin i teatrów objazdowych oraz brak chętnych do nauki od nielicznych twórców ludowych czy miejscowych przewodników. Rozwiązanie widzę jedynie w najprostszym, fizycznym wychodzeniu do ludzi i zapraszaniu ich bezpośrednio do działań wspólnotowych.
4. Fatalnie wygląda sytuacja w gminach turystycznych, gdzie ofertę kieruje się do turystów, przez co ogranicza się ona do sezonu wyjazdowego. Remedium widzę we wzorowaniu się na Węgorzewie.
5. Podobny problem występuje w gminach położonych w zasięgu dojazdu do dużych miast. Ludzie są z natury leniwi, więc jeśli zorganizuje im się coś interesującego pod domem, to wybiorą ofertę lokalną, o czym najlepiej świadczy przykład Chęcin.
6. Małe zasoby pieniężne u uczestników oznaczają, że prawie całą działalność nierozrywkową finansuje budżet państwa. Niestety z budżetu pieniądze idą też na mało wartościową rozrywkę i to należy ograniczać.
7. Niski standard obiektów oznacza, że finansując modernizację warto zwracać uwagę na jakość efektu końcowego. Autorzy raportu słusznie proponują zorganizowanie konkursów architektonicznych.

Publikacja "Stan i zróżnicowanie kultury wsi i małych miast w Polsce" z pewnością jest krokiem do przodu w stosunku do poprzedniego raportu. Nadal jednak widać bolączki metodyczne i językowe. Moja ocena: 3,5/5.

Kultura miejska w Polsce

rbuciak

źródło: Narodowe Centrum KulturyOprócz czytania reportaży i literatury specjalistycznej sięgam także po pozycje mniej codzienne. Moje zainteresowanie Polską lokalną wypatrzyło w jednym z dokumentów, który trafił na moje biurko, dwa raporty o stanie kultury w Polsce na podstawie badań socjologicznych. Pierwszy dotyczy dużych i średnich miast, zaś drugi wsi i małych miast. Najpierw zrecenzuję raport, który powstał jako pierwszy.

Raport o kulturze miejskiej składa się z 7 artykułów napisanych przez 9 naukowców oraz uwag końcowych i aneksu metodycznego. Książka ma 200 stron i przedstawia stan instytucji kultury oraz nastawienie mieszkańców do otaczającej oferty kulturalnej. Poszczególne artykuły prezentują: tożsamość kulturową, świadomość kulturową, gust estetyczny, aktywność kulturalną oraz działalność i wizerunek instytucji kultury. Nie studiowałem nauk społecznych, więc nie oceniam doboru tematów. Odniosę się za to do stosowanego przez naukowców języka, metodyki, ilustracji i wyników.

Stosowany przez socjologów język jest bardzo ogólnie mówiąc różny. Najlepiej pod tym względem wypada dr Tomasz Szlendak z UMK opisujący aktywność kulturalną. Stosowany przez niego język nie stroni ani od zabaw językowych wywołujących rozbawienie ani od pojęć naukowych. Tekst naukowca z Torunia czyta się bardzo płynnie i przyjemnie, pozostaje po nim w głowie dużo ciekawych spostrzeżeń, np. efekt "Amelii". Najgorzej czyta się rozdział "Świadomość kulturalna jako świadomość kulturowa" oraz uwagi końcowe. Niektóre zdania sprawiają dużą trudność w zrozumieniu, a zdanie z uwag końcowych, które ma pięć linijek tekstu i dwa dwukropki w środku wprowadziło mnie w konfuzję. Pozostałe rozdziały trzymają dobry poziom i są zrozumiałe.

Przyzwyczajony jestem do badań przyrodniczych, gdzie nie ma miejsca na szerokie rozważania na podstawie niewielkiej próby. Na podstawie przeprowadzonych przez socjologów badań bałbym się wyciągać jakiekolwiek wnioski poza bardzo ogólnymi, a już podawanie danych liczbowych uważam za wyraźne przekroczenie granic. Tak małe próby w silnie zróżnicowanej populacji cechują się przedziałami błędów przekraczającymi ich wartość i należy je traktować bardzo umownie. Dobrana próba rozmówców nie jest reprezentatywna, czego najlepszym przykładem jest często omawiane w badaniach zjawisko odcinania się od telewizji. Badania (str. 15) pokazują, że "heretycy" stanowią zaledwie 2-3% dorosłych mieszkańców Polski. Jak słusznie zauważa Jacek Nowiński w istniejących badaniach statystycznych instytucji kultury brakuje pewnych podziałów, które zaczęły być istotne w ostatnich latach (np. na działania artystyczne, rozrywkowe i edukacyjne). Brakuje także szerokich badań stosunku mieszkańców kraju do kultury. Oczywiście takie badania są bardzo drogie, stąd zanim się je przeprowadzi, to trzeba je dobrze przemyśleć, aby otrzymać istotne poznawczo rezultaty.

Książka zawiera kilkadziesiąt ilustracji najczęściej nie najlepiej dobranych, o czym we wstępnie jest powiedziane. Jedynie w artykule na temat "Gustu estetycznego" mają one znaczenie wykraczające poza dodanie walorów estetycznych samej publikacji. Artykuł na temat  świadomości kulturowej zawiera sporo wykresów, tabel a nawet grafy. Niestety są one mało czytelne, a przez to niezrozumiałe. Nie wiadomo czemu mają służyć zastosowane podziały, a o podawaniu wartości liczbowych pisałem powyżej.

Najważniejsze są uzyskane wyniki. Instytucje kultury jak to opisuje Jacek Nowiński stoją obecnie na rozdrożu - iść w stronę specjalizacji czy uniwersalizmu? Moim zdaniem za kilkanaście lat najlepiej będą sobie radzić te instytucje, które wybiorą drugą drogę i upodobnią się do centrów kultury w Niderlandach czy Szwecji. Mój czas odbiorcy jest ograniczony pracą, rodziną, zakupami itd., dlatego udając się do instytucji kultury chciałbym mieć możliwość skorzystania z szerokiej oferty w stosunkowo krótkim, dobrze zaplanowanym czasie. Powiedzmy, że mam dwie godziny, co odpowiada średniemu czasowi przebywania w centrum handlowym. W tym czasie współczesny młody człowiek może obejrzeć koncert jazzowy, wystawę ikon, slajdy z podróży do Patagonii, ulepić stroik świąteczny, posłuchać wierszy i wypić herbatę. Kwestia odpowiedniego urządzenia centrum kultury. Jeśli za każdą z aktywności zapłaci kilka złotych, to będzie w pełni usatysfakcjonowany. Uważam, że w dużych miastach kultura powinna być płatna, ale jeśli chce się przyciągnąć tłumy, to nie może ona kosztować np. 120 zł vide koncerty podczas trwającego Festiwalu Ludwiga van Beethovena. W największych miastach możliwa jest specjalizacja centrów kultury, ale z pewnością nie ograniczająca się do jednej czy dwóch dziedzin.

Autorzy opracowania przedstawili kilka interesujących zjawisk występujących we współczesnej polskiej kulturze miast, które chciałbym krótko skomentować.
1. Zestawienie "tradycyjna treść - nowoczesna forma" uważam na kreatywne, bo czyż nie zachwycamy się płytą "OjDADAna" Grzegorza Ciechowskiego lub polskim pawilonem - wycinanką na wystawę światową w Szanghaju?
2. Podział na kulturę wysoką i niską w miastach nadal widać i nie jestem przekonany, czy zamiera. Szkoda czasu na słabe produkty, czyli kulturę niską.
3. Powstały dzięki Internetowi liczne małe grupy miłośników, od latawców do Star Wars. Instytucje kultury powinny się starać przygarnąć je pod swoje skrzydła, choćby miało to odebrać im część blichtru i powagi.
4. Duża część kultury przenosi się do Internetu. Najczęściej odwiedzanym domem kultury jest YouTube, co w procesie ucieczki od kultury opartej na instytucjach nie zostało w raporcie wystarczająco dostrzeżone.
5. Imprezy, jako wydarzenia jednorazowe są z pewnością działaniami, od których należy odchodzić w kierunku pracy stałej. Bardzo w tym pomocne mogą być miniśrodowiska.
6. Problem aktywności wymuszonej dzieci i małej oferty dla osób starszych jest poza moimi wyobrażeniami, bo trudno mi się wcielić w osobę starszą a dla dzieci w Warszawie tak dużo się dzieje, że raczej trzeba pracować nad rodzicami, którzy przyprowadzą młodych uczestników na spotkania.
7. Edukacja to efekt zaniedbań sprzed lat. Wszystkie moje nauczycielki plastyki były stare, wredne i nierozumiejące młodzieży. Wraz ze wzrostem płac w oświacie mam nadzieję, że do szkół trafią lepsi nauczyciele przedmiotów artystycznych.
8. Sport to moim zdaniem kultura fizyczna i nie należy z nią walczyć, ale współdziałać. Orlik jako centrum kultury? Jestem za!
9. Pieniędzy zawsze jest za mało. Ważniejsze jest, jak są wydawane niż ile się ich na działalność dostaje. Zachęcałbym raczej do przekształceń instytucjonalnych i polepszenia oferty, gdyż tą drogą można pokazać, że kultura jest ważna. Ciągle biadolenie, że jest źle zniechęca odbiorców.

Podsumowując, nie ma sensu czytać całego opracowania. Lepiej przejrzeć poszczególne rozdziały i przeczytać z nich bardziej interesujące zagadnienia oraz podsumowania. Moja ocena: 3/5.

Cesarz Ameryki

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarnePisanie reportaży historycznych jest trudniejsze niż zagłębianie się w detale współczesności. Nie da się porozmawiać z bohaterem, który żył w XIX wieku. Skromnie, w porównaniu z dzisiejszą mnogością, wyglądają przekazy pisane i fotograficzne. Jeśli na dodatek pragnie się opisać ludzi biednych, których dobytek ogranicza się do tego, co mają na sobie lub skromnej drewnianej chaty, to dochodzi kolejna trudna do przezwyciężenia trudność.

Martin Pollack, porwał się na niebanalne zadanie opowiedzenia kilku historii, o tym jak biedni galicyjscy chłopi starali się uciec przed brakiem życiowych perspektyw do wymarzonej krainy za oceanem. Austriak, z którym można bez problemów porozmawiać po polsku, jest pisarzem wybitnym, stąd i "Cesarz Ameryki" jest książką zachwycającą pod wieloma względami.

Rzadko zdarza mi się polubić książki, które nie zachowują ciągłości narracji. Rzadko mi się zdarza odczuwać silną potrzebę przeczytania ciągu dalszego opowieści. Oba te rzadkie dla mnie przeżycia wywołał Martin Pollack już po pierwszym rozdziale. Książka składa się z 26 rozdziałów, choć opowieści można policzyć na palcach obu rąk. Przetkane są jedne drugimi, więc skaczemy od procesu o nielegalne przekroczenie granicy austriacko-niemieckiej, który odbywa się w Oświęcimiu przez epidemię tyfusu w Bremie i Hamburgu do robotniczych dzielnic w Pensylwanii i tak w kółko. Zachwycił mnie dobór tematów. Mamy historie kryminalne, wyszukane w gazetach sprzed 130 lat, zwykłe opowieści emigrantów odkryte dzięki żyjącym w Ameryce potomkom, a także przytoczone są dane statystyczne z XIX-wiecznych publikacji urzędów. Opisywana na wielu stronach bieda wieloetnicznych Karpat Północnych uzmysławia postęp jaki miał miejsce w ciągu wieku wojen światowych. Jednakże dopiero sucha informacja, że średnia długość życia mężczyzny w Galicji wynosiła 27 lat odebrała mi głos. Dla porównania podam, że ta sama wartość dla Polski w 2010 roku wyniosła 72 lata. Wielka śmiertelność dzieci z powodu chorób i głodu, wysoka umieralność podczas licznych klęsk żywiołowych powodowały, że już 50-latków uważano za starców. Z drugiej strony dzietność też należała do bardzo wysokich.

Potrzeba wyżywienia rodziny u tych niemal w 100% niepiśmiennych chłopów skłaniała ich do podjęcia ryzykownej wyprawy do lepszego świata i oddania się w rynek handlarzy ludźmi wynajętymi przez armatorów statków transatlantyckich. Martin Pollack bez żadnej autocenzury wyraźnie podkreśla, że wśród obracających żywym towarem byli głównie żydzi. Niemoralne i sprzeczne z prawem usługi pozwoliły jednak wielu ludziom dostać się do innego świata. Skutki wyprawy były różne i wielka w tym zasługa autora, że pokazał przykłady zarówno poddania się niewolnictwu, trafienia w podobnie trudne warunki życiowe robotników fabrycznych, jak i sukcesu uwieńczonego niemal anarchiczną wolnością.

Pozycja Martina Pollacka zawiera liczne zdjęcia, przez co obraz najbiedniejszych regionów XIX-wiecznej Europy nabiera realnych kształtów. Na koniec łyżka dziegdziu dla wydawcy - w książkach opisujących wiele miejsc powinny być dobre mapy pod okładką, bo jak ich nie ma, to ograniczają mi możliwość czytania do domu. W "Cesarzu Ameryki" jest tylko mapa kolejowa Austro-Węgier, co zdecydowanie nie wystarcza.

"Cesarz Ameryki" to pierwsza książka autorstwa Martina Pollacka, którą przeczytałem. Zachęciła mnie na tyle, że mam ochotę na przeczytanie innych pozycji napisanych przez Austriaka.  Gorąco polecam książkę, bo znacznie rozszerza horyzonty i pokazuje, że żyjemy w bardzo przyjaznych samorealizowaniu się czasach. Moja ocena: 4,5/5.

Tournee Jacka Hugo-Badera po Polsce

rbuciak

Hugo-Bader 03.2012

 

Hugo-Bader 04.2012

Jak podaje Instytut Reportażu trwa właśnie tournee jednego z najchętniej czytanych polskich autorów reportaży. W ciągu miesiąca Jacek Hugo-Bader odwiedzi dziesięć województw i trzy miasta na Ukrainie, w których odbędzie prawie 50 spotkań autorskich. Brakowało mi mapy, która przedstawi podróż pisarza do miejsc spotkań z czytelnikami. Ów brak jak widać powyżej zapełniłem. Serdecznie polecam wszystkim udział w tych spotkaniach. Autor "Białej gorączki" lubi opowiadać o swoich podróżach i spotkaniach z nietypowymi, napotkanymi przez siebie osobami. Chętnie rozmawia też z czytelnikami.

Lalki w ogniu

rbuciak

źródło: Wydawnictwo Carta BlancaW październiku ubiegłego roku ukazała się debiutancka książka Pauliny Wilk, dziennikarki Rzeczpospolitej. Ta 250-stronnicowa opowieść o Indiach została dobrze przyjęta przez czytelników i z pewnością można ją uznać za sukces wydawniczy. Sama autorka czytała fragmenty książki na antenie Trójki, ale wcale mnie do przeczytania nie zachęciła. "Lalki w ogniu" pożyczyłem od przyjaciół i moje osobiste zdanie na temat tej pozycji odbiega od większości. Dlaczego? Wyjaśniam poniżej.

Mam problem z opisaniem, czym ta książka jest. Trudno ją nazwać literaturą podróżniczą, bo nie przedstawia podróży, zaś narrator przenosi się w czasie i przestrzeni co stronę lub dwie. Trudno też określić jako reportaż, bo zawiera wiele krótko tylko zarysowanych tematów. Chyba najtrafniej będzie powiedzieć, że "Lalki w ogniu" są przewodnikiem kulturowym po Indiach.

Zaletą książki jest jej uporządkowana struktura. Omówionych zostało 16 bardzo ogólnych tematów, takich jak jedzenie, handel, religia, literatura, miłość itd. Każdy z rozdziałów zawiera wiele przykładów opisujących specyfikę danego elementu kultury, wrażenia autorki i czasami także różnice regionalne. O ile pomysł na strukturę książki widać, to dużo gorzej przedstawia się treść. Każdy z przykładów, których w całym przewodniku doliczyć można się ponad stu, liczy sobie stronę lub dwie. Czytając miałem wrażenie, że ślizgam się po powierzchni, a autorka nie zabiera mnie w głąb opisywanych historii. Wiele interesujących miejsc czy zjawisk zostało jedynie zasygnalizowanych. Ze smutkiem nie przeczytałem opisu indyjskiej kuźni kadr intelektualnych, czyli uniwersytetu Śanti Niketam w Bengalu Zachodnim. Treść sprawia wrażenie zbioru ogólnikowej wiedzy o Indiach, którą każdy może posiąść jeśli tylko spędzi tam odpowiednio dużo czasu. Z 16 tematów najlepiej opisanym, i zajmującym najwięcej stron, jest "Najpierw ślub, miłość rośnie z czasem" o miłości oczywiście. Indyjskie mity miłosne, które zostały skrótowo przedstawione, rzeczywiście są czymś, co mnie zaciekawiło i zostało przez autorkę interesująco opisane. Inne zjawiska, np. transport publiczny, choć mają swój rozdział, to niewiele w mej pamięci pozostawiły poza opisami spoconych konduktorów. Dla czytelnika, który nie potrzebuje przygody intelektualnej i mało wie o drugim z najludniejszych krajów świata, "Lalki w ogniu" mogą być przyjemną lekturą. Jeśli jednak wasza wiedza wykracza ponad przeciętną, to z książki Pauliny Wilk niewiele się nowego, zaskakującego, odkrywczego dowiecie.

Od strony literackiej też nie można posądzać książki o bycie dziełem wybitnym. Trudno mi było uwierzyć, gdy przyjaciele pożyczając mi "Lalki w ogniu" mówili, że styl przypomina Krystynę Czubównę czytającą komentarze do filmów przyrodniczych. Ta niecodzienna, jakże negatywna opinia przy całym szacunku do pani Krystyny, najbardziej skłoniła mnie do pożyczenia i przeczytania książki. Im bardziej brnąłem w lekturę, tym dobitniej przekonywałem się, że opinia przyjaciół mieści w sobie sporo prawdy. Wpływa na to niezbyt bogate słownictwo i krótkie zdania, łączące się często w dłuższe przecinkami, spójnikami i myślnikami. Jeśli słyszeliście kiedyś o tabloidyzacji literatury, to ze względu na skrótowe omawianie tematów i krótkie zdania o niewyszukanym słownictwie, debiutancka książka Pauliny Wilk jest bardzo dobrym przykładem tego zjawiska.

"Lalki w ogniu" nie porwały mnie, choć czyta się je szybko. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Do autobusu czy na wakacje się nadaje, ale zaczerpnąć przyjemność intelektualną trudno. Moja ocena: 2,5/5.

20 lat nowej Polski w reportażach

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarnePierwszą recenzję wypada mi napisać o książce, która zapoczątkowała moją pasję. Wydany dwa i pół roku temu przez Wydawnictwo Czarne zbiór "20 lat nowej Polski w reportażach" jest moim zdaniem doskonałym wprowadzeniem do tematu naszej współczesności, choć może lepiej byłoby napisać wczoraj. Mariusz Szczygieł wybrał 27 wybitnych bądź bardzo dobrych utworów napisanych przez 24 autorów, które wcześniej ukazały się głównie w Dużym Formacie i Wysokich Obcasach.

Po co recenzować książkę, której kilkanaście, jak nie kilkadziesiąt recenzji można bez trudu znaleźć w Internecie, zaś wydawnictwo uznaje za niedostępną? Świat się zmienia, a Polska wraz nim. Niektóre tematy ostygły i wydają się historyczne, niektóre nie straciły nic z aktualności, inne pojawiły się po wydaniu książki. Opowieść o rodzeniu się kapitalizmu w "Jak Jadźka miała wstawić zęby" Mariusza Szczygła niewiele ma już wspólnego z tym, co widzimy za oknem. Za to problemy z kościołem i skrajną prawicą łączące się w "Lęku sprawiedliwych" Pawła Piotra Reszki wypłynęły na plan pierwszy w dzisiejszej debacie. Ze względu na czas powstania książki mało jest tematów omawiających środowiska istniejące dzięki Internetowi, bo ograniczenie się do omówienia skrajnego zjawiska pedofilii to jednak rzecz obecnie niewystarczająca.

Zebrane reportaże pokazują większość głośnych tematów społecznych, jakie pojawiły się w debacie publicznej. Niektóre z tematów, jeśli mnie pamięć nie myli, były wywołane przez zamieszczone w tomie reportaże. Mają więc one wymiar historyczny. Większość tekstów, co nie powinno dziwić, opisuje sprawy problemowe, smutne, kryminalne. Możemy przeczytać o kulisach słynnego morderstwa "Luiza wdowa idzie na Dług" Ireny Morawskiej, podziemiu aborcyjnym "Bolało jeszcze bardziej" Lidii Ostałowskiej, czy zaniedbanych dzieciach "Wal się, szkoło" Anny Fostakowskiej. Z drugiej strony znajdziemy w zbiorze opisy tematów radosnych, doprowadzających do śmiechu, np. opis początków działalności giełdy "Pamiętnik znaleziony na parkiecie" Karola Podgórskiego czy pasjonatów siłowni "Mistrz rozkroku i przykucania" Włodzimierza Nowaka.

Na podstawie zamieszczonych utworów można wyróżnić trzy etapy rozwoju polskiego reportażu w opisywanym dwudziestoleciu. Teksty z lat 90-tych pokazują głównie radość z uzyskanej wolności. Zmiana następuje około 2000 roku wraz nagłośnieniem negatywnych problemów wolnej gospodarki w Długu. Przez kilka lat dominowały tematy głośne, polaryzujące stanowiska, kontrowersyjne, których ukoronowaniem jest "Wściekły pies" Wojciecha Tochmana z 2007 roku. Ostatnie lata przyniosły stopniową zmianę i pokazują większy dystans autorów do tematów. Wybrane reportaże z ostatnich lat z jednej strony dają do myślenia, zaś z drugiej pozwalają na uśmiech. Takie są np. opis polaków pracujących w Wielkiej Brytanii "Fajną masz, córciu, pracę" Witolda Szabłowskiego czy lesbijek wychowujących dziecko "Dwie mamy Jasia" Tomasza Kwaśniewskiego.

Klika reportaży tak wbiło mi się w pamięć dzięki doborowi tematów, obranemu stylowi pisania i emocji, którymi są przepełnione, że pomimo przeczytania ich kilka razy nadal otwieram książkę na spisie treści i znów mam ochotę przeczytać zbiór po raz kolejny. Chęć obcowania z genialnymi twórcami i ich wybitnymi dziełami stale we mnie siedzi i nic nie wskazuje, aby zapragnęło kiedyś odpuścić. Podsumowując, uważam, że "20 lat nowej Polski w reportażach" powinno stać się lekturą szkolną. Zamieszczone reportaże z pewnością bardziej uporządkują współczesnym licealistom obraz świata niż "Nad Niemnem". Dlatego, mam nadzieję, że Wydawnictwo Czarne wznowi publikację i tom będzie stale dostępny w księgarniach. Moja ocena: 5/5.

Początek

rbuciak

Książki czytam odkąd pamiętam. W kręgu moich zainteresowań od dzieciństwa są pozycje popularnonaukowe, a od liceum także naukowe. Literatura piękna nie pociągała mnie dopóki nie przeczytałem, mając lat osiemnaście, "Heban" Ryszarda Kapuścińskiego i "Zdążyć przed Panem Bogiem" Hanny Krall. W czasie studiów poznawałem kolejne utwory cesarza reportażu, choć naukowo zajmowałem się zupełnie innymi sprawami.

Radykalna zmiana nastąpiła pewnego jesiennego poranka 2009 roku. Były to te piękne czasy, kiedy jeszcze mogłem w piątek rano spać do ósmej. Leżałem w łóżku w stanie półsnu. Oczy i poczucie przestrzeni pozostawały w fazie REM. Według tych zmysłów przebywałem w sklepie wielkopowierzchniowym, konkretnym sklepie wielkopowierzchniowym, ale nie będę go reklamował. Słuch tymczasem przestawił się już do rzeczywistości i słyszał w radiu, albo sklepowym megafonie jak mi to podpowiadały inne zmysły, rozmowę redaktorów Michała Nogasia i Wojciecha Manna na temat zbioru "20 lat nowej Polski w reportażach" pod redakcją Mariusza Szczygła.

Nie wiem, co mnie bardziej zachęciło do przeczytania omawianej książki. Niezwykłe doznanie półsnu czy bardzo pozytywna rekomendacja w radiu. Książkę znalazłem pod poduszką 6 grudnia 2009 roku i te prawie 500 stron przeczytałem w tydzień, co jak na mnie jest dość szybko. Od tego czasu nie było miesiąca, abym nie przeczytał przynajmniej kilku pozycji z zakresu reportażu. Czytam także inne książki i ich recenzje także pojawią się na tym blogu, ale obiecują, że będą stanowiły mniejszość.

Zapraszam wszystkich do czytania i komentowania. Zastrzegam sobie jednak prawo do usuwania komentarzy, które nie mieszczą się w granicach kultury.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci