Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Wojna nie ma w sobie nic z kobiety

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneWielkimi krokami zbliżają się Warszawskie Targi Książki, podczas których zostanie ogłoszony laureat tegorocznej edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. Tymczasem zapraszam do przeczytania o zeszłorocznej zwyciężczyni.

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" to lektura niezwykła. Sam pomysł, aby opowiedzieć o wojnie za pośrednictwem kobiet walczących i pomagających na froncie, jest niezwykły. Płeć piękna nie patrzy na wojnę z punktu widzenia historyka, ale zwykłego, pojedynczego, indywidualnego człowieka. Jeszcze większy budzi podziw, że książkę udało się napisać w ZSRR, państwie totalitarnym. Z drugiej strony, to właśnie w Armii Czerwonej służyło milion kobiet.

Bardzo szeroki temat, jakim są kobiety w Armii Czerwonej podczas II wojny światowej, Swietłana Aleksijewicz opracowało niezwykle dokładnie i wyczerpująco. Z setek rozmów wybrała te najważniejsze ich fragmenty, przez co książka nie posiada fragmentów słabych ani średnich. Cały czas czytelnik trzymany jest w napięciu, stanie najwyższej gotowości. Można po latach nie czytania otworzyć "Wojnę..." w dowolnym miejscu i znów zanurzyć się w głębi frontowego życia, a także zapłakać nad losem bohaterek.

Układ książki został przez autorkę dobrze przemyślany i uporządkowany z ogromnego zbioru posiadanych materiałów. Każdy rozdział to inna sfera życia - powołanie na front, walka, śmierć, sen, miłość. Czytelnik przechodzi przez wszystkie obszary po kolei i zastanawia się, co będzie w następnej części. Dzięki temu trudno się od lektury oderwać.

Prawie cała książka składa się z opowieści kobiet, które przy kuchennym stole opowiadają młodej wówczas słuchaczce swoje losy. Bohaterkami wywiadów są nie tylko kucharki i sanitariuszki, ale także czołgistki czy pilotki myśliwców. Opowieści są zazwyczaj krótkie, na pół strony, jedną stronę, czasem dłuższe. Opisują czas wojny widziany oczami człowieka. Wiele jest w książce miejsca na krew, brud, wszy, rannych i wielką chęć normalnego życia, które nie może się realizować. Znaczną część opisów można określić jako naturalistyczną, związaną z brutalnym realizmem wojny. Wydawać by się mogło, że dominować będą historie smutne i bolesne. Jednakże odniosłem głównie wrażenia wzruszenia, a niektóre fragmenty są wręcz śmieszne lub romantyczne. Jednym z ważniejszych opisanych wątków jest powojenny stosunek do kobiet, które walczyły w szeregach Armii Czerwonej. Tragizm ich sytuacji wzmaga tylko ważność książki Swietłany Aleksijewicz.

Te 350 stron napisanych przez białoruską dziennikarkę powinien przeczytać każdy. Nie dziwi mnie wcale, że autorkę zgłoszono do Literackiej Nagrody Nobla, że otrzymuje stale wyróżnienia za swoją twórczość na całym świecie. "Wojna..." zmusza do refleksji, czy naprawdę sami chcemy, aby to się kiedykolwiek jeszcze raz powtórzyło? Widząc wojnę z bliska zmieniamy swoje na nią poglądy na bardziej pacyfistyczne. Moja ocena: 5/5.

Zaginione białe plemiona

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneEuropejczycy wybierali się za ocean w poszukiwaniu szczęścia od czasów Eryka Rudego, a może i wcześniej. Wielu z podróżujących nie wracało z braku ochoty, pieniędzy, potrzeby, możliwości. Zostawali na obcej ziemi, gdzie gromadzili fortuny bądź po prostu walczyli o życie. Do tych, co nie wygrali lepszego losu postanowił dotrzeć Riccardo Orizio.

Temat książki jest bardzo szeroki. "Zaginionych białych plemion" żyje na świecie dziesiątki, o ile nie setki. Publikacja nie mogła objąć wszystkich potomków białych kolonizatorów. Autor opisał sześć plemion na czterech kontynentach. Ich wybór nie należy do przypadkowych, raczej rozwinięte zostały wątki sygnalizowane na lekcjach historii, jak choćby Polacy na Haiti czy Konfederaci w Brazylii. Szkoda, że Riccardo Orizio nie pokusił się o zaprezentowanie czytelnikom większej liczby zaginionych plemion, aby wyczerpać możliwe typy przypadków ginięcia.

Co w takim razie znajduje się na ponad 300 stronach książki? Oprócz sedna w postaci rozwikływania historii docierania do miejsc osiedlenia i współczesnych sposobów życia członków plemion, czytelnik znajdzie nie związane z tematem przekomarzania się kombinujących przewodników z dającym się oskubać z gotówki dziennikarzem. Jeśli z jednej strony przyjemnie czyta się wywiady z przywódcami Basterów z Namibii lub dialogi autora z Tony Wedemeyerem z Jamajki, to czytanie wynurzeń haitańskiego pseudo-pilota denerwuje. Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś na temat Polaków z Haiti, to najlepiej od razu przekartkuj pół rozdziału.

Nie lubię nie chronologicznego układu tekstu. Reporterzy go nadużywają, przez co zamiast opowieść trafiać do prosto do głowy, to trzeba najpierw pozbierać wiadomości w logiczną całość. "Zaginione białe plemiona" także wyglądają jakby autorowi przez pokój przeszedł huragan i pisarz pozbierał nieponumerowane kartki w całość z przypadkową kolejnością.

Mimo wszystko książka posiada dwie istotne dla mnie cechy ułatwiające poruszanie się po omawianym temacie. Każdy rozdział poprzedza mapa z zaznaczonymi miejscami opisywanymi w tekście. Bez problemów czytałem książkę w autobusie. Po drugie, niektóre podrozdziały zawierają tabele z interesującymi informacjami, jak na przykład XVII-wieczny spis głównych żywicieli rodzin na Cejlonie według narodowości. Z drugiej strony o Matignonach z Gwadelupy dowiedziałem się niewiele więcej niż to, że istnieją. Pomimo poważnych wad kilku interesujących historii, poszerzających horyzont widzenia, można się z książki włoskiego pisarza dowiedzieć. Szkoda, że esencja nie została wyciśnięta, dlatego polecam przeczytać jedynie fragmenty, jedynie zainteresowanym historią odkryć geograficznych. Moja ocena: 2,5/5.

Gulasz z turula

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneKilka dni temu ukazała się najnowsza książką Krzysztofa Vargi nosząca tytuł "Trociny". Tymczasem postanowiłem zrecenzować najczęściej nagradzaną pozycję mokotowskiego autora. Zapraszam do podróży kulinarno-kulturalnej po Węgrzech zapisanej w "Gulaszu z turula".

Już tytuły rozdziałów wzbudzają wesołość. Zestawienie potraw narodowych z bohaterami w formie składników uważam za genialny zabieg stylistyczny i artystyczny. Groteskowy humor przewija się od pierwszej do ostatniej strony. Krzysztof Varga z dobrodusznością, ale równocześnie bez skrupułów rozprawia się z mitami budującymi narodowość Węgrów. Pokazuje odmienność narodu w sposób prawdziwy. Tam gdzie wypada zganić nie unika słów krytyki, choć zamienia je w żart lub nie komentuje. Pochwał wydaje się z pozoru mniej, ale trudno przeoczyć opowieści o winie, puszcie czy szachach. Wyważenie powoduje, że obraz kraju nad Dunajem wygląda prawdziwie. Z jednej strony lekko romantycznie, a z drugiej perwersyjnie przez uwielbienie autora dla barów z czasów komunistycznych.

Książki nie da się ściśle przypisać do gatunku reportażu, jest raczej przewodnikiem kulturowym. Taki styl pisania pasuje do założonego celu przybliżenia Polakom ich bratanków zza Karpat. Cała treść składa się z krótszych i dłuższych, bardziej osobistych i generalnych, współczesnych i historycznych anegdot. Krzysztof Varga zwraca uwagę na zwykłe sprawy, które rzadko trafiają na strony autorów ukształtowanych w polskich realiach edukacji kulturalnej. Czytelnik może poczytać o liniach tramwajowych i trolejbusowych jeżdżących po Budapeszcie, o zestawie ulic znajdujących się każdym mieście, gadżetach z mapą Królestwa Węgier. Nie ma tu nachalnego, przesadnego historycyzmu, choć wraz z autorem odwiedzamy muzea oraz miejsca pamięci. "Gulasz z turula" jest napisany językiem lekkim, kawiarnianym.

Moja największa uwaga do książki dotyczy, a jakże, braku mapy. W treści pojawia się tak dużo toponimów, że bez planu Budapesztu i schematu Basenu Panońskiego trudno się poruszać mentalnie za autorem. Dla mnie nie jest problemem umiejscowienie Komarom, Pecsu czy Aradu, ale mniejsze miejscowości chciałbym zlokalizować bez pomocy atlasu. Co do innych krytycznych spostrzeżeń, to mogę jeszcze wymienić nie do końca zrozumiały podział na rozdziały. Jest ich tyle, ile śmiesznych potraw udało się wymyślić, czy podział ma głębszy sens?

Przed wyjazdem na Węgry "Gularz z turula" to lektura niemal obowiązkowa. Podróżowanie bez przewodnika Krzysztofa Vargi może wyglądać jak błądzenie we mgle. Nawet jak nie jedziemy zwiedzać Budapesztu i okolic, to warto przeczytać książkę, aby poznać inną, choć nie tak odległą geograficznie i mentalnie kulturę. Moja ocena: 4,5/5.

Taksim

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarnePrzez ostatnie tygodnie głównie przypominałem sobie książki przeczytane wcześniej. Jednocześnie starałem się czytać następną pozycję. Wczoraj skończyłem, a dziś publikuję recenzję "Taksim".

Nie należę do miłośników pióra Andrzeja Stasiuka, ale skoro powieść pojawiła się u mnie w mieszkaniu, to postanowiłem się przemóc i przeczytać. Pomysł na książkę uważam za wyjątkowo trafny. Niewiele jest publikowanych na naszym rynku powieści podróżniczych, a jeśli dodać, że autor umiejscowił bohaterów w samochodzie dostawczym z używanymi ubraniami jeżdżącym po dawnych demoludach, to rysuje się przed czytelnikami oryginalny i słabo wyeksploatowany temat. Czy tak powinna wyglądać środkowoeuropejska powieść drogi? Myślę, że wiele zależy także od konstrukcji bohaterów, układu chronologii treści i używanego języka.

W "Taksim" na przemian pojawia się kilka historii rozgrywających się w różnych i nie do końca jasnych relacjach czasowych. Nie bardzo wiadomo kiedy poszczególne wątki się toczą. Najczęściej przebywamy w bliżej nie sprecyzowanej teraźniejszości, choć momentami akcja wraca do lat 80-tych XX wieku. Nie przepadam za brakiem porządku chronologicznego i w powieści Andrzeja Stasiuka mi to przeszkadzało.

W "Taksim" występują dwie postacie pierwszoplanowe. Narrator Paweł, który uciekł na prowincję przed dawnych życiem i z chęci robienia czegokolwiek wozi ubrania swoją furgonetką. Pragnie spokojnej pracy, lubi słuchać paplaniny innych i ucieka przed problemami. Jego przeciwieństwem jest wspólnik w interesach, Wiesiek. Porywczy, wszechwiedzący, wiecznie szukający dobrej okazji do zarobienia pieniędzy. Obaj bohaterowie zostali nakreśleni wyraźnie i realistycznie. Czytając zaczyna odczuwać się do nich sympatię pomimo wad charakteru jakie posiadają.

Mam spore wątpliwości, co do stosowanych toponimów. Nazwy słowackich czy węgierskich miast i wiosek są prawdziwe. Za to polskie miejscowości wyglądają na zmyślone. Czyżby autor bał się umiejscowić akcję w poszczególnych miastach? Czy opisy ich wyglądu są zatem bardziej ponure niż rzeczywistość? Czy mamy więc do czynienia z mieszanką realizmu i celowo negatywnie przerysowanych obrazów? Te wątpliwości nie wzbudzają we mnie entuzjazmu. Rozumiem, że bohaterowie używają języka ulicy i liczne wulgaryzmy w dialogach są rzeczą naturalną. Jednakże, czy muszą także pojawiać się w opisach miast, wnętrz, urządzeń itd? Tu moim zdaniem autor nieco przesadził, bo wcale nie ma potrzeby epatowania słownictwem chodnikowym.

Jako lektura do autobusu "Taksim" się sprawdził. Jednakże próba wyciągnięcia jakiejś wiedzy życiowej z książki Andrzeja Stasiuka jest najeżona trudnościami. Sam bym powieści nie kupił, ale nie żałują, że przeczytałem. Moja ocena: 3/5.

Czarnobylska modlitwa - czytanie przedwznowieniowe

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneDziś w księgarni-kawiarni Wrzenie Świata prowadzonej przez Instytut Reportażu odbyło się czytanie książki, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Czarne w maju. Nie piszę, że przedpremierowe, gdyż po polsku "Czarnobylska modlitwa" ukazała się w 2000 roku. Wywiad białoruskiej dziennikarki z żoną strażaka, który zmarł na chorobę popromienną czytała znana aktorka Joanna Szczepkowska.

Spotkanie zaskoczyło frekwencją. W zazwyczaj nabitej po brzegi i dusznej od oddechów sali, tym razem przebywało zaledwie 15 osób. Prowadzący spotkanie Wojciech Tochman na próżno szukał wyjaśnienia małego powodzenia spotkania, które odbyło się w przeddzień 26 rocznicy katastrofy nuklearnej. Z doświadczenia pracy w centrum handlowym wiem, że pierwsze cieplejsze dni oznaczają spadek obrotów. Jeśli do tego dodać pozamykane na dłużej, bądź tylko na kilka godzin, ulice w centrum Warszawy, to możemy uznać takie wytłumaczenie za poprawne.

Warto było przyjść i posłuchać fragmentu książki. Swietłana Aleksijewicz ma ogromny dar do opisywania relacji ludzi, których życie naznaczone zostało niezwykłymi historiami. Czytany reportaż zawiera krótko przedstawione suche, naukowe, precyzyjne fakty, a następnie płynie po morzu osobistych, emocjonalnych i niepowtarzalnych szczegółów. Dzięki plastycznym obrazom autorki podchodzimy w myślach do bohaterów opowieści tak blisko, że można odnieść wrażenie, iż stoją obok. Z drugiej strony w treści nie znajdziemy słów zbędnych, akcja wydarzeń nie zawiera przerw.

Lektorka czytała w sposób bardzo przejmujący. Głos Joanny Szczepkowskiej przekazującej skrajnie emocjonalną opowieść chwycił mnie za gardło, ścisnął i nie chciał puścić. Łzy same napływały do oczu w obliczu dramatycznej historii miłości dwojga młodych ludzi. Ciężko było wyrazić cokolwiek po wysłuchaniu opisu wielotygodniowego umierania silnego, zdrowego mężczyzny. Rzadko się to zdarza, ale tym razem nikt nie bił braw, bo byłoby to niestosowne. Spotkanie przekonało mnie z całą siłą, że "Czarnobylską modlitwę" warto kupić. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy lubią mocne, naturalistyczne opisy, ale te zawarte w niedługo ukazującym się wznowieniu genialnej reporterki warte są przełamania niechęci.

Esterhazy. Historia o zającu

rbuciak

Esterhazy - okładkaZgodnie z zapowiedzią dziś recenzja książki dla dzieci, którą kupiłem córce w niedzielę. Tego samego dnia wieczorem przeczytałem całą bajkę młodej słuchaczce i moje wrażenia na temat dzieła są pozytywne.

Opowieść o króliku Michaelu (tu pomijam pozostałe imiona i tytuły) Esterhazym napisaną przez Irene Dische i Hansa Magnusa Enzensbergera wydało małe już od samej nazwy Wydawnictwo Nisza. Historia przedstawioną w bajce jest prosta. W Wiedeńskim rodzie Esterhazych rodzą się coraz mniejsze dzieci, więc młodzi przedstawiciele rodziny zostają wysłani w świat w poszukiwaniu dużych żon. Michael trafia do Berlina i poszukuje wybranki serca. Pomimo prostoty opisywanej historii, akcja toczy się wartko i zabawnie. Trudno się znudzić opowiadaniem. Na dodatek zakończenie zaskakuje, głównie dorosłych. Przeczytanie całości zajmuje prawie godzinę, ale nawet niespokojne dzieci powinny zdołać wysiedzieć i wysłuchać.

Nie do końca podobają mi się rysunki Michaela Sowy, będące ilustracjami bajki. Spójrzcie na okładkę, czyż nie jest ona szara i depresyjna? W środku znajdują się także ilustracje o bardziej radosnej zielonej czy niebieskiej kolorystyce. Obrazy nie są przeładowane i od razu wiadomo, które fragmenty ilustracji przyciągają wzrok. W ten sposób młodzi czytelnicy zapoznają się z estetyką inną niż dominujący komiksowy pop-art.

Znający język niemiecki z łatwością dostrzegą, że w oryginale występowały liczne gry językowe. Niestety nie dało się przetłumaczyć bajki na polski z zachowaniem znaczenia podobnie brzmiących, notorycznie pojawiających się w tekście nazw. Esterhazy to Esterhazy, ale Die Osterhaze to już tylko zajączek wielkanocny a Österreich to zwyczajnie Austria. Na szczęście, niektóre z zabaw językiem pozostały, jak choćby nazwy rodowych posiadłości.

"Esterhazy" posiada wiele walorów edukacyjnych. Problemowe sprawy, o które może zapytać dziecko, zostały przemilczane. Dzięki temu zabiegowi rodzic sam ma możliwość odpowiedzenia potomkowi na takie pytania jak "Skąd się biorą dzieci?" albo "Dlaczego w Berlinie stał mur a ludzie go zburzyli?". Przeczytanie "Esterhazego" pozwoliło mi dowiedzieć się, czym może być współczesna bajka. Tekst nie epatuje strachem, jak u braci Grimm, ale pozwala w przyjemny, wyzwalający pozytywne emocje, sposób pobudzić do zadawania ważnych pytań i rozwoju intelektualnego dziecka.

Polski rynek książki dziecięcej nie jest mały. Jednak nieliczni orientują się w poziomie merytorycznym publikacji. Trudno znaleźć wskazówki polecające konkretne bajki i przestrzegające przed grafomanią. Cieszę się, że niedzielę spędziliśmy na "Czytaniu gdzie indziej 3", bo wydarzenie poszerzyło nasze spojrzenie i sprowadziło na domową półkę wartościową pozycję. Moja ocena: 3,5/5.

Busz po polsku

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzytelnikZ okazji Międzynarodowego Dnia Książki postanowiłem napisać recenzję książki mistrza. Ryszard Kapuściński 50 lat temu debiutował jako autor zbioru tekstów o Polsce.

"Busz po polsku" to 130 stron niezwykłej podróży po naszym kraju. Kunszt literacki, z jakim ma do czynienia czytelnik, potrafi onieśmielić. Zdania pisane są prosto, choć w stosunku do współczesnej polszczyzny nieco archaicznie. Zwracają uwagę szczegółowe, niemal malarskie obrazy przedstawianych osób i miejsc. Często rozmowy wplecione zostały w ciąg słów akapitu, przez co tekst staje się płynny i melodyczny. Już w pierwszej książce Ryszarda Kapuścińskiego znajdujemy charakterystyczny dla niego styl pisania - synonimiczne powtórzenia, liryczność bez specjalnego dbania o pełną zgodność faktograficzną. Kilka razy możemy napotkać w tekście nie stosowane we współczesnym reportażu fragmenty pisane w pierwszej osobie.

Niesamowity jest dobór tematów. W tomiku ujęte zostały najróżniejsze oblicza Polski. Nie dominują opisy osób nie radzących sobie z ówczesnymi nowościami, ani mieszkańcy wsi czy któregoś z regionów kraju. Ujmuje mnie to wyważenie, bo przez to książka pokazuje rzeczywistość w szerokim obiektywie. Niestety widoczny jest brak jakiegokolwiek porządku tematycznego. Żałuję też, że Ryszard Kapuściński nie zechciał dołączyć po latach do tego zbioru reportażu z budowy Nowej Huty, którym wywołał wówczas burzę.

Widać wyraźnie, że niektóre teksty zostały napisane przez wysłannika pisma w teren, np. "Danka" o pobiciu pięknej modelki przez zazdrosne kobiety. Taki sposób znajdowania bohaterów praktykowany jest dzisiaj powszechnie. Ze źródeł historycznych wiadomo, że jeden tekst (Piątek pod Grunwaldem) został napisany na specjalne zlecenie Władysława Gomółki. Genialny autor znalazł jednak boczne wyjście z tej trudnej dla dziennikarza sytuacji. Najbardziej zaskakuje, że kilka reportaży wygląda jakby ich tematy zostały wzięte wprost ze zwyczajnego życia, np. "Partery" o wędrujących robotnikach w poszukiwaniu pracy, a jednak opowiadają o interesujących zjawiskach społecznych. Waletujący studenci, mazurski flisak nieznający wielkiego świata czy niosący trumnę kolegi górnicy to niektórzy z niecodziennych bohaterów reportaży sprzed pół wieku, jakich odnalazł i opisał genialny autor.

Nie dziwi mnie, że młodych pisarzy uczy się na reportażach z "Buszu po polsku". Często te opowieści prowadzone są z zaskakujących pozycji. Wydawać by się mogło, że wprowadzenie do reportażu o młodym i znakomitym dyskobolu jego zagorzałego widza mija się z sensem. Jednakże dzięki nieschematycznym zabiegom narratorskim Ryszard Kapuściński wydobywa z przedstawianych fragmentów życia postawy moralne towarzyszące bohaterom. Jednocześnie nie sposób znaleźć ani jednego fragmentu oceny dokonanej przez autora.

Polecam książkę wszystkim, którzy chcą się uczyć warsztatu dziennikarskiego, miłośnikom prozy mistrza, a także zainteresowanym zwyczajnym życiem w odbudowującej się Polsce. Zdaję sobie sprawę, że niektóre fragmenty mogą być niezrozumiałe lub męczące, ale czy literatura piękna musi być łatwa? Moja ocena: 4/5.

Niedzielne wydarzenia literackie

rbuciak

Czytamy Gdzie Indziej 3 - logoDzisiejszą słoneczną niedzielę spędziliśmy z córką na dwóch wydarzeniach literackich, które odbyły się w stolicy. Najpierw pojechaliśmy na Saską Kępę na "Czytamy gdzie indziej 3" posłuchać bajek. Potem odwiedziliśmy kiermasz książek na Muranowie.

Inicjatywa Studia Teatralnego Koło odbywała się także w sobotę, ale postanowiłem nie zmuszać dziecka do słuchania poważnej literatury. W niedzielne południe posłuchaliśmy trzech bajek. "Paproch" autorstwa Elizy Piotrowskiej to żartobliwa i pouczająca opowieść o przyjaźni rozgrywająca się w kieszeni płaszcza. Polecam gorąco. Z kolei "Esterhazy. Historia o zającu" trojga niemieckich autorów porusza trudny dla dzieci temat poszukiwania życiowego partnera. Ubrana w przyjazny dla dziecka temat także wzbudza zainteresowanie młodych słuchaczy. Podczas wydarzenia można było kupić książkę po okazyjnej cenie i teraz córka ma pamiątkę z wycieczki. Na koniec wysłuchaliśmy fragmentu koreańskiej bajki "O kurze, która opuściła podwórze" napisanej przez Hwang Sun-Mi. To lektura raczej dla kończących szkołę podstawową, więc nas zainteresowała mniej, ale jeśli szukacie interesującego prezentu np. na komunię, to uważam dalekowschodnią bajkę za bardzo dobry, rozwijający wybór.

Po prawie dwóch godzinach spędzonych na praskim brzegu Wisły wróciliśmy do centrum. W Stacji Muranów swój jednostoiskowy kiermasz prowadziło Wydawnictwo Czarne. Oferowali szeroki wybór swoich książek po przystępnych cenach, z czego nie omieszkałem skorzystać. Na kiermaszu obecni byli także autorzy. Porozmawiałem ze swoim rówieśnikiem Maciejem Wasielewskim, współautorem "81:1 Opowieści z Wysp Owczych". Dowiedziałem się od niego kilku interesujących informacji. Maciej nie jest do końca zadowolony ze swojego debiutu, ale to dobrze, bo możemy liczyć na rozwój pisarza. Osobiście doceniam "81:1" i niedługo napiszę recenzję przewodnika kulturowego po archipelagu. Rozmawialiśmy również o następnej książce Macieja o Pitcairn. Zapowiada się kolejna pozycja na rynku interesująca dla geografów, kulturoznawców i innych czytelników. Szczegółów jednak nie zdradzę. Dowiedziałem się, że pisarz ma w planach trzecią pozycję, tym razem o Polsce czasów PRL. Wiem, że to ostatnio rozlegle eksploatowany temat, ale fragment rzeczywistości, który Maciej chce opisać wydaje się wielce ciekawy.

Podsumowując, niedzielę spędziliśmy z córką intensywnie i literacko. Oby takich dni pełnych wydarzeń kulturalnych więcej.

Potwór

rbuciak

potwór - okładkaTym razem pod ocenę biorę książkę, która właśnie trafia na rynek. Na dodatek nie jest to reportaż, ale lektura przeznaczona do czytania dzieciom. Książkę "Potwór" znanego autora publikacji dla najmłodszych, Grzegorza Kazdepke otrzymałem jako nagrodę podczas konferencji w Sandomierzu.

Bajkę wydało Wydawnictwo Dwie Siostry wraz z Tatrzańskim Parkiem Narodowym. Akcja opowiadania dzieje się w najwyższych w Polsce górach. Z pozoru zwykła rodzina jedzie w podróż samochodem po górach i napotyka na swej drodze różne zwierzęta. Całość jest pięknie i bogato zilustrowana przez znanego grafika Piotra Sochę. Lubię jego styl rysowania oparty na figurach geometrycznych wypełnionych jednolitymi deseniami. Rysunki łatwo wpadają w pamięć i są zdecydowanie najlepszą stroną książki.

Niestety mam spory problem z treścią opowiadania, którą wypróbowałem na przedstawicielce grupy docelowej. Po pierwsze, po Tatrach nie jeździ się samochodem. Po drugie, występujące od początku do końca porównanie gór do potwora wcale nie powoduje, że dziecko przestaje się bać. Wręcz przeciwnie, zakiełkował w młodym umyśle strach do gór, czego nikomu nie życzę. Po trzecie, za normalny stan autor uznaje, że dzieci się kłócą. Przedstawiona rodzina wygląda na mocno dysfunkcyjną i nie rozumiem dlaczego nie zostało to w żaden sposób wykorzystane dydaktycznie. Po czwarte, sześciolatka uciekająca rodzicom i przeżywająca niezwykłe przygody, po których trafia do mamy i taty bez szwanku to zły przykład dla dzieci. Strona edukacyjna książki zamyka się w zapoznaniu dzieci ze zwierzętami występującymi w Tatrach. Taką wiedzę może posiąść z wielu źródeł i wcale nie potrzeba do tego "Potwora".

Najlepszym komentarzem do książki niech będzie decyzja mojej córki, która dzień po czytaniu opowiadania nie wspomniała o nim ani razu. Nie wiem, czy sam będę chciał jej przeczytać bajkę raz jeszcze. Lektura, zamiast nauczyć dziecko czegoś nowego, wywołuje strach do gór i zachęca do ucieczki. Książka, niestety, nadaje się wyłącznie do oglądania. Moja ocena: 2/5.

Reporterzy bez fikcji

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneKażdy reporter posiada swój własny styl. Czy możemy zatem nauczyć się pisać reportaże od innych? Z takiego zdziwienia światem wyszła Agnieszka Wójcińska i napisała książkę bardzo potrzebną na fali wzrostu zainteresowania tym gatunkiem pisarstwa.

Na 270 stronach zmieściło się 17 wywiadów ze znanymi polskimi reporterami poprzedzonych fragmentami ich zazwyczaj najbardziej znanymi dziełami oraz zdjęciami bohaterów książki. Pozytywnie odnoszę się do konstrukcji całej publikacji. Pierwszy wywiad jest z Małgorzatą Szejnert, nestorką krajowego reportażu. Następnie czytelnik zapoznaje się z kilkoma dziennikarzami piszącymi na podobne tematy. Układ tematów (śmierć, wojna, społeczeństwo polskie, problemy światowe) wydaje się trafny i przeprowadzony dość dobrze, na ile to w ogóle możliwe. Niestety reporterzy mogący stanowić węzły pomiędzy tematami, tzn. Włodzimierz Nowak i Mariusz Szczygieł, umieszczeni zostali w środkach grup. Trafnie na końcu znalazł się wywiad z Witoldem Szabłowskim, który w momencie pisania książki był najmłodszym szerzej znanym reporterem. Dzięki takiemu zabiegowi po przeczytaniu odnosi się wrażenie, że zawód nie zaginie i pojawią się kolejni autorzy, których teksty będziemy czytać z zapartym tchem. Stało się to prawdą szybko, bo na jesieni zeszłego roku za sprawą Filipa Springera.

Umieszczenie fragmentów reportaży uważam za bardzo udany zabieg. Czytelnik otrzymuje nie tylko próbkę stylu, ale także ma możliwość szybkiej weryfikacji, czy ten styl zachęca go do poszukiwania innych tekstów tego autora. Dzięki "Reporterom bez fikcji" zwróciłem baczniejszą uwagę na wspomnianego już Włodzimierza Nowaka, Pawła Smoleńskiego czy Lidię Ostałowską, choć tematy, które podejmują i style pisania różnią się wyraźnie.

Zadawane reporterom pytania charakteryzują się próbą związania dwóch końców jednej liny. Z jednej strony wypada zapytać się o podstawowe dla procesu tworzenia tekstu sprawy, takie jak poszukiwanie tematu, sposób docierania do i rozmawiania z bohaterami, używanie dyktafonu, styl pisania, poszukiwanie tematu, obiektywność. Trochę szkoda, że mało miejsca poświęcono sztuce, poszukiwaniu nowych form. Ten temat, pomimo że potrafi znacznie podwyższyć ocenę odbiorców, to pojawia się szerzej wyłącznie w rozmowie z Mariuszem Szczygłem.

Podoba mi się luźna forma rozmów. Znalazło się w książce miejsce u Jacka Hugo-Badera na porównanie jego pracy z kasetami magnetofonowymi a pracy autorki książki z nowoczesnym zminiaturyzowanym dyktafonem. Cieszy mnie, że mam możliwość przeczytania, w jakich sprawach sami reporterzy między sobą się nie zgadzają. Dzięki takiej fachowej ocenie wiem, że do przynajmniej jednego autora mogę podchodzić z dużo większym dystansem.

Warto "Reporterów bez fikcji" przeczytać, jeśli sami chcemy zająć się dziennikarstwem prasowym. Pozostałym polecam ze względu na możliwość rozszerzenia swojej puli ulubionych autorów, na co książka Agnieszki Wójcińskiej jak najbardziej pozwala. Moja ocena: 4/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci