Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Imieniny Jana Kochanowskiego - relacja

rbuciak

źródło: Biblioteka NarodowaWczoraj w Ogrodzie Krasińskich odbyła się pierwsza edycja festynu zorganizowanego przez Bibliotekę Narodową. Obchody Imienin Jana Kochanowskiego trwały w sobotę od 12:00 do północy. Osobiście uczestniczyłem w wydarzeniu od 12:00 do 14:00 i od 18:15 do 20:15, więc zdaję relację jedynie z tego, co widziałem.

W godzinach południowych zajrzałem do Pałacu Rzeczypospolitej. Poza kilkoma wystawionymi starodrukami autorstwa solenizanta i pozostałą częścią księgozbioru znajdującą się w zamkniętej bibliotece, po wnętrzach budowli hulał wiatr. Na cele wydarzenia dałoby się lepiej wykorzystać budynek, choćby przez otwarcie drzwi od strony ogrodu i pokazanie większej ilości dzieł wydanych przed setkami lat.

Organizacja przestrzeni podczas festynu w ogrodach miała wiele mankamentów. W centralnym punkcie, na placu za pałacem stała scena, która nie zapełniła się ani razu przez cztery godziny mojego pobytu. Wszystkie widziane przeze mnie punkty programu odbywały się z boku albo gdzieś po kątach. Największy tłum zebrał się podczas Meczu Poetyckiego, którego widziałem tylko końcówkę. Widownia głośnym śmiechem i oklaskami okazała zadowolenie z niecodziennego wydarzenia. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego mecz nie rozgrywał się na głównej scenie, gdzie jest najwięcej wolnej przestrzeni, ale został wciśnięty pod drzewa.

Na środku parku, wokół fontanny przygotowano stoliki dla autorów, gdzie czytelnicy mogli otrzymać autografy swoich ulubionych twórców. Liczba zgromadzonych pisarzy była imponująca, bo sięgnęła około 50. To był mocny punkt programu i mam nadzieję, że w kolejnych edycjach zagości w parku jeszcze więcej autorów. Dla mnie najważniejsze było spotkanie z Krzysztofem Vargą, gdyż mogłem spytać się o budzące moją wątpliwość fragmenty "Trocin". Odpowiedź okazała się banalna i przekonująca, otóż błędy zdarzają się każdemu. Mam nadzieję, że kolejne wydanie książki będzie z kwiatków wyprostowane.

Stoiska wydawnictw zostały ustawione przy parkowych alejkach. Niestety ten pomysł nie należy do najlepszych, bo całe wydarzenie rozdrabnia się na rzadko odwiedzane zakątki. Dużo lepiej funkcjonowała przestrzeń na Rynku Mariensztackim podczas Warszawskiego Kiermaszu Książki. Przeszedłem się kilkakrotnie po namiotach i zakupiłem dwie książki "Soweto - my love" Wojciecha Albińskiego oraz "Monsun" Roberta Kaplana. Szczególnie jestem wdzięczny za dostarczenie specjalnie dla mnie tego drugiego tytułu i dlatego Wydawnictwo Czarne jest moim ulubionym.

O 18:30 miała się odbyć publiczna dyskusja na temat książki Andrzeja Stasiuka "Biały kruk" zorganizowana przez Grupę Twórczą Qlub Xsiążkowy. Ten punkt programu miał około godzinne opóźnienie i kawałek promila alkoholu we krwi. Poza reklamą społecznego, oddolnego zrzeszania się w kółka dyskusyjne rozmówcy ustalili, że męska proza nie przypadła im do gustu.

Z opóźnieniem rozpoczęła się także wymiana książek zorganizowana przez portal Thingo. Od strony organizacyjnej akcja wyglądała mało profesjonalnie zwłaszcza gdy się porówna działanie systemu wymiany z MatHandlem. Niewątpliwą, wielką zaletą akcji była możliwość wymiany niechcianych książek na liczne pozycje ofiarowane przez autorów wraz z autografami. W ten sposób zyskałem trzy książki, które sobie kilka chwil wcześniej wypatrzyłem, czyli "Planetę Kaukaz" Wojciecha Góreckiego, "Wypalanie traw" Wojciecha Jagielskeigo i "Wiersze spod Pszczyny" Małgorzaty Strzałkowskiej. Do domu wróciłem zadowolony.

Podsumowując, wydarzenie można zaliczyć do udanych. Jak na pierwszą edycję, to kilka rzeczy zadziałało znakomicie, choć wiele spraw wymaga dotarcia na przyszłych edycjach. Mam nadzieję, że za rok uda się połączyć Imieniny Jana Kochanowskiego z Wiankami nad Wisłą, bo konfliktu głównie czasowego nie widzę, a zyski ekonomiczne i społeczne dla obu stron owszem.

Bedzies wisioł za cosik

rbuciak

źródło: Wydawnictwo ZnakDo mieszkańców Radomskiego albo Zamojszczyzny można mieć stosunek obojętny, ale do Górali z Podhala trudno nie żywić uczuć. Można ich wielbić za przywiązanie do tradycji i hart ducha albo ganić za pazerność i pijaństwo. Źródła namiętności i wiele prawd na inne podtatrzańskie tematy odkrywają znakomici reporterzy Bartłomiej Kuraś i Paweł Smoleński.

"Bedzies wisioł za cosik" składa się z 12 opowieści o znanych mniej lub bardziej bohaterach ważnych dla regionu wydarzeń z ostatniego wieku. Autorzy omówili dwuznaczne losy Józefa Kurasia ps. "Ogien", twórców kolaboracji spod znaku Goralenvolk, szyderczy stosunek do rzeczywistości tatrzańskiego kuriera Józefa Krzeptowskiego ps. "Ujek", życie tajemniczego kierownika przedwojennego TOPR-u Józefa Oppenheima oraz wiele bardziej współczesnych historii jak działalność skrajnych narodowców albo zamknięcie domu publicznego w Poroninie. Jak przystało na najwyższej klasy dziennikarzy nie wystawiają ocen bohaterom, ale przestawiają zdanie wszystkich stron uwikłanych w bardziej lub mniej poważne konflikty. Pozwalają się wypowiedzieć na tematy granicznych krzywd zarówno pracownikom IPN, jak i przedstawicielom mniejszości Słowackiej. Zapisują głosy zwolenników odnowienia jak i zburzenia organów Władysława Hasiora. Różne sposoby widzenia tej samej sprawy uchwycili znakomicie i nie pozwolili zwieść się ku jednoznacznej ocenie barwnych wydarzeń i postaci.

Reportaże napisane są w sposób interesujący z kilku powodów. Opowieści charakteryzują się częstym używaniem gwary góralskiej, przez co można odnieść wrażenie, że to inny język. Wszystkie tytuły zapisano etnolektem. Dla osób nieobeznanych z różnicami w pisowni i słownictwie książka może sprawić nieco problemów ze zrozumieniem. Nierzadko autorzy posługują się także cytatami z książek na potwierdzenie autentyczności prezentowanych stanowisk. Nie stronią od cytowania ks. Józefa Tischnera, ale propagandowe apokryfy z czasów komunistycznych raczej pomijają.

Książka przybliża trudną historię biednego od niedawna regionu, którego siła bierze się z ludzkiej nieustępliwości przed przeciwnościami losu. Dowiedzieć się z niej można, że za rodzinę się odpowiada i czasami trzeba zdobyć się na odwagę, aby nie pluli człowiekowi w twarz za kuzyna. Podhale doskonale reprezentuje tradycyjną, prowincjonalną, zawistną i bogobojną Polskę. Z drugiej strony w książce przedstawiono jak różne mogą być spojrzenia przybyszów innych części kraju na region i samych Podhalan, którzy potrafią budować swoją własną mitologię. Interesujące są też motywy jakimi kierują się górale w stosunku do obcych, którzy chcą zaskarbić sobie ich sympatię.

Każda część kraju ma swoich bohaterów i ciemne typy, które szkodzą na wizerunku, a jednak nie widać na rynku książek napisanych o Kujawach czy Kaliskiem, za to o Podhalu sprzedaje się wiele. "Bedzies wisioł za cosik" to książka dobrze napisana, ale tak mocno osadzona w opisanym już wielokrotnie regionie, że polecam ją raczej jedynie osobom zamiłowanym w polskich górach i góralach. Moja ocena: 4/5.

Trociny

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarnePrzez ostatni tydzień nie byłem w stanie nic napisać. Z jednej strony pochłonęło mnie oglądanie meczy, a z drugiej nowa książka Krzysztofa Vargi.

"Trociny" to powieść o współczesnej Polsce. Szczątkowa akcja rozgrywa się w lipcu 2011 roku, choć bohater niejednokrotnie powraca w myślach do swojego dzieciństwa. 50-letni Piotr opisuje rzeczywistość w słowach dosadnych, hiperbolicznie negatywnych, ale zarazem wzbudzających wesołość. Narzeka na wszystko dookoła - rodziców, byłą żonę, jej syna z drugiego małżeństwa, kolegów z pracy, miastowych, wioskowych, wierzących, sportowców w kapciach i dresach, kury domowe, podążających za trendami, życiowych nieudaczników. Wyrażając dezaprobatę wobec otoczenia odsuwa od siebie myśl o własnej przynależności lub choćby nici wiążącej go z każdym z tych przejawów współczesnego życia. Ukojenie znajduje jedynie w muzyce średniowiecza, renesansu i baroku. Każdy z nas ma jakieś powody do narzekania, wielu zauważa drobniejsze i poważniejsze ułomności doczesności. Krzysztof Varga zebrał je w jedną 360-stronnicową spowiedź człowieka nieprzystosowanego do realiów. Jednocześnie autor pokazuje, że nie mamy powodów do negowania własnego życia, a jeśli nawet to słowami włożonymi w usta Piotra robi to zdecydowanie lepiej niż mógłby każdy z nas.

Układ treści jest minimalistyczny. W "Trocinach" nie ma podziału na rozdziały, a jedynie co kilkadziesiąt stron znajdują się odstępy pomiędzy akapitami. Niektóre z akapitów mają po trzy strony tekstu i składają się z zaledwie kilku zdań. Nie oznacza to wcale rozbudowanych, piętrowych, trudnych do zrozumienia wypowiedzi. Krzysztof Varga raczej nadużywa przecinka zamiast postawić kropkę na końcu każdej myśli. Nie do końca mi się to podoba, gdyż łamie reguły interpunkcji, ale z drugiej strony zbliża tekst w formie do monologu myślowego. Niezwykłą i zdecydowanie wartą uwagi są związki wyrazowe, często w postaci oksymoronów a jeszcze częściej z wykorzystaniem słów, które pojawiły się w języku polskim stosunkowo niedawno.

W stosunku do książki mam dwa zarzuty, z których jeden jest wstydliwy, zaś drugi poważny. Po pierwsze, Krzysztof Varga popełnił kilka błędów merytorycznych, np. Robert Kubica wygrał jeden wyścig Formuły 1, choć autor twierdzi inaczej; bohater książki nie mógł w dzieciństwie do kapsla wkleić flagi Namibii, bo to państwo powstało w 1990 roku; "czcij ojca swego i matkę swoją" to przykazanie czwarte a nie piąte. Wszystkie takie błędy da się zweryfikować w kilka minut, więc zastanawiam się ilu podobnych niedociągnięć nie wychwyciłem z braku wiedzy. Proste błędy u znakomitego autora uważam za powód do wstydu. Po drugie, Krzysztof Varga postawił i rozwinął niskich lotów tezę "łatwo jest zabić drugiego człowieka". Temat ten podejmowało już wielu artystów i kolejna książka z mało odkrywczym rozwiązaniem nie posuwa ludzkości ani o krok do przodu. Wolałbym przeczytać o kimś, kto potrafił odsunąć od siebie destrukcyjną myśl niż napawał się własną niszczącą mocą.

"Trociny" to nie jest książka dla dzieci, ani dla młodzieży, ale zapewne zostanie nominowana do wielu nagród literackich. Polecam ją ludziom, którzy mają poukładane lepiej lub gorzej własne życie i nie dostrzegają tych pozytywnych stron własnej egzystencji. Szczególnie polecam książkę mojej czytelniczce Agnieszce z Wrocławia i jej mężowi Piotrowi. Moja ocena: 4/5.

Czarnobylska modlitwa

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneRozpoczęły się Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej i zamiast czytać oglądam mecze. Staram się jednak nie zaniedbywać uzależnienia od interesujących książek. Dziś skończyłem czytać ważną dla zrozumienia przyczyn upadku ZSRR lekturę autorstwa Swietłany Aleksijewicz.

"Czarnobylska modlitwa" to zbiór wywiadów z osobami bezpośrednio lub pośrednio związanymi z największą katastrofą w dziejach wykorzystania energii atomowej. Wypowiadają się osoby ze wszystkich warstw społecznych - naukowcy alarmujący o zagrożeniu, rezerwiści powołani do likwidacji skutków awarii, żony zmarłych na chorobę popromienną, przedstawiciele aparatu partyjnego ukrywający prawdę, staruszkowie mieszkający nadal w strefie zamkniętej, dzieci spędzające połowę życia albo całe w szpitalach radiologicznych. Prawie wszyscy bohaterowie mają związek z Białorusią. Ze względu na ukrywanie przed ludnością informacji, skutki wybuchu odczuwalną są głównie w tym kraju a nie na Ukrainie. Warto zapoznać się z różnicami w mentalności pomiędzy Białorusinami, Ukraińcami, Litwinami, Rosjanami i przybyszami z zagranicy, które doprowadziły do znacznych różnic w skutkach dla ludności.

Od strony literackiej "Czarnobylska modlitwa" nie należy do dzieł wybitnych. Autorka zaprezentowała przeprowadzone przez siebie wywiady niemal identycznie, jak są zapisane na taśmach. W tekście pojawia się zdecydowanie za dużo wielokropków, urwanych zdań i didaskaliów. Brak obróbki materiału powoduje, że niektóre fragmenty czyta się ciężko, zwłaszcza gdy bohaterowie nie należą do inteligencji i mają problemy z wyrażeniem myśli. Swietłana Aleksijewicz nie dokonała także wystarczającej selekcji materiału i niektóre wywiady niepotrzebnie powtarzają treści przedstawione w innych wypowiedziach. Nie bardzo rozumiem podział książki na trzy części, bo nie odczułem różnic pomiędzy myślami przedstawionymi w każdej z nich. Wyróżnione zostały dwa wywiady z wdowami po likwidatorach, przed które przebijają silne emocje związku miłosnego. Poza tym na wstępie znajdują się informacje naukowe na temat katastrofy. Niestety, krytyczne spojrzenie na przedstawione tam liczby ujawnia tendencyjny i wybiórczy dobór wskaźników w celu powiększenia skutków tragedii. Wstęp nie wystarcza do zrozumienia treści książki i dla poprawnego zrozumienia informacji naukowej przedstawianej przez fizyków i chemików trzeba zasięgnąć do literatury fachowej.

Trudno uciec od porównań pomiędzy "Czarnobylską modlitwą" a bardziej znaną książką autorki - "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety". Swietłana Aleksijewicz zastosowała w obu dziełach ten sam gatunek literacki, ale historia współczesnej katastrofy nie jest tak bogata i różnorodna, aby ciekawiła czytelnika przez niemal tyle samo stron. O ile II wojna światowa została opisana przez historyków niezmiernie dokładnie, to o katastrofie w elektrowni atomowej trudno znaleźć fachową, sucho przedstawiającą fakty, literaturę naukową. Bez takiego podłoża trudno poruszać się w przestrzeni emocjonalnych wypowiedzi pojedynczych osób. "Czarnobylska modlitwa" ma sporo zalet. Przybliża zrozumienie przyczyn, przebiegu i skutków katastrofy. Książka wyjaśnia mechanizmy działania zbrodniczego systemu i bezdyskusyjnego zachowania się dziesiątek tysięcy ludzi zaciągniętych rozkazem oraz przekupionych korzyściami finansowymi i medalami. Z drugiej strony pozostawiła mnie w stanie niedosytu. Publikacja niestety nie zawiera też mapy skażonych terenów, co utrudnia rozumienie wypowiedzi.

Polecam przeczytać książkę osobom zainteresowanym ZSRR, działaniem systemu i przyczynom jego upadku. "Czarnobylska modlitwa" spodoba się także miłośnikom bezpośrednich relacji z historycznych wydarzeń. Warto także poznać reguły zachowywania się w sytuacji zagrożenia katastrofą nuklearną. Moja ocena: 3,5/5.

Zrób sobie raj

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneMariusz Szczygieł pisze książki w sposób odróżniający się od innych autorów. "Zrób sobie raj" w szczególności odbiega od typowego obrazu świata prezentowanego przez Polaków i za tą odmienność należy autora docenić.

Publikacje polskich reporterów dotyczą najczęściej spraw poważnych, wymagających interwencji, uczących o błędach popełnionych w przeszłości. W 280-stronnicowej książce o Czechach wydanej w 2010 roku taki temat jest jeden i zajmuje 20 stron - porzucanie szczątków zmarłych przez najbliższą rodzinę. Pozostałe rozdziały dotyczą spraw śmieszno-kulturalnych. Mariusz Szczygieł w przeciwieństwie do innych dziennikarzy nie szuka emocjonujących spraw społecznych, ale pociągają go pomysły artystyczne przełamujące schematy. "Zrób sobie raj" zawiera zbiór opowiadań o ekscesach myślowych wdrażanych w sferę publiczną w trudnych dla prowokatorów czasach komunizmu oraz przyjemnym okresie po Aksamitnej Rewolucji. Zdecydowanie warto dowiedzieć się, kim był Egon Bondy, kim jest David Czerny i wiele innych kultowych postaci publicznych w Czechach. Już po opublikowaniu książki powstał rozdział na temat Jary Cimrmana i mam nadzieję, że zostanie on dołączony do kolejnego wydania.

Z drugiej strony książka zawiera analizę życia narodu zdominowanego przez ateizm. Dla wielu Polaków to pociągająca alternatywa, ale jak pokazuje autor takie nastawienie do spraw duchowych ma swoje wady. Kościół i całą sferę sacrum większość Czechów traktuje z pogardą. W konsekwencji braku nauki o podstawowych zagadnieniach ontologii wiele, zwłaszcza poważnych, tematów Czechów przerasta i starają się rozbroić trudne zagadnienia śmiechem. Czasami taka postawa wygląda na zdrową, ale nie do wszystkiego należy przykładać jedno rozwiązanie. Temat śmierci naszych południowo-zachodnich sąsiadów przerasta i konsekwencje postawy wypierającej mają niszczycielskie oddziaływanie na ludzi. Szkoda, że Mariusz Szczygieł nie pokazał, jak dużo Czesi wymyślają sobie mitów zamiast religii.

Trudno zaklasyfikować "Zrób sobie raj" to jednego gatunku literackiego i pewnie z tego powodu książka ukazała się w serii Sulina. Część z rozdziałów to klasyczne, dobrze napisane, reportaże. Pozostałe rozdziały, najczęściej krótkie, to eseje i wspomnienia autora. Już na wstępie dziennikarz zaznacza, że to autorski wybór fascynata inną kulturą. Przyznam otwarcie, że wstęp mi się nie podoba, bo zawęża możliwości dyskusji z autorem. Zawsze może się Mariusz Szczygieł odwołać do tych wyprzedzających zarzuty słów. Ponieważ zakończenie wygląda podobnie, to zacząłem się zastanawiać, czy może reporter ma problem z samooceną? Oczywiście od strony literackiej "Zrób sobie raj" stoi na wysokim, typowym dla autora, poziomie. Przekaz wyrażony jest jasno i atrakcyjnie, więc publikację czyta się wyjątkowo szybko.

Niestety wydanie ma poważne wady wydawnicze. Nie tylko występują dwa błędy, do których autor przyznał się podczas premiery, ale na stronie 74 ucięte są trzy linijki tekstu! Atrakcyjność książki podnoszą zamieszczone w niej zdjęcia, dobrze obrazujące reportaże. Jeszcze bardziej "Zrób sobie raj" byłby atrakcyjny, gdyby zawierał mapę Czech.

Podsumowując, opowieść o kulturze czeskiej i jej bocznym wyjściu ze spotkania z duchowością to lektura warta przeczytania, zwłaszcza dla osób, które nie przepadają za ciężkimi tematami. Moja ocena: 4/5.

Gugara

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarnePragnienie ucieczki od cywilizacji siedzi głęboko we mnie i w wielu z Was również. Chęć ponownego zjednoczenia się z naturą, oderwania od abstrakcyjnych problemów cywilizacyjnych, powrotu do spokoju lasu i prostoty tradycyjnych kultur drzemie także u Andrzeja Dybczaka. Jemu udało się dotrzeć do syberyjskich hodowców reniferów i zbieraczy jagód, jednak los ludzi przedstawiony w "Gugarze" odbiega od russoistycznych wyobrażeń.

Książka o Ewenkach ze wsi Tutonczany nad Dolną Tunguzką została po raz pierwszy wydana w 2008 roku. Obecnie wydanie tej 170-stronnicowej opowieści jest drugim z kolei. Tekst nie został podzielony na rozdziały, jednakże przerwy w treści oznaczone gwiazdkami mają miejsce mniej więcej co dwie strony. Każda przerwa oznacza przeskok w czasie do innego fragmentu wspomnień. Achronologiczny układ tekstu zaczyna się w środku opowieści, po czym rozwidla się ku początkowi i końcowi. Ten dziwny zabieg mnie nie przekonuje, gdyż najważniejsza część materiału znajduje się na początku, zaś na końcu czytelnik otrzymuje fragmenty mało wnoszące coś do przedstawionego obrazu.

Jednorodnie prowadzony przez całą opowieść styl, którym "Gugara" została napisana, nie do końca mnie przekonał. Z jednej strony autor pisze wprost to, co widzi i słyszy, więc na szczęście dla czytelnika nie zmyśla. Z drugiej strony wiele zdań wymagałoby uporządkowania kolejności wyrazów, aby móc lepiej zrozumieć myśli autora. Baśniowa strona opowieści opiera się na pojęciach związanych z życiem w lesie, w tym wszędzie rosnących borówkach oraz długich opisach przyrody, ludzi i zabudowań. Opisy pozwalają na wyobrażenie sobie wyglądu namiotów, twarzy ludzi i wyrażanych przez nich emocji. Możliwość zbliżenia się do bohaterów, niemal namacalnego z nimi kontaktu stanowi mocną stronę książki. Bliskość wyraża się także przez dokładne oddanie słów mieszkańców Tutonczan. W treści jest mnóstwo przekleństw i dlatego lektura nie nadaje się dla dzieci. Andrzej Dybczak chciał pozostać z boku wydarzeń i choć nie było to do końca możliwe, to jego ingerencja w życie Ewenków nie była nachalna, pouczająca, arogancka, ale współuczestnicząca.

Najważniejsze w "Gugarze" jest przedstawienie ludzi żyjących w sposób nieodległy od przodków sprzed tysiącleci. Ich nastawienie do życia, dokonywane wybory, umiejętności potrzebne do przetrwania w lesie budzą sympatię. Ma się ochotę przestrzec ich przed zagrożeniami cywilizacji, ale oni wybierają swoją drogę. Mamieni tanią, wysokoprocentową rozrywką pragną zamieszkać we wsi i utracić cały dotychczasowy sposób życia. Warto przeczytać książkę, aby poznać wady i zalety życia pośród ludzi jakie dostrzegają mieszkańcy leśnych osad oddalonych tysiące kilometrów od najbliższego miasta. Warto ujrzeć biedę, niemoc, wysoką śmiertelność, aby przekonać się, że nasze życie jest pozbawione wielu trudnych chwil. Z drugiej strony dostrzec można utratę duchowości i więzi międzyludzkich.

"Gugara" to przede wszystkim książka inna. Zmienia nastawienie do cywilizacji, rozszerza spojrzenie o perspektywę bardzo odmiennych od nas ludzi. Powolni toczący się baśniowy reportaż wart jest poświęcenia kilku godzin. Moja ocena: 3,5/5.

Polski hydraulik

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneNadrabiania starych zaległości ciąg dalszy nastąpił. O książce Macieja Zaremby Bielawskiego słyszałem właściwie od momentu jej wydania. O "Polskim hydrauliku" słyszałem same dobre opinie i sam nie wiem dlaczego nigdy zbioru reportaży nie kupiłem. Pożyczony egzemplarz przeczytałem dopiero teraz i po wielu latach od wydania książka nie straciła na sile przekazu i wartości merytorycznej.

Zbiór reportaży polsko-szwedzkiego dziennikarza pracującego w Dagens Nyheter ukazał się w 2006 roku po szwedzku i w 2008 roku w polskim przekładzie. 280-stronnicowa książka składa się z dziewięciu reportaży i osobistego posłowia. Trzy teksty wykraczają poza Szwecję, pozostałych sześć dotyczy tematów związanych ze sprawami wewnętrznymi. Reportaże zawarte w "Polskim hydrauliku" obejmują wyłącznie zagadnienia społeczne, często powiązane z systemem władzy silniej niż tylko w postaci regulacji prawnych. Maciej Zaremba opisuje odbiegający od europejskiej normy system związków zawodowych, wyjaśnia wysoką zachorowalność Szwedów, niehumanitarną opiekę społeczną, historię szwedzkiego zbrodniarza wojennego, kuriozalny sposób traktowania osób chorych psychicznie oraz przyczyny niepowodzenia misji stabilizacyjnej w Kosowie. Wszystkie tematy są interesujące i pokazują odmienność Szwecji nawet w stosunku do innych państw skandynawskich.

Autor ma niezwykły styl pisania. W poszczególnych reportażach karty odsłania po kolei, dobudowuje kolejne elementy układanki, która na końcu okazuje się pełna i zawiera u podstaw idiotyczne przekonania lub decyzje podjęte w przeszłości przez parlament. Opowieści okraszone są niezwykłym humorem, często pojawiającym się w zaskakujących momentach. Dla polskiego czytelnika niezwykłym może wydawać się wystawianie przez Macieja Zarembę ocen opisywanym postawom bohaterów. Można się zastanawiać, czy w ten sposób autor nie zamyka przestrzeni do dyskusji dla czytelników. Z drugiej strony szwedzki czytelnik może nie być przyzwyczajony do samego przedstawienia argumentów różnych stron i wymaga od dziennikarza także roli sędziego. Wtedy siła dziennikarza zostaje wyrażona poprzez poparcie dla jego wersji przez władze, co zdarzało się reporterowi często, jak można przeczytać w post scriptach pod tekstami.

We wczorajszym wpisie zasugerowałem, że problemy Europy i Ameryki mają głębsze podstawy niż kryzys finansowy. W obrazach europejskiego rynku pracy, systemu opieki społecznej i opieki psychiatrycznej, a przede wszystkim budowania struktur państwowych w Kosowie, Maciej Zaremba przedstawia zmiany mentalne, które zaszły w umysłach obywateli naszego kontynentu za sprawą dobrobytu. Wielu ludzi patrzy wyłącznie na własne zadowolenie i stan konta zapominając o innych ludziach, często potrzebujących pomocy, oraz o jakości systemu demokratycznego. Podstawowe wartości, takie jak równość i sprawiedliwość, interpretowane są do postaci pozwalającej na jak najwięcej lenistwa. W Kosowie, podobnie jak w Afganistanie u Lindy Polman, najważniejszymi przekazanymi przez cywilizację zachodu wartościami okazują się korupcjogenne chciwość, nepotyzm i egocentryzm. Znaczny niedobór kontroli nad przedstawicielami władz prowadzi do grabieży pieniędzy przeznaczonych dla potrzebujących.

"Polski hydraulik" nie tylko bawi, ale także pokazuje, że wyśniona, bogata kraina na północy ma podobne problemy jak Polska. Książka ogromnie poszerza horyzonty, gdyż Maciej Zaremba jest niezwykle dociekliwy w poszukiwaniu przyczyn postaw bohaterów, co zgrabnie wyjaśnia w posłowiu. Zbiór reportaży ze Szwecji to jeden z najlepszych, choć na pewno oczerniony, obrazów społeczeństwa. Brakuje mi w książce jednej ważnej rzeczy - mapy Szwecji, z nią czytałoby się znacznie łatwiej, zwłaszcza w autobusie. Proponuję każdemu zapoznanie się "Polskim hydraulikiem", ponieważ to rozwijająca, mądra i zabawna lektura. Moja ocena: 4,5/5.

Monsun - Dyskusja o przyszłości świata

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneWczoraj ponownie wybrałem się do kawiarni/księgarni Wrzenie Świata. Tym razem na dyskusję o rosnącym znaczeniu Azji na świecie ze świeżo wydaną książką Roberta Kaplana w tle. "Monsun" interesował mnie jeszcze przed ukazaniem się na rynku i rozmówcy ostatecznie przechylili szalę na wadze mojego dylematu nad kupnem dzieła. W którą stronę? O tym poniżej.

Dyskusję prowadził redaktor Aleksander Kaczorowski, a jego rozmówcami byli specjalista od spraw chińskich - prof. Bogdan Góralczyk i reporter Jerzy Haszczyński. Z nie podanych słuchaczom powodów nie dotarła na miejsce japonistka Aleksandra Kaniewska. Spotkanie trwało półtorej godziny a na widowni zasiadło 20 osób. Rozmowa skupiła się na dwóch tematach: aktualnego problemu przemian w Mianmie (Birmie) oraz nowego światowego układu sił. Na temat samej książki uczestnicy dyskusji mieli niewiele do powiedzenia.

Rozmówcy byli przekonani, że Myanmar stanowi obecnie i przez najbliższych kilka lat papierek lakmusowy równowagi sił gospodarczych największych potęg. Rządząca krajem junta wojskowa przestraszyła się rosnącego znaczenia gospodarczego Chin na ich terytorium i aby nie popaść w neokolonializm generałowie szukają drogi do pozyskania inwestycji z innych państw. Sąsiadujące Indie mają za mały potencjał dla zrównoważenia dominacji największej potęgi w Azji. Jedyną możliwością są Ameryka i kraje europejskie, ale te wymagają demokratyzacji sposobu sprawowania władzy. W ten sposób wojskowi zgodzili się na ustępstwa polityczne na rzecz wewnętrznej opozycji z Aung San Suu Kyi na czele. Rozmowa dotyczyła też tematu nazwy państwa. Birma jest określeniem kolonialnym i władze postanowiły powrócić do tradycyjnej nazwy. Obecnie nazwa Mianma jest akceptowana także przez opozycję i społeczność międzynarodową. Niestety nic nie wiadomo o stosunku mniejszości etnicznych do funkcjonującej nazwy.

Dyskusja na temat światowego układu sił wywiązała się od krytyki tezy zawartej w "Monsunie", że centrum wydarzeń przesunęło się nad Ocean Indyjski. Rozmówcy uważają, że poprzedni pomysł Roberta Kaplana mówiący o centrum wydarzeń nad Oceanem Spokojnym ma głębsze podstawy merytoryczne. Panujący od upadku ZSRR do początku Światowego Kryzysu Finansowego model jednobiegunowy z dominacją Ameryki ulega nieuregulowanej żadnym traktatem zmianie. Za przyczynę spadek znaczenia dotychczasowego lidera i jego europejskich przybudówek dyskutanci przyjęli wyłącznie Globalny Kryzys Finansowy, z czym trudno się zgodzić. Z kolei Chiny nie zamierzają wchodzić w rolę światowej potęgi politycznej, bo nie ma konsensu w kierownictwie partii rządzącej, co do dalszego kierunku działań. Takie rozumienie sprawy też uważam za zbyt wąskie. Warto zadać sobie pytanie, czy Chiny mają do zaoferowania innym krajom coś lepszego i atrakcyjniejszego niż chwiejące się Europa i Ameryka?

Z wątków pobocznych pojawiła się analiza braku udziału społeczeństwa Omanu w Arabskiej Wiośnie. Otóż, Robert Kaplan opisuje sułtana jest władcę oświeconego i słuchającego poddanych. Poza tym uczestnicy dyskusji stwierdzili, trochę nieśmiało, że "Monsun" to najlepsza książka amerykańskiego analityka obecnie pracującego w agencji Stratfor. Mieli problem z przypisaniem jej do konkretnego gatunku literackiego, gdyż autor płynnie przechodzi od reportażu przez esej do raportu popularnonaukowego. Skojarzyłem taki styl pisania z "Gdyby cała Afryka..." Ryszarda Kapuścińskiego i chciałem zadać pytanie o porównanie stylów obu książek. Niestety prowadzący spotkanie potraktował słuchaczy paternalistycznie i nie dał publice możliwości nieskrępowanego zadawania pytań.

"Monsun" trafia na moją listę do przeczytania, do czego zachęcam wszystkich lubiących patrzeć na problemy z wysoka.

Dzienniki kołymskie

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneMoje spotkania z Jackiem Hugo-Baderem zawsze należą do tych przyjemnych. Autor lubi opowiadać o swoich podróżach, spotkanych ludziach, a także na bardziej abstrakcyjne tematy. Jego książki cieszą się sporą popularnością, jednakże "Dzienniki kołymskie" mnie zawiodły.

Podróżnik uparł się, aby okładka miała kolor zielony a litery złoty. Brak wyraźnego kontrastu sprawia, że przy nie najlepszym oświetleniu tytuł staje się słabo widoczny. Jakucka szamanka to nie najlepszy doradca graficzny na świecie. Ona także ustaliła podział treści książki na trzy części, który wydaje się sztuczny i naciągany, gdyż jak wskazuje tytuł dzieło Jacka Hugo-Badera jest dziennikiem i autor po kolei przedstawia wydarzenia z 38 dni podróży. Książka ma około 300 stron tekstu, więc na każdy dzień przypada średnio 8 stron. Zwyczajny opis dnia podróży składa się z dwóch stron wstępu, zdjęcia i pięciu stron reportażu. Oczywiście bywają dłuższe rozmowy z bohaterami, ale żaden nie przekracza 10 stron. z drugiej strony niektóre reportaże to zaledwie dwustronnicowe opowiastki. Po co przytaczam te wszystkie liczby? Naświetlam w ten sposób problem tabloidyzacji dziennikarstwa, którego "Dzienniki kołymskie" są bardzo dobrym przykładem. Jeszcze za czasów Ekspresu Reporterów owoce pracy dziennikarzy miały po 50 albo więcej stron, choć braki w zaopatrzeniu w papier były nieporównywalnie większe.

Opowieści o mieszkańcach Obwodu Magadańskiego i Republiki Jakucji uważam za zbyt krótkie. Po kilku stronach tekstu chce się przeczytać rozwinięcie opowieści, a w "Dziennikach kołymskich" się okazuje, że nastąpił koniec i czas przejść do następnego bohatera. Jacek Hugo-Bader opisał życie w trudnych przyrodniczo warunkach ponad 50 osób. Pod koniec książki zaczynają się oni w głowie czytelnika mylić, mieszać i z nielicznymi wyjątkami zbijają się w jedną masę. Do wyróżniających się postaci można zaliczyć: córkę Jeżowa, czekistę, złotego oligarchę, rosyjskiego żołnierza walczącego w Czeczenii i jakucką szamankę.

Autor książki ma ogromną liczbę miłośników i równie wielu przeciwników. Miłośnicy chwalą wyciekający z tekstu rosyjski koloryt, umiejętność wcielenia się w zwykłego człowieka, niezwykłość przygód. Przeciwnicy zarzucają przede wszystkim nie trzymanie się prawdy, przekoloryzowania podobnie jak czasami u Ryszarda Kapuścińskiego. Pierwsza grupa czytelników nie odnajdzie w "Dziennikach kołymskich" za dużo potrzebnych sobie wrażeń, za to druga może wyliczyć wiele nieścisłości. Już sam opis Kołymy mówiący, że przebiega tamtędy tylko jedna droga nie do końca trzyma się prawdy. Zamiast jechać 2000 kilometrów przez Ust-Nerę można wybrać podróż przez Tomtor o 400 kilometrów krótszą.

Jacek Hugo-Bader używa języka poprawnego stylistycznie i przyjemnego w czytaniu. Opowieści są interesujące a współczesny obraz tego niezwykłego kawałka świata poszerza horyzonty. Jeśli ktoś nie czytał nic o jednym z najokrutniejszych miejsc na Ziemi i chciałby o nim poczytać coś lekkiego i niekoniecznie przygnębiającego, to śmiało można mu "Dzienniki kołymskie" polecić. Jednak dla osób obeznanych z tematyką syberyjską książka nie wniesie nic odkrywczego. Moja ocena: 2,5/5.

Zabójca z miasta moreli

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneWitold Szabłowski należy do młodego pokolenia polskich dziennikarzy i stał się już kilka lat temu pierwszą jego wschodzącą gwiazdą. Pochodzący z Ostrowi Mazowieckiej reporter spędził w Turcji kilka lat. Jego prace dotyczące kraju na styku Europy i Azji zostały zebrane w jedną bardzo dobrą książkę.

"Zabójca z miasta moreli" składa się z 9 dłuższych reportaży, 3 krótkich i kilku dodatków. Większość tekstów wcześniej ukazała się w Gazecie Wyborczej, więc czytelnik spodziewa się, że poza spoiwem w postaci kraju opowieści nie będą się ze sobą łączyły. W tomie reportaży z Turcji jest inaczej. Główne wątki przewijające się od początku do końca są trzy: mało znane więzi polsko-tureckie, sprawy polityczne i obyczajowe. Zakres w miarę naturalny, gdyż to są tematy najbardziej interesujące wykształconych Polaków a dotyczące kraju nad Bosforem. Relacje między naszym krajem a Turcją kojarzą się głównie z wojnami czasów nowożytnych i Mickiewiczem lub zupełnie współcześnie z Alim Agcą. Witold Szabłowski pokazuje, że łączników jest więcej - Nazym Hikmet, żydowscy mesjasze czy współczesne problemy z tożsamością stojącą jedną nogą w kulturze zachodnioeuropejskiej zaś drugą bardziej na wschód.

Z zadowoleniem przeczytałem analizy dotyczące tureckiej polityki. Autor swoimi reportażami obezwładnia strach towarzyszący obcym kulturom. Okazuje się, że tamtejsi przywódcy nie też mają charyzmę, też mają trudne do zaakceptowania przez większość przypadłości, a parlament dzieli się na lewicę i prawicę.

Dla wielu czytelników najbardziej interesujące są zjawiska społeczne. Witold Szabłowski doskonale wykorzystał swój młody wiek i wygląd oraz znajomość tureckiego, co pozwoliło mu niejednokrotnie dotrzeć do ludzi, którzy w innym wypadku nie zechcieliby się wypowiedzieć. Jako jeden z niewielu rozmawiał z kobietami uratowanymi przed zabójstwem honorowym. Poza tym szeroko opisuje sprawy byłych prostytutek walczących o miejsca w parlamencie, uchodźców próbujących dostać się do Europy czy producenta butów, którzy uważa, że to jego wyrobem Iracki dziennikarz rzucił w George'a Busha Jr. Autor niezwykle dba o powiedzenie prawdy, docieka szczegółów, wyławia kluczowe postawy i emocje swoich bohaterów. Wszystko to podaje czytelnikom niemal na tacy i zgodnie ze sztuką bez własnych komentarzy.

Warto przyjrzeć się bliżej stronie językowej reportaży. Witold Szabłowski należy z pewnością do autorów piszących jasno i przejrzyście. Teksty nie zawierają zabaw językowych, bo to nie miejsce dla jakichś szczególnych środków wyrazu. Reportaże składają się w dużej części z rozmów, co sprawia, że odbiera się je jako naturalne opowieści. Większość tekstów podzielona została na krótkie, zatytułowane lub ponumerowane części. Ułatwia to przerwanie czytania po skończonym wątku, więc "Zabójca z miasta moreli" to świetna lektura do autobusu. Z drugiej strony mam wrażenie zbyt drobiazgowego pokawałkowania tekstów, przez co trudno określić gdzie się akcja zawiązuje i gdzie jest moment kulminacyjny.

Czytanie w środkach komunikacji pomaga także element, na który zawsze zwracam uwagę. Książka zawiera mapę kraju z zaznaczonymi głównymi, opisywanymi miastami. To powinien być wzór do naśladowania dla następnych publikacji wydawnictwa. Podsumowując, debiutancka książka Witolda Szabłowskiego to lektura zdecydowanie warta przeczytania. Moja ocena: 4,5/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci