Menu

Statystycznie głównie reportaże

Prawdopodobnie najdłużej działający i najbogatszy w recenzje polski blog literacki o reportażach i czasami innych książkach.

Serce narodu koło przystanku

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneWłodzimierz Nowak pisze nie tylko o sprawach polsko-niemieckich. Zajmuje się także zagadnieniami społecznymi - biedą, samobójstwami, niepełnosprawnymi i mikrośrodowiskami. Reportaże związane z Polską leżącą przy drodze gminnej zostały zebrane w książce "Serce narodu koło przystanku".

Publikacja składa się z 17 obrazów, w których pojawiają się zapomniane przez wielki świat wsie, różnej wielkości miasta oraz Greenpoint w Nowym Jorku. W tym miejscu powinienem powtórzyć połowę poprzedniej recenzji. Styl pisania poznaniaka się jest taki sam, jak w "Obwodzie głowy" i nadal mi się podoba. Układ książki jest tak samo nieporządkowany chronologicznie ani tematycznie jak w "Obwodzie głowy" i tu także mi się nie podoba. Wszystkie teksty, może poza autobiograficznym zakończeniem, zostały wcześniej opublikowane w Gazecie Wyborczej. Nic się nie zmieniło i nadal uważam to za mniej szlachetne niż tworzenie całej książki od podstaw.

O czym warto napisać w recenzji drugiej książki tego samego autora, jeśli jest podobna do pierwszej? Wypada omówić dobór tematów i sposoby ich realizacji. Najbardziej podobają mi się reportaże o mikrośrodowiskach bywalców siłowni i rozbijaczy samochodów. Pokazują one sposoby wychodzenia z problemów i zarabiania pieniędzy dla mniej ambitnych intelektualnie mężczyzn w czasach, gdy siła przestała być głównym sposobem zdobywania pożywienia i władzy. Prezentowane obrazy są barwne, jaskrawe, łamiące stereotypy, pokazujące przyczyny i skutki. Używane przez bohaterów socjolekty śmieszą, ale sprawiają, że samemu przebywając w grupie hobbistycznej zauważa się groteskowość własnego języka.

Pozostałe opowieści nie sprawiają tyle uciechy podczas czytania. Ich tematyka jest bardziej zaangażowana, nastawiona na przedstawienie konkretnego problemu społecznego. Jedne teksty wyszły lepiej, inne zaś wypadają dość blado. Z przejęciem przeczytałem o młodym chłopaku, który zginął w wypadku w fabryce cukierków, samobójstwie matki wraz z chorym na zanik mięśni synem i samotnej matce wychowującej dzieci. W tym ostatnim jest najlepszy komentarz na temat polskiej polityki jaki kiedykolwiek czytałem. Zawodowo dużą wagę przywiązuję do reportażu o bezrobociu na popegeerowskiej wsi. Opis fałszowania wyników spisu rolnego za Polski ludowej i plastyczny obraz występującej na Środkowym Pomorzu bezradności życiowej mieszkańców, wzbogacił moją wiedzę o przydatne w pracy jakościowe tło. Niestety pośród tych znaczących reportaży trafiają się opowieści pozbawione wyraźnie zarysowanego przesłania. Nie do końca rozumiem, czemu ma służyć omówienie życia w Końskich i Kamienicy Polskiej. Tytułowe "Serce narodu koło przystanku" poza tytułem niesie dla mnie niewiele walorów poznawczych.

Lubię czytać reportaże społeczne, obrazy Polski niewidocznej przez ciągłe przebywanie w centrum życia gospodarczego i kulturalnego. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdego to interesuje, więc polecam książkę Włodzimierza Nowaka przeczytać w całości tylko zainteresowanym. Pozostali spokojnie mogą ominąć mniej pociągające rozdziały. Moja ocena: 3,5/5.

Obwód głowy

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneZa kilka dni jadę na konferencje do Sandomierza. Miasto nad Wisłą budzi skojarzenia pochodzące z różnych dziedzin życia: zamek piastowski, ksiądz Mateusz, huta szkła, wychodnie kambru, Manfred Zänker. Historię życia żołnierza Wermachtu, który zdezerterował i przyłączył się do oddziału Armii Krajowej opisał Włodzimierz Nowak.

Książka "Obwód głowy" składa się z 12 reportaży opisujących relacje polsko-niemieckie od czasów II wojny światowej do 2006 roku. Większość napisał sam, ale trzy są wspólnym dziełem z początkującą wówczas Angeliką Kuźniak, zaś przy jednym jako współautorka wymieniona jest Friederika Lippold. Wszystkie teksty zostały wcześniej opublikowane w Gazecie Wyborczej.

Zazwyczaj nie przepadam za zbiorami skleconymi z gazetowych pierwowzorów, bo trudno w nich doszukać się myśli przewodniej i logicznych powiązań pomiędzy reportażami. Publikacja poznaniaka wymyka się tym niedociągnięciom częściowo. W prawie wszystkich reportażach pojawiają się przedstawiciele dwóch sąsiadujących ze sobą narodów. Przedstawione relacje między Polakami i Niemcami pokazują całe spektrum możliwości - od wojny po miłość, od kradzieży dzieci po wspólny uniwersytet. Teksty nie układają się w żaden logiczny ciąg, a mogły zostać poukładane np. chronologiczne - najpierw te dotyczące głównie wojny i jej skutków, później powojenne historie miast a na końcu zagadnienia współczesne.

Bardzo lubię język, jakim pisze Włodzimierz Nowak. Potrafi wykreować barwny, poukładany, łatwy do wyobrażenia obraz opisywanych wydarzeń. Najprzyjemniej czyta się te reportaże, w których dużo się dzieje. Autor ma niezwykły dar umiejętności zainteresowania czytelnika poprzez zwroty akcji. Tematy podjęte w "Obwodzie głowy" mają różny ciężar. Cenię sobie Włodzimierza Nowaka za rzeczowe i pozbawione ocen opisanie tak trudnych tematów jak wspomnienia żołnierza tłumiącego Powstanie Warszawskie, germanizacja dzieci zabranych polskim rodzicom w trakcie wojny czy samobójstwa niemieckich kobiet podczas wkraczania Armii Czerwonej. Z drugiej strony losy nadodrzańskich przemytników, domu publicznego w Słubicach i uniwersytetu Viadrina opisane zostały w sposób pozwalający na zdobycie wiedzy o omawianych zagadnieniach.

Polecam zapoznać się z książką Włodzimierza Nowaka, choć zdaję sobie sprawę, że nie jest pozbawiona drobnych mankamentów. Szczególnie polecam publikację osobom, które szukają nieszablonowej wiedzy o stosunkach polsko-niemieckich. Moja ocena: 4/5.

Gdyby cała Afryka...

rbuciak

źródło: Wydawnictwo Agora SAWczoraj zmarł jeden z przywódców, którzy doprowadzili Afrykę do niepodległości, ale polska prasa o tym zdarzeniu prawie nie wspomina. Ahmed Ben Bella, bo o nim mowa pełnił urząd prezydenta Algierii w latach 1963-1965. O jego losach politycznych i wynikającej z tego postawie życiowej napisał Ryszard Kapuściński już w latach 60-tych XX wieku.

"Gdyby cała Afryka..." to najdłużej oczekująca na wznowienie książka mistrza. Pierwsze jej wydanie miało miejsce w 1969 roku, zaś drugie dopiero w 2011. Prawdopodobnie jest także najtrudniejszą lekturą jaka wyszła spod pióra Ryszarda Kapuścińskiego, gdyż omawia skomplikowane relacje polityki afrykańskiej w jej kluczowym epizodzie.

Zgodnie z życzeniem autora reportaże ułożone są w porządku chronologicznym pisania. Podróżujemy więc z korespondentem PAP z Tanzanii do RPA, Etiopii, Nigerii, Sudanu, DR Konga itd. Taki układ książki pozwala prześledzić rozwój stylu, wiedzy i głębi analizy. Opisy przebiegu obrad parlamentu Tanganiki przypominają stenogramy, relacja z Kongresu w Addis Abebie zawiera już charakterystyki postaw i osobowości, zaś końcowe rozważania o Nigerii pokazują pełnię przenikliwości i precyzji przekazu mistrza. Wraz z kolejnymi stronami książkę czyta się coraz lepiej, ale ostatni rozdział zawierający całościową analizę należy raczej do sfery nauk politycznych niż dziennikarstwa.

Tematy, które podjął Ryszard Kapuściński nie należą do łatwych. Dyskusja o prawie alimentacyjnym, segregacja rasowa w RPA, próba stworzenia wspólnej deklaracji przez przywódców, wojny wyzwoleńcze w Kenii i Algierii czy przewroty stanu w Nigerii wymagają od czytelnika zapoznania się z wieloma mało znanymi nazwiskami, toponimami, relacjami międzyplemiennymi itd. W latach 60-tych XX wieku takie fakty były potrzebne osobom interesującym się kontynentem przechodzącym ogromne zmiany. Później, gdy przyszło rozczarowanie niskim poziomem kultury politycznej Afryki, tak szczegółowe analizy nie były potrzebne nowym czytelnikom. Teraz "Gdyby cała Afryka..." nabrała znaczenia historycznego, ale jest także kluczem do zrozumienia wielu zachowań na szczytach władzy. Sprawdziła się znaczna część przepowiedni systemowego rozpadu kontynentu zapisanych przez Ryszarda Kapuścińskiego. Jeśli szukamy drogi do zrozumienia współczesnych wydarzeń, jak choćby rozpad Sudanu i Mali, to warto sięgnąć po dzieło mistrza, gdyż przedstawia w nim początkową fazę obecnie zachodzących przemian.

"Gdyby cała Afryka..." nie jest lekturą dla każdego. Polecam ją głównie osobom, które chcą lub potrzebują zrozumieć postawy przedstawicieli władz afrykańskich. W reportażach przedstawione są dogłębne analizy skomplikowanych zmian w sposób możliwie najprostszy. Moja ocena: 4,5/5.

Karawana kryzysu

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneOrganizacje humanitarne cieszą się w krajach wysoko rozwiniętych bardzo pozytywną opinią. Bo czy może być coś bardziej szlachetnego niż pomaganie biednym, głodnym, bezdomnym, chorym, kalekim w kraju, gdzie toczy się wojna? Linda Polman pokazuje, że za fasadą pięknych wartości kryją się często grube pokłady moralnego brudu.

Ogromną zaletą książki "Karawana kryzysu" jest duże doświadczenie autorki. Z niemal każdej strony bije po oczach ekspercka wiedza na temat działalności systemu pomocy humanitarnej. Niderlandzka dziennikarka argumentuje w sposób jasny, czytelny i przekonujący. Nie traktuje wszystkich kryzysów jednakowo. Potrafi dostrzec różnice w przyczynach, skutkach i potrzebach zaangażowania z zewnątrz pomiędzy dziejącymi się na świecie konfliktami zbrojnymi, klęskami żywiołowymi czy permanentnymi stanami niedorozwoju społeczno-gospodarczego.

Ten 300-stronnicowy reportaż ujęty został w czytelną ramę alternatywnych rozwiązań w zakresie zaangażowania w pomoc. Dyskusja prowadzona 150 lat temu pomiędzy Henri Dunantem, założycielem Czerwonego Krzyża, który opowiadał się za niesieniem pomocy bez oglądania się na uwarunkowania i skutki, a Florence Nightingale, która niejednokrotnie wolała powstrzymać się od udzielania pomocy, nabrała w ostatnich latach ogromnego znaczenia. Niestety pytanie o sens udzielania pomocy w przypadku wątpliwości etycznych pojawia się rzadko, ale "Karawana kryzysu" wypełnia tą lukę. Słusznie reporterka pisze o przemyśle pomocy humanitarnej, gdyż pojawiły się takie zjawiska jak traktowanie wpłacających pieniądze jak dojne krowy czy uwzględnianie darów jako źródła żywności, pieniędzy i sprzętu w strategiach wojujących daleko od naszych oczu armii.

Dzięki Lindzie Polman polski czytelnik ma możliwość obejrzeć z bliska jak wygląda niesienie pomocy humanitarnej w Sierra Leone, Rwandzie, Sudanie czy Afganistanie. Pokazuje, że często najwięcej korzystają na tym sami niosący pomoc albo strony konfliktów zbrojnych a nie rzeczywiście potrzebujący wsparcia medycznego, edukacyjnego czy infrastrukturalnego. Reporterka przedstawia, dlaczego pomoc trafia w zdecydowanej większości do miejsc nagłośnionych, politycznie istotnych, a nie do dziesiątków innych, ale zapomnianych krajów, gdzie żyją miliony potrzebujących wsparcia ze strony bogatej części świata. Nie zapomina także wskazać osób prowadzących pomoc w sposób zgodny z zasadami humanitaryzmu, choć są to przykłady rzadkie.

Z przykrością muszę napisać o jakości przekładu. Nie wygląda on do końca profesjonalnie. Zdarza się, że te same nazwy, np. organizacji, tłumaczone są na kilka różnych sposobów. Raz pojawia się całkowicie polska nazwa, innym razem oryginalna, w jeszcze innym miejscu skrót. Nie do końca rozumiem też sens istnienia słownika używanych przez przemysł humanitarny pojęć, który zajmuje 1/5 książki. Zawiera on niewiele tematów pominiętych w pozostałych rozdziałach.

Bardzo się cieszę, że książka zawiera także proste recepty na poprawę sytuacji dla czytelników. Kilka rzeczy, jak choćby zadawanie odpowiednich pytań przedstawicielom organizacji, może wykonać każdy z nas. Z dobrze poinformowanego źródła wiem, że sytuacja polskich organizacji wcale nie wygląda dużo lepiej, więc nie łudźcie się i zadawajcie pytania na spotkaniach także w naszym kraju. W zeszłym roku głośno było o suszy w Sudanie, a niesiona pomoc przedłużyła wojnę, czy w tym roku wesprzemy walczących w Mali? Wszystko zależy od nas. Moja ocena: 4/5.

Sami swoi i obcy

rbuciak

źródło: Agora SANie ma wielu książek opisujących historie Polaków na ziemiach zachodnich tuż po II wojnie światowej. Każda pozycja dotycząca pionierskiego zasiedlania czyjejś własności przez pozbawionych domów uchodźców ze wschodu wzbudza moje głębokie zainteresowanie. Z wielką ochotą przeczytałem "Samych swoich i obcych" - wspomnienia przesiedleńców i reportaże Mirosława Maciorowskiego zebrane w jednym tomie.

Budowa książki jest nietypowa, gdyż ma dwa początki i dwie pierwsze okładki, zaś koniec znajduje się w środku. Z jednej strony są wspomnienia, z drugiej reportaże. W czytaniu pomagają liczne prywatne zdjęcia zamieszczone bezpośrednio po dotyczącym ich tekście. Mamy więc przegląd strojów weselnych, komunijnych, portretów żołnierskich i innych najcenniejszych dla rodzin dokumentów. Wyłowić można z nich obraz skromnego życia zarówno przedwojennego na kresach wschodnich, jak i niezbyt bogatego na Śląsku, Pomorzu czy Mazurach. Interesujące są na nich szczegóły, np. tradycja zasłaniania włosów przez wiejskie kobiety. Dodatkowo każdą opowieść poprzedza mapa pokazująca pozostawioną rodzinną miejscowość i nowy dom. Taki zabieg edytorski znacznie ułatwił mi czytanie książki.

Same opowieści są mniej lub bardziej interesujące. Z pewnością warto przeczytać wszystkie reportaże Mirosława Maciorowskiego. Zawierają one przegląd możliwych historii przesiedleń. Jedne bardziej skupiają się na wydarzeniach na wschodzie, wśród których szczególną uwagę zwraca podziemna walka Wileńskiego Okręgu AK o ocalenie żołnierzy. Czytelnicy znajdą także opisy polskiej samoobrony przed ukraińskim ludobójstwem.  Inne reportaże dotyczą w większym stopniu organizacji życia na ziemiach zachodnich, odbudowy szkolnictwa wyższego czy zwykłych zakładów przemysłowych. Interesująco przedstawione są relacje Polaków z żołnierzami Armii Czerwonej i Niemcami, których wojna zmusiła do oddania swoich domów nowym właścicielom. Bardzo mnie cieszy oddanie głosu także Ukraińcom przesiedlonym w ramach Akcji Wisła oraz mieszanym rodzinom niemiecko-polskim, które postanowiły pozostać na Śląsku. Z drugiej strony wspomnienia wypędzonych są mniej różnorodne. Poruszają się w obrębie mniejszych lub większych cierpień, wielkości przewożonego dobytku oraz miejsc początkowych i docelowych. Wyjątkowo interesująco na tym tle wygląda wysiedlanie ze wsi świętokrzyskich jako kara za Hubala.

Osoby zainteresowane zwykłą historią Polski powojennej powinni "Samych swoich i obcych" przeczytać z uwagą. Jeśli zaś ta tematyka kogoś nie pociąga, to może przeczytać wybrane fragmenty, aby wyrobić sobie obraz na rzadko opisywany temat. Moja ocena: 3,5/5.

Geografia szczęścia

rbuciak

źródło: Wydawnictwo Carta BlancaO książce Erica Weinera dowiedziałem się z radiowej trójki. Niedługo od premiery na polskim rynku "Geografii szczęścia" redaktor Dariusz Bugalski rozmawiał z autorem w studio. Zachęcony rozmową i tematyką książki, łączącą dwie ważne dla mnie, ale rzadko zestawiane dziedziny życia, postanowiłem przeczytać dzieło będące efektem poszukiwań amerykańskiego dziennikarza.

Eric Weiner ma rację, że bombardują nas zewsząd informacje złe - zamachy, katastrofy, pyskówki polityków itd. O pozytywnych stronach współczesnego życia mówi się w mediach tylko, gdy nic strasznego się nie dzieje. Autor książki postanowił nieco odwrócić trend swojej pracy, pojechać do miejsc, gdzie ludzie są szczęśliwi i zapytać ich: dlaczego? W efekcie odwiedził 10 krajów, z których 9 uznaje się z różnych powodów za szczęśliwe i jeden nieszczęśliwy. Każdy kraj to jeden rozdział książki.

"Geografia szczęścia" napisana jest językiem lekkim, zabawnym i ironicznym nawet w stosunku do samego siebie i naukowców. Czyta się z przyjemnością i uśmiechem na ustach. Autor zabiera czytelników w wiele interesujących, rzadko odwiedzanych miejsc i podaje o nich przydatne wiadomości. Mało podróżników odwiedza Bhutan, Katar czy Asheville w Karolinie Północnej, więc o tych miejscach czytałem z dużym zainteresowaniem. Mniej więcej połowę tekstu zajmują dygresje, często słabo powiązane z tematem książki i opisywanym właśnie krajem. Czytając ma się wrażenie chaosu pod przykryciem porządku widniejącego w spisie treści. Jako lektura wakacyjna z pewnością spełni swoją rolę, ale czy może przynieść jakąś wyższą korzyść niż rozrywkę? Mnie lektura reportaży Erica Weinera dała niewiele, co wynika także z wad wydawniczych i tłumaczenia. Książka nie zawiera zdjęć, co przy opisywaniu świata nie daje pełnego obrazu. Oryginalny tytuł dzieła brzmi "The Geography of Bliss", co powinno zostać przetłumaczone jako "Geografia błogości". Nie wiem, kiedy autor w oryginale użył "bliss" a kiedy "hapiness", przez co filozoficzny sens książki staje się niezrozumiały. Wychowany na definicji szczęścia autorstwa Władysława Tatarkiewicza, która brzmi "trwałe, pełne i uzasadnione zadowolenie z życia" doszedłem do wniosku, że opisywana w książce Szwajcaria najbliższa jest takiemu rozumieniu pojęcia a autorowi w rzeczywistości chodzi o coś innego.

Podsumowując książka ma walory poznawcze dla geografów i innych zainteresowanych poznawaniem nowych miejsc, to od strony filozoficznej wygląda jak gruby spis recept a każda przydatna byłaby dla innej osoby. Moja ocena: 3/5.

Niedziela, która zdarzyła się w środę

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarnePoczątki nowoczesnego kapitalizmu w Polsce miały dwa przeciwstawne oblicza. Jedni walczyli zaradnością o poprawę bytu materialnego własnej rodziny, inni zaś popadali w marazm, nieporadność i bezrobocie. Reportaże Mariusza Szczygła z lat 1992-1996 zebrane w książce "Niedziela, która zdarzyła się w środę" pokazują społeczne rozwarstwianie się z pełną jaskrawością.

Teksty pisane były do gazety. Odczuwa się to w poprzycinanej na miarę kompozycji, braku pogłębionych analiz i doborze tematów. W książce znajdziemy głośne reportaże o ruchu onanistycznym, zwalnianych z likwidowanego zakładu pracy, disco polo czy eskalacji morderstw. Autor wykazuje się także kreatywnością w znajdowaniu bohaterów. Próba wydania miliarda (starych) złotych na coś nietypowego oraz rozmowa z osobami, które dzwonią do audycji psychologicznej w radio pokazują nieschematyczne i godne naśladowania działanie pisarza. Z reportaży wyłania niekiedy chęć autora do kreacji opisywanej rzeczywistości. Tytułowa "niedziela, która zdarzyła się w środę" nie byłaby możliwa bez reportera.

Mariusz Szczygieł pisze językiem lekkim i przystępnym dla czytelników. Jeśli tylko może, to oddaje głos bohaterom reportaży. Znajdziemy w książce wiele cytatów a nawet całych listów. Odnajduję dwie cechy charakterystyczne stylu. Często narracja zbliża się do przekazu ustnego. Z pewnością autor lubi zaskakiwać odbiorców tekstu śmiesznymi lub dramatycznymi scenami, które następnie opisuje, ale nie ocenia. Przez większą część książki uśmiech nie schodził mi z ust. Okazuje się, że z humorem można opowiedzieć o pokrzywdzonych przez zmieniającą się rzeczywistość oraz o koncernie Amway.

Wznowiony po 15 latach zbiór został wzbogacony o tekst autora z czasów jego szczytu telewizyjnej sławy oraz zdjęcia Witolda Krassowskiego z tego samego okresu. Niestety mają one mało wspólnego z treścią reportaży. Z przykrością muszę stwierdzić, że wydanie z 2011 roku nie specjalnie przypadło mi do gustu. Niestandardowy, ponadprzeciętny jak na Wydawnictwo Czarne format, wiele pustych stron i dużo światła na stronach sprawiają, że książka zamiast 200 ma 250 stron i kosztuje 48zł zamiast 32zł.

Jeśli interesują cię pozytywne i negatywne strony transformacji ustrojowej, to warto przeczytać wczesne utwory Mariusza Szczygła. Książka przyda się także współczesnym, nierzadko nabzdyczonym, dziennikarzom szukającym sensacji. Reporter pokazał, że można interesująco i zachęcająco napisać o trudnych tematach bez podgrzewania nastrojów i polaryzacji opinii. Moja ocena: 3,5/5.

Dzisiaj narysujemy śmierć

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneTo stało się dokładnie 18 lat temu. Nad lotniskiem w Kigali został zestrzelony samolot z prezydentami Rwandy i Burundi. Rozpoczęło się trwające kilka miesięcy ludobójstwo, w czasie którego zginęło około miliona ludzi. Wojciech Tochman jedzie 15 lat później do kraju naznaczonego masakrą, aby porozmawiać z oszczędzonymi przez ślepy los dziećmi, zgwałconymi kobietami oraz innymi świadkami wydarzeń.

Książka "Dzisiaj narysujemy śmierć" nie przytłacza objętością, ma 140 stron. Składa się z sześciu numerowanych rozdziałów, w których autor opisuje relacje z masakr i postawy życiowe kilku grup osób. Czytelnik zapoznaje się z historiami życia studentów osieroconych w 1994 roku, kobiet wielokrotnie gwałconych jedynie ze względu na wpis w dowodzie tożsamości, morderców siedzących w więzieniach albo chodzących po ulicach. Interesująco zostały przedstawione także relacje polskich księży i żołnierzy będących świadkami dramatycznych wydarzeń.

Wojciech Tochman przytacza wypowiadane przez rozmówców słowa z dbałością o zachowanie oryginalnego sensu przekazu. Jedni bohaterowie, jak na przykład studenci, opowiadają z wielką chęcią i szczerością, choć w dniach wydarzeń mieli zaledwie po kilka lat i gubią się w szczegółach. Z kolei relacje morderców i gwałcicieli silnie naznaczone są próbą wybielenia własnych postaw i czynów. Najboleśniej czyta się relacje części polskich księży. Wielu z nich reaguje agresją na pytania. Próba jak najwierniejszego oddania wypowiedzi dotyczących brutalnej wojny powadzonej za pomocą maczet przynosi skutek w postaci naturalistycznego wydźwięku całej książki. Słowa takie jak śmierć, krew, maczeta, gwałt, strach, ucieczka pojawiają się na każdej stronie i nawet w tytule. Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu odpowiada brutalnie bezpośredni przekaz. Jeśli nie lubisz czytać o wojnie, to zakończ swój kontakt z książką na wiele mówiącej okładce.

"Dzisiaj narysujemy śmierć" posiada wadę zauważalną jedynie dla uważnego czytelnika. Niektóre fragmenty pojawiają się w treści książki dwukrotnie, co wywołuje pewien niesmak. Ważną dla mnie zaletą publikacji jest zamieszczona na początku mapa, która pozwoliła mi na czytanie bez atlasu. Bardzo ważnym elementem książki jest opisanie sposobów jakimi europejscy zarządcy i księża wtłoczyli rasizm w myśli podbitych Afrykanów. Innym plusem jest opisanie postawy polaków, którzy pełnili swoją służbę w Kigali owego dramatycznego lata. Zachowania księży budzą ogromny niesmak, wstyd i złość. Dla niektórych ważniejsze od pomagania ludziom chroniącym się przed rzezią w kościele było ratowanie symboli religijnych. Codzienne rozmowy duchownych o żydach i masonach na pewno nie sprzyjały pokojowemu współistnieniu społeczności zamieszkujących Rwandę, nieodróżnialnych inaczej niż po wpisie w dowodzie osobistym.

Dziwię się, że książka Wojciecha Tochmana nie odbiła się szerokim echem w polskiej debacie publicznej, ale może jeszcze przyjdzie na to czas. Ten reportaż zburzył moje spokojne myśli i zmienił myślenie na temat sensu wojny oraz roli religii w życiu. Moja ocena: 4/5.

Jakbyś kamień jadła

rbuciak

źródło: Wydawnictwo CzarneWojciech Tochman zajmuje się poszukiwaniem zaginionych od kilkunastu lat. Swoją działalność prowadził już na czterech kontynentach. Zna problematykę poszukiwań i pomocy bliskim jak mało kto. Z drugiej strony posiada genialne zdolności pisarskie. Z połączenia pasji zawsze wychodzą dzieła nieprzeciętne i taka jest książka Wojciecha Tochmana o Bośni i Hercegowinie.

W wojnie na Bałkanach zginęło ponad 100 tys. ludzi, głównie mężczyzn. Większości nie zidentyfikowano. Autor nie opowiada o samej wojnie, ale o poszukiwaniu ciał zabitych cywilów. Przemierza zrujnowany kraj wraz z matkami, żonami, siostrami, córkami pomordowanych, które pragną zidentyfikować bliskich na podstawie kości i resztek ubrań. Poznajemy kilka historii dotkniętych tragedią muzułmanów zebranych w różnych częściach kraju. Poruszamy się śladami antropolożki pracującej dla ONZ i poszukującej nieodkrytych wcześniej grobów w jaskiniach i na polach. Do niektórych miejsc wracamy wielokrotnie, co skutkuje drobnym zamieszaniem informacyjnym. Dobrze, że w ostatnim wydaniu zamieszczono mapę. Bez niej trudniej by się czytało.

Wojciech Tochman używa zwięzłych, krótkich, pozbawionych przymiotników zdań. Oszczędny styl do opisu tragicznych wydarzeń nadaje się doskonale. "Jakbyś kamień jadła" stanowi wręcz sztandarowy przykład zastosowania tej techniki narracji. Opowieść autora wzbogacają liczne dialogi prowadzone takim samym językiem. Czytając miałem wrażenie przygnębienia, zagubienia, rezygnacji i beznadziei kryjącymi się za słowami wypowiadanymi bez zbędnych określeń, mało potrzebnych po bolesnych przeżyciach. Wstrząsające opisy cierpień psychicznych powodują, że nie polecam tej 130-stronnicowej wrażliwym osobom.

Nie dziwi mnie wcale, że ta niemal doskonała książka doczekała się trzech wydań po polsku oraz angielskiego, francuskiego, włoskiego, rosyjskiego, ukraińskiego, fińskiego i bośniackiego. Powinien ją przeczytać każdy, kto chce się dowiedzieć, jakie są prawdziwe skutki wojny. Reportaż pozwala wniknąć w ogrom cierpień psychicznych, a także zobaczyć zniszczone domy, wszechwładne bezrobocie i głęboką bojaźń morderców, ukrywających się przed wszelkimi dziennikarzami, mikrofonami, a zwłaszcza aparatami fotograficznymi i kamerami filmowymi. Szczególnie polecam książkę osobom, które nie potrafią w swoich słowach i czynach powstrzymać destrukcyjnej postawy. "Jakbyś kamień jadła" może ich zmieni. Moja ocena: 4,5/5.

Farby wodne

rbuciak

źródło: Wydawnictwo Czarne

O II wojnie światowej napisano tysiące relacji ocalałych. Literatura dotycząca Auschwitz-Birkenau liczy setki pozycji. Czy ma sens pisanie kolejnej książki na dokładnie wyeksploatowany temat? Lidia Ostałowska udowodniła, że nadal znaleźć można niewidoczne wcześniej, budzące kontrowersje perspektywy. "Farby wodne" to nie do końca reportaż o samym obozie śmierci, choć punkt kulminacyjny dzieje się w tych skrajnie niehumanitarnych okolicznościach.

Zwornikiem całej opowieści jest nakaz jaki wydał Josef Mengele żydowskiej więźniarce. Zdolna i młoda Dina Gottliebova miała za zadanie utrwalać akwarelami cyganów, których badał lekarz-morderca. Wszystkie opisywane wydarzenia mniej lub bardziej wiążą się z bohaterami tej wyjątkowej sytuacji. Otrzymujemy historię kariery czołowego eugenika III Rzeszy i pseudonauki, którą się zajmował. Z książki dowiadujemy się o przewrotnym życiu artystki na tle kamieni milowych w rozwoju filmu animowanego. Poznajemy działania Romów zmierzające do budowania tożsamości etnicznej. Uczestniczymy w budowaniu muzeum w miejscu po byłym niemieckim obozie zagłady. Przede wszystkim jednak obserwujemy różne grupy naciskające na dyrekcję i międzynarodową radę muzeum. Łańcuchowa narracja przenosi czytelnika od kin Hollywood przez procesy Norymberskie po zamieszki w Mławie i stawianie krzyży na żwirowisku. Czasami ścieżki biegną za daleko od głównej osi narracji. Mało potrzebne wydają się opisy powstania kina lalkowego. Z drugiej strony skromnie omówione są powojenne losy zleceniodawcy obrazów i ich autorki. Reportaż dotyczy najbardziej wyrywania sobie pamięci, która materializuje się w postaci siedmiu barwnych portretów. Od tej stron zagłady jeszcze nikt nie opisywał.

Wielu czytelników, w tym mnie, zachwycił styl Lidii Ostałowskiej. Brutalny, oszczędny, skompresowany język, jakim posługuje się autorka doskonale oddaje wyjątkowy charakter opisywanych miejsc i sytuacji. W treści książki nie znajdziemy pustych, niepotrzebnych słów. Informacje podane są bez owijania w metafory. Pomimo braku zabiegów stylistycznych wyobraźnia podsuwa plastyczne obrazy zapisanych wydarzeń. Niektóre zdania porażają nieszablonową prawdą. "Załogę nużyło ludobójstwo" czy "Młyny sprawiedliwości oszczędzają morderców" brzmią przenikliwie prosto i pięknie w miejscach, gdzie spodziewamy się ocen. Autorka zasługuje na uznanie, gdyż sama nie szufladkuje opisywanych osób i ich postaw. Pozostawia czytelnika z możliwością samodzielnego zajęcia stanowiska na kontrowersyjne tematy.

Bardzo się cieszę, że Wydawnictwo Czarne zdecydowało się na umieszczenie w książce licznych zdjęć. Niektóre z nich wielokrotnie już publikowano, ale dopiero w "Farbach wodnych" poznajemy znaczenie oraz powiązania historyczne i logiczne pomiędzy fotografiami. Nadają one książce dodatkowego wymiaru.

Lidia Ostałowska pozwala się przyjrzeć jak działają mechanizmy polityczne w silnie zideologizowanym temacie z perspektywy dziesięcioleci. Wyłaniający się spomiędzy wierszy obraz pozostawia po sobie wiele sprzecznych emocji. Podejmowane przez ważne jednostki decyzje nakreślone są w sposób skłaniający do dyskusji. Najczęściej czytelnicy zadają sobie pytanie, czy muzeum powinno dać portrety Dinie, skoro się tego domaga? Moim zdaniem nie, gdyż nigdy nie były jej własnością. Placówka naukowa nabyła je w dobrej wierze. Akwarele stanowią ważny element wystawy, więc oddanie ich prywatnej osobie spowoduje utratę cennego eksponatu. Argumenty wysuwane przez autorkę i jej zwolenników opierają się na niemożliwych do obronienia przesłankach.

Zdecydowanie warto zapoznać się reportażem doświadczonej polskiej pisarki. Przekazuje czytelnikom wiele tematów problemowych wraz z szerokim tłem, na które sam lub w dyskusji z innymi może szukać właściwej odpowiedzi. Moja ocena: 4,5/5.

© Statystycznie głównie reportaże
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci