Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Karawana kryzysu

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneOrganizacje humanitarne cieszą się w krajach wysoko rozwiniętych bardzo pozytywną opinią. Bo czy może być coś bardziej szlachetnego niż pomaganie biednym, głodnym, bezdomnym, chorym, kalekim w kraju, gdzie toczy się wojna? Linda Polman pokazuje, że za fasadą pięknych wartości kryją się często grube pokłady moralnego brudu.

Ogromną zaletą książki "Karawana kryzysu" jest duże doświadczenie autorki. Z niemal każdej strony bije po oczach ekspercka wiedza na temat działalności systemu pomocy humanitarnej. Niderlandzka dziennikarka argumentuje w sposób jasny, czytelny i przekonujący. Nie traktuje wszystkich kryzysów jednakowo. Potrafi dostrzec różnice w przyczynach, skutkach i potrzebach zaangażowania z zewnątrz pomiędzy dziejącymi się na świecie konfliktami zbrojnymi, klęskami żywiołowymi czy permanentnymi stanami niedorozwoju społeczno-gospodarczego.

Ten 300-stronnicowy reportaż ujęty został w czytelną ramę alternatywnych rozwiązań w zakresie zaangażowania w pomoc. Dyskusja prowadzona 150 lat temu pomiędzy Henri Dunantem, założycielem Czerwonego Krzyża, który opowiadał się za niesieniem pomocy bez oglądania się na uwarunkowania i skutki, a Florence Nightingale, która niejednokrotnie wolała powstrzymać się od udzielania pomocy, nabrała w ostatnich latach ogromnego znaczenia. Niestety pytanie o sens udzielania pomocy w przypadku wątpliwości etycznych pojawia się rzadko, ale "Karawana kryzysu" wypełnia tą lukę. Słusznie reporterka pisze o przemyśle pomocy humanitarnej, gdyż pojawiły się takie zjawiska jak traktowanie wpłacających pieniądze jak dojne krowy czy uwzględnianie darów jako źródła żywności, pieniędzy i sprzętu w strategiach wojujących daleko od naszych oczu armii.

Dzięki Lindzie Polman polski czytelnik ma możliwość obejrzeć z bliska jak wygląda niesienie pomocy humanitarnej w Sierra Leone, Rwandzie, Sudanie czy Afganistanie. Pokazuje, że często najwięcej korzystają na tym sami niosący pomoc albo strony konfliktów zbrojnych a nie rzeczywiście potrzebujący wsparcia medycznego, edukacyjnego czy infrastrukturalnego. Reporterka przedstawia, dlaczego pomoc trafia w zdecydowanej większości do miejsc nagłośnionych, politycznie istotnych, a nie do dziesiątków innych, ale zapomnianych krajów, gdzie żyją miliony potrzebujących wsparcia ze strony bogatej części świata. Nie zapomina także wskazać osób prowadzących pomoc w sposób zgodny z zasadami humanitaryzmu, choć są to przykłady rzadkie.

Z przykrością muszę napisać o jakości przekładu. Nie wygląda on do końca profesjonalnie. Zdarza się, że te same nazwy, np. organizacji, tłumaczone są na kilka różnych sposobów. Raz pojawia się całkowicie polska nazwa, innym razem oryginalna, w jeszcze innym miejscu skrót. Nie do końca rozumiem też sens istnienia słownika używanych przez przemysł humanitarny pojęć, który zajmuje 1/5 książki. Zawiera on niewiele tematów pominiętych w pozostałych rozdziałach.

Bardzo się cieszę, że książka zawiera także proste recepty na poprawę sytuacji dla czytelników. Kilka rzeczy, jak choćby zadawanie odpowiednich pytań przedstawicielom organizacji, może wykonać każdy z nas. Z dobrze poinformowanego źródła wiem, że sytuacja polskich organizacji wcale nie wygląda dużo lepiej, więc nie łudźcie się i zadawajcie pytania na spotkaniach także w naszym kraju. W zeszłym roku głośno było o suszy w Sudanie, a niesiona pomoc przedłużyła wojnę, czy w tym roku wesprzemy walczących w Mali? Wszystko zależy od nas. Moja ocena: 4/5.

Sami swoi i obcy

rbuciak

źródło: Agora SANie ma wielu książek opisujących historie Polaków na ziemiach zachodnich tuż po II wojnie światowej. Każda pozycja dotycząca pionierskiego zasiedlania czyjejś własności przez pozbawionych domów uchodźców ze wschodu wzbudza moje głębokie zainteresowanie. Z wielką ochotą przeczytałem "Samych swoich i obcych" - wspomnienia przesiedleńców i reportaże Mirosława Maciorowskiego zebrane w jednym tomie.

Budowa książki jest nietypowa, gdyż ma dwa początki i dwie pierwsze okładki, zaś koniec znajduje się w środku. Z jednej strony są wspomnienia, z drugiej reportaże. W czytaniu pomagają liczne prywatne zdjęcia zamieszczone bezpośrednio po dotyczącym ich tekście. Mamy więc przegląd strojów weselnych, komunijnych, portretów żołnierskich i innych najcenniejszych dla rodzin dokumentów. Wyłowić można z nich obraz skromnego życia zarówno przedwojennego na kresach wschodnich, jak i niezbyt bogatego na Śląsku, Pomorzu czy Mazurach. Interesujące są na nich szczegóły, np. tradycja zasłaniania włosów przez wiejskie kobiety. Dodatkowo każdą opowieść poprzedza mapa pokazująca pozostawioną rodzinną miejscowość i nowy dom. Taki zabieg edytorski znacznie ułatwił mi czytanie książki.

Same opowieści są mniej lub bardziej interesujące. Z pewnością warto przeczytać wszystkie reportaże Mirosława Maciorowskiego. Zawierają one przegląd możliwych historii przesiedleń. Jedne bardziej skupiają się na wydarzeniach na wschodzie, wśród których szczególną uwagę zwraca podziemna walka Wileńskiego Okręgu AK o ocalenie żołnierzy. Czytelnicy znajdą także opisy polskiej samoobrony przed ukraińskim ludobójstwem.  Inne reportaże dotyczą w większym stopniu organizacji życia na ziemiach zachodnich, odbudowy szkolnictwa wyższego czy zwykłych zakładów przemysłowych. Interesująco przedstawione są relacje Polaków z żołnierzami Armii Czerwonej i Niemcami, których wojna zmusiła do oddania swoich domów nowym właścicielom. Bardzo mnie cieszy oddanie głosu także Ukraińcom przesiedlonym w ramach Akcji Wisła oraz mieszanym rodzinom niemiecko-polskim, które postanowiły pozostać na Śląsku. Z drugiej strony wspomnienia wypędzonych są mniej różnorodne. Poruszają się w obrębie mniejszych lub większych cierpień, wielkości przewożonego dobytku oraz miejsc początkowych i docelowych. Wyjątkowo interesująco na tym tle wygląda wysiedlanie ze wsi świętokrzyskich jako kara za Hubala.

Osoby zainteresowane zwykłą historią Polski powojennej powinni "Samych swoich i obcych" przeczytać z uwagą. Jeśli zaś ta tematyka kogoś nie pociąga, to może przeczytać wybrane fragmenty, aby wyrobić sobie obraz na rzadko opisywany temat. Moja ocena: 3,5/5.

Geografia szczęścia

rbuciak

źródło: Wydawnictwo Carta BlancaO książce Erica Weinera dowiedziałem się z radiowej trójki. Niedługo od premiery na polskim rynku "Geografii szczęścia" redaktor Dariusz Bugalski rozmawiał z autorem w studio. Zachęcony rozmową i tematyką książki, łączącą dwie ważne dla mnie, ale rzadko zestawiane dziedziny życia, postanowiłem przeczytać dzieło będące efektem poszukiwań amerykańskiego dziennikarza.

Eric Weiner ma rację, że bombardują nas zewsząd informacje złe - zamachy, katastrofy, pyskówki polityków itd. O pozytywnych stronach współczesnego życia mówi się w mediach tylko, gdy nic strasznego się nie dzieje. Autor książki postanowił nieco odwrócić trend swojej pracy, pojechać do miejsc, gdzie ludzie są szczęśliwi i zapytać ich: dlaczego? W efekcie odwiedził 10 krajów, z których 9 uznaje się z różnych powodów za szczęśliwe i jeden nieszczęśliwy. Każdy kraj to jeden rozdział książki.

"Geografia szczęścia" napisana jest językiem lekkim, zabawnym i ironicznym nawet w stosunku do samego siebie i naukowców. Czyta się z przyjemnością i uśmiechem na ustach. Autor zabiera czytelników w wiele interesujących, rzadko odwiedzanych miejsc i podaje o nich przydatne wiadomości. Mało podróżników odwiedza Bhutan, Katar czy Asheville w Karolinie Północnej, więc o tych miejscach czytałem z dużym zainteresowaniem. Mniej więcej połowę tekstu zajmują dygresje, często słabo powiązane z tematem książki i opisywanym właśnie krajem. Czytając ma się wrażenie chaosu pod przykryciem porządku widniejącego w spisie treści. Jako lektura wakacyjna z pewnością spełni swoją rolę, ale czy może przynieść jakąś wyższą korzyść niż rozrywkę? Mnie lektura reportaży Erica Weinera dała niewiele, co wynika także z wad wydawniczych i tłumaczenia. Książka nie zawiera zdjęć, co przy opisywaniu świata nie daje pełnego obrazu. Oryginalny tytuł dzieła brzmi "The Geography of Bliss", co powinno zostać przetłumaczone jako "Geografia błogości". Nie wiem, kiedy autor w oryginale użył "bliss" a kiedy "hapiness", przez co filozoficzny sens książki staje się niezrozumiały. Wychowany na definicji szczęścia autorstwa Władysława Tatarkiewicza, która brzmi "trwałe, pełne i uzasadnione zadowolenie z życia" doszedłem do wniosku, że opisywana w książce Szwajcaria najbliższa jest takiemu rozumieniu pojęcia a autorowi w rzeczywistości chodzi o coś innego.

Podsumowując książka ma walory poznawcze dla geografów i innych zainteresowanych poznawaniem nowych miejsc, to od strony filozoficznej wygląda jak gruby spis recept a każda przydatna byłaby dla innej osoby. Moja ocena: 3/5.

Niedziela, która zdarzyła się w środę

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarnePoczątki nowoczesnego kapitalizmu w Polsce miały dwa przeciwstawne oblicza. Jedni walczyli zaradnością o poprawę bytu materialnego własnej rodziny, inni zaś popadali w marazm, nieporadność i bezrobocie. Reportaże Mariusza Szczygła z lat 1992-1996 zebrane w książce "Niedziela, która zdarzyła się w środę" pokazują społeczne rozwarstwianie się z pełną jaskrawością.

Teksty pisane były do gazety. Odczuwa się to w poprzycinanej na miarę kompozycji, braku pogłębionych analiz i doborze tematów. W książce znajdziemy głośne reportaże o ruchu onanistycznym, zwalnianych z likwidowanego zakładu pracy, disco polo czy eskalacji morderstw. Autor wykazuje się także kreatywnością w znajdowaniu bohaterów. Próba wydania miliarda (starych) złotych na coś nietypowego oraz rozmowa z osobami, które dzwonią do audycji psychologicznej w radio pokazują nieschematyczne i godne naśladowania działanie pisarza. Z reportaży wyłania niekiedy chęć autora do kreacji opisywanej rzeczywistości. Tytułowa "niedziela, która zdarzyła się w środę" nie byłaby możliwa bez reportera.

Mariusz Szczygieł pisze językiem lekkim i przystępnym dla czytelników. Jeśli tylko może, to oddaje głos bohaterom reportaży. Znajdziemy w książce wiele cytatów a nawet całych listów. Odnajduję dwie cechy charakterystyczne stylu. Często narracja zbliża się do przekazu ustnego. Z pewnością autor lubi zaskakiwać odbiorców tekstu śmiesznymi lub dramatycznymi scenami, które następnie opisuje, ale nie ocenia. Przez większą część książki uśmiech nie schodził mi z ust. Okazuje się, że z humorem można opowiedzieć o pokrzywdzonych przez zmieniającą się rzeczywistość oraz o koncernie Amway.

Wznowiony po 15 latach zbiór został wzbogacony o tekst autora z czasów jego szczytu telewizyjnej sławy oraz zdjęcia Witolda Krassowskiego z tego samego okresu. Niestety mają one mało wspólnego z treścią reportaży. Z przykrością muszę stwierdzić, że wydanie z 2011 roku nie specjalnie przypadło mi do gustu. Niestandardowy, ponadprzeciętny jak na Wydawnictwo Czarne format, wiele pustych stron i dużo światła na stronach sprawiają, że książka zamiast 200 ma 250 stron i kosztuje 48zł zamiast 32zł.

Jeśli interesują cię pozytywne i negatywne strony transformacji ustrojowej, to warto przeczytać wczesne utwory Mariusza Szczygła. Książka przyda się także współczesnym, nierzadko nabzdyczonym, dziennikarzom szukającym sensacji. Reporter pokazał, że można interesująco i zachęcająco napisać o trudnych tematach bez podgrzewania nastrojów i polaryzacji opinii. Moja ocena: 3,5/5.

Dzisiaj narysujemy śmierć

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneTo stało się dokładnie 18 lat temu. Nad lotniskiem w Kigali został zestrzelony samolot z prezydentami Rwandy i Burundi. Rozpoczęło się trwające kilka miesięcy ludobójstwo, w czasie którego zginęło około miliona ludzi. Wojciech Tochman jedzie 15 lat później do kraju naznaczonego masakrą, aby porozmawiać z oszczędzonymi przez ślepy los dziećmi, zgwałconymi kobietami oraz innymi świadkami wydarzeń.

Książka "Dzisiaj narysujemy śmierć" nie przytłacza objętością, ma 140 stron. Składa się z sześciu numerowanych rozdziałów, w których autor opisuje relacje z masakr i postawy życiowe kilku grup osób. Czytelnik zapoznaje się z historiami życia studentów osieroconych w 1994 roku, kobiet wielokrotnie gwałconych jedynie ze względu na wpis w dowodzie tożsamości, morderców siedzących w więzieniach albo chodzących po ulicach. Interesująco zostały przedstawione także relacje polskich księży i żołnierzy będących świadkami dramatycznych wydarzeń.

Wojciech Tochman przytacza wypowiadane przez rozmówców słowa z dbałością o zachowanie oryginalnego sensu przekazu. Jedni bohaterowie, jak na przykład studenci, opowiadają z wielką chęcią i szczerością, choć w dniach wydarzeń mieli zaledwie po kilka lat i gubią się w szczegółach. Z kolei relacje morderców i gwałcicieli silnie naznaczone są próbą wybielenia własnych postaw i czynów. Najboleśniej czyta się relacje części polskich księży. Wielu z nich reaguje agresją na pytania. Próba jak najwierniejszego oddania wypowiedzi dotyczących brutalnej wojny powadzonej za pomocą maczet przynosi skutek w postaci naturalistycznego wydźwięku całej książki. Słowa takie jak śmierć, krew, maczeta, gwałt, strach, ucieczka pojawiają się na każdej stronie i nawet w tytule. Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu odpowiada brutalnie bezpośredni przekaz. Jeśli nie lubisz czytać o wojnie, to zakończ swój kontakt z książką na wiele mówiącej okładce.

"Dzisiaj narysujemy śmierć" posiada wadę zauważalną jedynie dla uważnego czytelnika. Niektóre fragmenty pojawiają się w treści książki dwukrotnie, co wywołuje pewien niesmak. Ważną dla mnie zaletą publikacji jest zamieszczona na początku mapa, która pozwoliła mi na czytanie bez atlasu. Bardzo ważnym elementem książki jest opisanie sposobów jakimi europejscy zarządcy i księża wtłoczyli rasizm w myśli podbitych Afrykanów. Innym plusem jest opisanie postawy polaków, którzy pełnili swoją służbę w Kigali owego dramatycznego lata. Zachowania księży budzą ogromny niesmak, wstyd i złość. Dla niektórych ważniejsze od pomagania ludziom chroniącym się przed rzezią w kościele było ratowanie symboli religijnych. Codzienne rozmowy duchownych o żydach i masonach na pewno nie sprzyjały pokojowemu współistnieniu społeczności zamieszkujących Rwandę, nieodróżnialnych inaczej niż po wpisie w dowodzie osobistym.

Dziwię się, że książka Wojciecha Tochmana nie odbiła się szerokim echem w polskiej debacie publicznej, ale może jeszcze przyjdzie na to czas. Ten reportaż zburzył moje spokojne myśli i zmienił myślenie na temat sensu wojny oraz roli religii w życiu. Moja ocena: 4/5.

Jakbyś kamień jadła

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneWojciech Tochman zajmuje się poszukiwaniem zaginionych od kilkunastu lat. Swoją działalność prowadził już na czterech kontynentach. Zna problematykę poszukiwań i pomocy bliskim jak mało kto. Z drugiej strony posiada genialne zdolności pisarskie. Z połączenia pasji zawsze wychodzą dzieła nieprzeciętne i taka jest książka Wojciecha Tochmana o Bośni i Hercegowinie.

W wojnie na Bałkanach zginęło ponad 100 tys. ludzi, głównie mężczyzn. Większości nie zidentyfikowano. Autor nie opowiada o samej wojnie, ale o poszukiwaniu ciał zabitych cywilów. Przemierza zrujnowany kraj wraz z matkami, żonami, siostrami, córkami pomordowanych, które pragną zidentyfikować bliskich na podstawie kości i resztek ubrań. Poznajemy kilka historii dotkniętych tragedią muzułmanów zebranych w różnych częściach kraju. Poruszamy się śladami antropolożki pracującej dla ONZ i poszukującej nieodkrytych wcześniej grobów w jaskiniach i na polach. Do niektórych miejsc wracamy wielokrotnie, co skutkuje drobnym zamieszaniem informacyjnym. Dobrze, że w ostatnim wydaniu zamieszczono mapę. Bez niej trudniej by się czytało.

Wojciech Tochman używa zwięzłych, krótkich, pozbawionych przymiotników zdań. Oszczędny styl do opisu tragicznych wydarzeń nadaje się doskonale. "Jakbyś kamień jadła" stanowi wręcz sztandarowy przykład zastosowania tej techniki narracji. Opowieść autora wzbogacają liczne dialogi prowadzone takim samym językiem. Czytając miałem wrażenie przygnębienia, zagubienia, rezygnacji i beznadziei kryjącymi się za słowami wypowiadanymi bez zbędnych określeń, mało potrzebnych po bolesnych przeżyciach. Wstrząsające opisy cierpień psychicznych powodują, że nie polecam tej 130-stronnicowej wrażliwym osobom.

Nie dziwi mnie wcale, że ta niemal doskonała książka doczekała się trzech wydań po polsku oraz angielskiego, francuskiego, włoskiego, rosyjskiego, ukraińskiego, fińskiego i bośniackiego. Powinien ją przeczytać każdy, kto chce się dowiedzieć, jakie są prawdziwe skutki wojny. Reportaż pozwala wniknąć w ogrom cierpień psychicznych, a także zobaczyć zniszczone domy, wszechwładne bezrobocie i głęboką bojaźń morderców, ukrywających się przed wszelkimi dziennikarzami, mikrofonami, a zwłaszcza aparatami fotograficznymi i kamerami filmowymi. Szczególnie polecam książkę osobom, które nie potrafią w swoich słowach i czynach powstrzymać destrukcyjnej postawy. "Jakbyś kamień jadła" może ich zmieni. Moja ocena: 4,5/5.

Farby wodne

rbuciak

źródło: Wydawnictwo Czarne

O II wojnie światowej napisano tysiące relacji ocalałych. Literatura dotycząca Auschwitz-Birkenau liczy setki pozycji. Czy ma sens pisanie kolejnej książki na dokładnie wyeksploatowany temat? Lidia Ostałowska udowodniła, że nadal znaleźć można niewidoczne wcześniej, budzące kontrowersje perspektywy. "Farby wodne" to nie do końca reportaż o samym obozie śmierci, choć punkt kulminacyjny dzieje się w tych skrajnie niehumanitarnych okolicznościach.

Zwornikiem całej opowieści jest nakaz jaki wydał Josef Mengele żydowskiej więźniarce. Zdolna i młoda Dina Gottliebova miała za zadanie utrwalać akwarelami cyganów, których badał lekarz-morderca. Wszystkie opisywane wydarzenia mniej lub bardziej wiążą się z bohaterami tej wyjątkowej sytuacji. Otrzymujemy historię kariery czołowego eugenika III Rzeszy i pseudonauki, którą się zajmował. Z książki dowiadujemy się o przewrotnym życiu artystki na tle kamieni milowych w rozwoju filmu animowanego. Poznajemy działania Romów zmierzające do budowania tożsamości etnicznej. Uczestniczymy w budowaniu muzeum w miejscu po byłym niemieckim obozie zagłady. Przede wszystkim jednak obserwujemy różne grupy naciskające na dyrekcję i międzynarodową radę muzeum. Łańcuchowa narracja przenosi czytelnika od kin Hollywood przez procesy Norymberskie po zamieszki w Mławie i stawianie krzyży na żwirowisku. Czasami ścieżki biegną za daleko od głównej osi narracji. Mało potrzebne wydają się opisy powstania kina lalkowego. Z drugiej strony skromnie omówione są powojenne losy zleceniodawcy obrazów i ich autorki. Reportaż dotyczy najbardziej wyrywania sobie pamięci, która materializuje się w postaci siedmiu barwnych portretów. Od tej stron zagłady jeszcze nikt nie opisywał.

Wielu czytelników, w tym mnie, zachwycił styl Lidii Ostałowskiej. Brutalny, oszczędny, skompresowany język, jakim posługuje się autorka doskonale oddaje wyjątkowy charakter opisywanych miejsc i sytuacji. W treści książki nie znajdziemy pustych, niepotrzebnych słów. Informacje podane są bez owijania w metafory. Pomimo braku zabiegów stylistycznych wyobraźnia podsuwa plastyczne obrazy zapisanych wydarzeń. Niektóre zdania porażają nieszablonową prawdą. "Załogę nużyło ludobójstwo" czy "Młyny sprawiedliwości oszczędzają morderców" brzmią przenikliwie prosto i pięknie w miejscach, gdzie spodziewamy się ocen. Autorka zasługuje na uznanie, gdyż sama nie szufladkuje opisywanych osób i ich postaw. Pozostawia czytelnika z możliwością samodzielnego zajęcia stanowiska na kontrowersyjne tematy.

Bardzo się cieszę, że Wydawnictwo Czarne zdecydowało się na umieszczenie w książce licznych zdjęć. Niektóre z nich wielokrotnie już publikowano, ale dopiero w "Farbach wodnych" poznajemy znaczenie oraz powiązania historyczne i logiczne pomiędzy fotografiami. Nadają one książce dodatkowego wymiaru.

Lidia Ostałowska pozwala się przyjrzeć jak działają mechanizmy polityczne w silnie zideologizowanym temacie z perspektywy dziesięcioleci. Wyłaniający się spomiędzy wierszy obraz pozostawia po sobie wiele sprzecznych emocji. Podejmowane przez ważne jednostki decyzje nakreślone są w sposób skłaniający do dyskusji. Najczęściej czytelnicy zadają sobie pytanie, czy muzeum powinno dać portrety Dinie, skoro się tego domaga? Moim zdaniem nie, gdyż nigdy nie były jej własnością. Placówka naukowa nabyła je w dobrej wierze. Akwarele stanowią ważny element wystawy, więc oddanie ich prywatnej osobie spowoduje utratę cennego eksponatu. Argumenty wysuwane przez autorkę i jej zwolenników opierają się na niemożliwych do obronienia przesłankach.

Zdecydowanie warto zapoznać się reportażem doświadczonej polskiej pisarki. Przekazuje czytelnikom wiele tematów problemowych wraz z szerokim tłem, na które sam lub w dyskusji z innymi może szukać właściwej odpowiedzi. Moja ocena: 4,5/5.

Finaliści nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za 2011 rok

rbuciak

źródło: Urząd Miasta st. WarszawyDzisiaj ujawniono finałową listę pięciu książek, które będą rywalizowały o Nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego za 2011 rok. Szansę na laur zwycięscy mają:

1. Miedzianka. Historia znikania, Filip Springer, Wydawnictwo Czarne.
2. Palestyńskie wędrówki. Zapiski o znikającym krajobrazie, Raja Shehadeh, Wydawnictwo Karakter.
3. Po Syberii, Colin Thubron, Wydawnictwo Czarne.
4. Prowadząc umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych, Yiwu Liao, Wydawnictwo Czarne.
5. Sztuka politycznego morderstwa, czyli kto zabił biskupa, Francisco Goldman, Wydawnictwo Czarne.

Przyznam ze wstydem, że spośród zakwalifikowanych do finału książek zdążyłem przeczytać jedynie "Miedziankę". W planach czytelniczych na najbliższe tygodnie mam "Prowadząc umarłych". Pozostałe tytuły jak na razie mnie nie zainteresowały z prostego powodu. O Gwatemali pisał sam Ryszard Kapuściński, o Palestynie Paweł Smoleński, o Syberii Jacek Hugo-Bader, więc moja wiedza o tych regionach nie jest zerowa. Z żalem przyjąłem informację, że w finale nie znalazły się "Farby wodne" Lidii Ostałowskiej. O nagrodę powalczą cztery książki Wydawnictwa Czarne i cztery książki zagranicznych autorów. Czyżby historia sprzed roku i sprzed dwóch miała się powtórzyć? Czy Polacy piszą słabe reportaże w porównaniu ze światowymi dokonaniami? Czy na naszym rynku trudno dorównać przedsięwzięciu Andrzeja Stasiuka?

Stan i zóżnicowanie kultuy wsi i małych miast w Polsce

rbuciak

źródło: Narodowe Centrum KulturyWczoraj pisałem o raporcie na temat kultury dużych i średnich miast. Dziś nadszedł czas na drugą publikację Narodowego Centrum Kultury, tym razem dotyczącą wsi i małych miast. Naturalnie pojawi się w recenzji wiele porównań pomiędzy oboma pracami, bo trudno mi wyobrazić sobie inny sposób pisania.

Identycznie jak poprzedni raport, publikacja składa się z 7 artykułów napisanych przez 9 autorów oraz rekomendacji. Skład osobowy nieznacznie się różni. Objętość tego tomu jest znacznie większa niż poprzedniego, bo książka ma 330 stron. Tematyka poszczególnych rozdziałów jest identyczna z raportem o stanie miast, ale w tym tomie nazwy poszczególnych części sprawiają wrażenie bardziej medialnych, np. "Nic? Aktywność kulturalna na wsi i w małych miastach." dr Tomasza Szlendaka. Taka samo jak poprzedni raport, publikację "Stan i zróżnicowanie kultury wsi i małych miast w Polsce" opiszę pod względem metodyki, stosowanego języka, ilustracji i wyciągniętych wniosków.

Metodycznie raport o stanie wsi i małych miast wygląda lepiej niż publikacja o miastach. Zdecydowanie mniej jest budzących wątpliwość liczb. Dane statystyczne pojawiają się głównie we wstępie, co jest dobrym początkiem przed dalszą częścią tekstu. Niestety naukowcy dość niefortunnie wybrali zakres badawczy. Badane miejscowości są miastami powiatowymi (Lipno, Słupca, Leżajsk, Kolbuszowa, Węgorzewo), innymi miastami (Kudowa-Zdrój, Kostrzyn nad Odrą, Chełmża), wsiami gminnymi (Strzałkowo, Sanniki, Gietrzwałd), innymi wsiami (Gliczarów, Okuninka, Wola). Różne usytuowanie administracyjne badanych miejscowości powoduje chaos informacyjny. Za małe miasta naukowcy uznali ośrodki mające mniej niż 15 tys. mieszkańców. Najludniejszymi zbadanym miastami są Kostrzyn (17,7 tys. mieszkańców) i Lędziny (16,4 tys. mieszkańców). Oba wykraczają poza przyjęte ramy. Z drugiej strony stosunkowo mało wybrano miast poniżej 5 tys. mieszkańców. Z treści książki wynika, że kultura prowadzona jest aktywnie w badanych miastach liczących ponad 10 tys. mieszkańców, przez co obraz w raporcie wygląda na mniej pesymistyczny niż można przypuszczać.

Strona językowa raportu o kulturze na wsi wygląda podobnie nierówno jak w publikacji o miastach. Pierwszy po wstępie rozdział "W Polsce lokalnej..." czytałem z ogromnym trudem. W trakcie czytania wielokrotnie miałem ochotę odłożyć publikację, jednakże siłą woli dalej czytałem tą przeintelektualizowaną papkę pozbawioną wyraźnego wstępu i zakończenia. Opłaciło się, bo dalej jest znacznie lepiej. Publikację przytłacza bardzo duża liczba cytatów z wypowiedzi rozmówców, co utrudnia czytanie. Ilustracje w książce są lepiej dopasowane do treści niż w poprzednio recenzowanym raporcie. Większość dobrze ilustruje tekst, przez co łatwiej sobie wyobrazić zjawiska, o których się czyta. Liczba zdjęć odpowiada potrzebom. Zdecydowanie brakuje mapy badanych 35 miejscowości, więc musiałem ją zrobić sam, aby czytać raport bez dostępu do Internetu.

miejscowości opisane w raporcie na mapie Polski

Przejdźmy do sprawy najważniejszej, czyli wniosków. Poza miastami mającymi ponad 10 tys. mieszkańców, gdzie dzieją się interesujące rzeczy (festiwale w Kostrzyniu nad Odrą, biblioteka w Słupcy, kino w Lipnie, dużo w Węgorzewie), pozytywnie można się wypowiedzieć o nielicznych fragmentach rzeczywistości kulturalnej. Dzięki wykwalifikowanej kadrze dobrze działają muzea. Przestrzenie prywatne zazwyczaj są zadbane, choć z doświadczenia wiem, że ze względu na niepewność powojenną na ziemiach zachodnich jest dużo gorzej niż w Polsce centralnej i wschodniej. W miejscowościach, gdzie istnieją Orliki i dobrze zorganizowane jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej, aktywność jest większa.

Negatywnych zjawisk jest więcej.
1. Występuje jednorodność oferty, która wynika często z uzależnienia kultury od lokalnych decydentów. Autorzy raportu nie zdecydowali się na daleko idący wniosek odebrania samorządom gminnych kompetencji w sprawach kultury. Uważam,  że tak duża zmiana organizacyjna ma sens przede wszystkim w powiatach, gdzie jest tylko jedno miasto mające więcej niż 10 tys. mieszkańców. Pozwoli to na uniezależnienie kultury od celu promowania lokalnych polityków, rozbuduje ofertę stałą dla mieszkańców w kierunku artystycznym, wprowadzi powiązania pionowe pomiędzy instytucjami, zmniejszy koszty administracyjne i polepszy jakość kadry.
2. Raport pokazuje niskie wykształcenie kulturalne ludzi i aktywność dorosłych mieszkańców, choć wielu z nich w dzieciństwie przeszło przez zespoły ludowe i orkiestry dęte. Podobnie jak w miastach mam cichą nadzieję na poprawę sytuacji poprzez wzrost płac w oświacie.
3. Odciągnąć ludzi od telewizorów można, jeśli zorganizuje się im cykliczne wydarzenia, w których zechcą uczestniczyć. Widoczny jest brak kin i teatrów objazdowych oraz brak chętnych do nauki od nielicznych twórców ludowych czy miejscowych przewodników. Rozwiązanie widzę jedynie w najprostszym, fizycznym wychodzeniu do ludzi i zapraszaniu ich bezpośrednio do działań wspólnotowych.
4. Fatalnie wygląda sytuacja w gminach turystycznych, gdzie ofertę kieruje się do turystów, przez co ogranicza się ona do sezonu wyjazdowego. Remedium widzę we wzorowaniu się na Węgorzewie.
5. Podobny problem występuje w gminach położonych w zasięgu dojazdu do dużych miast. Ludzie są z natury leniwi, więc jeśli zorganizuje im się coś interesującego pod domem, to wybiorą ofertę lokalną, o czym najlepiej świadczy przykład Chęcin.
6. Małe zasoby pieniężne u uczestników oznaczają, że prawie całą działalność nierozrywkową finansuje budżet państwa. Niestety z budżetu pieniądze idą też na mało wartościową rozrywkę i to należy ograniczać.
7. Niski standard obiektów oznacza, że finansując modernizację warto zwracać uwagę na jakość efektu końcowego. Autorzy raportu słusznie proponują zorganizowanie konkursów architektonicznych.

Publikacja "Stan i zróżnicowanie kultury wsi i małych miast w Polsce" z pewnością jest krokiem do przodu w stosunku do poprzedniego raportu. Nadal jednak widać bolączki metodyczne i językowe. Moja ocena: 3,5/5.

Kultura miejska w Polsce

rbuciak

źródło: Narodowe Centrum KulturyOprócz czytania reportaży i literatury specjalistycznej sięgam także po pozycje mniej codzienne. Moje zainteresowanie Polską lokalną wypatrzyło w jednym z dokumentów, który trafił na moje biurko, dwa raporty o stanie kultury w Polsce na podstawie badań socjologicznych. Pierwszy dotyczy dużych i średnich miast, zaś drugi wsi i małych miast. Najpierw zrecenzuję raport, który powstał jako pierwszy.

Raport o kulturze miejskiej składa się z 7 artykułów napisanych przez 9 naukowców oraz uwag końcowych i aneksu metodycznego. Książka ma 200 stron i przedstawia stan instytucji kultury oraz nastawienie mieszkańców do otaczającej oferty kulturalnej. Poszczególne artykuły prezentują: tożsamość kulturową, świadomość kulturową, gust estetyczny, aktywność kulturalną oraz działalność i wizerunek instytucji kultury. Nie studiowałem nauk społecznych, więc nie oceniam doboru tematów. Odniosę się za to do stosowanego przez naukowców języka, metodyki, ilustracji i wyników.

Stosowany przez socjologów język jest bardzo ogólnie mówiąc różny. Najlepiej pod tym względem wypada dr Tomasz Szlendak z UMK opisujący aktywność kulturalną. Stosowany przez niego język nie stroni ani od zabaw językowych wywołujących rozbawienie ani od pojęć naukowych. Tekst naukowca z Torunia czyta się bardzo płynnie i przyjemnie, pozostaje po nim w głowie dużo ciekawych spostrzeżeń, np. efekt "Amelii". Najgorzej czyta się rozdział "Świadomość kulturalna jako świadomość kulturowa" oraz uwagi końcowe. Niektóre zdania sprawiają dużą trudność w zrozumieniu, a zdanie z uwag końcowych, które ma pięć linijek tekstu i dwa dwukropki w środku wprowadziło mnie w konfuzję. Pozostałe rozdziały trzymają dobry poziom i są zrozumiałe.

Przyzwyczajony jestem do badań przyrodniczych, gdzie nie ma miejsca na szerokie rozważania na podstawie niewielkiej próby. Na podstawie przeprowadzonych przez socjologów badań bałbym się wyciągać jakiekolwiek wnioski poza bardzo ogólnymi, a już podawanie danych liczbowych uważam za wyraźne przekroczenie granic. Tak małe próby w silnie zróżnicowanej populacji cechują się przedziałami błędów przekraczającymi ich wartość i należy je traktować bardzo umownie. Dobrana próba rozmówców nie jest reprezentatywna, czego najlepszym przykładem jest często omawiane w badaniach zjawisko odcinania się od telewizji. Badania (str. 15) pokazują, że "heretycy" stanowią zaledwie 2-3% dorosłych mieszkańców Polski. Jak słusznie zauważa Jacek Nowiński w istniejących badaniach statystycznych instytucji kultury brakuje pewnych podziałów, które zaczęły być istotne w ostatnich latach (np. na działania artystyczne, rozrywkowe i edukacyjne). Brakuje także szerokich badań stosunku mieszkańców kraju do kultury. Oczywiście takie badania są bardzo drogie, stąd zanim się je przeprowadzi, to trzeba je dobrze przemyśleć, aby otrzymać istotne poznawczo rezultaty.

Książka zawiera kilkadziesiąt ilustracji najczęściej nie najlepiej dobranych, o czym we wstępnie jest powiedziane. Jedynie w artykule na temat "Gustu estetycznego" mają one znaczenie wykraczające poza dodanie walorów estetycznych samej publikacji. Artykuł na temat  świadomości kulturowej zawiera sporo wykresów, tabel a nawet grafy. Niestety są one mało czytelne, a przez to niezrozumiałe. Nie wiadomo czemu mają służyć zastosowane podziały, a o podawaniu wartości liczbowych pisałem powyżej.

Najważniejsze są uzyskane wyniki. Instytucje kultury jak to opisuje Jacek Nowiński stoją obecnie na rozdrożu - iść w stronę specjalizacji czy uniwersalizmu? Moim zdaniem za kilkanaście lat najlepiej będą sobie radzić te instytucje, które wybiorą drugą drogę i upodobnią się do centrów kultury w Niderlandach czy Szwecji. Mój czas odbiorcy jest ograniczony pracą, rodziną, zakupami itd., dlatego udając się do instytucji kultury chciałbym mieć możliwość skorzystania z szerokiej oferty w stosunkowo krótkim, dobrze zaplanowanym czasie. Powiedzmy, że mam dwie godziny, co odpowiada średniemu czasowi przebywania w centrum handlowym. W tym czasie współczesny młody człowiek może obejrzeć koncert jazzowy, wystawę ikon, slajdy z podróży do Patagonii, ulepić stroik świąteczny, posłuchać wierszy i wypić herbatę. Kwestia odpowiedniego urządzenia centrum kultury. Jeśli za każdą z aktywności zapłaci kilka złotych, to będzie w pełni usatysfakcjonowany. Uważam, że w dużych miastach kultura powinna być płatna, ale jeśli chce się przyciągnąć tłumy, to nie może ona kosztować np. 120 zł vide koncerty podczas trwającego Festiwalu Ludwiga van Beethovena. W największych miastach możliwa jest specjalizacja centrów kultury, ale z pewnością nie ograniczająca się do jednej czy dwóch dziedzin.

Autorzy opracowania przedstawili kilka interesujących zjawisk występujących we współczesnej polskiej kulturze miast, które chciałbym krótko skomentować.
1. Zestawienie "tradycyjna treść - nowoczesna forma" uważam na kreatywne, bo czyż nie zachwycamy się płytą "OjDADAna" Grzegorza Ciechowskiego lub polskim pawilonem - wycinanką na wystawę światową w Szanghaju?
2. Podział na kulturę wysoką i niską w miastach nadal widać i nie jestem przekonany, czy zamiera. Szkoda czasu na słabe produkty, czyli kulturę niską.
3. Powstały dzięki Internetowi liczne małe grupy miłośników, od latawców do Star Wars. Instytucje kultury powinny się starać przygarnąć je pod swoje skrzydła, choćby miało to odebrać im część blichtru i powagi.
4. Duża część kultury przenosi się do Internetu. Najczęściej odwiedzanym domem kultury jest YouTube, co w procesie ucieczki od kultury opartej na instytucjach nie zostało w raporcie wystarczająco dostrzeżone.
5. Imprezy, jako wydarzenia jednorazowe są z pewnością działaniami, od których należy odchodzić w kierunku pracy stałej. Bardzo w tym pomocne mogą być miniśrodowiska.
6. Problem aktywności wymuszonej dzieci i małej oferty dla osób starszych jest poza moimi wyobrażeniami, bo trudno mi się wcielić w osobę starszą a dla dzieci w Warszawie tak dużo się dzieje, że raczej trzeba pracować nad rodzicami, którzy przyprowadzą młodych uczestników na spotkania.
7. Edukacja to efekt zaniedbań sprzed lat. Wszystkie moje nauczycielki plastyki były stare, wredne i nierozumiejące młodzieży. Wraz ze wzrostem płac w oświacie mam nadzieję, że do szkół trafią lepsi nauczyciele przedmiotów artystycznych.
8. Sport to moim zdaniem kultura fizyczna i nie należy z nią walczyć, ale współdziałać. Orlik jako centrum kultury? Jestem za!
9. Pieniędzy zawsze jest za mało. Ważniejsze jest, jak są wydawane niż ile się ich na działalność dostaje. Zachęcałbym raczej do przekształceń instytucjonalnych i polepszenia oferty, gdyż tą drogą można pokazać, że kultura jest ważna. Ciągle biadolenie, że jest źle zniechęca odbiorców.

Podsumowując, nie ma sensu czytać całego opracowania. Lepiej przejrzeć poszczególne rozdziały i przeczytać z nich bardziej interesujące zagadnienia oraz podsumowania. Moja ocena: 3/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci